Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Ze Stefanem Berdakiem rozmawia Janusz M. Paluch

[2/2003]

Mieszkać na krakowskim Salwatorze i nie być artystą, nieważne plastykiem czy literatem, to chyba grzech!

To prawda! Dlatego tutaj mieszkam. Tu jest pięknie niezależnie od pory roku i pogody. Zawsze świeci słońce. A przede wszystkim ten Salwator tak przypomina mi Lwów, te wszystkie chwile w mym życiu związane ze Lwowem...

 

Jednak twórcze owoce przyszło Panu zbierać w Krakowie. Ale właściwie wszystko zaczęło się tam, nad Pełtwią.

Tak, we Lwowie. Właściwie od kiedy pamiętam, to zawsze rysowałem. Pod kościołem św. Mikołaja była taka duża przestrzeń, zawsze wysypana piaskiem, zawsze zagrabiona. Z kolegą, który mieszkał w probostwie – jego matka była tam gospodynią – rysowaliśmy szpulkami tory tramwajowe. Organizowaliśmy przystanki tramwajowe, a potem rysowaliśmy rożne rzeczy. I tak się zdarzyło, kiedy miałem 13–14 lat, że do Lwowa przyjechał w 1942 roku niemiecki artysta. Miał namalować Deutsche Altstadt Lemberg, a także w Pałacu Sztuki miała odbyć się wystawa jego malarstwa. Pisała o tym „gadzinówka”. Właśnie malował kościół św. Mikołaja jako kolejny lwowski obraz. Ksiądz proboszcz Makarczuk – po wojnie osiadł w Paczkowie, dokąd zabrał słynną kazalnicę w kształcie łodzi z kościoła św. Mikołaja – przysłał po mnie kościelnego i dał mi zlecenie. Słuchaj Stefciu, powiedział, weźmiesz blok rysunkowy, weźmiesz swoje akwarelki, usiądziesz na krzesełku koło tego Niemca i też zaczniesz kościół malować. Trochę z ociąganiem poszedłem, rozłożyłem krzesełko i zacząłem malować. Akwarelą maluje się szybko, za mną stała grupa ludzi, która głośno dopingowała mnie, nie szczędząc mi pochwał. W pewnym momencie zaczęli się śmiać z tego Niemca. Ten wyraźnie się zdenerwował. Zaczął krzyczeć: Donnerweter! Zaczął kopać w moje krzesełko. Ludzie zaczęli gwizdać. On szybko zwinął swoją kasetę. Zabrał obraz pod pachę i poszedł. Jak się później okazało, wyjechał ze Lwowa nie ukończywszy swego dzieła. Po latach dowiedziałem się, że była to akcja sprowokowana. Specjalnie, żeby go zniechęcić i wyrzucić ze Lwowa! O tym wydarzeniu pisała prasa podziemna.

 

Czy to był początek tego, co daje początek drodze twórczej?

Właściwy przełom był raczej inny. W  naszej kamienicy mieszkał prof. Hartleb, dyrektor przedwojennego Muzeum Przemysłu Artystycznego. Opowiedział o całym tym wydarzeniu znanemu artyście Stanisławowi Kaczor-Batowskiemu, który zaprosił mnie do swojej pracowni. Tam spotkałem Romana Cieślewicza – słynnego plakacistę, który przed kilkoma laty zmarł w Paryżu. I tak rozpoczęła się właściwie w tym momencie moja życiowa pasja i przygoda malarska. To było moje pierwsze zetknięcie się z prawdziwym światem artystów malarzy.

 

W ten sposób ujawnił się talent. Jak wyglądały Pańskie pierwsze kroki w szkole o profilu plastycznym?

