Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

ROZMOWY

Wszystkie | 1995 | 1996 | 1997 | 1998 | 1999 | 2000 | 2001 | 2002 | 2003 | 2004 | 2005 | 2006 | 2007 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami

Z Jerzym Madeyskim historykiem sztuki, publicystą rozmawia Barbara Kościk

[3/1999]

O ile mi wiadomo, urodził się Pan we Lwowie. Czy jest to jedyny Pana związek z tym niezwykłym miastem?
Urodziłem się istotnie we Lwowie, a dokładniej – w prywatnej klinice prof. Dauna „Salus”, w której w latach dwudziestolecia wypadało się urodzić. Jednak natychmiast potem pojechałem do oddalonych zaledwie o 17 km Leśniowiec, majątku rodziny mojej matki. Ze Lwowem kontaktu zatem nie traciłem z tej chociażby przyczyny, że widziałem codziennie samoloty startujące i lądujące na leżącym za naszymi stawami lotnisku na Skniłowie. Poza tym we Lwowie mieszkała moja prababka i dwie babki oraz trudna do ustalenia ilość ciotek, które wolały miasto od wsi, zaczem bardzo często do nich jeździliśmy. Oraz na defilady w dniach 3 maja i 11 listopada, które oglądaliśmy z okien domu prababki przy placu Mariackim 7. Jak na dłoni widać było stamtąd trybunę, stojącą pod pomnikiem Mickiewicza. We Lwowie kwitło też życie towarzyskie wszystkich pokoleń, w tym również parolatków, co może poświadczyć mieszkająca dziś w Krakowie pani Barbara Dunin-Fischingerowa, z którą w owym życiu aktywnie uczestniczyliśmy.
Pierwsze więc kontakty ze Lwowem były nadzwyczaj miłe, bowiem do żelaznego repertuaru każdego w nim pobytu należała również obowiązkowa i surowo przez nas, tj. dzieci, wymagana wizyta w Panoramie Racławickiej i – przez starszych – w muzeum, gdzie też pobierałem pierwsze nauki o malarskich motywach i sposobie komentowania ich, z których jeden należy chyba przytoczyć. Otóż wisiał w tym muzeum obraz Siemiradzkiego „Chrześcijanie dla lwów!” Na środku areny groza zapierała dech w piersiach. Lecz z lewej strony siedział sobie w cieniu samotny lew ze smutną miną. Zapytany o refleksje, odpowiedziałem bona fide: Biedny lew, nie ma swojego chrześcijanina – za co zostałem natychmiast i srodze skarcony. Oczywiście cieleśnie, bo o osobistej nietykalności dzieci nikt jeszcze wtedy nie słyszał. I bardzo dobrze, doświadczyłem bowiem w sposób niejako namacalny, że chrześcijanie nie są dla lwów.

Jak Pan zapamiętał Lwów z tamtych, dziecinnych lat?
Po raz pierwszy widziałem go zapewne jadąc z „Salusa” do Leśniowiec, czego jednak jakoś nie mogę sobie przypomnieć. No, a potem widziałem go nieustannie. Każdorazowy wyjazd był traktowany jako atrakcja. Tak wielka, że grożono mi nieraz: – Jak nie będziesz grzeczny, to nie pojedziesz do Lwowa – co skutkowało lepiej od groźby najostrzejszego nawet skórobicia, a nawet odebrania broni i wierzchowca na czas pewien i świadczy o uczuciach, jakie do tego miasta żywiłem. Lecz czy mogło być inaczej?

Jak był postrzegany Lwów w Pańskim domu, czy jeżdżono tam do teatru, w odwiedziny, po zakupy, czy był przedmiotem rozmów i komentarzy?
Oczywiście, jeżdżono i w odwiedziny, i do teatru, i na zakupy też, oraz, niekiedy, na obiad do George’a lub na tzw. „śniadanko”, na które mnie papa czasem zabierał do Atlasa lub Szkowrona, abym się od młodości czegoś pożytecznego nauczył. W czym nic dziwnego, boć przecież Lwów był – co tu dużo mówić – jedynym prawdziwie europejskim miastem w Polsce, i tak też był w domu postrzegany. Stawiano go (prawie) na równi z Wiedniem czy Paryżem, a znacznie wyżej od Warszawy („duża wieś”) i nawet Krakowa, mimo że również w Krakowie i jego okolicy – jak zresztą wszędzie – krewnych nie brakowało, krewni zaś w pewien sposób nobilitowali miejsce swego zamieszkania. Lecz Kraków był w oczach starszych szanowną przeszłością. Lwów był teraźniejszością i przyszłością, bo też we Lwowie było wszystko, nie tylko znakomity teatr. Również gościnne występy sławnej Józefiny Baker, na które nas, tj. mego starszego brata i mnie, rodzice niestety nie zabierali. Dopiero w wiele lat później dowiedziałem się, że tańczyła ona z bananami jako jedynym strojem, które to banany i tak pod koniec występu gubiła. Warszawa pojawiała się wyłącznie w kontekście kabaretu „Qui pro quo” i najlepszego ponoć szewca w środkowej Europie, Hiszpańskiego, a także Sejmu, do którego posłował brat mojej babki, a mój chrzestny ojciec, Roman Stroynowski – skąd zawsze z radością do Lwowa wracał.

