Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

SYLWETKI

Wszystkie 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

HISTORIA PROFESORA MOZERA

[4/2008]

Profesora Wilhelma Mozera wspomina w swej książce „Szlakiem zesłańców” o. Marcin Karaś, redemptorysta, który spędził we Lwowie lata pierwszej okupacji sowieckiej. Inne jego wspomnienie z tego czasu – o kościele św. Marii Magdaleny i p. Adamie Głażewskim – przedrukowaliśmy z tej samej książki Ojca Marcina w CL 2/08.
Prof. W. Mozer (1889–1958) urodził się we Lwowie w starej rodzinie lwowskiej (od XVIII wieku) o korzeniach austriackich, zasłużonej dla miejscowego przemysłu w ciągu całego wieku XIX*.
Wilhelm Mozer ukończył studia na Politechnice Lwowskiej, jego specjalnością zawodową i naukową była budowa maszyn i wagonów kolejowych oraz technologia metali. Od 1920 r. kierował katedrą na PL, od 1922 profesor. Rozszerzył badania naukowe w swoich dziedzinach, rozbudował laboratoria. Był konsultantem w dziedzinie konstrukcji największych maszyn i wagonów kolejowych w Polsce. Pod jego kierownictwem powstał polski pociąg pancerny we Lwowie w 1918 roku.
Profesor Mozer nie wyjechał ze Lwowa po II wojnie i nadal był związany z Politechniką. Zmarł w trakcie odwiedzin syna w Oliwie, pochowany we Wrzeszczu. Miał 8 dzieci, najmłodszym z synów jest Henryk, muzyk i reżyser teatralny, zamieszkały w Warszawie, autor wspomnień z wczesnych lat powojennych we Lwowie, drukowanych dwukrotnie w CL. Jednym z wnuków Profesora jest Stefan Adamski, obecnie działacz harcerski we Lwowie.

Był profesorem na Politechnice. Specjalność – budowa maszyn. Ojciec ośmiorga dzieci, z tych troje najstarszych było w Polsce. Córka w Gdańsku. Był powszechnie lubiany przez studentów. Ro­syjskim językiem nie władał, ale wykładał jasno, do studentów odnosił się życzliwie, za co odpłacali mu się wprost serdecznością. Na imieniny, na Boże Narodzenie, zawsze mu sprawiali jakiś pre­zent. Był sprawiedliwy dla studentów. Żadnego nie wyróżniał, jed­nakowo odnosił się do wszystkich. A to wypływało nie tylko z jego usposobienia, ale z jego wiary, religijności. Był głęboko wierzącym i praktykującym katolikiem. Mieszkał tuż w sąsiedztwie cerkwi św. Jura. W każdą niedzielę był na mojej mszy św. i nie tylko w niedzielę, bo i w dni powszednie. I zawsze wtedy przystępował do Komunii św. Tak samo jego syn, który studiował muzykę w kon­serwatorium. Ten zawsze klękał na oba kolana na początku pre­zbiterium, tuż przy bocznym ołtarzu, bardzo gorliwie się modlił w czasie całej mszy św. i też przyjmował Komunię św. Szczególnie władzom nie podobało się zachowanie ojca. I nieraz go upomina­no, zwracano mu uwagę, jak on, człowiek uczony, może tak postę­pować? On to zbywał milczeniem lub krótko odpowiadał, że to ni­kogo nie może obchodzić, bo to jest jego osobista sprawa. Ze stu­dentami o tych sprawach nie rozmawia, nie agituje... Władze jed­nak nie mogły tego znieść. Jednego dnia przywołują go do gabine­tu rektora uczelni. Tam zastaje sekretarza partii, naczelnika NKWD, cały komitet partyjny politechniki i jeszcze jakieś osobi­stości... I wtedy rektor politechniki odzywa się wprost do niego, że tak dalej być nie może z jego postępowaniem, że on wykształcony, uczony, wierzy, praktykuje, kiedy zdrowa nauka, wiedza już dawno wzięła rozbrat z wiarą. I że on tym swoim postępowaniem wywie­ra bardzo zły wpływ na podległą mu młodzież. I tak dalej już nie może być. I trzeba, profesorze, raz się zdecydować i wybrać – albo wiara, albo praca naukowa na politechnice. Innego wyjścia nie ma.
Profesor Mozer wysłuchał tego spokojnie, a gdy rektor skoń­czył swoją mowę, podniósł się, wyjął z kieszeni legitymację profe­sorską, podszedł do rektora, położył ją przed nim na biurku i gło­śno powiedział – spasiba – dziękuję, ukłonił się wszystkim, dodał: do swidania (do widzenia) i wyszedł.
We wszystkich, jakby piorun uderzył. Co się działo po jego wyj­ściu, nie wiem. Na wykłady nie chodził. Na uczelni, wśród studen­tów wrzawa, krzyki, bunt... Wołanie: my chcemy profesora Mozera! My chcemy profesora Mozera! Ależ on wierzący, wierzy w takie bajki... Nas nic jego wiara nie ­obchodzi. On jest mądry i dlatego właśnie wierzy, a wspaniale, mądrze wykłada!
My chcemy Mozera – i tak codziennie.
Bodaj po dziesięciu dniach zajeżdża przed dom prof. Mozera piękny samochód rektora politechniki, z niego wysiada prorektor i kieruje swe kroki do mieszkania. Wszedł, pozdrowił, przywitał się i mówi wprost – proszę ze mną jechać na politechnikę, tam profe­sora wzywają. Po co? Nie wiem. Tam już wszystko załatwione, nie mam po co jechać. Ale ja proszę bardzo. Powiedziano mi, że bez profesora nie mogę się tam pokazać. Pojechał. W gabinecie rektora jest parę osób z politechniki, nikogo z tych, co byli poprzednio. A rektor trzyma w ręce legitymację profesorską prof. Mozera i drżą­cym głosem mówi: proszę przyjąć tę legitymację i dalej prowadzić wykłady. Prof. Mozer zawahał się, ale rektor podszedł do niego, wręczył mu legitymację, podał rękę i powtórzył: proszę spokojnie kontynuować wykłady.
Co się działo wśród studentów, gdy się ich ulubiony profesor wśród nich pokazał, tego nie potrafię opisać...

*    Dziadek Wilhelma, Zygmunt Franciszek Mozer (1818–1886) ur. we Lwowie, był właścicielem fabryki odlewniczej, odlewni dzwonów i in. Uczestnik rewolucji 1848 r., radny miejski, trzykrotny król kurkowy we Lwowie.

Informacje biograficzne o Wilhelmie Mozerze i rodzinie Mozerów zaczerpnięto z Polskiego Słownika Biograficznego, zeszyt 92.