Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Franciszek Jaworski, KORTUMÓWKA

Niniejsze opowiadanie zaczerpnęliśmy z książki pt. „Lwów stary i wczorajszy” (Lwów 1910).

Jedna salwa i druga, kilka odosobnionych strzałów, chwila ciszy, potem huk pociągu pędzącego po wysokim nasypie ku głównemu dworcowi, a za chwilę znowu strzały pękają w gradowych i fanfarach. Echo odbija się od Domu Inwalidów, uderza o nasyp kolejowy, o wzgórza Kleparowa, po lesie idzie i psich dołach hyclowskiej góry, a ginie aż gdzieś na cmentarzu janowskim.
I jeszcze głos trąby sunie po Kortumowej dolinie, zmienionej dziś w wojskową strzelnicę. Alarmujący, przeciągły sygnał, hasło rozpoczęcia strzelaniny i drugi abschlag1, który ją kończy.
Ale na Kortumowej Górze to niewinna strzelanina – ubungsschiessen2, do wielkiej tarczy i do mniejszych niebieskich celów, wykrojonych w formie żołnierza z francuską kepi, który ma markować nieprzyjaciela Austrii...
Bardzo jest piękne zresztą to miejsce, gdzie się odbywa grzechot manlicherowskich karabinów. Gdy się w myśli odrzuci te drewniane baraki strzelnicowe, te doły, w których się chowa obsługa tarcz, numery, oznaczające odległość celów, to pozostała reszta złożyłaby się na iście sielankowe ustronie, zasmęcone pierwszym żółtym liściem, co z drzew jego padnie, leśną ciszą, która po wzgórkach pnie się aż na sam szczyt Kortumówki, a przedjesienną martwotę po sobie zostawia długim cieniem, co się po ścieżynach kładzie i w zadumane mary rozwija.
Gdyby tak żołnierzy stąd usunąć, tor kolejowy rzucić hen aż za Kleparów, a zostawić na powrót czerechowe, kleparowskie ogrody, powiązać je ze wspomnieniem staro-lwowskiej mieszczańskiej gospodarki, która wzgórzom Kleparowa pszeniczny plon wydzierała, rznąc w poprzek nich zagony, i korzeniami dębów je umacniając, zabrać stąd śmietnik Lwowa nad Pełtwią od zamarstynowskiej strony – gdyby tak jeszcze wyłatać te szczerby, co je kamieniołom poczynił, wysypać psie doły, usunąć przeklęte wspomnienie stogów słomianych, co przed laty tutaj spłonęły, razem ze swymi mieszkańcami: wielkomiejskim, bezdomnym proletariatem, który w nich szukał kryjówki...
Dworek na Kortumówce
Gdyby tak! ...
Ale żołnierzy tu bardzo dużo. Dla nich Cyprian Godebski rzeźbił kamienne części Domu Inwalidów, magistrat im wielkie koszary wystawił z gipsowymi hełmami na szczycie, a stary biurokrata Kortum nie myślał pewnie, że dla nich Kortumówkę hoduje. Czerechy kleparowskie, znowu po formie... wywłaszczono pod tor kolejowy. Komisja reambulacyjna brodzkiej ongi kolei płaciła po 120 guldenów za jedno drzewko. Ale co to było dla właścicieli, którym takie drzewko rodziło czerechy wielkości włoskiego orzecha, słynne nawet na stołach w Paryżu i na całą, bez przesady, Europę.
Z turkotem pierwszego pociągu z Podzamcza na dworzec główny, jakby ręką odjął. Czerechy kleparowskie skarlały, a sztuka ogrodnicza już nigdy tej lwowskiej osobliwości wskrzesić nie zdołała. Powiadają, że im dym maszyn parowych zaszkodził – kto je wie zresztą. Zostały jednak ciekawie rznięte zagony na wzgórzach, które może jeszcze w piętnastym wieku mieszczanin lwowski Andrzej Klepper uprawiał, pozostał śmietnik nad Pełtwią i pozostał dworek na Kortumówce.
