Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Marią Iwanową LWOWSKĄ polonistką rozmawia Teresa Dutkiewicz

[1/2001]

Z Marią Iwanową, LWOWSKĄ POLONISTKĄ

rozmawia Teresa Dutkiewicz

To nic, że trzy srebrne włosy
jak trzy promienie w obłokach,
dla mnie urody masz dosyć,
mógłbym się w tobie zakochać,

bo w twojej, miła, urodzie
jest światło, które w świat biegnie
i rośnie w tym świetle młodzież,
żeby budować wciąż piękniej.

K.I. Gałczyński
Maria Iwanowa
Ustronny, gustownie urządzony pokój. Gdziekolwiek pada wzrok, spoczywa na książkach. Książki tu żyją, są nieodłącznymi przyjaciółmi mieszkańców tego gościnnego, spokojnego, ciepłego domu. Na ścianach obrazy współczesnych twórców - martwa natura, pejzaże. Każdy z nich posiada swoją historię, jest powiązany z konkretną osobą.
Obraz o przedziwnej kompozycji, wykonany techniką kombinowaną, jest prezentem od od słynnej Ireny Jun. Inny, na którym jest natura martwa, opatrzono dedykacją: Aby kwiaty polskie w nieustannym kwitnieniu przywoływały najpiękniejsze wspomnienia znad Wisły, aby jednoczyły nadziejami polskiego domu. Dziękujemy za trwanie w miłości, pomimo granic i wszelkich podziałów. Podlaski OS "Wspólnota Polska" w Białymstoku, listopad 2000.
Siedzimy wygodnie w fotelach. Za oknem zamieć, chociaż jest prawie połowa lutego. Ogromne płatki śniegu wirują w rozpętanym tańcu, jakby obawiając się kontaktu z chłodnym brukiem, gdzie zaczną topnieć. Jak na zamówienie z radioodbiornika nastawionego na falę I programu Polskiego Radia w Warszawie płynie wiązanka melodii z dawnych lat, lat naszej młodości.
Profesor i uczennica. Mamy mówić o trwaniu w miłości do wartości najcenniejszych, które przekazali nam rodzice, które przekazujemy dzieciom. Przymykam na chwilę oczy i jak w barwnym kalejdoskopie zmianiają się obrazki. Szkoła, lekcje, nauczyciele. O pani Marii moja szkolna koleżanka Marta Szemley napisała: ...przyszłaś do nas w niebieskiej sukience... Nie pamiętam. Widocznie jednak tak było. Na pewno była młoda, energiczna, potrafiła, nie bacząc na znikomą różnicę wieku między nami utrzymać dystans, zjednać sobie nas i wzbudzić szacunek. Było to w roku 1957...
Dziś mam przed sobą srebrnowłosą Profesor o dobrym, poważnym, bystrym, chociaż nieco zmęczonym spojrzeniu.

T.D.: Po ukończeniu szkoły zdecydowała się Pani studiować.
M.I.: Byłam absolwentką szkoły nr 24. Zdecydowałam się na studia na Uniwersytecie Lwowskim. Geografię, historię ZSRR trzeba było zdawać w języku rosyjskim, ewentualnie ukraińskim. Słabo władałam tymi językami. Egzaminatorzy wykazali wyrozumiałość, mogłam odpowiadać po polsku. Egzaminy zdałam pomyślnie, lecz nie znalazłam swego nazwiska w spisie przyjętych studentów. Byłam zrozpaczona. Zwróciłam się do rektoratu o wyjaśnienie. Okazało się, że powodem mego pecha był... mój wiek. Nie miałam ukończonych 17 lat. Jednak na moją usilną prośbę, z uwzględnieniem sytuacji rodzinnej, zostałam najmłodszą studentką na kursie. Pojawił się kolejny problem - trzeba było zapłacić czesne. Ciocia wyciągnęła z jakiegoś schowka sznurek pereł i kazała załatwić sprawę. Już nie pamiętam, na ile został oceniony, ale na czesne wystarczyło. Pierwszy semestr był bez stypendium. Po pomyślnym jego zaliczeniu przyznano mi stypendium. Byłam szczęśliwa.

