Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

O JADWIDZE HORODYSKIEJ ROZMAWIAJĄ CI, KTÓRYM BYŁA BLISKA

Na rozmowę złożyły się wypowiedzi: Stefana Świeżawskiego [SŚ], filozofa i historyka filozofii, em. profesora KUL; ks. Barbary Czartoryskiej [BC], dr. chemii; Witolda Hermana [WH], muzyka, profesora AM w Krakowie; Józefa Marka [JM], rzeźbiarza, em. profesora ASP w Krakowie; Stefana Dousy [SD], rzeźbiarza, profesora Wydziału Architektury PK; Kingi Wołkowickiej [KW], bratanicy J. Horodyskiej; Egona Leopolskiego [EL] oraz Andrzeja Chlipalskiego [AC], który rozmowę prowadził i materiał uporządkował.

 

1955 r.AC. Podejmujemy się wspólnie trudnego zadania: scharakteryzowania sylwetki osoby niezwykłej, której drogę życia można ująć w trzy wątki: 1O postawa wobec Boga, ludzi, kraju, 2O twórczość rzeźbiarska, 3O cechy osobiste: mądrość, ciepło, gościnność. Proponuję jednak, byśmy w rozmowie nie wydzielali tych wątków, ponieważ splatają się one w jeden, konsekwentny portret Człowieka. Za to trzymajmy się chronologii. Proszę więc na początek Kingę, by opowiedziała o środowisku domowym, z którego wyszła Jadwiga Horodyska.

KW. Ciocia Wisia była siostrą mojego ojca, Kornela Horodyskiego, córką Franciszka, ziemianina i malarza, oraz Marty z Jodko-Narkiewiczów, rodem z Bębnówki koło Odessy. Urodziła się w 1905 r. w Trybuchowcach, rodzinnym majątku koło Buczacza. Rodzina mieszkała dawniej na wsi, przez jakiś czas w Wiedniu (dziadek był szambelanem cesarza Franciszka Józefa), w czasie I wojny w Zakopanem, a potem już na stałe we Lwowie.

AC. Trybuchowce – jak one wyglądały? Z rodziną Horodyskich wiązały się jeszcze inne miejsca, głównie w województwie tarnopolskim, prawda? Czy możesz je pamiętać z przedwojennych czasów – byłaś wszak małą dziewczynką – czy tylko z objazdu tamtych stron przed paru laty?

KW. Z naszą najbliższą rodziną były związane przede wszystkim Kolędziany w powiecie czortkowskim, a poza tym Tłusteńkie, Kociubińce i oczywiście Trybuchowce w buczackim, które były w rękach rodziny od XIX wieku1. W latach międzywojennych gospodarował tam mój ojciec, a dziadkowie z Ciocią Wisią mieszkali we Lwowie. Miałam kilka lat, więc z domu w Trybuchowcach zapamiętałam tylko rzeczy szczególne: ciężkie meble gdańskie w jadalni, w sa­lonie na plafonie stiuki z żurawiami (bo my byliśmy Horodyscy-Żurawie, a gałąź wołyńska – Puchacze). I wielkie lustra na ścianach. Na szczęście ten dwór nie był tak zniszczony w czasie I wojny jak Kolędziany. Zabrakło jedynie elektryki, bo agregat założony przed tamtą wojną przepadł, a na nowy nie było pieniędzy. Więc przez całe dwudziestolecie były tylko lampy naftowe. Teraz nie ma śladu po dworze w Trybuchowcach. Sowiecka władza zburzyła go – jak tam usłyszałam – w 1957 r.

Dwór w Trybuchowcach (nieistniejący)

AC. Pani Wisia nie mieszkała tam w owych latach, ale przyjeżdżała. Czy masz jakieś wspomnienia z tym związane?

KH. Oczywiście. Ciocia miała swój pokój na I piętrze. Pewnego dnia odwiedził ją tam oswojony konik – kuc, który na co dzień pracował wraz z drugim w kieracie przy pompowaniu wody ze studni. Ciocia razem z moim ojcem nauczyli go chodzić po schodach, nie w domu oczywiście, ale on skorzystał z tej umiejętności i przyszedł po cukier.

AC. To sympatyczne wspomnienie. Ale po tym bogatym wstępie na temat domu rodzinnego, cofnijmy się jednak w czasie do okresu młodości Jadwigi Horodyskiej. Kiedy zaczęło się u niej zainteresowanie sztuką? Chyba Pan Profesor znał ją w latach młodzieńczych2, bo rodziny były spokrewnione?

