Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Adam Trojanowski, WUJ KLAUDIUSZ

Wspomnienie liryczne

Potężny czworokątny budynek we Lwowie, o monumentalnej architekturze, otoczony ulicami Snopkowską, 22 Stycznia, Żyrzyńską oraz Zaścianek, to siedziba międzywojennej Państwowej Szkoły Technicznej. Zbudowany został w 1910 roku dla kontynuacji Cesarsko-Królewskiej Państwowej Szkoły Przemysłowej, założonej w 1881 r. Wszystkie użyte tu nazwy są oczywiście już tylko sentymentalnymi wspomnieniami i historią. Fakt jednak faktem, że na budynku obecnego tam w tej chwili Żeleznodorożnego Technikum widnieje tablica, informująca w tamtejszym języku urzędowym, iż budynek ten ze względu na swoją wartość architektoniczną uznany został za pomnik kultury. Prawdziwym lwowiakom wiadomo, że kultury polskiej, o czym tablica ta jednak nie informuje1.


Od 1912 r., a więc wkrótce po uruchomieniu tam tak zwanej wówczas „Przemysłówki” pracował w niej jako profesor, a także – jak głosi ck rocznik „Schematyzm Królestwa Galicji i Lodomerii” za 1912 rok – przełożony działu mechanicznego i warsztatu, inżynier mechanik Klaudiusz Filasiewicz. Studia ukończył w Wiedniu na tamtejszej Politechnice, szlifując znajomość języka niemieckiego za namową swego dziekana – jak sam opowiadał – poprzez znajomość z jakąś tamtejszą Mizzi. Dyplom uzyskał z dziedziny pomp, jednak w którymś momencie przestawił się na technologię obróbki plastycznej metali, łącznie z konstrukcją odpowiednich maszyn i urządzeń.
Jako urodzony Galicjak wrócił w macierzyste strony i kontynuując pracę w „Przemysłówce” objął pod rządami polskimi stanowisko jej dyrektora. Trwał na nim, poprzez mutację szkoły na Państwową Szkołę Techniczną, do czasów kiedy to władza sowiecka w okresie 1939/40 go relegowała. Szkoła cechowała się bardzo wysokim poziomem nauczania i bogatym, nowoczesnym wyposażeniem do zajęć praktycznych. Ukończenie jej przynosiło tytuł technika. Wraz ze Szkołą Wawelberga i Rotwanda w Warszawie prowadziła intensywne działania o uzyskanie praw absolwentów do tytułu inżyniera zawodowego. Do czasu wybuchu II wojny prawa takiego nie uzyskała. Szkolono w niej fachowców z dziedziny mechaniki, elektrotechniki i chyba także budownictwa. W jakiś sposób, nie tylko lokalowy, związana z nią była także dziedzina przemysłu artystycznego, w tym tkactwo, ceramika, rzeźba, malarstwo oraz zdobnictwo. Dla porządku podaję, że uczniowie jej nosili po tzw. reformie Jędzejewiczów mundury z tarczą na lewym ramieniu z numerem 524. Z profesorów pamiętam panów Kuczyńskiego, Kowalskiego, a także Lenkiewicza, znawcę i piewcę Gorganów i Czarnohory, turystę, narciarza i doskonałego fotografika. Z instruktorów, czyli obecnie tzw. nauczycieli zawodu, pamiętam panów Dobrzynieckiego, Martynowskiego oraz Rudnickiego.


