Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z profesorem Bogusławem Grzybkiem rozmawia Janusz M. Paluch

[4/1996]

Fot. Janusz M. Paluch, 1996Rozmawiamy Przed Świętem Niepodległości, 11 listopada 1996 roku. To już tradycja, że Akademicki Chór „Organum” zaangażowany jest w organizację tych uroczystości. Jesteście chyba jedynym zespołem, który zawsze posiada w repertuarze kanon polskiej pieśni patriotycznej. Zresztą, czy taki cel nie przyświecał przy powoływaniu zespołu do życia?

Gdy powstawała koncepcja chóru, miałem różne pomysły. Oczywiście wydaje mi się, że wtedy, przed 26. laty, wybrałem tę najlepszą. Miał to być zespół śpiewający dawną muzykę religijną związaną z początkami naszej, polskiej kultury chrześcijańskiej. Wiele zawdzięczamy pomocy księdza kardynała Karola Wojtyły. To dzięki niemu spotkałem się z panem Stefanem Wilkanowiczem, redaktorem „Znaku” i współpracownikiem „Tygodnika Powszechnego”. Tą drogą trafiłem do Klubu Inteligencji Katolickiej. Pan Wilkanowicz wszystko już wiedział od księdza kardynała Wojtyły. Dał nam na początku to, czego potrzebowaliśmy, czyli cztery ściany i środki na wydrukowanie pierwszych materiałow do rozpoczęcia pracy. A były to psalmy Mikołaja Gomółki do tekstów Jana Kochanowskiego. Spośród 150 psalmów wybrałem około 20. Zespół liczył wtedy sześciu panów i dwanaście pań. Oczywiście z czasem poszerzaliśmy repertuar o kolejne utwory. Skupialiśmy się też na kompozytorach związanych z katedrą wawelską, takich jak Wacław z Szamotuł, Mikołaj Gomółka, Bartłomiej Pękiel i Grzegorz Gerwazy Gorczycki. Z czasem zaczęliśmy śpiewać polskie pieśni historyczne, od Bogurodzicy począwszy, którą Długosz tak pięknie nazwał Carmen Patriae. To właśnie ta Pieśń Ojczyźniana odkryła przed nami polską pieśń historyczno-patriotyczną. Śpiewaliśmy stare pieśni Kaliopy Słowieńskiej Krzysztofa Klabona kompozytora mało zananego. Później były pieśni okresu powstań kościuszkowskiego, listopadowego, styczniowego i współczesne pieśni niepodległościowe. Oczywiście nie pominęliśmy pieśni okresu okupacji niemieckiej, pieśni które powstawały na różnych frontach m.in. we Włoszech pod Monte Cassino. Najbardziej uderzająca, przynajmniej dla mnie, była pieśń Lachmana pt. Sztandary polskie na Kremlu. Z tą pieśnią byłem związany ideowo i uczuciowo. Mój ojciec, który prowadził chóry w Nowym Targu, Makowie Podhalańskim, Suchej Beskidzkiej, śpiewał z nimi tuż po wojnie tę pieśń. M.in. w gimnazjum nowotarskim, którego był dyrektorem. Jego uczniem był m.in. ks. Tischner. To oni śpiewali car słucha świętej ofiary, szumią polskie sztandary za wolność naszą i waszą. To było wielkie przesłanie. Wtedy myśl wędrowała tylko do dni ostatniej okupacji, ale przesłanie tej pieśni sięgało przecież głębiej, do czasów, kiedy w czasie rozbiorów zaborcy walczyli o utrzymanie naiwności narodowej.

