Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Adam Trojanowski, ... UT LIBERI VIVAMUS Wspomnienie patriotyczne

Jeszcze przed wojną czytałem książkę pod tytułem Ziemia gromadzi prochy. Tytuł to symboliczny, ale uniwersalny. Ziemia – gdziekolwiek ona jest! Prochy – za jakąkolwiek przyczyną powstały!

   Szczególnego znaczenia nabiera ten tytuł w odniesieniu do skutków czynu zbrojnego. Tutaj, na Cmentarzu Obrońców Lwowa, świadkami jego były równe szeregi grobów rozmieszczonych po żołniersku, jak do raportu. Podniosłość miejsca podkreślały monumentalne elementy architektoniczne, ukoronowane kaplicą na wzgórzu, ujętą obustronnie pomnikami ochotniczych sojuszników. Miasto nasze było jedynym, które w latach przedwojennych otrzymało Krzyż Virtuti Militari. Posiadało bogatą tradycję walk o swoją wolność podczas najazdów obcych sił, ale znalazło się także w obliczu lokalnego konfliktu za sprawą upadającego mocarstwa rozbiorowego, kiedy to brat zabijał swojego słowiańskiego brata, walcząc o to samo miasto. Dramat ten rozpisała historia, a ludzie uwiecznili go tak nam drogą Nekropolią Orląt.
   Pewnego cichego jesiennego dnia stałem jako młodzieniec, wraz z ojcem, przed Łukiem Triumfalnym z jego obydwoma pylonami oraz wspaniałą kolumnadą i czytaliśmy w myślach: Mortui sunt, ut liberi vivamus*. Śmierć oraz jej sens! Nawiązując do aktualnej sytuacji, ojciec myślał na pewno o swoich Krzywopłotach, Konarach i Kostiuchnówce, a także odległej rzece frontowej, Tagliamento**.
   Dzięki usilnej pracy łacinnika gimnazjalnego Grzegorza Jasilkowskiego byłem w stanie pojąć tekst przekazany pomnikową antykwą. Myśli moje nawiązywały – w obliczu tutejszych grobów i odwiedzonych wcześniej kwater powstańców listopadowych oraz styczniowych – do teraźniejszości. Na rubieżach miasta trwały ślady ofiarności lwowian z różnych epok. Na garbach Zniesienia, na Górze Stracenia, Persenkówce oraz na zadwórzańskich polach. Na lwowskiej Katedrze pokazywano mi kule armatnie wrogich dział z przeszłych wieków. Moje myśli dotyczyły sumy dziejów lwowskich oraz krwawych ofiar składanych Ojczyźnie. Ut liberi vivamus – w czasach pokoju nadal obowiązywały takie wartości jak duch narodowy, gotowość do walki oraz siła zbrojna. Cel wyrażony drugą częścią przeczytanego łacińskiego hasła należało manifestować przez stałe utrzymywanie tych wspomnianych nakazów rzeczywistości.
   Historyk Czesław Nanke wskazywał nam wielokrotnie na zbrodniczy, szyderczy chichot dziejów, pojawiający się często nieodwracalnie wobec pokoju oraz cywilizacji, nawiązując do naszego trudnego, zmiennego bytu narodowego. Klasowy wychowawca, germanista Jan Zakrzewski, uczył nas przy każdej okazji godności osobistej, człowieczeństwa oraz honoru, przestrzegając przed smutnym faktem, iż Dummheit ist die grosste Krankheit der Welt***.
   Gotowość do walki tkwiła w nas, lwowiakach, jak w tych symbolicznych czujnie drzemiących lwach przy Pomniku Chwały, na Rynku przed ratuszem oraz w tym najstarszym – na polanie Wysokiego Zamku. Przecież byliśmy dziećmi Lwiego Grodu – Leopolis. Pochodząc z rodziny związanej od kilku pokoleń z czynem zbrojnym, byłem wychowywany – równolegle do działań mych pedagogów – przez nią przede wszystkim w dyscyplinie wojskowej, patriotyzmie oraz szacunku wobec Ojczyzny. Za sprawą ojca żyłem jego wojennymi wspomnieniami i stykałem się przez okres szkolny z jego kolegami, związanymi z walkami o niepodległość, jak pedagodzy szkolni Dręgiewicz lub Kapałka. W życiu towarzyskim rodziców ocierałem się stale o wojskowych, jak kapitan Gergowicz, kapitan Kędzierski, major Kolbe, pułkownik Chodkiewicz lub pułkownik Kawiński. Podczas pobytów u dziadków w Krakowie zetknąłem się z kolegami mojego dziadka gen.Dąbrowieckiego, a to generałami Latinikiem, Kosteckim i Bijakiem. Jeszcze w wojnie z bolszewikami zajmowali wysokie stanowiska operacyjne, przeminęli jednak po przewrocie majowym. Przytoczone kontakty oraz towarzysząca im atmosfera pobudzała u mnie ducha wojskowego.