Gdzie jeżdżono na wakacje?
Letnie wakacje spędzaliśmy w domu, przy czym należy dodać, że były to wakacje w cudzysłowie, jako że do szkoły żaden z nas nie chodził. Odwrotnie, to szkoła przychodziła do nas, bo właśnie w wakacje przyjeżdżał ze Lwowa nauczyciel, który uzupełniał domową naukę i dostosowywał jej program do programu szkolnego, choć Bogiem a prawdą niewiele miał do roboty, jako że ów „program domowy” był znacznie obszerniejszy od szkolnego. Dopiero gimnazjum zmuszało do opuszczenia domu rodzinnego,jawiło zaś się w sposób budzący grozę, zawartą w słowach: – Jak nie będziesz grzeczny, to pójdziesz – jak papa – do Melk, i tam ci dopiero dadzą szkołę. Albo jeszcze gorzej: – Jeśli się natychmiast nie poprawisz, to pójdziesz jak Jul (Łoś, mój najbliższy kuzyn) do Chyrowa! A potem, już głosem pełnym współczucia:
– Biedny Jul! Głupi, bo głupi, ale żeby zaraz do Chyrowa...
Na wakacje wyjeżdżano za to zaraz po Bożym Narodzeniu. W góry, bo w płaskim jak lotnisko pejzażu Leśniowiec tylko skjoringiem, czyli za galopującym koniem można było szybko na nartach jeździć. Zimowe trasy wiodły więc albo do Sławska, albo do Rabki, albo w Czarnohorę.

Kiedy Pańska rodzina opuściła ojczyste strony?
Opuszczała je nieco na raty: pierwsi uczynili to papa i stryj, którzy – nie dostawszy się do Wojska Polskiego w kraju – pojechali przez Rumunię do Francji, gdzie walczyli aż do jej upadku, a potem kontynuowali walkę – papa w maquis, a stryj jako cichociemny w Anglii. Matka z nami i zatrudnionymi u nas Polakami, uciekliśmy z Leśniowic – już ostrzeliwując się – na drugą stronę Lwowa, w chwili wycofania się polskiego wojska, czyli wtedy, gdy nasze bezpieczeństwo, a nawet szanse przeżycia były równe zeru. Na wieść o wkroczeniu bolszewików przenieśliśmy się jednak do Lwowa, by nie zostać przez nich ogarniętymi w majątku krewnych, co mogło mieć tylko jedno zakończenie.
Początkowo mieszkaliśmy przy pl. Mariackim 7, gdzie dokwaterowano nam kilka rodzin oficerów sowieckich, po jednej w każdym pokoju, co nadaje się do napisania książki. Jeden z nich, Dżerelij (imion nie pamiętam, eks-śpiewak cerkiewny i porządny człowiek) przestrzegł matkę przed grożącą nam wywózką w słowach: – Jak was wywiozą, to babuszki (moja prababka i babka) pomrą, wy może przeżyjecie, ale chłopców mi szkoda. Dajcie mi ich, to ich zaadoptuję. Cóż, taki już los...
Matka postanowiła się ukryć, lecz gdzie? Początkowo tułaliśmy się po trosze wszędzie, przenosząc się z jednego mieszkania do drugiego, lecz wykrycie – a byliśmy już poszukiwani – było tylko kwestią czasu, bo we Lwowie znało nas zbyt wiele osób. A wywożenie przy sięgającym 46 stopni mrozie szło w najlepsze. Byliśmy więc spakowani i czekaliśmy na moment, w którym podążymy za tymi członkami rodziny, którzy z racji wieku, lub – co tu dużo mówić – prostej naiwności gdzieś się nie ukryli, zaczem zostali wywiezieni i słuch po nich zaginął. Wtedy, w ostatecznej już rozpaczy, matka poszła do niemieckiej misji wojskowej, gdzie – jakimś dziwnym zrządzeniem Opatrzności – spotkała eks-podwładnego swojego ojca (dziadek nosił w K.u.K. Armee stopień Fedmarschall leutenant, a potem został generałem WP) i ten wyrobił nam papiery na nazwisko bodaj czy nie Mueller. I tak, po czterech miesiącach ukrywania się, przeszliśmy z matką, babką, prababką i guwernantką most na Sanie w marcu 1940 roku i wylądowaliśmy w Cieszacinie, majątku brata mojej babki ze strony ojca, Jana Drohojowskiego.

Jak Pan myśli, gdyby nie kataklizm II wojny – w jakim mieście by Pan studiował (Lwów, Wiedeń, Kraków)?