Tę naiwność narodową hodowano w nas dość długo. Skutki trwają po dziś dzień. To Pańska działalność m.in. otwierała ludziom oczy i dawała przedsmak tchnienia wolności. Panie profesorze od kiedy Akademicki Chór Organum organizował koncerty z okazji Święta Niepodległości 11 listopada?
Nie czekaliśmy na pozwolenie. Mieliśmy poczucie, że musimy zacząć robić to sami, bez względu na sytuację polityczną. To był nasz obowiązek... My dostaliśmy w spadku od swoich ojców, że są święta ważne w naszej historii narodowej, takie jak Święto 3 Maja, 11 listopada Święto Niepodległości, które skreślono z nauki historii w szkołach. Już z końcem lat 70. zaczęliśmy robić coś na kształt akademii-koncertów w zamkniętym gronie u oo. franciszkanów, w sali włoskiej, gdzie z panem Krystianem Waksmundzkim zorganizowaliśmy pierwszy koncert pieśni patriotycznej. Pamiętam, że było to dla nas niesłychane przeżycie, bo baliśmy się, że ktoś z zewnatrz wkroczy i rozpędzi całe towarzystwo, które przyszło słuchać polskich pieśni patriotycznych. Śpiewaliśmy z niesamowitą żarliwością. Pamiętam, był tam krzyż brzozowy, pod nim płaszcz i czapka żołnierska. Jedna z solistek wykonała Orlątko Lwowskie, pieśń, którą w naszej narodowej historii skrzętnie pielęgnowano. Potem kazano nam o niej zapomnieć, jakby nigdy za polski Lwów nie popłynęła kropla polskiej krwi. To był rok 1979. Inspiracją do podjęcia ryzyka organizowania tych koncertów, bo było to prawdziwe ryzyko, dzisiaj się o tym już nie mówi i nie pamięta, był sygnał z Rzymu od Ojca Świętego. Gdy został papieżem, nastąpił widoczny przełom w myśleniu tego społeczeństwa, skorumpowanego, przygniecionego całą przeszłością. Papież przecież śpiewał te pieśni, chociażby Czerwony pas. Te piękne huculskie pieśni kiedyś jednoczyły nasze ziemie i mniejszości narodowe, które tworzyły Rzeczpospolitą Trojga Narodów.

Z tego okresu pochodzi Wasza piękna, chyba już nieosiągalna, kaseta „Pieśni patriotyczne”?
Tak. To była pierwsza oficjalna kaseta zawierająca takie pieśni, która wyszła na zewnątrz. Znikła momentalnie. Nagraliśmy ją po cichu, nieoficjalnie, z panem Enzingerem w Filharmonii Krakowksiej. Pamiętam również rok stanu wojennego, kiedy przyjechała z Warszawy z Polskiego Radia pani Elżbieta Greń-Stasik. Znała nasz patriotyczny repertuar i chciała nagrać te pieśni dla archiwum studia warszawskiedgo. Pytałem ją wtedy: pani Elżbieto po co one się pani przydadzą, prziecież nigdy nie będą wykorzystane. A ona na to, niech pan nie będzie takim pesymistą, ja wierzę że kiedyś pieśni te ujrzą światło dzienne. Proszę sobie wyobrazić, że spędziliśmy w kościele oo. reformatów całą noc, gdzie nagrywaliśmy pieśni patriotyczne razem z utworami Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego. Niech pan wyobrazi sobie, tutaj noc stanu wojennego, ormo i milicja patrolują ulice, a my nagrywamy pieśni patriotyczne, wtedy zakazane. Ojcowie przynosili nam kawę, wypoczywaliśmy leżąc na dywanikach, po czym wstawaliśmy i śpiewaliśmy następne pieśni. I tak do białego rana. Proszę sobie wyobrazić, że po zakończeniu stanu wojennego dostaję telefon z Warszawy od pani Elżbiety z prośbą, bym przyjechał i opowiedział o historii pieśni Sztandary polskie na Kremlu. Za tę pieśń mój ojciec kiedyś został pozbawiony stanowiska dyrektora szkoły i profesora w nowotarskim gimnazjum im. Seweryna Goszczyńskiego. Wtedy schował partyturę tej pieśni między cegłami na strychu, przy ul. Krasińskiego, gdzie mieszkaliśmy. Potem był represjonowany, inwigilowany, były w naszym domu często wizyty panów w skórzanych kurtkach. Kiedyś napisałem do niego list: tatusiu poślij mi tę pieśń, bo będzie mi potrzebna do nagrania. Ojciec długo szukał, bardzo się denerwował, żeby mi się coś tu w Krakowie nie przydarzyło i wreszcie przysłał mi osmolone nuty cegłami i czarnym pyłem sadzy. Zrobiłem z tego wyciąg chóralny i w ten sposób pieśń została nagrana. Często śpiewaliśmy ją na koncertach 11 listopada, potem również na tych półoficjalnych koncertach rocznicowych w sali filharmonii przy niesamowitym aplauzie publiczności. Koncert zawsze zaczynaliśmy Bogurodzicą. Starą rycerską pieśnią Carmen patri czyli Pieśnią Ojczyźnianą, potem pieśni historyczne różnego okresu. Obowiązkową była również Pierwsza Brygada, skreślona przez cenzorów z list pieśni śpiewanych oficjalnie. Pamiętam wspaniałe wykonanie solowe na tle chóru Stanisława Ziółkowskiego znanego solisty opery krakowskiej. On z wielką atencją podchodził do pieśni patriotycznych. Sam związany był z podziemiem. Jego wuj, kapelan wojskowy, zginął w Katyniu.