Może kilka słów o powojennej polonistyce, a raczej slawistyce na Uniwersytecie.
Kierownikiem Katedry Słowiańskiej - tak się wówczas nazywała - był profesor Maślak. Bardzo miły, bardzo wytworny starszy pan, którego wszyscy czemuś się panicznie bali. Wykładał język czeski. Prof. Andel wykładał gramatykę słowiańską, prof. Michał Onyszkiewicz prowadził język polski. Ten był skarbnicą wiedzy, którą potrafił przekazać. Jemu mam do zawdzięczenia to, czego się nauczyłam z języka polskiego na studiach. Był Ukraińcem, ale jego polszczyzna była do pozazdroszczenia. Szanowałyśmy go (grupa była żeńska), podkochiwałyśmy się w nim, był dla nas niepodważalnym autorytetem. Po latach kilkakrotnie miałam kontakt z Profesorem, kiedy pracowałam w szkole. Przyprowadzał swoich kolejnych studentów na praktykę. Wśród profesorów jedynym Polakiem był prof. Woroniecki, który wykładał literaturę polską.
Studia uniwersyteckie były swoistą szkołą życia. Wówczas nie istniały zasady kumoterstwa, student otrzymywał oceny za faktyczną wiedzę [były to wczesne lata powojenne - przyp. red.]. Profesorowie szanowali nas, a myśmy szanowali profesorów.

Spotkanie z pedagogiką...
Kiedy podjęłam studia na Uniwersytecie, wcale nie miałam zamiaru zostać nauczycielem. Starałam się wychować w sobie naukowca, należałam do stowarzyszenia studenckiego "Młody naukowiec", występowałam z referatami o poetach i pisarzach polskich. Przy dawnej ulicy Mochnackiego znajdowała się bardzo bogata biblioteka uniwersytecka, tam byłam częstym gościem. Studiowałam materiały naukowe, marząc o karierze uczonej.
Będąc studentką IV roku trafiłam na praktykę. Była to szkoła nr 10. Tak się zdarzyło, że zaproponowali mi prowadzenie lekcji w zastępstwie chorej nauczycielki. Zaimponowała mi ta propozycja i muszę przyznać, że spodobała mi się praca z młodzieżą szkolną. Już wtedy zastępca dyrektora po kilku wizytacjach na moich lekcjach nadmienił, że gdyby w szkole był wolny etat, chętnie by mnie zaangażował do pracy. Pochlebiło mi to, owszem, ale nadal nie myślałam na poważnie o pracy pedagogicznej w szkole.

Teresa DutkiewiczA dalsze losy?
Na piątym roku uświadomiono nam brutalnie, że marzenia o pracy naukowej mogą pozostać w sferze marzeń, a jedyną dalszą drogą jest praca pedagogiczna. Obowiązywał wówczas przydział pracy. Wybrałam Sokołówkę, wieś oddaloną od Lwowa około 100 kilometrów. Wykładałam język i literaturę rosyjską. W Sokołówce przekonałam się, jak niewiele dał mi uniwersytet, jeśli chodzi o przygotowanie do wykonywania zawodu nauczyciela. Życzliwi koledzy podpowiedzieli, jak należy pisać konspekt, składać plan lekcji itp.
Pracowałam tam pół roku. Zdecydował przypadek. Pracowało mi się dobrze, chociaż była to wioska, w której prawie z każdej rodziny ktoś był represjonowany, a wykładałam, nie zapomnijmy, język rosyjski. Nie zaznałam jednak żadnej przykrości.
Bardzo tęskiłam za Lwowem. Najgorsze były wieczory. Książki przywożone ze Lwowa nie mogły zastąpić kontaktu ze środowiskiem, w którym wyrosłam. Byłam bliska załamania, kiedy dowiedziałam się, że lokatorka, której zaufałam, stara się mnie wymeldować ze Lwowa. Gdyby się jej udało, przekreślałoby to możliwość powrotu po trzech latach do rodzinnego miasta. Gdy zrozpaczona przyjechałam jakiejś niedzieli do Lwowa, moi szkolni koledzy podjęli decyzję za mnie - spakowali rzeczy lokatorki, wystawili je za drzwi i zmienili zamki. Zabrała rzeczy i nigdy więcej się nie pokazała. Po powrocie do Sokołówki odbyłam rozmowę z dyrektorem szkoły. Zrozumiał sytuację, ale w książeczce zaznaczył, że opuściłam pracę samowolnie. Nie odpracowałam przepisowych trzech lat...