Klaudiusza Filasiewicza tytułowałem zawsze wujem, a w rodzinie nazywany był Ninkiem. Osobiście byłem powiązany z jego żoną Julią z Retingerów, zwaną Julą. Przez całe lata trzydzieste, aż do czasów wojny, moja rodzina pozostawała w bliskich i szczególnie serdecznych stosunkach z tymi bardzo miłymi ludźmi. Później, na skutek warunków wojennych, kontakty te rozluźniły się, ale nigdy nie zanikły.
Wiek Wuja oceniałem w tym okresie na jakąś „pięćdziesiątkę”, czego nie widać było z jego figury, sposobu poruszania się oraz zachowania. Mieli wtedy troje dorosłych już i samodzielnych dzieci – córkę oraz dwóch synów. W ciągu lat młodzi zajmowali się, każde w swoim zakresie, sztuką i przemysłem artystycznym, palestrą, sportem i alpinizmem, aż przyszedł czas konspiracji, Powstanie Warszawskie i żołnierska śmierć w ich gronie, wreszcie jedna emigracja, której Wujostwo nigdy nie zaakceptowali.
W budynku PST, bo tak będę w dalszym tekście nazywał odnośną szkołę, Wujostwo dysponowali bardzo dużym mieszkaniem na I piętrze od strony południowo-wschodniej, a więc zapewniającej pełne słońce i dobre wtedy powietrze, spływające od Żelaznej Wody i Snopkowa. Urządzone było bardzo bogato, a w szczególności salon, dzięki wspaniałym lustrom weneckim, kryształowym kandelabrom, stylowym meblom, dobrym obrazom i przeszklonym serwantkom pełnym cennych bibelotów. Miał wystrój iście pałacowy.
Wuj Ninek miał swój pokój, w którym, oprócz koniecznego sprzętu, całą ścianę zajmowała wielka biblioteka pełna ciekawej literatury, nie tylko zawodowej, a na ścianie wisiała duża kopia obrazu Rubensa, który powodował u mnie wątpliwości, jak taka gruba, a do tego goła pani może się komukolwiek podobać. W tym właśnie Wujowi.
Trudno mi teraz zrozumieć, dlaczego byliśmy wraz z moją siostrą traktowani tam niezwykle serdecznie i wyrozumiale. Chyba Wujostwo odczuwali radość z możliwości zapewnienia nam wszelkich przyjemności pożądanych przez dzieci. A było się tam czym i gdzie bawić, bo to olbrzymie mieszkanie było dostępne bez ograniczeń, piękny taras wychodził na wielki podworzec wewnętrzny, duży ogród i sad. Stały tam liczne prywatne samochody ówczesnych profesorów oraz służbowe – w tym m.in. nowoczesny Dodge model 1937, należący do lwowskiego kuratora – garażujące na terenie PST. Oglądanie ich, a nawet wsiadanie na postoju było realizacją szczytu mych marzeń. Czasem Wuj prowadził mnie po tamtejszych doskonale i nowocześnie wyposażonych warsztatach mechanicznych, gdzie podziwiałem obrabiarki do metali, a także warsztat kuźniczy, gdzie hałasował niezapomniany młot mechaniczny i buzowały tajemniczo ogniska kowalskie, podsycane odpowiednim dmuchem.