   Szereg moich kolegów szkolnych, jak Adaś Bielak, Zdziszek Rozwadowski, Felek Godowski, Staszek Prorok lub Adaś Baron, pochodziło z rodzin oficerskich, co naszą więź koleżeńską czyniło dodatkowo mocniejszą. Nieco starszy ode mnie kolega harcerski Maciek był synem późniejszego generała WP Bittnera. Maciek był – także później – komendantem 1. kompanii harcerskiej batalionu „Zośka” i uczestniczył w licznych akcjach. W moim sąsiedztwie, na Kwiatkówce, w pięknej willi, zajętej nota bene później przez Wandę Wasilewską, mieszkał płk. N. Liebich. Obaj wysocy oficerowie byli dowódcami lwowskich pułków piechoty. Pułkownika Liebicha spotykałem często na ulicy i podziwiałem zawsze jego typowo wojskową postawę oraz zachowanie. Z widzenia znałem także płk. E. Godlewskiego, dowódcę 14. pułku Ułanów Jazłowieckich, doskonałego żołnierza, który zginął w hitlerowskim obozie koncentracyjnym Mauthausen.

Szkoła Kadecka we Lwowie


   Jurek Horwath, zamordowany później przez NKWD, Henio Nieckuła oraz Staszek Krajewski, niegdyś moi koledzy szkolni, zostali adeptami wychowania wojskowego w lwowskim Korpusie Kadetów nr 1. Wszystkie te osoby, przywołane z dosyć już ułomnej pamięci, cechowała postawa patriotyczna, umiłowanie armii lub wręcz służba dla niej. Tak zwane pójście do wojska stanowiło przed wojną honor dla każdego młodego, sprawnego mężczyzny. Osoby wojskowe, czy to w komiśnej kurtce i owijaczach, czy w lśniących oficerkach i z białym żabotem wokół szyi, były zawsze szanowane i podziwiane. Wyraz temu dawano przy każdej okazji, a szczególnie podczas defilad wojskowych. Na dźwięk hymnu państwowego każdy mężczyzna przyjmował, w miejscu gdzie się znajdował, postawę na baczność i odkrywał głowę. Tak samo zachowywano się wobec sztandarów wojskowych. Coraz rzadziej spotykanych weteranów Powstania Styczniowego nawet sami generałowie salutowali jako pierwsi. Taka była moc tradycji narodowych w podzięce, że liberi vivamus.

