Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Jerzy Stankiewicz, BYLIŚMY TAKŻE

Mieszany Chór Mariański w katedrze we Lwowie inaugurował uroczystości 50-lecia Ślubów Króla Jana Kazimierza

 

W styczniowym szarym świcie spod Kościoła Misjonarzy NMP z Lourdes, od ponad siedemdziesięciu lat siedziby krakowskiego Chóru Mariańskiego, wyruszyły dwa autokary kierując się na wschód. Tę pielgrzymkę zainicjował, dał ideę i wszystko należycie przygotował dobry duch Chóru Mariańskiego, pan Maciej Wojciechowski. Gdy opuszczaliśmy uśpione jeszcze miasto, zaintonowane przez dyrygenta Jana Rybarskiego Kiedy ranne wstają zorze przejęli chórzyści, z miejsca nadając ton całej podróży. Jedziemy do Lwowa, aby w katedrze łacińskiej otworzyć uroczystości rocznicy Ślubów Kazimierzowskich – jedynego w swoim rodzaju wydarzenia w historii Europy chrześcijańskiej, zawierzenia narodu i kraju Najświętszej Matce Boskiej, co nastąpiło 1 kwietnia 1656 r. Od tego dnia Królowa Niebios stała się Królową Polski.

Piękny przejazd przez Bieszczady, czarna nawierzchnia szosy, ośnieżone szczyty i dalekie połoniny, słońce zupełnie marcowe. Uprzywilejowany i przygotowany pismami przejazd przez granicę w Krościenku bieszczadzkim niespodziewanie natrafia na opór materii. Sześćdziesiąt polskich paszportów w ręku ukraińskiego oficera straży granicznej, w miejscu gdzie przejazd grupowy autokarami nie jest przyjęty, nastręcza poważne trudności. Po dwóch godzinach zwrot ostemplowanych paszportów, możemy jechać. Ale to falstart, jeszcze należy załatwić ukraińskie ubezpieczenie, przynajmniej dla pięciu osób!

Po drugiej stronie granicy Smolnica, wjeżdżamy wprost na Chyrów, stamtąd wszędzie już blisko. Zbaczamy z trasy w lewo, do słynnego Dobromila. Choć jeden rzut oka na tę cudowną kolebkę renesansowego sklepienia, wypełnionego kasetonami, jakiego nie ma nigdzie, nawet w Pułtusku. Niestety nie jest nam dane, spóźniliśmy się. Ksiądz nie mógł czekać z otwarciem kościoła. Duchowni są tak bardzo zapracowani na wschodnich placówkach, trzeba to zrozumieć.

Wracamy i teraz prosto przez Sambor do Drohobycza – drogą węższą, ośnieżoną i z koleinami. Drohobycz, to tajemne ciągle miasto Bruno Schulza, jest pierwszym etapem podróży. Najpierw gorący obiad przygotowany przez gościnnego ks. proboszcza Władysława Grymskiego, a potem szybko do fary. To jedna z trzech najwspanialszych gotyckich katedr na kresach, wraz z katedrami we Lwowie i Kamieńcu Podolskim, w obu Chór Mariański już śpiewał! Fundacja króla Władysława Jagiełły pod wezwaniem Wniebowzięcia NMP, św. Krzyża i św. Bartłomieja, to ostatnie wezwanie przyjęło się najszerzej. Uroczysty koncert po mszy św. o 17.00. Chórzyści wystąpią w strojach koncertowych, tylko gdzie się przebrać? Wypełniony wiernymi kościół, wąska zakrystia, gdzie przygotowują się księża. Więc panie – w autokarze, a panowie – na kościelnym chórze. Po zdjęciu wierzchniego ubrania dopiero można odczuć, że na chórze i we wnętrzu fary temperatura jest bliska zeru. Chwilę oczekiwania lepiej spędzić na zewnątrz pod murem kościoła z nakrytą głową aniżeli wewnątrz kościoła. Ale cóż to dla chórzystów zaprawionych do każdej sytuacji. Z powrotem płaszcze i kurtki i tylko wystające muszki u panów i kolorowe szaty pań zaznaczają uroczystą atmosferę.

Koncert otwiera wprowadzenie piszącego te słowa. Podkreślam, że jestem szczególnie do tego upoważniony, bowiem po raz pierwszy Drohobycz odwiedziłem już jedenaście lat temu. Mówię o misji chóru, o jego działalności i osiągnięciach, o Drohobyczu i Krakowie. Oba miasta mają ulicę Floriańską, na której w Drohobyczu zamieszkiwał czarodziej słowa – Bruno Schulz. W obu miastach jest rynek, przy którym skośnie stoi gotycki kościół; rynek w Drohobyczu jest niestety zniszczony przez wielką halę handlową wystawioną w czasach komunizmu. Ale najsilniej nasze miasta łączy postać Jerzego z Drohobycza, którego monumentalny pomnik wystawiony został nie tak dawno od południowej strony fary. W drugiej połowie XV w. studiował on w Alma Mater Cracoviensis i uzyskał stopień magistra. Następnie udał się do Bolonii, gdzie zgłębiał astronomię, matematykę i medycynę i otrzymał doktorat, a w kilka lat później obrany został rektorem bolońskiej wszechnicy.