W jakiś sposób przyczyniła się też do tego wojna. Po wkroczeniu Niemców, wprowadzono szkoły 6-klasowe. Ja właśnie miałem iść do klasy siódmej. W takiej sytuacji trzeba było iść do pracy lub do szkoły o konkretnym profilu. Wtedy matka kolegi przejawiającego plastyczne zdolności, pani Kaczkowska, postanowiła zaprowadzić nas do szkoły na Snopkowie. Przyjął nas chyba dyrektor. Ona bez żenady wyciągnęła z torebki butelkę koniaku i stawiając mu na biurku powiedziała: Ci dwaj chłopcy pięknie malują i chciałabym, żeby pan ich obu przyjął do szkoły. Zaskoczenie było piorunujące! Dyrektor nic nie mówiąc wstał, zahuśtał się na palcach – miał taki dziwny sposób chodzenia, i powiedział: No tak, z takim argumentem to muszą być przyjęci! I w taki sposób zostałem uczniem szkoły, o której istnieniu dotychczas nie słyszałem, Szkoły Przemysłu Artystycznego. Ale już pod koniec roku, razem z Bronisławem Kocójem, otrzymaliśmy od pani prof. Stiberowej – po wojnie była rektorem Wyższej Szkoły Plastycznej w Łodzi – stypendia. W czasie okupacji była to rzadkość i nie lada wyróżnienie. A to dlatego, że stypendia były wypracowane przez prof. Tyskiego, który prowadził pracownię ceramiki mieszczącą się w piwnicy budynku szkoły, oraz prof. Stiberową, która w swej pracowni wykonywała różne precjoza włókiennicze, sprzedawane później w sklepach z pamiątkami. Był to bardzo ładny gest zachęcający do nauki i pracy twórczej.

 

Bardzo często pierwsze lata nauki decydują o dalszym charakterze twórczym artysty. Czy można powiedzieć, że już w tym okresie zaczął kształtować się Pański styl artystyczny?

Trudno powiedzieć jednoznacznie. Miałem pewien szum w głowie, tak jak wszyscy będący pod wpływem Batowskiego. Przecież Batowski był batalistą, uczniem Jana Matejki, uznawał kolor lokalny, który jest, istnieje faktycznie. Natomiast w szkole dominował prof. Wasilkowski z Poznania – podczas okupacji przebywał we Lwowie – bedący kolorystą! A więc – ciepłe i zimne! Batowski kazał oczy otwierać szeroko, Wasilkowski nakazywał mrużyć... Ten mętlik w głowie nie przeszedł mi do dziś. Nadal mam sentymenty do malartstwa batalistycznego. I stąd moje spojrzenie na malarstwo jest bardzo szerokie. To znaczy uznaję teorię, że tamto malarstwo batalistyczne jest rodzajem spektaklu dziejącego się na obrazie, pewnej fikcji, która kiedyś zastępowała film. Ale dzisiaj w dobie filmu to troszeczkę straciło swój sens. I dlatego malarstwo, po tych impresjonistycznych odkryciach w Paryżu, poszło w kierunku koloryzmu.

 

Każdy artysta skrywa w pamięci moment, w którym postanowił wkroczyć na salony sztuki. Nie wszyscy jednak są świadomi tej chwili, przychodzącej często w sposób niespodziewany. Jak wyglądało to w Pana przypadku?

Byłem tego świadom, dlatego, że nagle zacząłem się w tym kręgu obracać. A ten mój pierwszy krok... Brzmi to anegdotycznie, ale tak go zapamiętałem. Oczywiście zdarzyło się to we Lwowie... Przy ulicy Akademickiej znajdowała się galeria prowadzona przez Wygrzywalskiego. Przy znajdującym się tam stoliku zawsze urzędowało kilku, a nawet kilkunastu artystów malarzy popijających – powiedzmy – herbatkę... Mój kolega, kiedy zobaczył mój obrazek przedstawiający ratusz lwowski, tak się nim zachwycił, że postanowił go sprzedać. Gdzie? Właśnie u Wygrzywalskiego... Oczywiście, ja sam bym się nie odważył tego tam zanieść, ale skoro kolega tak wysoko ocenił moje dzieło, to dlaczego nie? Wchodzimy dumni, z tym obrazem, do galerii. Wygrzywalski wstaje od stolika, podchodzi do nas. Kolega pokazuje mu obraz i oznajmia, że chce go sprzedać. A ty to malowałeś? – pyta Wygrzywalski taksując obraz. Koledze zabrakło wtedy odwagi i rzekł: Nie, to mój kolega... – wskazując na mnie głową. No to jeszcze długo musisz malować, żeby u mnie sprzedać!. Tak mnie podsumował Wygrzywalski...

 

Nie było dane Panu ani Pańskim kolegom w pełni rozwinąć swego artystycznego kunsztu we Lwowie. W roku 1944 Niemcy wycofali się ze Lwowa, rozpoczęła się druga okupacja sowiecka. Później był rok 1945 i wielki exodus Polaków z Kresów.