SŚ. Mieszkaliśmy we Lwowie blisko siebie, niedaleko Ogrodu Jezuickiego – my na Kraszewskiego 21, oni na Ziemiałkowskiego 8, w tzw. „hrabskim domu”. Wisia miała w okolicy grono przyjaciółek: moją siostrę Marysię (chodziły razem do szkoły Sacré ­Coeur), Ankę Wodzicką (w tej samej kamienicy), Wisię Cieńską (willa na rogu ulic Technickiej i Kleinowskiej), dwie panny Starzyńskie. To grono, jeszcze przed maturą, łączyło zamiłowanie do sztuki. Moja siostra miała uzdolnienia poetyckie i malarskie, podobnie Anka – po matce, doskonałej malarce-portrecistce3. Co do Wisi – wiedziałem, że to wielka klasa, choć się na rzeźbie nie ­znałem.

Wstępna obróbka alabastru w Żurawnie

AC. A więc już wtedy zaczynała rzeźbić?

SŚ. Myślę, że tak. Ja natomiast – młodszy od tych panienek o parę lat – interesowałem się wtedy kostiumologią. Chodziłem do pani Dąbczańskiej, która miała wspaniałą bibliotekę4, i zatapiałem się w albumach kostiumologicznych.

AC. Potem była matura i co dalej?

KW. W papierach po Cioci znalazłam własnoręcznie napisany życiorys. Miała duże zdolności rysunkowe, więc po maturze podjęła studia w Szkole Przemysłu Artystycznego we Lwowie i ukończyła je w 1929 r. Zaraz potem pojechała do Rzymu, do Królewskiej Szkoły Sztuk Pięknych.

EL. Dodajmy, że związek Jadwigi Horodyskiej ze sztuką mógł być dziedziczny. O ojcu, malarzu, przeczytałem w PSB5, że studiował malarstwo w Monachium, tworzył głównie portrety (wykonał ich ponad 200), sceny rodzajowe, krajobrazy z Podola i Podhala. A przecież jej matka też miała zdolności artystyczne – pamiętam ją z późnych lat 40. w Krakowie jako osobę wiekową, malującą kwiaty na porcelanie. Sztuka była więc zawsze obecna w tym domu. A o swoich latach spędzonych w Rzymie Pani Wisia często opowiadała. Przyjaźniła się tam m.in. z Wandą Wyhowską (potem De Andreis), która pisze o niej w swoich wspomnieniach6.

KW. Dyplom w Rzymie uzyskała w roku 1932, ale w Polsce nostryfikowała go do­piero w 1939 r. na warszawskiej ASP. Równocześnie w latach rzymskich uczyła się w Szkole Rzeźby w Marmurze prof. Ardiniego. W tym czasie brała udział w wystawach w Rzymie, Paryżu, Nowym Jorku, a także we Lwowie i Poznaniu. W Nowym Jorku wystawiła jedno ze swoich najlepszych dzieł – Herodiadę z czarnego alabastru.

AC. Właśnie: alabaster. W tym materiale wiele tworzyła, bo po studiach pracowała w Żurawnie7. Tamtejsza kopalnia alabastru należała do książąt Czartoryskich. Czym jest alabaster?

BC. Alabaster to krystaliczna odmiana gipsu. W Żurawnie była kopalnia odkrywkowa na górze Bakocyn – jedyna w Polsce, a gniazda występowały też w innych miejscach, w lesie. Były różne odmiany tego minerału, o różnych kolorach.

AC. Czy od dawna był eksploatowany?

BC. Już w czasach przedrozbiorowych, ale nie systematycznie. W naszych czasach założono kopalnię z inicjatywy mojej matki8, by dać pracę okolicznej ludności. Do rozruchu ściągnięto fachowców z Włoch, z kopalni w Volterra. Rozpoczęli wytwarzanie z alabastru różnych drobnych przedmiotów, w tym lamp, bo ten materiał jest przejrzysty. Potem rozszerzono produkcję i w tym celu zorganizowano pracownię artystyczną, w której podjęli działalność architekt Józef Szostakiewicz i Wisia jako rzeźbiarka. Robiono więc kolumny, płyty, detale architektoniczne, a Wisia rzeźby do ołtarzy. Wyroby były wystawiane m.in. na PWK w Poznaniu9 i na Targach Wschodnich we Lwowie. Równocześnie miejscowi chłopi zaczęli działać na własną rękę i wytwarzać wyroby z alabastru.

AC. Czy Pani Horodyska długo pracowała w Żurawnie? Czy Pani może ją pamiętać z tamtych czasów?