Pałacyk to był, widać dawniej, w stylu francuskim, z mansardami i rokokowymi ozdobami. Dzisiaj siedlisko warty żołnierskiej i skład wojskowych narzędzi. Na frontonie tablica marmurowa z napisem, podług Horacego:
...modus agri non ita magnus...3
O nic więcej bogów nie proszę, jak o strzęp ziemi nie tak bardzo wielki, gdzie ogród, opodal domu krynica zaszemrze, a nad tym wszystkim lasu płacheć szczupławy...
Trudno rzeczywiście o napis, któryby bardziej odpowiadał rzeczywistości, tak jak ten na Kortumówce. Widać, że ongi właściciel aż dosłownie zastosował się do słów Horacego i wzorował na nim swój strzęp ziemi i ogród.
Ale równocześnie ten napis na domu, którym militaryzm owładnął, brzmi jak szydercza ironia i – dziwne losu zrządzenie – brzmiał tak samo w chwili, kiedy go gubernialrath4 Ernst von Kortum zawieszał na swoim domu.
Bo zanim ten radca gubernialny, ojciec biurokracji galicyjskiej, stał się zwolennikiem owej horacjuszowskiej maksymy poprzestawania na małym, musiał przedtem przejść wszystkie szczeble losu i kariery, musiał najpierw zdziwaczeć w swojej złości, żądzy panowania, niecofającej się przed paszkwilem. Ernst von Kortum był jednym z tych awanturniczych typów, w jakie obfitował koniec osiemnastego wieku. Urodzony w Bielsku na Śląsku, tułał się po Cieszynie i Królewcu, był radcą dworu w rządzie państwa szlezwicko-holsztyńskiego, potem przez lat dziesiątek przybocznym sekretarzem króla polskiego Stanisława Augusta, skąd wprost poszedł w służbę rządu austriackiego do Galicji. Tu był referentem spraw uniwersyteckich i dyrektorem salin galicyjskich, radcą dworu, masonem, gburowatym w obejściu hofratem, a przy tym wszystkim człowiekiem olbrzymiej wiedzy i zdolności prawniczej.
W chwili, gdy za krótkich rządów Leopolda II zaświtała społeczeństwu polskiemu w Galicji nadzieja swobód konstytucyjnych i odrębnej, krajowej autonomii, wystąpił Kortum z bezimiennym paszkwilem w Jassach w r. 1790 wydanym pt. Magna charta von Galizien5, gdzie w sposób niesłychanie zjadliwy napadł na rządowe plany reformy, oczerniając bezwstydnie całe społeczeństwo, jako rzekomo niegodne samorządu. Paszkwil ten zrobił wówczas olbrzymie wrażenie i stał się punktem wyjścia dla całej późniejszej biurokracji galicyjskiej, która kłamliwym, niejednokrotnie oszczerczym przedstawianiem stosunków krajowych gruntowała własny swój wpływ i przewagę. Był ponadto Kortum autorem dzieła o Żydach i tak zapiekłym antysemitą, że nawet na dziedziniec jego domostwa był starozakonnym wstęp wzbroniony.
Syt zysków i kariery osiadł hofrat na starsze lata na uroczym folwarku, który od niego wziął nazwę Kortumówki. Sam właściciel nazwał go Friderikenhof, od swojej żony, której po śmierci nie chciał pochować na żadnym cmentarzu, ale urządził jej mauzoleum w ogrodzie, właśnie na Kortumówce, nie przypuszczając chyba, że kiedyś rozlegający się tu codziennie huk strzałów karabinowych wieczny jej odpoczynek zakłócać będzie.