   Wychowany w duchu idei oraz czynów zmarłego „Dziadka”, darzyłem podziwem nowego marszałka, który patrzał na nas z cieniem życzliwego uśmiechu na szkolnym portrecie. Przecież to on w blasku wolności do Kijowa nas prowadził, jak głosiła popularna pieśń wojskowa. Intensywnie przeżywaliśmy tryumfalne zajęcie Zaolzia dzięki postawie naszej armii. Zaskoczeniem podczas przejmowania tych terenów był liczny udział, nieznanych mi dotychczas, pancernych pojazdów, a to polskich 7TP oraz zagranicznych Vickers oraz Renault. One to przekonały mnie o nowoczesności naszej armii.
   Przed Domem Studentów przy ul. Łozińskiego darłem się wraz z tłumem Wodzu, prowadź nas na Kowno! Czyniłem to z pełnym przekonaniem, że taki jest nasz obowiązek obywatelski, jako że jesteśmy silni, zwarci i gotowi! Ojciec mój traktował nowego, łysego marszałka nieco sceptycznie i z rezerwą. Trwał nadal w sympatii do szefa sztabu z 1913 r. pseudo Józef, czyli do gen. K. Sosnkowskiego. Był on w tym czasie systematycznie spychany w cień za sprawą „pułkowników”. Ogólny stan umysłów narodu był przed Wrześniem ożywiony duchem wiary w jedność oraz gotowość armii. Podziwiano ją i bezwzględnie w nią wierzono. Cieszyła nas szybka rozbudowa Centralnego Okręgu Przemysłowego, jako oparcie armii, także szeroki odzew na wezwanie do udziału finansowego na rzecz Funduszu Obrony Narodowej, poprzez ogólnokrajową pożyczkę. Bezwzględnym dopełnieniem nastrojów w narodzie było majowe przemówienie ministra J. Becka w 1939 r., w którym wskazał na najcenniejszą rzecz, jaką jest honor.

   Siła zbrojna była reprezentowana we Lwowie przez liczne oddziały wojskowe stacjonujące na terenie miasta, tworząc tzw. garnizon wojskowy. Miasto było siedzibą Dowództwa Okręgu Korpusu nr VI przy placu Bernardyńskim, obok hotelu Krakowskiego. Jego dowódcami byli w ostatnim przedwojennym dziesięcioleciu kolejno generałowie B. Popowicz, W. Czuma, J. Zulauf, M. Tokarzewski oraz W. Langner. Prawie wszyscy z nich byli bezpośrednio związani z okresem walk o zachowanie polskości naszego miasta.
   Oprócz codziennego spotykania osób umundurowanych na ulicach miasta szczególnie przeżywano defilady, czyli tzw. parady wojskowe, które odbywały się w zasadzie dwa razy w roku, a to w dzień Święta Narodowego 3 Maja oraz Święta Niepodległości, czyli 11 Listopada.
   Na terenie miasta stacjonowały dwa pełne pułki piechoty, a to 19 pp. „Odsieczy Lwowa” oraz 40 pp. „Lwowskich Dzieci”. Był także jeszcze mniejszy oddział, należący do 26 pp. którego trzon stacjonował w Gródku Jagiellońskim. Były ponadto dwie jednostki artylerii, a mianowicie 5 p. artylerii lekkiej oraz wydzielony oddział 6 p. artylerii ciężkiej
   Pierwszy z tych pułków zajmował koszary na Górze Wronowskich, w budynkach austriackiej Cytadeli, ulokowanej centralnie ponad miastem. Górę tę można było obejść jej podnóżem: ulicami Pełczyńską, Tomickiego, Kopernika, Ossolińskich, Friedrichów, św.Mikołaja oraz Zyblikiewicza, aż do placu Bolesława Prusa. Na dużej łące przy ul. Pełczyńskiej, tuż pod Cytadelą, gromadziły się przed defiladami kolumny marszowe celem wspólnego wysłuchania polowej mszy świętej.
   Drugi z tych pułków posiadał koszary przy ul. św. Piotra, na samym jej początku, gdzie odchodziła pod górę, w bok od ul. Kochanowskiego. Mieszkając na Kwiatkówce, w ciepłe, pogodne wieczory słyszałem dochodzące z tych nieodległych koszar dźwięki zbiorowej pieśni dziękczynnej, a także trąbkę capstrzyku. Wywoływało to szczególny nastrój zadumy i spokoju przed snem.
   Nie pamiętam, gdzie się znajdowały koszary jednostek artylerii – łączę je z ul. Janowską oraz Kulparkowem, ale bez absolutnej pewności.
   Chlubą Lwowa był 14 p. kawalerii, czyli Ułanów Jazłowieckich. Był on skoszarowany na Jałowcu, przy końcu ul. Łyczakowskiej. Z pułkiem tym czułem się szczególnie związany poprzez mojego kuzyna – ppor. służby zawodowej Z. Żurowskiego. Bywałem na tamtejszym święcie pułkowym oraz zawodach jazdy konnej. Nieco inne, może jeszcze mocniejsze, związki z tym pułkiem, a raczej z jego młodymi, eleganckimi oficerami, odczuwały nasze lwowskie panienki, wzdychające do „chłopców malowanych”. I nic w tym dziwnego, byli bowiem niezwykłymi pistoletami.