Pałac w Żurawnie

BC. Pracowała przez kilka lat, do samej wojny, ale to wiem z opowiadań. Ja akurat się wtedy urodziłam, a Wisia była moją matką chrzestną. Mieszkała z nami, w pałacu. Bliżej poznałam ją właściwie dopiero po wojnie.

AC. Czy wiadomo Pani, jakie rzeźby wtedy stworzyła?

BC. Nie jestem całkiem pewna, ale słyszałam, że jakieś figury poszły do kościoła Garnizonowego w Katowicach i do Piekar Śląskich, do Ciężkowic, a ponadto do Władysławowa czy Helu.

AC. I niebawem wybuchła wojna. Pani Wisia zapewne wróciła z Żurawna do Lwowa?

BC. Cała nasza rodzina opuściła wtedy Żurawno.

EL. Pani Karolina Lanckorońska pisze w swoich wspomnieniach10, że kiedy zaraz po wejściu sowietów do Lwowa, opróżnionego z wszelkich niezbędych artykułów w sklepach, podjęła, niejawne oczywiście, zbieranie i skupywanie od handlarzy leków i materiałów opatrunkowych dla potrzebujących – pomagała jej w tym Jadwiga Horodyska. Kiedy czuła się zagrożona – nocowała u Pani Wisi. Gdy Pani Lanckorońska wstąpiła do ZWZ, Pani Wisia była jej łączniczką z wieloma działaczami konspiracji, co w warunkach sowieckiej okupacji było dla wszystkich niebezpieczne, o wiele bardziej niż pod okupacją niemiecką.

KW. Toteż pod koniec roku 1940 Ciocia zdecydowała się na wyjazd do GG. Pół­legalne przejście wraz z matką nastąpiło w Przemyślu. Odebrali jej saszetkę z kosztownościami – ratunek na „czarną godzinę”.

EL. Nieco wcześniej przedostała się przez kordon pani Lanckorońska. W Krakowie nawiązały kontakt z „Dowódcą”, tzn. płk. Komorowskim11 i gronem czołowych działaczy ZWZ-AK. Na marginesie: pamiętam, że jeszcze przez szereg lat po wojnie odwiedzała Panią Wisię p. Jadwiga Komorowska, siostra Bora.

AC. Gdzie zamieszkała Pani Wisia w Krakowie, z czego wtedy żyła?

KW. Ciocia z babcią mieszkały kolejno – jak się od niej po latach dowiedziałam – w kilku miejscach: na Podgórzu, na Dębnikach, u sióstr Sercanek. Zaraz po zakończeniu wojny, dzięki księciu Włodzimierzowi, dostały dwie izdebki na parterze gmachu Muzeum Czartoryskich. A z czego się utrzymywała? Zamówień na rzeźbę kościelną prawie nie było. Przez jakiś czas pracowała w kuchni w Klubie Plastyków. Do czasu „wyzwolenia” m.in. jeździła po podkrakowskich dworach i malowała akwarelowe i pastelowe portreciki ziemiańskich dzieci...

AC. Cóż za kontrast w stosunku do losów wschodniomałopolskich! Tam ziemian (i nie tylko ziemian) od razu wygnano, mordowano albo wywożono na nieludzką ziemię. Chyba, że ktoś zdołał uciec, ale i to nie ratowało przed deportacją. Ale Ciebie, Kiniu, lata wojenne w Polsce ominęły...

KW. No tak. 17 września 1939 r. wraz z matką opuściłam dom rodzinny w Trybuchowcach. Wuj, wyjeżdżający samochodem z Warszawy, zabrał nas do Rumunii i tam spędziłam wiele lat. Tam umarła moja matka. W 1948 r. wszystkich Polaków wyrzucono i na samą Wigilię w 1948 r. zjawiłam się u Cioci Wisi na Pijarskiej. W tej „norce” mieszkały już trzy osoby, bo wcześniej zjechała ze Lwowa siostra babci, ciocia Adela Duninowa. Mnie umieszczono więc na parę lat u Urszulanek – aż do matury. W końcu Cioci udało się zdobyć trzeci pokoik dla mnie.

EL. Pamiętam. A jak było z Twoim ojcem?

Herodiada, 1933

KW. Ojciec nie mógł wyjechać z nami. Po wejściu sowietów ukrywał się w Buczaczu, ale ktoś zdradził. Zginął w Starobielsku. Pamiętam, że Ciocia jeździła po wojnie do Katowic, do doktora Szebesty z PCK, który na żądanie Niemców w 1943 r. był uczestnikiem komisji w Katyniu (za to był w PRL szykanowany), żeby zdobyć jakieś wiadomości o losach mego ojca. Dopiero wtedy dowiedzieliśmy się...