 

Chór Mariański śpiewa w Katedrze lwowskiejKolęda płynie za kolędą. Pięknie intonowane, w klasycznej interpretacji formy, prowadzenia głosów i każdego jej szczegółu. Szczególna atmosfera, którą stwarza dyrygent Jan Rybarski, zaangażowania po obu stronach. Dyscypliny i oddania ze strony chórzystów; skupienia i prawie modlitewnej atmosfery wśród słuchających. Celne, trafne i często dowcipne słowa jego dopowiedzi i dialogu ze słuchaczami. Trzeba naprawdę być obdarzonym charyzmą, by tak natchnąć chórzystów i oczarować publiczność. Moment rozluźnienia, wspólny śpiew całego kościoła. Dojmującego chłodu nikt nie czuje.

 

Po koncercie w zakrystii – furszet, czyli mały bankiet, butenbrody, czyli kanapki, i gorąca herbata. Jest z nami wicemarszałek Senatu RP prof. Ryszard Legutko, konsul ze Lwowa Ryszard Klemm, są przedstawiciele rodzin polskich z Drohobycza, którzy zgotowali nam tak wspaniałe przyjęcie. Jest Włodzimierz Grabowski, muzykolog wykładający na miejscowym uniwersytecie pedagogicznym i w średniej szkole muzycznej. Napisze sprawozdanie z koncertu do prasy ukraińskiej. Serdeczność, gościnność, szacunek dla tych, co z kraju, odwzajemniony po wielokroć naszym rozmiłowaniem tego, co ocalało, co polskie i kresowe.

Wieczór we Lwowie. Wjeżdżamy przed Hotelem George’a na pięknie odnowiony placyk pod pomnikiem Mickiewicza. Na termometrze średnio, ale powiewy wiatru obniżają temperaturę. Przejmujący ziąb, pozostaje tylko się kryć. Za rogiem placu katedralnego wytworna lwowska cukiernia na Starojewrejskiej*, stylizowana na czasy przedwojenne, czynna do 22.00. Mieszkamy u rodzin członków chóru katedralnego. Wzorowy rozdział miejsc i organizacja zarządu lwowskiego chóru i jego dyrygenta, organisty katedralnego pana Bronisława Pacana.

Nazajutrz niedziela. Przed uroczystą mszą św. wyruszamy na spacer przez Rynek, ulicą Krakowską, do Katedry Ormiańskiej, by jeszcze raz spojrzeć na mozaiki Józefa Mehoffera i suche freski Jana Henryka Rosena (zm. w 1982 r.), które wyniosły go aż do Castel Gandolfo. Cudowna harmonia przestrzeni architektonicznej i dekoracji naściennych. Niedościgła akustyka, wspomagana specjalną konstrukcją kopuły, akustyka, którą wyczuwa się szepcząc i spacerując po wnętrzu tej szczególnej świątyni. A gdyby zorganizować tu koncert polskiej muzyki sakralnej?

Po drugiej stronie Rynku, w katedrze polskiej, uroczysta liturgia z okazji setnej rocznicy śmierci Sługi Bożej Matki Marii od Krzyża, sprawowana przez ks. kardynała metropolitę Mariana Jaworskiego w asyście ks. biskupa Mariana Buczka. Obecny jest wicemarszałek Senatu RP prof. Ryszard Legutko, pod którego patronatem honorowym odbywamy tę pielgrzymkę, oraz Wiesław Osuchowski, konsul generalny RP we Lwowie. Atmosfera podniosła, słowa ks. metropolity, śpiew Chóru Katedralnego.

Nasz koncert otwiera gościnne słowo mgr Joanny Pacan, lwowianki, absolwentki muzykologii i doktorantki UJ. Wywodzi się z rodziny stale zamieszkałej we Lwowie, jak i zresztą ona sama, a studia ukończyła w Krakowie. Takie polskie losy już nie dziwią, a po prostu ogromnie cieszą. Joanna Pacan wita dyrygenta i członków chóru, przybliżając ich pracę i działalność. Niestety bardzo krótko, obowiązuje dyscyplina czasowa. Po koncercie chóru krakowskiego wystąpi orkiestra dęta z Przemyśla, a po południu inny chór. Katedra lwowska jest przecież tym miejscem szczególnie nobilitującym. Nasz koncert piękny, bardzo polski, dociera do każdego serca. Sypią się kolędy kompozytorów lwowskich: Stanisława Niewiadomskiego, Andrzeja Nikodemowicza, Michała Woźnego, który ze Lwowa zasiadł przy organach katedry wawelskiej. Atmosfera gorąca, oklaski nie milkną. W drugim rzędzie znakomity lwowski dyrygent profesor Jurij Łuciw. Obecni księża, siostry zakonne, rodziny polskie i ukraińskie. Na koniec chwila koncentracji i wybucha tonem najwyższego dostojeństwa Bogurodzica, Bogiem chwalena dziewica...