   Na dosyć odległym wówczas Skniłowie znajdowało się lotnisko, a przy nim koszary 6 p. lotniczego. Z największą radością spędzałem tam wolny czas, leżąc na skraju trawiastego lotniska, wspólnego dla wojska, Aeroklubu oraz PLL „Lot”. Efektem tego była możliwość oglądania z bliska zarówno samolotów wojskowych, np. PZL P-23 „Karaś”, jak też popularnych, szkolnych samolotów RWD-8. Regularne połączenia krajowe i zagraniczne umożliwiały mi obserwowanie srebrzystych, dwusilnikowych samolotów pasażerskich Lockhead „Elektra” oraz Douglas DC-2. Już wtedy istniało połączenie kraju z Palestyną i na tej trasie w późnych latach trzydziestych nad górami Bałkanów jeden z naszych samolotów uległ katastrofie, w której zginęli wszyscy uczestnicy lotu. Wtedy to pomagał odnaleźć miejsce nieszczęścia, z wątpliwym skutkiem, popularny jasnowidz inż. Ossowiecki. Lotnictwo było już wtedy moją pasją i jemu poświęcałem wiele wolnego czasu, oczywiście wedle posiadanych możliwości.

    Przy tej okazji wspomnę, że do lat 30. lotnicy wojskowi nosili mundury koloru khaki oraz miękkie rogatywki z otokiem w kolorze żółtym. Dopiero w 1936 r. wprowadzono bardzo eleganckie mundury koloru stalowoniebieskiego oraz okrągłe czapki z charakterystycznym orłem, otoczonym symbolicznie skrzydłami husarskimi. Kolorem, jak i krojem były zbliżone do mundurów lotnictwa zachodniego.
   Wysoko, przy ul. Teatyńskiej, stał jakiś oddział artylerii przeciwlotniczej. Na ul. Na Błonia, nazwanej później ul. B. Pierackiego, znajdowały się natomiast rozległe warsztaty wojskowe, związane z bronią pancerną.
   Na koniec należy jeszcze wspomnieć 6. Baon Sanitarny – na początku Góry św. Jacka, ponad ul. Jabłonowskich. Wojskowi tej formacji nosili rogatywki z otokiem koloru buraczkowego. Przy ul. Ochronek był skoszarowany dywizjon Żandarmerii Wojskowej. Żołnierzy tej jednostki nazywano popularnie kanarkami ze względu na jaskrawopomarańczowe otoki oraz patki.
    Jeśli chodzi o wojskową obecność we Lwowie, nie można pominąć Korpusu Kadetów nr 1 im. Marszałka J. Piłsudskiego, który przygotowywał do zawodowej służby w szkołach oficerskich. Ci elegancko ubrani młodzi ludzie byli zorganizowani wedle starszeństwa w czterech niższych oraz dwóch wyższych kompaniach. Nosili granatowe mundury i szarozielone płaszcze oraz granatowe rogatywki z charakterystycznym orłem na srebrnym tle słonecznego półkola. Starszeństwo było oznaczane „belkami” w kolorze srebrnym oraz złotym.. Stroje ćwiczebne były zbliżone kolorem i krojem do obowiązujących w wojsku.