To co Pan Profesor robi, nie jest przypadkowe. Na ludziach, którzy z Panem przez te lata śpiewali, a było ich chyba kilkuset, wyciska swoiste piętno narodowe. Oni odchodzą z czasem z zespołu, ale to znamię niosą i przekazują innym. Czy to w jakiś sposób procentuje dla zespołu dla kultury polskiej?

Rzeczywiście, zespół się zmienia, jest rotacja. Przychodzą nowi i otwierają oczy słysząc te pieśni, które starzy mają już zakodowane w pamięci – śpiewają je bez nut! Nowi uczą się szybko. Ci starzy mają przecież w związku z tymi pieśniami wielorakie doświadczenia. Dzisiaj brzmi to niewiarygodnie, ale byli nawet aresztowani. Miało to miejsce w latach osiemdziesiątych, przed koncertem pieśni patriotycznych i uroczystą mszą w Nowej Hucie, Na Szklanych Domach. Przychodzę na koncert i widzę że mam bardzo mały zespół. Wtedy dowiaduję się, że siedzą w „sukach”. Zostali zatrzymani. Przed kilku laty wydrukowaliśmy śpiewniki pieśni patriotycznych. Kilkaset wywieźliśmy też na Kresy. Robimy to po to, żeby patriotyczna pieśń była żywa, żeby trwała. Te pieśni śpiewa również chór Pro musica szkoły muzycznej II stopnia im. Władysława Żeleńskiego. Ten chór też bywał w trudnych sytuacjach, kiedy zapraszano nas, by wystąpić na akademiach z okazji rocznicy rewolucji październikowej. Ówczesny dyrektor, Aleksander Tippe, miał dylemat, bo wiedział jakie pieśni śpiewam z młodzieżą, wiedział też, że jeśli zaśpiewamy, to właśnie ten niepodległościowy repertuar. Dyrektor nie mógł władzom odmówić, więc tylko mnie prosił, bym był umiarkowany, bo zdawał sobie sprawę, że nie tylko ja i on personalnie, ale cała szkoła mogła przez to ucierpieć. Braliśmy na to poprawkę, że ryzykujemy, chcieliśmy jednak naszą młodzież wychować w duchu patriotycznym. Takie jest nasze powołanie jako nauczycieli i wychowawców. Młodzież też nie protestowała, że serwujemy jej taki repertuar. Wręcz przeciwnie, sama domagała się, żeby śpiewać Warszawiankę, Rotę, Bogurodzicę, żeby śpiewać Polak nie sługa, nie zna co to pany, nie da się okuć przemocą w kajdany... Na tych uroczystościach rewolucyjnych, następowała konsternacja. Oficjele na parterze byli przerażeni, nie wiedzieli jak się zachować a galeria biła brawo. To był dla nas sygnał, że czynimy dobro. Dochodziło potem do niesamowitych spięć między nami a gospodarzami uroczystości, którzy odpowiadali za zewnętrzny wydźwięk. Ale im też się należała lekcja patriotyzmu, bo zapominali, że są Polakami. W Akademickim Chórze Organum śpiewało wielu obcokrajowców. Był wśród nich w tenorach Szwed Anders Bodegard. Znał świetnie język polski. Śpiewał u nas dwa lata. Kiedyś telefonuje do mnie, że chciałby zrobić w szwedzkim radio audycję o krakowskiej muzyce i prosi mnie o psalmy Mikołaja Gomółki, pieśni Wacława z Szamotuł. Posłałem mu nagrania chóru Organum. Niewiele jest nagranych wykonań polskich kompozytorów, które można kupić w księgarniach muzycznych. Nut również się nie uświadczy. Polska kultura nie chce, nie umie się prezentować w świecie. Ale często robią to za nas i to skutecznie obcokrajowcy, którzy pokochali nasz kraj. I słyszymy o nim ponownie, kiedy prasa podała, że pani Wisława Szymborska otrzymała literacką nagrodę Nobla, a on był tłumaczem jej poezji na język szwedzki. Są to jakieś drogi niezbadane, dziwne. Ale to są te procenty, o które pan pyta.