Powrót do Lwowa, i co dalej?
Zaczęło się moje tułactwo w poszukiwaniu pracy. Po kilku dniach pracy na poczcie kierownik wypowiedział mi. Nie mógł trzymać urzędniczki z wyższym wykształceniem. Miałam szukać zajęcie odpowiednie do kwalifikacji. Nie było. Zdeterminowana podjęłam pracę zaopatrzeniowca w przedszkolu, nie przyznając się do wyższego wykształcenia. Musiałam za coś żyć.
Przypadek sprawił, może Opatrzność, że dowiedziałam się, iż dyrektor szkoły nr 10 poszukuje polonistki po śmierci pani Marii Jaworskiej. Przyszłam do szkoły. Pokazałam zapis w książeczce pracy dyrektorowi i opowiedziałam o powodach podjęcia takiej decyzji. Zabrał książeczkę i poprosił, by przyjść za kilka dni. Nie wiem, jakich argumentów użył w kuratorium. Zostałam przyjęta, stało się to 8 marca 1957 roku. W tym też dniu rozpoczęła się moja wieloletnia praca w szkole nr 10.

Pamiętam, kiedy jako uczniowie klasy przedmaturalnej urządziliśmy Pani po pierwszej naszej wspólnej lekcji swoisty egzamin. W sposób perfidny i na swój sposób okrutny. Trzeba przyznać, że ta pierwsza lekcja zadecydowała, iż zaakceptowaliśmy młodą nauczycielkę. Rozstając się w następnym roku już jako wychowankowie, byliśmy prawie przyjaciółmi na ile to było możliwe w relacji uczeń - nauczyciel.
Pamiętam ten pierwszy dzień i ten "egzamin". Po wejściu do kancelarii poprosiłam dyrektora, żeby zwolnił mnie od wykładów w tej klasie. Z uśmiechem na twarzy powiedział, że nie uczyni tego i oznajmił, że właśnie będę wychowawczynią tej osieroconej klasy.

Proszę więc o pracy w szkole.
W okresie, gdy przyszłam do szkoły, pracowało w niej wielu doświadczonych, poważnych, odpowiedzialnych pedagogów. Nauczanie wszystkich dyscyplin odbywało się w języku polskim. Nauczanie języka i literatury polskiej stało na bardzo wysokim poziomie. Uczniowie władali piękną polszczyzną. Wykładałam w starszych klasach. W ciągu dnia uczyłam młodzież, a wieczorami i nocami dokształcałam się sama. Do wielu spraw trzeba było dochodzić samej, mieć ogromne wyczucie. Już wkrótce moją największą miłością stały się dzieci i młodzież, a największą pasją - praca z nimi. Miłość i pasja trwają do dziś. Z wzajemnością chyba.
Przed kilkunastu laty otrzymałam ofertę pracy na Uniwersytecie. Podjęłam się wykładania na kursie języka polskiego, równocześnie pracując w szkole. Nie sprawiło mi to żadnej satysfakcji. Po roku zrezygnowałam z tych wykładów, zostałam wierna szkole, chociaż propozycje ponawiane były wielokrotnie.