   Doroczne defilady odbywały się na szlaku utworzonym przez place Bernardyński, Halicki i Mariacki, a rozwiązanie ich miało miejsce w okolicach Teatru Wielkiego. Trybuna honorowa była zawsze przy placu Halickim. Stanowiło ją podwyższenie zbudowane ad hoc z desek okrytych płótnem w kolorach narodowych oraz ozdobione herbem państwowym. Na niej stali wojskowi, jak i cywilni goście honorowi, a defiladę odbierał każdorazowo aktualny dowódca Okręgu Korpusu. Trybuna wznosiła się ok. 2 m ponad poziom ulicy, przed nią zaś, już na poziomie placu, stała liczna grupa gości mniej honorowych. Obok, nieco dalej, ustawiana była orkiestra wojskowa, która przygrywała do marszu defilujących oddziałów.
   Defiladę rozpoczynały tradycyjnie oddziały piechoty: w hełmach, z karabinami na ramieniu, poprzedzane sztandarami pułkowymi. Dawne hełmy, odziedziczone po armii francuskiej, były dosyć płytkie i posiadały charakterystyczny grzebień usztywniający. Zostały one przekazane na wyposażenie kawalerii. Z początkiem lat 30. wprowadzono głębokie hełmy rodzime, chroniące lepiej głowy żołnierzy. Twarze ich wyglądały spod nich szczególnie marsowo. Dawne owijacze zostały zastąpione długimi spodniami, spinanymi wokół kostki. Buty chronione od spodu dużą ilością gwoździ, powodowały charakterystyczne, głośne tempo marszowe. Dowódcy poszczególnych oddziałów maszerowali po prawej stronie kolumny, z gołymi szablami, którymi oddawali honory przed trybuną. Kolumny wykonywały wtedy ów charakterystyczny krok marszowy z przytupem, odpowiadający komendzie na Baczność! Należy przypomnieć, że noszone oprócz furażerek rogatywki były do wczesnych lat 30. miękkie i posiadały dla piechoty otoki koloru granatowego.
   W pewnym momencie pojawiały się z turkotem baterie artylerii, tej lekkiej, z działami polowymi kalibru 75 mm, spiętymi z jaszczykami, na których siedziała, bodajże, trzyosobowa obsługa działa. Współczułem zawsze tym żołnierzom, ponieważ jaszczyki, tak jak i działa, miały masywne koła z obręczami stalowymi, co powodowało na kamiennym bruku, że obsługę trzęsło niemiłosiernie. Każde działo ciągnęła czwórka koni w stosownej uprzęży, a na koniu czołowej pary siedział na siodle żołnierz prowadzący cały zaprzęg jezdny. W defiladzie brały udział także działa ciężkie, czyli z kalibrem 105 lub 350 mm. W tym przypadku koński zespół pociągowy składał się z trzech par koni, także prowadzonych przez jeźdźca
w siodle. Pierwsza para nazywała się dyszlowa i była związana sztywno, bezpośrednio z zestawem artyleryjskim. Wszystkie konie były dobierane tej samej maści, przeważnie ciemnej. Kolory otoków rogatywek artyleryjskich były ciemnozielone, patki także tego samego koloru, lecz zróżnicowane kolorystycznie wężykami dla poszczególnych rodzajów artylerii.
   W pewnej chwili powstawała mała przerwa w maszerującej kolumnie, a w perspektywie placu pojawiała się niesłychanie strojna i liczna orkiestra konna 14 Pułku Ułanów, której towarzyszył wyodrębniony pluton trębaczy, wszyscy na siwych koniach. Za orkiestrą ciągnęły poszczególne szwadrony z pionowo trzymanymi lancami, ozdobionymi jasnożółtymi proporczykami z białym paskiem pośrodku. Otoki rogatywek były także jasnożółte.Ten niezwykle barwny oddział wojska budził zawsze szczególny aplauz publiczności, zebranej tłumnie na całej trasie przemarszu. Wspomniana mała przerwa czasowa była spowodowana tym, że należało stworzyć luz za wolniej poruszającą się kolumną piechoty. Podczas przemarszu kawalerii przy trybunie honorowej milkła orkiestra, brzmiały natomiast skoczne fanfary kawaleryjskie. Trębacze mieli rękawy ozdobione bogatymi, srebrnymi galonami. Konie poruszały się stępa, a były zróżnicowanej maści, zawsze jednakowej dla poszczególnych szwadronów. W defiladzie brały udział taczanki, tradycyjna broń z zaprzęgiem konnym i karabinem maszynowym, wywodząca się z czasów wojny 1920 roku. 0ko cieszyły nowoczesne działka ppanc. Bofors kaliber 37 mm na „pneumatykach”.
   Ponad trasą przemarszu przelatywały w pewnym momencie – uszeregowane w stosownej formacji, liczne samoloty wojskowe, wykorzystując luki czasowe między poszczególnymi oddziałami maszerującymi na placu.
   Do wojskowej defilady należały także oddziały Korpusu Kadetów, witane gorąco przez widzów tej pięknej i barwnej uroczystości. Za nimi pojawiały się jeszcze oddziały Przysposobienia Wojskowego oraz liczne drużyny harcerskie, w tym także moja, czyli 1. Drużyna ZHP im. T. Kościuszki. Była pierwszą, jaka została utworzona jeszcze pod zaborem przez Andrzeja Małkowskiego. Jako jedyni występowaliśmy w kapeluszach skautowskich, takich, jakie wprowadził Baden-Powell, twórca skautingu angielskiego, lecz z odgiętą jedną kryzą.
   Oprócz wymienionych, maszerowały jeszcze oddziały „Strzelca” oraz „Sokoła”, czyli dwóch organizacji paramilitarnych z przeszłością jeszcze sprzed I wojny światowej, różniące się istotnie politycznie i stosunkiem do władz centralnych. Cały pochód zamykała orkiestra wojskowa, w której największą radość publiczności, zwłaszcza dziecięcej, sprawiał malutki kucyk, ciągnący potężny bęben na podwoziu z kół rowerowych.