AC. Wchodzimy więc w lata powojenne.

EL. Szczęśliwie, gdy w 1945 r. zostały powołane do życia tzw. Wydziały Politechniczne przy AGH, z siedzibą na Wawelu, pani Horodyska znalazła tam pracę na wydziale architektury – została kierownikiem Pracowni Rzeźby. Potem powstała osobna Politechnika Krakowska i wszystko przeniosło się do dawnych koszar przy ul. Warszawskiej. Na tym stanowisku pozostała przez 24 lata, do emerytury.

KW. Ale równocześnie mogła rozwinąć własną twórczość rzeźbiarską. Zdobyła starą szopę w podwórzu kamienicy przy ul. Dolnych Młynów i założyła w niej pracownię, potem musiała ją nieco podwyższyć, bo figury kościelne się nie mieściły. W tamtych latach stworzyła m.in. pomnik Ofiar Hitleryzmu w Grębałowie (koło Krakowa), rekonstruowała rzeźby w katedrze wrocławskiej – wewnątrz i na zewnątrz. W ogóle zleceń z kościołów było sporo.

AC. A więc wieloletnia praca na Politechnice. Wieloletnim współpracownikiem Jadwigi Horodyskiej był obecny tu p. Józef Marek, wtedy młody artysta rzeźbiarz. Jak pan trafił właśnie tam?

JM. Był rok 1962, dziesięć lat po moim dyplomie na krakowskiej ASP. Moja pracownia sąsiadowała wtedy z pracownią państwa Tothów12, z którymi się zaprzyjaźniłem. Kiedy w Zakładzie Rzeźby na Politechnice zawakowało miejsce, bo zmarł współpracownik p. Horodyskiej...

KW. ... bo Ciocia najpierw współpracowała z p. Lucjanem Demarczykiem, potem z p. Marią Sadowską; oboje kolejno zmarli.

JM. ... to właśnie pp. Tothowie polecili mnie pani Jadwidze, z którą byli zżyci od czasów lwowskich. Zauważyli zapewne, że w moich pracach istniały jakieś elementy, zawierające podstawy konstrukcji, budowy, co zbliżało mnie do architektury, ściślej rzeźby architektonicznej. Pani Horodyskej – z którą znaliśmy się już z wystaw i z Sekcji Rzeźby ZPAP – także moje rzeźby odpowiadały. Z początku wahałem się, bo na uczelni była ogromna liczba godzin dydaktycznych, a to mogło godzić w moją własną twórczość. W końcu zdecydowałem się i zostałem przyjęty. Od razu zauważyłem, że pani Jadwiga była doświadczonym pedagogiem i miała dużą świadomość rzeźbiarską, nabytą w świetnych szkołach we Włoszech. Zresztą dzięki Niej wyjechałem na stypendium fundacji Umiastowskich do Frascati koło Rzymu.

AC. Kto jeszcze wtedy pracował w Zakładzie?

JM. Było nas troje rzeźbiarzy: pani Horodyska, Roman Husarski (zmarły w tym roku) i ja, ponadto dwóch laborantów. Husarski prowadził jednak głównie dział mozaiki – w tym wynalezionej przez siebie piro­piktury. Tak więc korekty prowadziliśmy z panią Jadwigą głównie we dwójkę (ja skończyłem też studium pedagogiczne na ASP). Nasza współpraca przerodziła się w przyjaźń, bywałem u Pani Jadwigi w domu na Basztowej. Parę razy byłem zapraszany do obejrzenia nowych rzeźb w jej pracowni na Dolnych Młynach.

AC. Wspomniał pan o mo­zaice – czy to mieściło się w koncepcji dydaktycznej Zakładu?

JM. Program dydaktyki był ukierunkowany przede wszystkim na rozwiązywanie problemów rzeźbiarskich w architekturze, bo przecież Zakład pracował na Wydziale Architektury Politechniki. Studentom przekazywaliśmy wiedzę na temat projektowania rzeźby w architekturze i urbanistyce. Ale nie tylko rzeźby, także mozaiki, ceramiki, sgraffita, witrażu.

AC. Pan profesor Dousa obecnie kieruje Zakładem na Politechnice. Czy Pan znał panią Horoodyską?