Tak. Wszyscy się rozjechaliśmy. Jedni wyjechali wcześniej – np. Artur Sobolewski i Teresa Świeży. Oni też wcześniej studia akademickie ukończyli. Artur był obiecującym, bardzo zdolnym plastykiem. We Wrocławiu zetknął się z Pablo Picassem. Od tamtego czasu utrzymywał z nim stały kontakt korespondencyjny. Niestety w krótkim czasie zmarł na raka żołądka. Kto wie, czy nie był najzdolniejszy z  nas... Tadeusz Ziepser – znalazł się we Wrocławiu, jest profesorem na Wydziale Architektury Politechniki Wrocławskiej. Do naszej lwowskiej szkoły zapisał się tylko dlatego, żeby nie trafić na roboty do Niemiec... Kiedy jego ojciec – profesor Politechniki Lwowskiej – dowiedział się, że jego syn pobiera lekcje malarstwa także u Batowskiego, przestał wypuszczać go z domu... Niepokoiliśmy się o niego, był to przecież czas łapanek do pracy w Niemczech. Poszliśmy pod jego dom i wrzeszczeliśmy: Tadeusz! Tadeusz! W końcu pokazał się w oknie pierwszego piętra... Widzę tę jego smutną, zapłakaną twarz do dzisiaj... Odpowiedział nam wtedy, że go zamknęli i nie może wychodzić. Nazwisk i historii z nimi związanych można by mnożyć!

 

A jak to wyglądało w Pana przypadku?

Razem z Cieślewiczem znaleźliśmy się w Opolu. Ja ze Lwowa wyjechałem już w 1945 roku, a Cieślewicz, z powodu choroby swojej siostry, rok później. Ale też i rok dłużej był uczniem lwowskiej szkoły na Snopkowie. Dziwnym trafem Roman spotkał aż w Cieplicach swego nauczyciela historii sztuki, prof. Hodysa, który w Krakowie był dyrektorem Państwowego Liceum Sztuk Plastycznych. Ten ze lwowska powiedział mu: Nu, ta ściągaj wszystkich lwowiaków! Ta niech przyjeżdżają do mnie! Długo się nie zastanawialiśmy. W Krakowie zostaliśmy bardzo serdecznie przyjęci przez rodzinę Hodysów. Dwa tygodnie mieszkaliśmy w ich gościnnym mieszkaniu. Potem załatwił nam bursę u jezuitów, na Skarbowej. Tam mieszkaliśmy półtora miesiąca, a pobyt u jezuitów zakończył mało sympatyczny incydent... Choć dzisiaj brzmi to anegdotycznie. W pokoju mieszkałem z Cieślewiczem i sympatycznym góralem. Pewnego dnia, po kolacji, przyniosłem sobie kubek gorącej kawy do pokoju i – aby wystygła – postawiłem na parapecie otwartego okna. Góral wrócił trochę później od nas, kiedy otworzył drzwi, powstał przeciąg, okno wywróciło kubek i kawa wylała się na parapet, i zaczęła ściekać za okno. Pech chciał, że w tym czasie pod oknami bursy spacerował ksiądz prefekt odmawiając brewiarz. Gdy to zobaczył – wszczął alarm. Zaczęły się poszukiwania. Na korytarzach zabrzmiały gwizdki i wrzaski piętrowych, bieganina... W końcu jeden wpadł do nas. Proszę księdza! To tu! To tu! – wrzeszczał triumfalnie. Po chwili wkroczył do pokoju ksiądz z pytaniem na ustach: Który to zrobił?! Cisza, nikt się nie odezwał, bo przecież nikt tego nie zrobił. Cieślewicz był nieco śmielszy, próbował coś wyjaśnić, ale nikt go nie chciał słuchać. Zabrzmiała tylko groźba księdza: Jeśli do godziny 22.00 nie zjawi się ten, który wylał kawę, to rano wszyscy trzej spakujecie rzeczy i opuścicie bursę. Pięć minut przed wyznaczoną godziną zgłosiłem się do prefekta. Dobrze, że przyszedłeś się przyznać... – przywitał mnie. A ja na to: Nie przyznaję się, tylko całe to zdarzenie zaszło za moją przyczyną... I wytłumaczyłem mu co się stało. W takim razie daję ci noc. Rano się spakujesz i opuścisz bursę! – zabrzmiał wyrok. Proszę sobie wyobrazić, że rano Cieślewicz spakował się szybciej ode mnie, chociaż jemu wyrzucenie nie groziło. To była solidarność! Opowiedzieliśmy zaraz Hodysowi o całym zajściu. Mieliśmy szczęście, bo Hodys spotkał akuratnie kobietę, u której mieszkał w Sokalu. Przyjęła nas na stancję. To było jedno pomieszczenie przedzielone na noc kotarą. Z jednej strony spała ona z córką, z drugiej ja z Cieślewiczem. Dwa miesiące przed naszą maturą wyeksmitowano ją do mniejszego lokalu. A my pozostaliśmy bez dachu nad głową. Trochę udawało nam się pomieszkiwać w szkole, a ponieważ noce były już ciepłe, wkradaliśmy się na noc do Parku Jordana. Czasami nad ranem budził nas wiosenny deszczyk! Ale maturę zdaliśmy i zostaliśmy przyjęci na studia na Akademię Sztuk Pięknych!