Wówczas jednak była Kortumówka prawdziwie pańską i ślicznie utrzymywaną siedzibą. Pałacyk o powyższym napisie z Horacego otoczony był murowanymi budynkami gospodarskimi, a przed nim ku górze ścielił się wspaniały ogród owocowy oraz spacerowy, wraz z małą winnicą, oranżerią i domkiem ogrodnika. Właściwie nawet nie potrzebował ogrodnika hofrat, oddając się sam z prawdziwą pasją sztuce ogrodniczej i pracując własnoręcznie około tego ogrodu. I rzeczywiście doprowadził go do tego stanu, że w samym sadzie naliczono po jego śmierci 2233 drzew owocowych. Ponadto należało do folwarku kilkanaście morgów pola, które obrabiali czterej chłopi pańszczyźniani. W lasku na samym szczycie wzgórza stała altana, skąd stary hofrat przeglądał się czarującemu widokowi na miasto i skąd też patrzył na grobowiec swej żony, otoczony z całą ówczesną symboliczną melancholią sosnami, brzozami i wierzbami płaczącymi.
Kortum umarł w 1811 r., a posiadłość jego poszła na licytację. Urocza jednak Kortumówka była przez długie lata celem niedzielnych przechadzek mieszkańców Lwowa, a przez pewien czas stanowiła pole doświadczeń dla instytutu ogrodniczego.
Bywał tam między innymi także znany nam już bardzo dobrze miłośnik pięknych widoków z r. 1825, ale ten w gaiku Kortuma stracił jakoś swój zwykły kontenans. Być może, że akademicy z fajkami w ustach, uczący się tutaj lekcji, malec kujący przepisy retoryczne dla szkół średnich i dwie panny kłócące się żarliwie nastroiły go na ton mocno minorowy, a być też może, że zjadliwa krytyka poprzednich jego opisów, pomieszczona w warszawskich „Rozmaitościach”, dość, że braknie w opisie Kortumówki tego entuzjazmu, który cechował poprzednie opisy tego autora.
Mimo to musiał nasz autor uznać piękność stawku trzciną zarosłego, widoku z mostku, skąd widać w pięknej perspektywie mały folwark, jedną część Lwowa i kawał góry piaszczystej. Potem poszedł nader mozolną ścieżką do altanki na górze, ale uznał, że nie warto było dla niej tyle trudu podejmować, bo się wali i wkrótce do szczętu zniszczeje. Ściany jej popisane były różnymi wierszami po części niesmacznymi, z których najlepiej się autorowi podobał ten, co głosił, że szczęśliwą jest dusza, która kocha...
Widok z altanki był istotnie przepyszny, bo z jednego okna dostrzec było można piękne nader widoki na wioski i lasek, z drugiego Lwów w całej swojej okazałości i góry piaszczyste, z trzeciego pięknie uporządkowane rzędy drzew, łąki i wzgórza, a z drzwi samych widać było świeżo skoszoną łąkę, góry skąpo zarosłe drzewami i znowu naszą miłą stolicę.
Wracając, zatrzymał się autor chwilkę koło grobu właścicielki tego lasku, wznoszącym się wśród romantycznej doliny, a potem stanął także koło chat robotników pracujących nad łupaniem kamieni, chat podobnych raczej do mieszkania Hotentotów niźli do pomieszkań robotników Lwowa.
Koniec wszystkiemu położyła dopiero wojskowość, która według odrębnych zasad swojej estetyki pomalowała dworek na żółto, obróciwszy ogród na strzelnicę, zamknęła go raz na zawsze dla cywilów, zostawiając tylko Górę Stracenia, na której nowy się park zieleni – Teofila Wiśniowskiego.


PRZYPISY REDAKCJI
1 w wolnym przekładzie: ucięcie
2 strzelanie ćwiczebne
3 w dosłownym przekładzie: miarka pola nie tak wielka; przekład poetycki (czyj?) poniżej
4 radca gubernialny
5 Wielka Karta Galicji – nawiązanie do „Magna Charta Libertatum”