Wielka Boga-Człowieka Rodzicielko i Panno Najświętsza! Ja, Jan Kazimierz, z łaski Syna Twego, Króla królów i Pana mego, i z Twego miłosierdzia król, padłszy do stóp Twoich najświętszych – Ciebie za Patronkę moją i za Królowę Państw moich dzisiaj obieram. I siebie i moje królestwo polskie... Twej osobliwszej opiece i obronie polecam i o Twą pomoc i miłosierdzie... pokornie błagam.

Tak przysięgał we Lwowie król Jan Kazimierz w czasach potopu szwedzkiego. W 300. rocznicę tego ślubowania ks. kardynał Stefan Wyszyński, wydalony w 1956 r. do Komańczy, stworzył nowy tekst Ślubów Narodu, który stał się podstawą ponownego ślubowania na Jasnej Górze, powtórzonego w każdej polskiej parafii. W 350. rocznicę odnowienia Ślubów Kazimierzowskich uroczystości odbędą się w Katedrze Lwowskiej 1 kwietnia 2006 r. W tym dniu zabrzmi też największe dzieło muzyczne opiewające to wydarzenie – oratorium Śluby Jana Kazimierza, skomponowane w 1895 r. przez Mieczysława Sołtysa, patrona lwowskiej szkoły kompozytorskiej. Oratorium będzie wznowione po latach z inicjatywy dyrektora Stanisława Gałońskiego i wykonane przez zespoły Capelli Cracoviensis wraz z połączonymi chórami lwowskimi pod batutą profesora Jurija Łuciwa.

Pozostało się przebrać, spakować, przebić przez niemały tłumek otaczający nasze autokary zaparkowane pod katedrą. Sprzedawcy zachęcają do kupna pamiątek, przewodników, kartek i płyt z lwowskim repertuarem, ciągle trudno osiągalnym w kraju. Barwna, powszechnie znana postać człowieka-orkiestry, dmącego w trąbkę i wygrywającego jednocześnie na akordeonie patriotyczne melodie. Rozglądam się, ale z żalem nie dostrzegam tym razem zawsze tu obecnej, odwiecznej postaci polskiego kombatanta, zawsze „urzędującego” pod katedrą lub Cmentarzem Łyczakowskim. Gotowy do pokazania swoich „papierów” z legitymacją żołnierza armii polskiej w Palestynie, dumny z przychodzącej regularnie renty rządu polskiego, a za każdy ofiarowany grosz nie pozostający nigdy dłużnym, wręczając choć najskromniejszą pamiątkę ze Lwowa (przechowuję do dzisiaj otrzymaną pisankę).

Do granicy ze Lwowa tylko 80 km. Ostatni etap o zmroku przed nami, trzeba najpierw przejechać Gródek Jagielloński i Sądową Wisznię. To Mościska, 10-tysięczne miasteczko, co trzeci mieszkaniec uważa się za Polaka. Trzy odremontowane kościoły i polska szkoła tętnią życiem. Ponownie zaczyna doskwierać chłód. Czeka nas msza św. i po niej ostatni koncert w kościele OO. Redemptorystów. Z homilii dowiadujemy się, jak ogromnie ta ziemia cierpiała, w dodatku dzisiaj niewyobrażalnie biedna. W historię regionu i Mościsk wprowadza nas mieszkaniec miasteczka Andrzej Kuc, nasz przewodnik. Nie ma tu praktycznie nikogo z ludności przedwojennej. Wywiezieni zostali wszyscy. Polacy, którzy tu nastali po 1945 r., ściągali z całej Rosji, zwalniani z obozów. Przeszli gehennę dziejów, zanim tu pod nową granicą polską, choć z drugiej jej strony, rozpoczęli życie na nowo. Tragiczną historią życia swoich najbliższych zaświadcza te fakty p. Stanisław Kuc z Krakowa, uczestnik naszej pielgrzymki.

Ostatni koncert w Mościskach, wypełniony kościół, gorąca atmosfera spragnionych tej karmy słuchaczy. Rozbrzmiewają najpiękniejsze kolędy z tym większym zapałem, że to ostatnie tegoroczne kolędowanie. Przedstawicielka środowiska polskiego wysuwa się z kwiatami dla dyrygenta: nie! jeszcze nie koniec koncertu, proszę siadać! Jeszcze kolędy innych narodów i wieńczące, wspólnie wyśpiewane Bóg się rodzi...

Misja wypełniona. W sercach więcej otuchy i radości. W naszych także. Ruszamy do Szegini i Medyki, do Krakowa przecież tak niedaleko.

 

* Chodzi o ul. Boimów.