SD. Niestety, to już inne pokolenie. Ale tradycja z tamtego czasu, przeniesiona przez Jej bezpośredniego następcę, a mojego poprzednika, prof. Husarskiego, nadal żyje. Prowadząc ten Zakład po pp. Horodyskiej, Marku, Husarskim, akceptuję i kontynuuję w moich programach te istotne wartości dla architektury – wyczucie przestrzeni, relacje formy rzeźbiarskiej z architekturą, kształtowanie wizji plastycznej w materiale, znajomość technik. Pani Horodyska powtarzała, że naszą intencją nie jest czynienie z młodych architektów rzeźbiarzy, lecz to, o czym wspominał prof. Marek: uwrażliwienie na rzeźbę. Znam Jej wypowiedzi, które które zanotował prof. Husarski w tomie dokumentacji Zakładu.

AC. Widziałem u Pana to niezwykłe historyczne dzieło, pełne zapisów, życiorysów, fotografii.

SD. Wiem i to, że Jadwiga Horodyska jako szef umiała stworzyć w Zakładzie doskonałą atmosferę koleżeńską. W Jej zespole spotykały się różne osoby, o różnej indywidualności. Uważała, że dobra współpraca jest istotna i stanowi bogactwo wspólnego programu. Ułatwiała każdemu indywidualną pracę twórczą, wręcz wymagała, by każdy był twórcą. Próbuję robić to samo.

AC. Pomówmy teraz o osobistej twórczości Jadwigi Horodyskiej. Jak by można ją scharakteryzować?

JM. Nie jest to łatwe. Myślę, że cechowała Ją jakaś wewnętrzna wzniosłość, co uzewnętrzniało się m.in. w proporcjach. Nasuwa się porównanie z rzeźbą romańską lub gotycką, której twórcy podkreślali np. wysokość postaci. Coś z tego widać w świetnej Dziewczynie z jeleniem, mimo że jest w niej ruch, a nie statyczność – jak w tamtych rzeźbach.

AC. Ten ruch jest charakterystyczny w rzeźbie baroku czy rokoka, tak bardzo związanego ze Lwowem.

JM. Tak, jest coś z tego, ale Jej rzeźba nie była barokowa. Można szukać pokrewieństwa ze sztuką młodopolską, np. obrazami Stryjeńskiej albo rzeźbą Szczepkowskiego, tak bardzo polską z ducha. Jeszcze inna cecha: w dziełach pani Jadwigi był zawsze rys zadumy i pogody, nigdy tragizmu, jak u wielu rzeźbiarzy, Nie lubiła tematów ekstremalnych, przykrych, przygnębiających. Zresztą ten rys pogodnej kobiecości nosiła w sobie na co dzień.

Św. Cyryl. Piekary Śl.,1938EL. Podchodziła bardzo wnikliwie do każdego tematu, prawda?

JM. Oczywiście. Wszystko, co robiła, było zgodne z jej kulturą, wyczuciem, wiedzą. Wybierała to, co odpowiadało jej jaźni. Ważną cechą twórczości pani Jadwigi był sposób komponowania, konsekwencja w przeprowadzaniu formy. Odpowiedź na zadanie rzeźbiarskie wynikała z jej wizji, nie rutyny, nie uznawała zewnętrznego blichtru. Nic nie było tam powierzchowne.

AC. O tej głębszej stronie sztuki Pani Horodyskiej – sztuki szczególnej, bo w większości sakralnej – mógłby zapewne coś powiedzieć Pan Profesor Świeżawski?

SŚ. Trudno mi mówić o jej twórczości – za mało ją znałem. Rozmawialiśmy raczej o kształceniu artystycznym. Pamiętam – kiedy moja córka Maja studiowała sztuki plastyczne – Wisia zwracała uwagę na konieczność perfekcji w rysunku, jako bazy do uprawiania wszelkich sztuk. Może to podejście miała po swym ojcu?

AC. Czy tworzyła też w drewnie?

KW. W zasadzie nie. Były nieliczne rzeźby drewniane, ale tylko wtedy, gdy miały być polichromowane. Techniczną pracę wykonywał wtedy snycerz.

EL. W tym miejscu trzeba koniecznie wspomnieć o wieloletnim pracowniku technicznym Zakładu, który przez lata współpracował z panią Horodyską, wykonywał wszystkie odlewy w gipsie – panu Karolu Franaszku. Był świetnym fachowcem, a przy tym bardzo jej wierny. Kiedy w ostatnich latach miała problemy zdrowotne, przyprowadzał Ją i odprowadzał do domu. Niestety już nie żyje.

AC. A kto kuł w kamieniu? Kto robił odlewy w brązie?

KW. Przekuwał przeważnie kamieniarz Łuczywo, potem Ciocia cyzelowała. A odlewy – o ile wiem – w Warszawie.

AC. Jakie ważniejsze rzeźby można by wymienić z tych lat?