 

Jaki wpływ miasto Lwów, atmosfera tam panująca, miały i mają nadal na Pańskie malarstwo?

Wśród starszych moich kolegów ze Lwowa byli: Witold Skulicz, który został profesorem akademickim na grafice użytkowej, oraz Juliusz Joniak, profesor na malarstwie. Obserwowałem, jak oni malują, tworzą, to przecież na mnie też wywierało wpływ w czasie studiów. Wcześniej byłem uczniem batalisty Batowskiego, zmieniałem pracownie. Poza tym uczyłem się nie tylko malarstwa, bo i wystroju wnętrz, i ceramiki – gdzie przeszedłem ciężką szkołę szlamowania gliny. Rzeźby uczyłem się u prof. Wnuka, który po wojnie był rektorem plastycznej uczelni w Gdańsku. W mojej kamienicy we Lwowie mieszkał prof. Krzyżanowski, profesor muzyki z konserwatorium, kolekcjoner, miał bogaty zbiór obrazów. Pożyczał mi obrazy, ja robiłem kopie, potem on je oceniał, zazwyczaj chwalił, co zagrzewało do pracy, prowadziliśmy też długie rozmowy o malarstwie. To wszystko miało bez wątpienia wpływ na to, co robiłem później. A ponieważ ci ludzie byli związani bezpośrednio ze Lwowem, to mogę tylko potwierdzić – rzeczywiście Lwów wywarł na mnie ogromny wpływ.

 

Maluje Pan jeszcze swoje miasto?

Jak wcześniej powiedziałem, nie odrzucam malarstwa realistycznego. Wracam do niego czasami, choć jest to niemodne i raczej nie należy się tym chwalić, ale jest to sprawdzian, ponieważ jeżeli potrafi się malować realistycznie, to znaczy, że ma się kontrolę nad sprawnością manualną. Ostatni raz Lwów malowałem na wystawę w Klubie „Zaułek” w roku 2001. Zaistniał na moim płótnie ratusz lwowski wraz z katedrą rzymskokatolicką. Ponieważ w czasie kiedy malowałem ten obraz, byłem na etapie poszukiwania dla siebie nowych malarskich trendów, na niebie namalowałem szereg niebieskich pasów w różnych odcieniach. One datowały niejako okres czasowej odległości od mojego stamtąd wyjazdu do chwili, kiedy ten obraz został przekazany przeze mnie na aukcję, by wspomóc żyjących tam w biedzie Polaków.

 

Od chwili opuszczenia przez Pana rodzinnego miasta minęło już 58 lat. Czy w tym czasie wracał Pan do Lwowa?