Trudne, dramatyczne i piękne chwile w pracy pedagogicznej?
Na początku lat 80. po raz kolejny władze oświatowe miasta usiłowały połączyć obie polskie szkoły. Przyjechał konsul RP z Kijowa. Po wizytacji obu szkół prawdopodobnie miał wypowiedzieć swoje zdanie na ten temat. Do szkoły przybyła delegacja. Zdając sobie sprawę z sytuacji, trzeba było zamienić z konsulem kilka słów. Miał dobrą i "szczelną" asystę. Zadanie powierzono mnie. Schodząc po schodach do sali udało mi się wypowiedzieć do konsula dwa zdania - Istnienie dwóch polskich szkół jest konieczne. Prosimy nie lać wody na ich młyn. Spotkanie ze społecznością szkolną było ciekawe. Młodzież zademonstrowała swoje umiejętności artystyczne. Konsul, dziękując za spotkanie, podkreślił potrzebę funkcjonowania obu szkół polskich we Lwowie...
Do najbardziej d r a m a t y c z n y c h należą dla mnie z pewnością dni z października 1981 r., kiedy to moja córka została wyrzucona z konserwatorium za naruszenie porządku publicznego, a mianowicie za złożenie wraz z kolegami kwiatów u stóp pomnika Adama Mickiewicza po otwarciu kolejnego sezonu teatralnego Polskiego Teatru Ludowego. Już w następnym dniu przed pierwszym dzwonkiem do klasy weszło dwóch panów, którzy zawiadomili, iż będą obecni na lekcjach. W ciągu dwóch dni nie wychodzili z klasy nawet podczas przerw. Starałam się prowadzić lekcje jak zwykle. Tylko ja i siedzący w klasie panowie wiedzieli, że ważą się losy mojej dalszej pracy w szkole. Dzieci pracowały nie domyślając się niczego. W drugim dniu, po lekcjach, jeden z nich podszedł do mnie i w imieniu obydwóch podziękował mi. Pożegnali się i odeszli. Zrozumiałam, że moja sytuacja "wiszącej na włosku" minęła. Mogę pracować nadal w szkole. Odprężenie graniczyło ze stanem przedzawałowym. Nie wątpię, że mądrość i postawa ówczesnej pani dyrektor Marii Wasiunyk (pierwszej dyrektorki Polki w latach powojennych) w dużej mierze zaważyła na uspokojeniu zaistniałej sytuacji.
T r u d n e chwile... Istniała w drugiej połowie lat 80. tendencja rozsadzania szkoły od wewnątrz. Byłam jedną z tych, której należało się pozbyć. Na dodatek miałam poważne kłopoty zdrowotne, one też posłużyły jako pretekst do próby pozbycia się mnie. Co było najbardziej bolesne - że za pośrednictwem kilkuosobowej grupki rodziców. W podaniu, złożonym przez nich do kuratorium z wnioskiem o zwolnienie mnie, motywowano niemożność zapewnienia przeze mnie należytego nauczania, spowodowaną całkowitą atonią. Lekarz, który podpisał taką diagnozę, nie znał mnie, ani też nie widział.