Czasem aranżował Wuj wycieczki rodzinne, np. w dolinę rzeki Opór, gdzieś koło Hrebenowa, dokąd udawaliśmy się na cały dzień olbrzymim, archaicznym, ale sprawnym samochodem marki Benz, takim, jakich wiele kursowało wtedy na prywatne zamówienia z Zakopanego do Morskiego Oka. Mieściło się w nich 9 dorosłych osób.
Nawet kilka kolejnych wakacji spędziliśmy obok siebie, a było to z reguły Zakopane, ewentualnie Poronin. Wuj lubił mieć wtedy wakacyjny „luz” i był wprawdzie blisko rodziny, ale zawsze ulokowany samodzielnie, np. w pensjonacie „Bolesławka” na Żywczańskim przy drodze do Strążysk. Był w doskonałej formie fizycznej, zawsze pełen fantastycznych pomysłów, które potrafiły nawet drobiazgi zamieniać na niezapomniane przeżycia. Potrafił ubrać się wybitnie turystycznie, od głowy okrytej specjalnym kapelusikiem z intrygującym mnie wtedy termometrem bimetalicznym począwszy, do stóp ubranych w ciężkie, okute wszelakimi klamrami buty. Zarzucał wielki plecak wyładowany zapasami, menażkami i kuchenką spirytusową. W sumie wyglądał tak, jakby szedł na Bóg raczy wiedzieć jaką wysokogórską wyprawę. Tymczasem nasza wycieczka kończyła się pod Reglami, nad potokiem Młyniska, tworzącym miejscami głębokie baniory. W miejsce zdobywania – jak w młodości Wuja nawet Ostrego Szczytu w Wysokich Tatrach – tym razem kończyło się na imitacji takiej wyprawy, połączonej ze smażeniem dobrze znanych Wujowi przysmaków turystycznych, opowiadaniem jego przygód i wspólnymi ćwiczeniami fizycznymi. Wreszcie Wuj, na szczęście tylko on, rozbierał się pokazując potężny tors a la Tarzan i następowała kąpiel w tamtejszej lodowatej wodzie. Ot, pomysłowość i tężyzna! Czyż mogło to dla nas nie być czarujące? Po kilku tak pięknie spędzonych godzinach następowała pełna mobilizacja i triumfalny powrót, przy nieustającym podziwianiu niezwykłego Wuja.
Kto nie znał ówczesnego Zakopanego, nie wie o tym, że w każdą sobotę wieczorem, a nawet jeszcze późno w nocy, miały tam miejsce niesamowite galopady pijanych fiakrów, połączone z ich dzikimi śpiewami, pohukiwaniem oraz góralskim łamaniem głosu, które tak dalece inspirowały Karola Szymanowskiego, że uwiecznił je w swych „Harnasiach”. Wuj Klaudiusz był wprawdzie absolutnym abstynentem, ale z lubością finansował takie nocne galopady dorożkami, w których zajmował tylne, wygodne siedzenie. Zachwycała go góralska żywiołowość i cieszyła satysfakcja z uczynienia tym prymitywnym ludziom swoistej przyjemności.
Z innych wyczynów Wuja muszę wspomnieć, jak to pewnym majowym wieczorem obserwował przez okno swego gabinetu przechadzającego się niecierpliwie pod ulicznymi klonami młodego człowieka, czekającego na swą wybrankę. Wtedy to, kryjąc się za firanką, Wuj wołał tajemniczym i ponurym głosem: Ona już nie przyjdzie!,czym peszył lub doprowadzał do wściekłości czekającego. Taka była wujowa fantazja. Kiedy już podrośliśmy, zabierał nas często do kina, przeważnie do „Palace”, „Cassino”, najnowocześniejszego „Europa”, gdzie oglądaliśmy takie wspaniałe filmy, jak Suez, Wielki Walc lub Zeznanie szpiega. Ten ostatni, oglądany w lipcu 1939 r., pokazywał fabularnie wyczyny Gestapo. Pamiętam, jak Wuj powiedział wtedy, jeszcze abstrakcyjnie, że gdyby Niemcy wkroczyli do Lwowa, to mieliby gotowe listy proskrypcyjne. Była to wizjonerska uwaga, która się już wkrótce u nas sprawdziła.
Wuj był wysokiej klasy specjalistą w swym inżynierskim zawodzie oraz pedagogiem, ale też erudytą i koneserem sztuki w każdej postaci, intelektualistą wysokiego lotu, w sumie człowiekiem wolnym i niezależnym, z duszą epikurejczyka oraz rozdającego szczęście i radość. Nigdy nie pił alkoholu, nie palił, nie uprawiał gier hazardowych. Nie krążył po kawiarniach lub restauracjach, nie zajmował się polityką. Lubił bardzo towarzystwo ładnych, koniecznie jednak mądrych i wykształconych kobiet. Urzekał je swym naturalnym, eleganckim stylem bycia, nienaganną prezencją i zadbaniem, wrodzonym, nie wymuszonym osobistym czarem. Cieszyła go ogromnie obecność przy nim odpowiedniej osoby, a cała taka znajomość przebiegała w dobrym stylu i nie mogła nikogo razić. Lubił i rozumiał doskonale młodzież, a ta lubiła go także i szanowała.
Za swą pracę został przez ówczesne władze polskie udekorowany Orderem Polonia Restituta, który wtedy był niezwykle daleko od jego socjalistycznej dewaluacji. Należy jeszcze wspomnieć, że był we Lwowie jedynym chyba lub jednym z bardzo niewielu prenumeratorów „Daily Mail”, przysyłanym mu systematycznie z Londynu. Umiał pięknie opowiadać dobrym i barwnym językiem i roztaczać przeróżne wizje, urzekające mnie jako młodocianego słuchacza. Wiele tematów dotyczyło jego osobistych przeżyć, wiele z nich było wykładnią lub komentarzem do historii oraz sztuki w każdej postaci. Oprócz mego ojca, kształtował moje zainteresowania i wyczulił na słowa Szekspira, nutę Beethovena, a także krasę gór, łoskot halnego wiatru, szum tatrzańskich potoków, a nawet ciepło kobiety. Wielka Mu chwała za to!