   Następnego dnia po defiladzie mali chłopcy wyszukiwali w szczelinach pomiędzy kostkami bruku zgubione przez konie, duże stalowe elementy przeciwpoślizgowe podków, zwane popularnie hacelami. Służyły one dzieciom do gry w „kierpcie”. Polegała ona na zgrabnym podejmowaniu haceli z ziemi, podczas podrzutu pozostałych. Ponieważ pewien nieduży odcinek jezdni placu Halickiego był pokryty kostką drewnianą, poszukiwanie i wydobywanie haceli było tam szczególnie efektywne. Nawiasem mówiąc, nie wiem dlaczego kostka ta była stosowana we Lwowie zupełnie wyrywkowo, np. jeszcze na tyłach Uniwersytetu, na ul. Kościuszki.

   Do uroczystości wojskowych należy jeszcze zaliczyć uroczyście obchodzone święta pułkowe, miały one jednak charakter bardziej wewnętrzny. Były związane z popisami sprawnościowymi, w tym także z zawodami konnymi oraz koncertami orkiestr wojskowych, nie mówiąc już o wytwornych balach, przeważnie w Hotelu George’a.
   Z innych wydarzeń wojskowych należy wspomnieć także pogrzeby. Kondukt poruszał się powoli przy dźwiękach muzyki żałobnej, od placu Bernardyńskiego, przez ul. Piekarską ku Cmentarzowi Łyczakowskiemu. Trumna spoczywała na lawecie armatniej ciągnionej przez kare konie i ozdobiona wojskową rogatywką. Niesione były także na specjalnych poduszkach odznaczenia zmarłego. Towarzyszyła konduktowi także kompania honorowa, która nad mogiłą wykonywała salwę honorową. Szczególnym przypadkiem, budzącym moje młodzieńcze przeżycia, były pogrzeby lotników, kiedy to trumna spoczywała na ciągnionym kadłubie samolotu pobawionym skrzydeł. Groby lotników posiadały oprócz krzyża także prawdziwe śmigło lotnicze.