KW. Postacie do kilku ołtarzy w Kosinie (w rzeszowskiem) były bardzo charakterystyczne dla twórczości Cioci. Poza tym: Droga Krzyżowa w kaplicy KUL, płaskorzeźby do katedry w Częstochowie. Popiersie kardynała Sapiehy w katedrze na Wawelu wykonała w darze, sama sfinansowała odlew w brązie. No i pomnik generała Wróblewskiego na cmentarzu Montmartre w Paryżu.

SD. Chciałbym tu państwu opowiedzieć, że będąc niedawno w Ameryce, zobaczyłem w Muzeum Polskim w Chicago rzeźbę pani Horodyskiej – ową Herodiadę z wystawy światowej w Nowym Jorku z 1939 roku, o której wcześniej była mowa. Okazało się, że wszystkie dzieła sztuki z pawilonu polskiego, które się tam wtedy znalazły – Styki, Krchy, Rzepińskiego, Śleńdzińskiego, Horodyskiej i jeszcze innych – nie mogły po wybuchu II wojny wrócić do kraju i przeleżały przez kilkadziesiąt lat w magazynach. Dopiero przed kilkunastu laty zabrano je do tego muzeum, które bardzo się ostatnio rozwinęło, i wyeksponowano.

Św. Metody. Piekary Śl., 1938EL. Ależ to wszystko nazwiska o korzeniach lwowskich i wileńskich! Czy nikt nie próbował ich rewindykować do kraju?

SD. Nie słyszałem. Są tam doskonale opracowane.

AC. Pomówmy o życiu pozazawodowym. Przez mieszkanko na Pijarskiej przewijało się mnóstwo ludzi, i to nie byle jakich. Ty tam często bywałeś, Ego, opowiedz kogo tam spotykałeś?

EL. Było kilka rodzajów tych gości. Zacznijmy od duchownych. Najważnieszy oczywiście – ksiądz Karol Wojtyła...

AC. To osobny temat, wrócimy do niego za chwilę.

EL. Z wczesnych lat pięćdziesiątych pamiętam sędziwego biskupa Godlewskiego13, zdaje się krewnego rodziny. Parę razy z ks. Wojtyłą przyszedł ks. Marian Jaworski, po latach kardynał--metropolita lwowski. Dwadzieścia lat później zachodził ks. Kazimierz Górny, dziś biskup rzeszowski. I jeszcze inni księża.

AC. A inni goście?

EL. Wiele osób z arystokracji, ziemiaństwa. Najbardziej zaprzyjaźnione – ks. Lilisia (Leonia) Lubomirska i p. Jadwiga Komorowska. Ponadto Czartoryscy: ks. Włodzimierz z żoną, a przy okazji bytności w Krakowie p. Helena Szołdrska i p. Teresa Rostworowska, rzeźbiarka (obie z domu Czartoryskie). Bywali inni jeszcze członkowie rodzin Lubomirskich, Tyszkiewiczów, Sobańskich. I wielka dama, muza Malczewskiego, p. Kinga Balowa – babcia tu obecnej Kingi. I jeszcze pp. Stablewscy, Łastowieccy. Częstym gościem była p. Renia Kownacka (Irena, z Grocholskich), która po śmierci pani Duninowej zamieszkała u Pani Wisi.

AC. A ze świata nauki, sztuki?

EL. Wspomniani pp. Świeżawscy, pp. Tothowie. Kiedyś był sławny przedwojenny reżyser Wilam Horzyca14. Oczywiście różni rzeźbiarze. No i młodzi przyjaciele Wujka, czyli ks. Karola Wojtyły.

AC. Właśnie – czas pomówić o Gościu najważnieszym. Jak to się zaczęło?

Predella ołtarza kościoła w Rzeszowie, 1936

KW. Ksiądz Wojtyła, kiedy zaczął pracować przy kościele św. Floriana, szukał kogoś, kto by go uczył angielskiego i rosyjskiego, i kogoś do konwersacji francuskiej i włoskiej (te języki znał). Ktoś opowiadał o tym w naszym domu, a ponieważ wszystko to mogły Mu zapewnić obie moje ciocie, postanowiono Go zaprosić. Przyjął to chętnie i od tego czasu – był chyba rok 1950 – przez szereg lat odbywały się „lekcje” co tydzień we środę. Tak się też zaczęła wielo­letnia przyjaźń.

AC. Tu chyba coś doda Ego.