Po raz pierwszy byłem tam w 1994 roku. Namówił mnie do tego wyjazdu Adam Macedoński, który przewodniczy Stowarzyszeniu Rodzin Katyńskich i wiózł do Lwowa wystawę o Katyniu. Już na dworcu w Płaszowie, gdzie wsiadaliśmy do pociągu, przeżywaliśmy pierwsze zdumienia... Do pociągu wsiadały kobiety objuczone różnymi torbami i pakunkami. Odprowadzali je młodzi, w czarnych skórach, dobrze zbudowani Ukraińcy, którzy popychali te kobiety, ponaglali je do wsiadania do tego pociągu. Żal mi się zrobiło tych kobiet i zmobilizowałem kolegów, aby im pomóc w tym wsiadaniu i załadunku bagaży... Kiedy pociąg ruszył, słyszę, jak w sąsiednim przedziale te kobiety rozmawiają między sobą i jedna mówi: Ja dumała szczo Polaki to sobaki, a one dobryje ludi! Z kolei na granicy ukraiński pogranicznik oglądał nasze dokumenty, zaproszenia. I niby wszystko było w porządku, ale nie mieliśmy wbitej w paszportach pieczątki „A”, która mówiła o służbowym charakterze naszej podróży. To ja was muszę odstawić z powrotem do granicy. Tam jest taki wagon, to się przesiądziecie. Ktoś zapytał: I kiedy pojedziemy? Jak się zapełni, to odstawimy do granicy – odpowiedział. Nie brzmiało to dobrze... po jakimś czasie przyszedł po nas. Ja chwyciłem po plecak, a ten chyba zaskoczony, że nie protestujemy, nie stawiamy się, tylko tak potulnie... Ja szutił. Żartowałem. Puszczę was bez tych pieczątek! Już we Lwowie dowiedzieliśmy się, że poprzedniego dnia Gorbaczow wygłosił to słynne przemówienie, w którym przepraszał za Katyń... Domyślaliśmy się, że pewnie dlatego nas przepuścili bez tych pieczątek. O warunkach, jakie zastaliśmy w hotelu „Lwiw”, nie będziemy tu opowiadać, bo to się nie zmienia od lat... A szkoda! A z wystawą też mieliśmy perypetie! Zmieniły się władze w muzeum. Nikt z muzeum na nas nie czekał! Wszyscy wyjechali do Kamieńca Podolskiego – my też mieliśmy w tym wyjeździe uczestniczyć... Byliśmy załamani! Tam, gdzie miała zaistnieć nasza wystawa, wisiała jakaś ukraińska ekspozycja, którą bali się ruszać. I znowu zbiegi okoliczności i odwaga pewnej Polki w muzeum spowodowała, że wszystko dało się załatwić na czas. W Katyniu zginęło kilku oficerów pochodzenia ukraińskiego. Na tych planszach zawiesiliśmy szarfy niebiesko-żółte. Koło kamienicy Szprecherów odbywały się w tamtych czasach głośne nacjonalistyczne wiece. Kiedyś usłyszałem, jak ktoś przemawiał: Słuchajcie Ukraińcy! Powinniśmy się uczyć miłości do Ojczyzny od Polaków! Oni przyjechali tu do Lwowa, żeby swoją wystawę zrobić! Sytuacja była tak napięta, że na wernisaż nie przybył ani lwowski biskup rzymskokatolicki, nawet żaden z księży się nie pofatygował, ani Konsul RP! Ale przyszedł mer Lwowa. Otwierając wystawę zaczął bardzo ostro, twierdząc, że tu do Lwowa to nie z wystawą katyńską powinniśmy przyjechać, ale z wystawą poświęconą akcji „Wisła”. Powinniście za tę akcję przeprosić! – grzmiał. Macedoński bardzo trzeźwo wystąpił: Przyjechaliśmy tu jak bracia... Moja babka była Rusinką, to znaczy była Ukrainką, czyli ja jestem jakby dwóch narodowości. Proszę zobaczyć, że w Katyniu zginęli też wasi ludzie. Ukraińcy... Atmosfera jakoś się rozładowała. W pewnej chwili jakiś staruszek o lasce, podtrzymywany przez dwie kobiety, chyba nie wytrzymał tego napięcia i atmosfery stworzonej przez wystąpienie mera Lwowa, zaczął wymachiwać laską i krzyczeć: Ja jestem byłym polskim generałem! Do tej chwili się ukrywałem! Ja wam nigdy mordów na Wołyniu nie zapomnę! Wystawa była zauważona przez Polaków. Odwiedziło ją dużo młodzieży. Zostaliśmy też zaproszeni do polskiej szkoły Marii Magdaleny. Byłem za czasów okupacji niemieckiej przez jakieś pół roku uczniem tej szkoły...

 

Dlaczego tak krótko?

Stałem się ofiarą swego talentu twórczego! Nasza klasa była bardzo rozwydrzona. Wystarczyło, że któryś z nas spóźnił się na lekcję, a został od razu ostrzelany przez kolegów papierowymi kulkami wypuszczanymi z procy. Klasa znała moje plastyczne zdolności. Podpuścili mnie, żebym narysował naszego wychowawcę zupełnie nagiego... Cóż, mnie dwa razy nie trzeba było powtarzać! Oczywiście ktoś doniósł. Nauczyciel wyrwał mi kartkę z rysunkiem. A w konsekwencji z hukiem wyleciałem ze szkoły.

 

A powiada się, że tylko dzisiejsza młodzież psoci! Serdecznie dziękuję Panu za rozmowę.

 

Stefan Berdak ur. 1927 r. we Lwowie. Ukończył w 1955 Akademię Sztuk Pięknych w Krakowie. Kilkanaście wystaw indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą. Jego prace znajdują się m.in. w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie
i Krakowie oraz licznych kolekcjach prywatnych.