Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

PUBLIKACJE

Ksiazki i czasopisma omówione w naszych kwartalnikach

Wszystkie | 2005 | 2004 | 2006 | 2007 | 2002 | 2003 | 2001 | 2000 | 1999 | 1998 | 1996 | 1997 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017
Sortuj alfabetycznie | Sortuj numerami



Milo Anstadt, Dziecko ze Lwowa

[1/2001]

Jest już książka, awizowana w CL S/2000: Dziecko ze Lwowa (tytuł oryginału holenderskiego: Kind in Polen) Milo Anstadta (Wydawnictwo Dolnośląskie, Wrocław 2000). Autor jako dziecko w 1930 r. wyjechał z rodzicami do Holandii, tam ukończył studia i stał się Holendrem. Pracował jako dziennikarz i publicysta w prasie, radiu i telewizji, wydał kilkanaście książek, nagrywał filmy dokumentalne.
Pochodzi z rodziny żydowskiej, ale związanej z polskością – co opisuje w swoich wspomnieniach z lat 20. Daje tam ciekawy – wydaje się, że obiektywny, bo pozbawiony niechęci i napastliwości – obraz życia Żydów w Polsce, we Lwowie, obraz rodziny dążącej do narodowej asymilacji przy zachowaniu własnej religii.
Wielokrotnie odwiedzał Polskę w latach powojennych, wydał o niej książkę, pisał reportaże, nakręcił film. Warto zacytować początek rozdziału II pt. Dysonanse:
Miejsce urodzenia: Lwów.
Państwo:...
Zawsze wypełniając formularz waham się przy wyborze odpowiedzi na to pytanie. Polska? Ukraina? Rosja?
Gdy się urodziłem, Lwów leżał w Polsce. Teraz leży na Ukrainie. Bez wnikania w formalną słuszność odpowiedzi za każdym razem wpisuję: Lwów / Polska. I robię to, choć mogłem przekonać się, że Lwów nie jest już polskim miastem. Kiedy po czterdziestoletniej nieobecności nadarzyła mi się okazja odwiedzenia mojego rodzinnego miasta, chodziłem po nim jak ktoś, kto nagle obudził się w innej epoce. znałem ulice, budynki, parki. Moja szkoła stała nienaruszona, jakbym wyszedł z niej nie dalej jak wczoraj. Wojna, spustoszenie, mordy i zamachy pozostawiły w nienaruszonym stanie masywną kamienicę, w której się urodziłem. Nie zmieniło się nic poza tym, że mieszkali w niej inni lokatorzy. Wszyscy ludzie, których znałem, zniknęli; co do jednego. Polacy przenieśli się na zachód. Pół miliona ludzi obecnie zamieszkujących miasto przybyło tu z bezkresnych ukraińskich stepów. Ukraińcy odziedziczyli kamienie Lwowa pozbawione człowieczej historii. Ich miasto powstało, nim tu przyszli, oni władają jedynie jego teraźniejszością. Gruntowne zerwanie z przeszłością. Nie tylko nie istnieje żadne pokrewieństwo między obecnymi a ówczesnymi mieszkańcami, ale też ci nowi imigranci mówią innym językiem, używają innego pisma: cyrylicy, a ulicom nadają nowe nazwy wywodzące się z ukraińskiej i rosyjskiej historii. [...]
Książkę Anstadta trzeba też wysoko ocenić pod względem literackim. Część zasługi należy się niewątpliwie tłumaczce, Małgorzacie Zdzienickiej, której – chyba nie związanej z tradycją lwowską – trzeba wytknąć parę potknięć, drobnych, lecz dla lwowianina denerwujących. Należą do nich tata, kiedy we Lwowie mówiło się t a t o, (tata to typowy warszawizm). Rzeczka nazywa się Pełtew, a nie Połtwa. Ukraińcy nie byli prawosławni, lecz grekokatoliccy (może to błąd słownikowy autora?). W dość ciekawym ustępie (str. 113), który brzmi: W latach 1918––1919 polscy żołnierze przeprowadzili pogromy w wielu wsiach i miastach. To było jednak nic w porównaniu z rzezią, jaką urządzili barbarzyńscy Ukraińcy na terenach Galicji. Tam bandy pod dowództwem Petruli polowały wszędzie na „krzywe nosy”, podrzynając gardła 70 000 Żydów, którzy wpadli w ich ręce. [...] – tłumaczka powinna była poprawić nazwisko Petrula na P e t l u r a.

Książka do nabycia we wszystkich księgarniach.