EL. Od samego początku byłem przy tym, bo od paru lat przychodziłem do p. Duninowej na naukę angielskiego i francuskiego (znajomość jeszcze z czasów lwowskich, a Pani Adzia to pokolenie mojej babci), ponadto przyjaźniłem się z Kinią i jej towarzystwem. Na lekcjach ks. Wojtyły siedziałem jako „ten trzeci” – uważano, że tak wypada. Pamiętam, że czytano Maxa Schellera i Elected Silence Mertona, więcej nie pamiętam. A potem Pani Wisia zapraszała na kolację, na którą schodziło się coraz więcej ludzi. Przychodzili młodzi ludzie z otoczenia Księdza.

KW. To byli przede wszystkim Joachim15 i Klemens Gudelowie, Jurek Ciesielski, Witold Herman...

WH. Należałem – dzięki Joachimowi, memu krajanowi z Torunia – do grona, które chodziło z Księdzem na niedzielne wycieczki. On też ściągnął mnie na Pijarską (p. Duninowa również udzielała mi lekcji francuskiego przed moim wyjazdem na stypendium do Francji). W tych wspaniałych kolacjach brałem udział przez czas jakiś. Pamiętam, że Ksiądz rozmawiał z p. Jadwigą po włosku.

EL. Oboje mieli poczucie humoru – Ksiądz czasem mówił do Niej la cuoca (kucharka), bo Pani Wisia dwoiła się i troiła, by tylu osobom podać pyszności, które przygotowywała. Pomagała jej w tym p. Guścia (Augusta) Romaszko.

SŚ. Nasz wspólny przyjaciel Karol Wojtyła czuł się u Wisi jak w rodzinie.

WH. Pani Wisia urzekała swoją otwartością, dobrocią, wewnętrzną radością. Nigdy nie była w złym nastroju, nie obnosiła się ze swoją niedolą. Działała kojąco i konstruktywnie na psychikę drugiego, swoją osobowość budowała życzliwością. Może właśnie dlatego Ksiądz uważał ten dom za swój drugi dom rodzinny. Dla mnie było też ważne, że znała się na muzyce i pokazując mi swoje rzeźby, używała muzycznej terminologii...

Popiersie kard. A.S. Sapiehy w Katedrze WawelskiejKW. Ciocia grała kiedyś na skrzypcach, a po wojnie oddała swój instrument jakiemuś dziecku.

SŚ. Wisia miała coś ze swego dziadka, pana Jana Jodko-Narkiewicza, który w czasie Obrony Lwowa w 1918 r. – kiedy mało kto odważał się wychodzić z domu – brał plecak, a w nim kartofle, i roznosił je do domów, gdzie były małe dzieci. W Wisi była jakaś duchowa promienność i wielka odpowiedzialność moralna. Taką Ją pamiętam, nie tylko artystkę, ale bardzo wspaniałego człowieka.

AC. Pan Profesor zapewne mógłby scharakteryzować stosunek pani Wisi do Sacrum?

SŚ. Nigdy nie prowadziliśmy rozmów na ten temat. Tylko w Jej oczach odczytywałem związek z moimi przekonaniami. Wisia, tak jak panie Dąmbskie16, Karla Lanckorońska, pani Zofia Stanek – to były wspaniałe osoby.

EL. Cechy pani Wisi podbudowywała jej religijność, stosunek do Boga i ludzi. Była zawsze gotowa do pomocy innym. W czasach stalinowskich była raz czy dwa razy we Lwowie, miała tam ciotkę17. Przy okazji zabierała ze sobą paczki z żywnością i komunikanty dla kościoła.

AC. W 1957 r. Panie musiały opuścić pokoiki w Muzeum Czartoryskich i dostały mieszkanie przy Basztowej 17. Ksiądz Wojtyła został biskupem w r. 1958. Czy przychodził nadal?

KW. Tak, ale coraz rzadziej. Jako arcybiskup był już zbyt zajęty. Zaczęła się inna epoka Jego życia...

Św. Jakub Oracz. Pracownia przy ul. Dolne Młyny, lata 1960.EL. Jeszcze jako biskup udzielił Ci ślubu w Katedrze, a potem udostępnił salkę w rezydencji na Kanoniczej na przyjęcie weselne.

KW. Tak, to był piękny gest i wielka pomoc w tamtych trudnych latach.

AC. Czy Pani Wisia wyjeżdżała na Zachód w latach powojennych?

KW. Dopiero w roku 1962 na zaproszenie pani de Andreis pojechała do Rzymu. Mieszkała blisko pani Lanckorońskiej, z którą bardzo się przyjaźniła.

EL. Akurat byłem wtedy z wycieczką w Rzymie i odwiedziłem panią Wisię na via degli Scipioni. Jej gospodyni, contessa Morosini, podała kawę i ciasteczka, była miła rozmowa.