I tu kolej na p i ę k n e chwile... Zwołano ogólnoszkolne zebranie, podczas którego rodzice jak jeden mąż stanęli w mojej obronie. Jedną wypowiedź mojej pierwszej wychowanki, Zofii Sokołowskiej - a w owym czasie matki uczennicy - pamiętam do dziś: Pani Iwanowa, gdyby była nawet niema, to z całą pewnością nauczyłaby więcej niż niektórzy nauczyciele z silnymi głosami. Większość rodziców różnych okresów potrafiła walczyć o szkołę, stanąć w obronie godności nauczyciela. Zresztą uczniowie również. Taka to nasza, mimo wszystko, wspaniała społeczność.
Pomówmy teraz o polonistyce, o problemach nauczania. Szkolnictwo polskie na Ukrainie w latach powojennych funkcjonowało tylko we Lwowie. O jego znaczeniu dla naszej polskiej społeczności, trudnościach, może Pani powiedzieć najwięcej.
Całkowity brak podręczników w tamtym okresie sprawiał ogromne trudności w nauczaniu. Młodzież prowadziła konspekty na podstawie wykładów. Nasze wiadomości służyły młodzieży za podstawę ich wiadomości, co nakładało na nas ogromną odpowiedzialność. Nie można było wykładać literatury polskiej, nie mówiąc o historii Polski. W istniejącej sytuacji politycznej było to jednak niebezpieczne. Wykłady graniczyły z konspiracją. Dojrzałość młodzieży była nadzwyczajna, nie było żadnej wpadki, mimo iż w szkole pracowały "wtyczki". Poza tym młodzież dużo czytała. Każda lektura z trudem dostawana była zaliczana. Obecnie to zjawisko zanika zupełnie - film, telewizja, wideo...
Ale wróćmy do tamtych czasów. Chociaż może to brzmieć niewłaściwie, ale czasopisma młodzieżowe PRL-u były w naszych warunkach pomocne w nauczaniu. Nie wszystko było nie do przyjęcia. Młodzież prenumerowała czasopisma, kosztowały kopiejki. W latach 60-70. korzystaliśmy z podręczników wydawanych w Wilnie, z czasem pojawiły się wydawane w Kijowie. Wraz z kolegą Władysławem Łokietką opracowaliśmy podręczniki do języka polskiego i literatury polskiej. Borykając się z problemami nasza młodzież miała swoje ambicje i starała się dostać na wyższe uczelnie. Na podstawie statystyki w latach 1948-96 wykształcenie wyższe otrzymało 46% absolwentów naszej szkoły, a 16% zawodowe, średnie specjalne.
Trudności ideologiczne, o których wspomniałam, pokonywać było niełatwo. Istniały organizacje pionierska i komsomolska, niezbyt sprawnie funkcjonująca. W czasie świąt religijnych regularnie nadchodziły rozporządzenia z kuratorium, zatrzymujące i nas, i młodzież jak najdłużej w szkole. Świętując w domach, dbaliśmy, aby nikt niepożądany w tym okresie do nas nie zawitał. Nauczyciele musieli dyżurować pod kościołem. Była to jedyna okazja, by wejść do kościoła i pomodlić się w duszy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że my również jesteśmy kontrolowani. Naturalnie nigdy żadnego ucznia nie widzieliśmy.