Wkroczenie bolszewików do Lwowa w 1939 roku przerwało piękne czasy, tak nierozerwalnie łączące się z osobą Wuja Klaudiusza. Przez jakiś czas pełnił jeszcze swoje pedagogiczne obowiązki, zajmując służbowe mieszkanie w budynku PST. Pamiętam doskonale, jak jeszcze w jego dyrektorskim gabinecie nasłuchiwaliśmy z potężnej, nowoczesnej superheterodyny wiadomości BBC z Londynu, poprzedzane charakterystycznym sygnałem v od Victory w alfabecie Morse’a. Cieszyliśmy się wtedy ogromnie z każdego sukcesu dzielnych Finów, był to więc listopad lub grudzień ’39. Bolszewicy nie zabierali odbiorników radiowych, zadowalali się tylko ich zagłuszaniem, co im się w dużym stopniu udawało. Nasłuch był faktycznie bardzo utrudniony, ale każde słowo audycji w języku polskim pozwalało choć na chwilę oderwać się od załamującej, bolszewickiej rzeczywistości i niosło pocieszenie.
Rodzina Filasiewiczów musiała w końcu opuścić mieszkanie służbowe i przeniosła się do mieszkania w kamienicy przy ul. Tarnowskiego 15, będącej własnością ciotki Juli. Przy okazji pragnę powiedzieć, że we Lwowie, odwrotnie niż w Krakowie, numery nieparzyste leżały po lewej stronie ulicy.
Jeszcze przed I wojną światową, gdzieś w latach 1912–14, ciotka Jula udzieliła doraźnej pomocy finansowej lub gościny nieznanemu emigrantowi politycznemu z Rosji. Stało się to zupełnie przypadkowo, nie było dyktowane sympatią galicjan do wrogów carskiego reżymu. Lata minęły, aż tu pewnego dnia, już po tamtej wojnie, nadeszła dla ciotki Juli przesyłka, w której znajdowała się piękna pozłacana szkatułka metalowa, ozdobiona misternie żyłkowanym malachitem. Dołączone były podziękowania za dokonaną niegdyś grzeczność, sformułowane na bilecie wizytowym z napisem Władimir Iljicz Ulianow. Nic dodać, nic ująć, oprócz tego, że wizytówka ta pozwoliła na przetrwanie rodziny Filasiewiczów w mieszkaniu, tym właśnie, w którym została udzielona przypadkowa pomoc owemu, aż za dobrze potem znanemu panu. Oto jak się życie nieraz dziwnie układa.
Nasze kontakty z Wujostwem stały się w okresie wojny rzadsze, bo to ani warunków, ani ochoty do nich już nie było, aż wreszcie opuściłem Lwów z matką i siostrą na zawsze, pozostawiając aresztowanego przez NKWD ojca w długo nieznanej nam sytuacji.


Wuj Klaudiusz pojawił się zupełnie niespodziewanie w mym życiu jeszcze raz, zgoła w innym charakterze. Otóż będąc po II wojnie profesorem Politechniki w Gliwicach, był równocześnie wykładowcą obróbki plastycznej metali na Wydziałach Politechnicznych AGH w Krakowie, kiedy ja byłem studentem III roku. Podjąłem u niego nawet temat tzw. pracy przejściowej. Więzy rodzinne, moja osobista ambicja oraz autorytet Wuja wymagały szczególnego przyłożenia się do tej pracy oraz egzaminu, by się w jego oczach nie zhańbić. Na wykłady przybywał Wuj bodajże dwa razy w miesiącu i przeważnie nas wtedy w domu odwiedzał. Niestety jego wada słuchu, rzekomo wynik służby w austriackiej artylerii, wzmogła się w międzyczasie i porozumiewanie się z nim wymagało natężenia głosu. Na tym tle krążyły wśród studentów różne wieści oraz „kawały”. Moim jednak zdaniem Wuj był doskonale świadomy swojej wady i dobrze panował nad studentami, a egzaminy przebiegały prawidłowo. Niezależnie od swej pracy pedagogicznej był cenionym fachowcem w warunkach hutniczego Śląska.
Wuj zmarł w Gliwicach po śmierci swojej żony i tam został pochowany. Niestety nie pamiętam daty jego śmierci, wiem jednak, że bywał u nas w Krakowie jeszcze w latach sześćdziesiątych.
Pozostał na zawsze wzorem chętnie wspominanym i ze szczerym podziwem uznawanym.