   Szlak uliczny związany z wydarzeniami wojskowymi i obchodami patriotycznymi stał się w 1937 r. terenem zaciekłych walk ulicznych, wywołanych rozruchami robotniczymi. Trwały one kilka dni, a związane były z pogrzebem niejakiego Kozaka, postrzelonego śmiertelnie podczas rozruchów przez policję. Rozruchom towarzyszyło rozbijanie wystaw sklepowych, przewracanie i demolowanie wozów tramwajowych, ręczne wydzieranie kostek brukowych, którymi obrzucano oddziały policji. Równolegle występował rabunek sklepów i magazynów. Trudno uwierzyć, że trasa uświęcona szacunkiem i pamięcią o wolności Ojczyzny mogła stać się terenem krwawych walk, przynoszących dalsze ofiary śmiertelne. W moim pojęciu było to absolutne zaprzeczenie patriotyzmu okazywanego zwykle przez społeczeństwo. Niezapomniane wrażenie zrobiła wtedy na mnie olbrzymia wieczorna łuna pożaru podpalonych przez demonstrantów zakładów drzewnych przy ul. Gródeckiej. Szerzyła się na całym zachodnim nieboskłonie, potęgując i tak przerażające poczucie rozboju i bezwładzy. Grozę spotęgowały zapamiętane do dziś wieczorne strzały armatnie z Cytadeli, ogłaszające stan wyjątkowy.
   Takiego załamania porządku i groźby ulicznej przemocy wcześniej jeszcze nie przeżyłem.
   W 1938 r. miały miejsce na Wołyniu bardzo duże manewry wojskowe. Ich zakończenie nastąpiło we Lwowie szczególnie dużą defiladą, w której oprócz tradycyjnie występujących formacji wojskowych brały udział także motocykle i auta wojskowe, tzw. łaziki rodzimej konstrukcji, a także małe, zwrotne czołgi zwiadowcze, zwane tankietkami. Udział tych licznie występujących jednostek zmotoryzowanych utwierdził mnie w przekonaniu o nowoczesności naszej armii.
   Szczególnym przeżyciem o charakterze patriotyczno-wojskowym było 100-lecie Powstania Listopadowego, które uczczono wówczas we Lwowie przy Odwachu na placu św. Ducha, obok Wałów Hetmańskich. Wystąpiła tam kompania piechoty w tradycyjnych mundurach Królestwa Kongresowego – żołnierzy, którzy rozpoczęli wówczas ten powstańczy zryw. Miały miejsce wieczorne werble, przemarsze, władanie bronią, a towarzyszyły im dźwięki „Warszawianki”. Czar pięknych mundurów ze skrzyżowanymi, białymi pasami, żółtymi przodkami oraz patrontaszkami, a szczególnie wysokie czaka, pozostawiły niezapomniane na długo wrażenie.
   Inną zapamiętaną imprezą o charakterze wojskowym było widowisko plenerowe, odtwarzające „zniesienie” tatarskich oddziałów armii sułtańskiej przez króla Jana III w 1675 roku. Stąd powstała nazwa fragmentu dzielnicy Podzamcze****. Wydarzenie to, przy licznym udziale statystów, w tym bardzo licznej, galopującej husarii, odtworzono wówczas na północnych stokach Góry Piaskowej.
   Absolutną pewność o mocy naszej armii przeżywałem po raz ostatni w końcowych dniach sierpnia 1939 r. Wtedy to żegnaliśmy z entuzjazmem wspaniale prezentujące się w nowiutkich mundurach polowych oddziały, maszerujące ku naszemu oczywistemu zwycięstwu. Uderzające było także zupełnie nowe wyposażenie, łącznie z elementami skórzanymi oraz maskami gazowymi. Pozdrawialiśmy niezwykle serdecznie naszych „chłopców” kwiatami, brawami oraz okrzykami. Długie szeregi żegnaliśmy przy ul. Romanowicza, a maszerowały do załadunku na pociągi, celem dowiezienia ich na pozycje przewidziane planami mobilizacyjnymi. Ta zupełnie swoista defilada bez trybuny honorowej oraz orkiestry przebiegała niezwykle spontanicznie i godnie. Kolumna marszowa znikła wreszcie w perspektywie ul. Akademickiej. Wkrótce znikła na zawsze także przedwrześniowa lwowska rzeczywistość.
   Czesław Nanke miał rację!

 

Umarli, byśmy żyli wolni.
** Miejsca bitew z I wojny światowej.
*** Głupota jest największą chorobą świata.
**** To oczywiście jedna z wersji pochodzenia nazwy Zniesienia.