To, co Pan powiedział o promocji muzyki polskiej w świecie, a właściwie jej braku, jest obezwładniające. Zaniepokoiło mnie też stwierdzenie o braku nut. A przecież Pan Profesor śpiewa z chórem utwory tych wielkich kompozytorów. Skąd zatem ma Pan nuty?
Mam w spadku po ojcu, który zbierał przez czterdzieści lat prowadząc chóry. Mam również z różnych innych źródeł do których sam dotarłem, byłem też uczniem seminarium Stefana Stuligrosza. To jest wspaniały człowiek, ojciec chóralistyki polskiej, który wraz ze swym chórem na całym świecie promuje polską muzykę, jest jej obrońcą. Sporo utworów muzyki polskiej przywiozłem wtedy z Poznania.

Jesteście chórem znanym w Polsce i na całym świecie. Wiem, że ostatnio, realizujecie swe marzenia z dawnych lat i wyjeżdżacie na Kresy z koncertami. Odwiedzacie tak bardzo związane z historią Polski, przesączone polskością miejsca, niesiecie pieśń polską do Polaków tam żyjących.
Kiedy padła na wschodzie kurtyna komunizmu, rzeczywiście nasze marzenie się ziściło i mogliśmy pojechać do najpiękniejszych miast na wschodzie Polski, tzn. do Lwowa i Wilna.

Tak się zdarzyło, że dostąpiłem zaszczytu towarzyszenia Waszemu zespołowi w wyjeździe do Lwowa w grudniu 1989 r. Chór Organum śpiewał wtedy we Lwowie w Katedrze, u Dominikanów – wówczas jeszcze w „muzeum ateizmu”, w Samborze. Ale było tych nieoficjalnych koncertów znacznie więcej. Obśpiewywaliście każde tchnące polskością miejsce. Pamiętam kościół w Rudkach, gdzie spoczywa Aleksander Fredro. Ale najpiękniejsze koncerty odbyły się na Cmentarzu Orląt Lwowskich i Cmentarzu Łyczakowskim...

To była nasza modlitwa pod pomkikami, nad grobami wielkich Polaków, Marii Konopnickiej, Seweryna Goszczyńskiego, Ordona, i oczywiście Polska Nekropolia Cmentarz Orląt Lwowskich...

Pamiętam, młody człowiek zaśpiewał Orlątko. Groby pokryte były śniegiem, zapadał mrok i tylko jego głos, a potem dramatyczna cisza...

Sceneria była niesamowita, niezwykła, cudowna...