Wybór studiów i miasta, w którym by one przebiegały, należałby zapewne do rodziców. A determinowałby je – przeznaczony dla mnie po najdłuższym życiu rodziców – spadek. W grę wchodziło leśnictwo (bowiem rodowy majątek Madeyskich, Parchacz, był majątkiem zdecydowanie leśnym), hodowla (Leśniowice były hodowlane), albo hodowla ryb (tu i tam). Ergo – studiowałbym tam, gdzie stosowne wydziały były najwyżej postawione: leśnictwo – we Lwowie, hodowla – w Holandii albo Danii, hodowla ryb – nie wiem, ewentualnie prawo administracyjne (rodzina matki miała duże nieruchomości w samym Lwowie) – w Krakowie albo Wiedniu.

Czym jest dla Pana Lwów osobiście i zawodowo, jako dla historyka sztuki?
Osobiście – jest punktem najwyższego odniesienia. Nie lubię wielkich słów, lecz Lwów – to symbol bohaterstwa, patriotyzmu i lojalności oraz odpowiedzialności wielu pokoleń. Również tych najmłodszych, żywiących cześć dla Jurka Bitschana, którego, chłopcom zwłaszcza, za wzór się stawiało. A jednocześnie ogromnej radości życia i niepohamowanego temperamentu. Bo też Lwów potrafi działać na wyobraźnię, jak żadne chyba inne polskie miasto. Zwłaszcza w porównaniu z Krakowem, w którym również przed wojną kilka razy byłem. W porównaniu ze Lwowem Kraków spał, w niezwykle co prawda dostojny sposób. Ludzie snuli się po ulicach, konie ledwie człapały, a śmiechu i muzyki w ogóle w nim nie było. I tak pięknych zakątków, jak Stryjski Park czy Wysoki Zamek, ani tak wielkomiejskich arterii, jak Wały Hetmańskie, ani Racławickiej Panoramy, ani koni rozpędzonych w długim kłusie. Ani tego różnojęzycznego gwaru metropolii, ani śpiewnego akcentu, któregośmy się w tajemnicy przed starszymi uczyli. Całej tej – pozbawionej chamstwa – zadzierzystości, połączonej z serdecznością nie spotkałem w żadnym innym mieście i pewnie jej już nie spotkam.
Jako dla historyka sztuki zaś... Cóż, Lwów był piękny i różnorodny, a przecież wiadomo, że najciekawsze zjawiska powstają na przecięciu się kultur, a tych krzyżowało się we Lwowie wiele. Zwłaszcza wówczas, gdy towarzyszą im duże pieniądze, których we Lwowie nigdy nie brakowało. Tylko w nim więc mogła powstać – jakże zachodnia i wschodnia zarazem – kaplica Boimów z jej bogactwem pracowicie rzeźbionych elementów, i roztańczona w rytmie kołomyjki raczej niż menueta, rokokowa katedra św. Jura, i niezwykły nawet jak na epokę baroku kościół Bernardynów, i korniaktowska wieża...
Te zabytki znają wszyscy. Niewiele jednak mówi się jeszcze o urbanistyce i architekturze Lwowa z przełomu wieków, okresu, w którym powstało jego prawdziwie wielkomiejskie założenie, skrojone na miarę wielkich europejskich stolic – jak wspomniane już Wały Hetmańskie, zamknięte z jednej strony gmachem teatru, z drugiej placem Mariackim z najlepszym chyba pomnikiem polskim, jakim jest pomnik Adama Mickiewicza, korespondujący z fontanną Najświętszej Maryi Panny i – dalej – pomnikiem Jana III. Ani o Dworcu Głównym, jakiego nie miało żadne miasto rozbiorowej Polski, ani o szlachetnych budowlach Ossolineum, Sejmu galicyjskiego, i ulicach, które mogłyby równie dobrze znaleźć się w Wiedniu, Paryżu, i być ich reprezentacyjnymi traktami.

Ktoś w Krakowie powiedział, że malarstwo lwowskie nie miało wyrazistości, jak krakowskie czy warszawskie..
.
Cóż, mówić można wszystko, nawet to, że – na przykład – Grottgerowi brak wyrazistości lwowskiej, ponieważ uczył się w Wiedniu u Geigera, z wszystkimi stąd wynikającymi konsekwencjami. Z tą samą dozą racji można jednak odmówić jej sztuce krakowskiej, z tej choćby racji, że np. Matejkę nazywali „polskim Delarochem”, zaś u postimpresjonistów doszukiwano się w większej mierze podobieństw do Bonnarda niż Podkowińskiego czy Wyczółkowskiego. Po prostu sztuka XIX i XX wieku traciła konsekwentnie odcień lokalny na rzecz pewnej europejskości. Tendencjom tym musiał ulec również Lwów, jako jedna ze stolic ck Austrii. Lecz tym, którzy tak mówią, brak widać słuchu artystycznego, umożliwiającego dostrzeżenie owego, niemożliwego do zdefiniowania genius loci, jaki odcisnął piętno i narzucił swój klimat dziełom, powstałym w określonym regionie kraju.

Bardzo Panu dziękuję za tę bogatą w różne wątki rozmowę.