Czy miała Pani okazję wyjechać na drugą stronę granicy?
Od początku lat 60. nauczyciele obydwu szkół w okresie wakacji mieli możliwość wyjazdu do Polski na kursy podwyższenia kwalifikacji w dziedzinie polonistyki. Jeździli wszyscy - historycy, matematycy, fizycy, biologowie, chemicy, rusycyści, nauczyciele wf... oprócz mnie. Na moje pytanie - dlaczego? nie otrzymywałam odpowiedzi. Dopiero w 1979 r. po raz pierwszy zostałam zakwalifikowana na kurs. Gdy przyjechałam, usłyszałam: Nareszcie! Tyle o pani słyszeliśmy. Poznałam wtedy wielu wspaniałych profesorów - Wojciecha Podgórskiego (dyrektora kursu), Barbarę Krydę, Irenę Szypowską, Józefa Rurawskiego i innych. Z niektórymi do dziś utrzymuję kontakt.

Najmłodsza generacja szkolnego Teatru „BAJ” Programy nauczania, wymiar godzin języka i literatury polskiej w szkołach polskich - jak to dzisiaj wygląda?
Nauczanie w szkołach polskich we Lwowie realizowane jest według programów, które opracowaliśmy z Władysławem Łokietką. Są to programy bardzo obszerne, bowiem przed 10 laty mieliśmy cztery godziny języka polskiego i dwie godziny literatury, teraz mamy dwie - języka i dwie - literatury. Musimy skracać program, co siłą rzeczy odbija się na wiadomościach uczniów. Prawdopodobnie w najbliższej przyszłości liczby te będą jeszcze mniejsze. Jest to przerażające. Niemożliwe jest nauczyć ucznia poprawnie pisać, poprawnie się wypowiadać, jeżeli godzin będzie coraz mniej. Nie lepiej jest z literaturą. Program liceum musimy wyłożyć w ciągu trzech lat. Z tego też powodu wielu autorów i wiele zagadnień literackich pomijamy.
Dlaczego o tym mówię? Z ramienia Ministerstwa Oświaty Ukrainy zaproponowano mi przeprowadzenie korekty programów. Martwi też perspektywa integracji literatury polskiej i literatury powszechnej. Uszczupli to jeszcze bardziej wiadomości uczniów z literatury polskiej.

Jaka jest Pani zdaniem droga do rozwoju nauczania języka polskiego na Ukrainie?
Zgodnie ze statystyką ukazującą się w prasie polskiej na Ukrainie, rośnie ilość uczniów uczących się po polsku. Ale niestety, jedno jest pewne - nauczanie to nie zapewnia trwałych i mocnych wiadomości, chociaż uczniowie w szkołach sobotnich, czy też na kursach uczą się po kilka lat i mają sporo lekcji języka (3-4 lekcje). Zdawałoby się, że wiadomości powinny być wysokie. I tutaj takie dziwne zjawisko: w olimpiadzie języka polskiego bierze udział młodzież, która nie uczęszcza do tych szkół, a która uczy się półprywatnie na kursach czy indywidualnie. Jako juror olimpiad w rozmowach z młodymi dowiaduję się, że uczą się języka przez dwa lata. I dają sobie radę! A gdyby ta młodzież uczyła się języka przez 8-9 lat - wiadomości byłyby o wiele głębsze. Smutne jest to, że w olimpiadach nie uczestniczy młodzież, która chodzi do szkół sobotnich. A nam zależy, żeby olimpiady się rozrastały!
Nauka polskiego w niektórych regionach jest obecnie bardzo popularna. Na tę popularność składają się różne imprezy, odbywające się w Kraju - poloniady, parafiady itp. Są one pomocne w popularyzacji języka polskiego, a także, miejmy nadzieję, w powrotach do korzeni. Oby tylko nie rozszerzała się tendencja do udawania Polaków dla korzyści materialnych, czy też robienia kariery poza granicami tego państwa, licząc na wspaniałomyślność Polaków w Kraju. Uczciwość jest tu niezbędna.
W okresie ostatnich dziesięciu lat na terenie całej Ukrainy zaczęły powstawać ośrodki nauczania języka polskiego przy parafiach, fakultatywne nauczanie w szkołach ukraińskich, sobotnie szkoły, kursy. Jeśli na początku zjawisko to budziło ogromne nadzieje w społeczeństwie polskim, dziś budzi obawy, bowiem z tych czy innych powodów zanikają punkty zajęć fakultatywnych oraz kursów. I tu jest zadanie dla Związku Nauczycielstwa Polskiego na Ukrainie, który do tej pory nie określił do końca swojej działalności. Należy z pewnością, w zależności od potrzeb w różnych regionach, podjąć próby zorganizowania nauczania języka polskiego w szkołach sobotnio-niedzielnych na prawach szkół mniejszości narodowych, a także szkół dwujęzycznych, w których nauczanie odbywałoby się w języku ukraińskim i polskim. Należy również brać pod uwagę grupy międzyklasowe w szkołach sobotnio-niedzielnych (klasa I-II itd.), w zależności od liczby uczniów. Szkoły lwowskie powinny odzyskać status Szkół Polskiej Mniejszości Narodowej.