Ale do tego koncertu przygotowywaliście się przez całe lata.
Tak. Ta pieśń, jak i zresztą inne śpiewane były przez zespół na wszystkich patriotycznych naszych koncertach. Wtedy zabrzmiała tam, u źródła, z którego wyszła. Być może, śpiewano ją tam pierwszy raz od dziesięcioleci, nad grobem Jurka Biczana. Jest coś, co nas tam bardzo przyciągało. Czekaliśmy na ten moment, żeby na tej ziemi stanąć. Przecież nigdy tam nie byliśmy a tak wiele o tej ziemi wiedzieliśmy. Znaliśmy też wielu wspaniałych Polaków ze Lwowa, Wilna i innych miast, mieszkających wśród nas w Krakowie, wielu też, którzy do Ojczyzny przyjeżdżali i opowiadali nam tak koszmarne rzeczy, że przecież nie dało się wierzyć. Marzyliśmy, by dotknąć tego miejsca, gdzie tworzył Moniuszko, gdzie król Jan Kazimierz ślubował Ojczyźnie, gdzie był wspaniały teatr tak bliski i podobny do krakowskiego, który ozdobiony był również kurtyną namalowaną przez Henryka Siemiradzkiego, a na deskach którego pierwszy raz prezentowano Halkę, gdzie była tak wspaniała Politechnika i Uniwersytet, które wykształciły wielu znanych Polaków, gdzie po raz pierwszy zabłysła lampka naftowa, gdzie w końcu tworzyli tacy artyści jak Sołtysowie. Mieczysław Sołtys, napisał oratorium Śluby Jana Kazimierza i Jasna Góra. Marzy mi się aby kiedyś wykonać ten utwór. Chciałbym tym wykonaniem oddać hołd ludziom, którzy w trudnych warunkach w tym środowisku, które kiedyś promieniowało na cały świat, a które było zawsze wierne ojczyźnie. Tam pozostała ich twórczość. Oni spoczęli w tamtej ziemi. A naszym zadaniem jest, by ta pamięć o nich przetrwała. Musimy też uczyć młode pokolenia szacunku dla przeszłości, dla historii. Na Ukrainie byłem z chórem już trzy razy. Odwiedziliśmy Lwów, Krzemieniec, Kamieniec Podolski, Podhorce, Zbaraż, Chocim, Łuck, Stanisławów, Nadgórną, wszędzie tam spotykaliśmy kościoły polskie które w wielu przypadkach są odbudowywane przez środowiska polskie. Kościoły ratowane są przed zagładą, w każdym odwiedzanym modliliśmy się, śpiewaliśmy i podziwiali. Mamy bowiem świadomość, że tam właśnie nasi poprzednicy tworzyli zręby polskiej kultury narodowej chrześcijańskiej i ten ślad musimy zachować. W Podhorcach odwiedziliśmy pałac Sobieskiego, który został zamieniony na szpital umieralnię dla gruźlików. Sam pałac umiera, rozpada się, a w nim jeszcze siedmiuset ludzi pozbawionych środków najbardziej potrzebnych jak lekarstwa, odpowiedniej dla tego rodzaju choroby opieki. Postanowiliśmy wtedy wspomóc tych biednych ludzi, bez względu na ich pochodzenie, czy to Polacy, Ukraińcy czy Rosjanie. To są ludzie i trzeba im w jakiś sposób pomóc. Tam wszyscy są na trudnej drodze odnowy życia nie tylko duchowego ale i materialnego. Myślę, że kiedyś będą nam wdzięczni za tę pomoc, nawet jeśli teraz nie potrafią, czy nie chcą tej wdzięczności okazać. Młodzież, która tam jeździła z nami, znała te miejsca z historii i Trylogii Sienkiewicza. To dla mnie też było pierwsze spotkanie z często brutalną historią. Nigdy w życiu nie byłem przecież w Krzemieńcu i nigdy nie widziałem twierdzy na wzgórzu Bony. Tam niejaki Krzywonos wymordował całą polską załogę z kobietami i dziećmi. Było nam przykro, kiedy dowiedziliśmy się, że mer i rada miasta Krzemieńca chcą postawić mu pomnik. Podczas spotkania zwróciłem się oficjalnie do pana mera, i powiedziałem, że nie życzymy sobie żeby ten pomnik stanął. Natomiast byłoby miło i wsparlibyśmy inicjatywę, gdyby powstał piękny pomnik Słowackiego, który tam się urodził i przynióśł sławę temu miastu i tej ziemi. W Kamieńcu Podolskim stanęliśmy pod twierdzą, w której poległ Michał Wołodyjowski, potem odwiedziliśmy katedrę, w której Michał wielokrotnie stawał przed ołtarzem z rycerstwem polskim. Tam spotkaliśmy się też z księdzem biskupem Olszańskim. Była też katedra w Łucku, której podziemia wypełnione są kośćmi pomordowanych ludzi. Tam, na tej wspaniałej ziemi, na tych pięknych Kresach polskich, jak w życiu, wspaniałość z okrutnością idą w parze.

Serdecznie dziękuję Panu Profesorowi za rozmowę.