KW. Niestety, w parę tygodni później Ciocia została tam potrącona przez samochód. Uraz nie został dobrze zdiagnozowany, nie zauważono uszkodzenia mózgu. Nastąpiło pozorne wyzdrowienie, ale przez najbliższe lata proces upadku posuwał się nieubłaganie. Jeszcze za otrzymane odszkodowanie pojechała powtórnie do Rzymu, potem do Paryża i Londynu, by odwiedzić krewnych. Pracowała na Politechnice do 1969 roku. Kilka lat wcześniej otrzymała tytuł docenta. Powstało jeszcze kilka rzeźb – figury do kościoła w Suszcu. I Syrenka, która u mnie stoi. Zmarła w roku 1973.

EL. Dobrze pamiętam pogrzeb na Rakowicach. Przyszedł kardynał Wojtyła. Nie prowadził pogrzebu, ale był obecny.

AC. Szkoda, że pani Horodyska nie doczekała wielkiego dnia w 1978. Bo mogłaby, gdyby nie zły los. Byłoby to wielkie dla Niej przeżycie i na pewno powstałby niejeden Jego portret reźbiarski Jej dłuta. Szkoda.

 

Dziękujemy Państwu za te wspomnienia o Osobie niezwykłej. O jej dziele artystycznym świadczą rzeźby w licznych miejscach Polski i poza nią, a o cechach Człowieka pamięć ludzi, którzy Ją znali. Tu staraliśmy się je zebrać bodaj w części.

 

Specjalne podziękowanie dla Pani Kingi Wołkowickiej, bez pomocy której ten materiał nie mógłby powstać. Ks. Barbarze Czartoryskiej dziękujemy za udostępnienie archiwalnych zdjęć z Żurawna.

Informujemy, że fachowe omówienie dzieła artystycznego Jadwigi Horodyskiej opracowuje we Lwowie historyk sztuki p. Jerzy Smirnow, opierając się na wielu dokumentach, zachowanych po obu stronach granicy. Tekstu tego jeszcze nie znamy.
 

1 Patrz Słownik w CL 2/04.

2 Prof. Stefan Świeżawski (1907–2004). Patrz notka w tym numerze.

3 Maria Wodzicka, z domu Turno (1878–1966). Kształciła się w Wiedniu i Paryżu. Po II wojnie pozostała we Lwowie i tam zmarła.

4 O Helenie Dąbczańskiej pisaliśmy w CL 4/02.

 5   Polski Słownik Biograficzny, t. X, Franciszek Horodyski (1871–1935).

6 Wanda Wyhowska De Andreis, Między Dnieprem a Tybrem, Warszawa 1998.

7 Żurawno, miasteczko w pow. żydaczowskim, nad Dniestrem – patrz CL 3/99. Miejsce urodzenia poety Mikołaja Reja (1505).

8 Ks. Helena Jerzowa Czartoryska ze Skrzyńskich była dziedziczką Żurawna.

9 Powszechna Wystawa Krajowa, Poznań 1929.

10 Karolina Lanckorońska, Wspomnienia wojenne. Kraków 2001.

11 Późniejszy dowódca Armii Krajowej gen. Tadeusz Komorowski (Bór) był wtedy komendantem Obszaru IV ZWZ w Krakowie. Pochodził z wojew. tarnopolskiego. W konspiracji działała też jego żona Irena z Lamezan-Salins (ze Świrza pod Lwowem) oraz siostra Jadwiga Komorowska.

12 Janina z Reichertów i Fryderyk Tothowie, małżeństwo rzeźbiarzy lwowskich, po II wojnie osiadłych w Krakowie. We Lwowie zbudowali sobie nowoczesną pracownię przy ul. Odrowążów (boczna ul. Stryjskiej, przy samym cmentarzu Stryjskim).

13 Michał Godlewski (1872––1956), ksiądz, profesor Akademii Duchownej w Petersburgu, biskup pomocniczy łucko--żytomierski, od 1927 profesor historii Kościoła na wydziale teologicznym UJ w Krakowie, arcybiskup tytularny.

14 Wilam Horzyca (1889––1959, ur. we Lwowie), dyrektor teatrów lwowskich 1931––37.

15 Joachim Gudel (1930––2002, rodem z Torunia), był w latach 50. studentem WS Muzycznej w Krakowie. Działacz katolicki w środowisku studenckim, którego kapelanem był ks. Karol Wojtyła.

16 O Aleksandrze Dąmbskiej-Rudeckiej – patrz Sylwetki w tym numerze.

17 Emilia z Makowieckich Horodyska.