A praca pozalekcyjna?
W szkole przykłada się do tego ogromną uwagę. Każdy uczeń może rozwijać swoje zamiłowania w sekcjach sportowych, kółkach plastycznych, zespołach artystycznych itp. Bogate tradycje teatralne, sięgające minionych stuleci, posiada szkolny teatrzyk "Baj". Praktycznie od momentu podjęcia pracy w szkole włączyłam się w "życie teatralne" szkoły. Z czasem zostałam reżyserem i kierownikiem wciąż nowych generacji zespołu. Na naszym koncie mamy około 40 premier - wieczory literacko-muzyczne, spektakle. Dzięki zaistniałym zmianom nasz teatr występował wielokrotnie w różnych miastach RP, jest laureatem konkursów. Przed dwoma laty wystąpił w londyńskim POSK-u z lwowskim programem. Ale chętnie pojechalibyśmy też do pobliskich miejscowości, aby wystąpić tam przed naszymi rodakami.
Nasza młodzież odznacza się dużą aktywnością, uczestnicząc w różnego rodzaju konkursach, olimpiadach, parafiadach itp.
Jako polonistka pragnę podkreślić znaczenie Ogólnopolskiej Olimpiady Literatury i Języka Polskiego, organizowanej w Warszawie od ponad 30 lat, a dla młodzieży spoza RP od 1990 roku. W ciągu tych 10 lat przygotowałam dziewięciu olimpijczyków, którzy dziś z powodzeniem kształcą się w Polsce. Niektórzy z nich są już doktorantami - Ilona Kuryluk w PAN, ks. Andrzej Legowicz w Rzymie.
Trzeba dodać, że mamy świetnych recytatorów. Są laureatami wielu konkursów recytatorskich w Kraju. Największy sukces to dwukrotne Grand Prix Marty Tajner w latach 1994-95.

Lata minęły jak jeden dzień...
Rzeczywiście. Nie żałuję tych lat, podczas których przekazywałam wiedzę, zgodnie z trafną sentencją brata Adriana Wacława Brzózki: Marny to naród, który zapomniał swojego języka. Mam pracę, którą kocham, otoczona jestem młodzieżą, którą kocham, kolegami, którzy w większości są moimi uczniami.
Chęć zachowania tożsamości narodowej w nas i, miejmy nadzieję, w naszych dzieciach i wnukach, nie powinna zaniknąć. Stan zagrożenia w tej czy innej postaci nie przestaje istnieć. Szanując innych, naszym obowiązkiem jest pamiętanie, kim być pragniemy.
Moja praca jest moim sposobem na życie. Nie wyobrażam sobie życia bez szkoły, bez gwaru wesołych głosów dzieci, podobnych do świergotu ptaków. Jakże wzruszający jest moment, gdy moja dawna uczennica, dziś babcia dbająca o swego wnuka, ucznia początkowej klasy, zwraca się z życzeniem: Proszę jeszcze tylko mego wnuka doprowadzić do matury! Czuję więc, że jestem potrzebna i to dodaje mi sił.

Zawód obrany przed laty przez Panią Profesor okazał się prawdziwym powołaniem, iskrą zapalającą w uczniach miłość do języka i kultury ojczystej oraz bogatych tradycji narodowych, ale także szacunek dla prawdziwych wartości kulturalnych innych narodów.
Z okazji zbliżającego się jubileuszu, w imieniu trzech pokoleń uczniów i wychowanków pragnę złożyć Pani Profesor serdeczne gratulacje, życząc sił, zdrowia, wytrzymałości, bowiem jak powiedział Fryderyk Chopin: Czas to najlepsza cenzura, a cierpliwość - najdoskonalszy nauczyciel. Dziękuję za rozmowę.
Także Krakowski Oddział Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Płd.-Wsch. oraz Redakcja "Cracovia-Leopolis" składają Pani Profesor serdeczne gratulacje i wyrazy uznania z okazji Jubileuszu 45-lecia pracy pedagogicznej, w tym 44 lat pracy w lwowskiej Szkole nr 10 im. św. Marii Magdaleny. Sto lat!