Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Paweł Glugla, LWOWIANIE WYGNAŃCY-TUŁACZE, 1914 r.

Pierwsza wojna światowa, zwana wówczas „wielką wojną”, siała postrach, spustoszenie i grozę. Naturalną koleją rzeczy było uciekanie ludności przed wojenną nawałnicą. Niestety część mieszkańców ówczesnego terytorium Polski, w tym lwowian, była deportowana w różne strony Europy. Na ogół polska ludność była życzliwie i ze zrozumieniem, a nawet współczuciem przyjmowana w poszczególnych miejscowościach – np. na Morawach, w Austrii, Czechach, na Słowacji, itd. Jednak nie wszędzie życzliwie witano i traktowano Polaków – np. niechętnie na Węgrzech. Lwowianie, jak i pozostali Polacy nie znali języka węgierskiego, a Węgrzy złośliwie nie chcieli rozmawiać po niemiecku. Nieopisany chaos, wielka niewiadoma jutra, fatalne warunki podróży, życia wojennego pozostawiły na zawsze wspomnienia u wygnańców, tułaczy. Wiele rodzin rozdzielono, kontakt był utrudniony. Niektórych wojna zastała poza miejscem zamieszkania. Ci byli w jeszcze gorszej sytuacji.

Spisywane na gorąco wrażenia z przeżyć i losów wojennych lwowianie i Polacy z innych stron kraju przesyłali do redakcji. Zebrany materiał wspomnieniowy zredagowano i wydano w formie książkowej w Wiedniu w 1915 r. Poniżej przedstawiam oryginalne zapisy owych wspomnień lwowian, którzy przeżyli wygnanie i tułaczkę wojenną. Na tej podstawie można wyrobić sobie pogląd i osąd tamtejszych czasów i przeżyć ludzi, którzy żyli we Lwowie i musieli go opuścić czasowo bądź na stałe.

 

Z LISTÓW LWOWIAN

Pan Władysław Chemiński, nauczyciel ludowy ze Lwowa, przedstawia ciekawe szczegóły z ostatnich dni w Medyce. Poza tym z uczuciem opisuje swoją smutną i pełną rozmaitych niespodzianek tułaczkę

Dnia 21 sierpnia 1914 roku wieczorem opuściłem progi mego domu z małym tobołkiem w ręku. Na ulicach Lwowa panował ruch nieopisany. Szedłem prawie automatycznie, zamyślony ku dworcowi. Na pewnym zakręcie ulicy Gródeckiej potknąłem się o coś. Patrzę, to koń martwy leży, który ze zmęczenia padł na chodnik. Nikt wówczas nie myślał nawet o usunięciu go. Na peronie było prawdziwe piekło. Tłumy ludzi snuły się z miejsca na miejsce, czekając już od dwóch dni na pociąg. Gdy nadszedł wreszcie tak długo oczekiwany pociąg, powstał ścisk i gwałt tak wielki, że trudno sobie to wyobrazić. Pomimo to, że nie wiedziano nic o tym, w jakim kierunku on pójdzie, lokowano się w wagonach, gdzie kto mógł. Gdy już wszyscy jakie takie miejsce zajęli, wydano rozkaz: „Wysiadać!”. Wojskowość zażądała kilku wagonów dla siebie i rodzin oficerów.

Po długich i ciężkich mękach zdołałem się ledwo ulokować na platformie ostatniego wagonu. W tych warunkach jechałem tak kilka godzin, przybywszy do Medyki. Tu spotkałem byłego mego szkolnego kolegę, obecnie asystenta kolejowego, który zaprosił mnie do siebie.

Pobyt w tej pięknej, polskiej wsi był dosyć przyjemny i zapominało się czasami o tem, że to przymusowa tułaczka. Kiedy pod Gródkiem toczyły się walki, przywożono rannych do Medyki.

Byłem raz świadkiem smutnego widoku, którego nigdy nie zapomnę. Razu pewnego przywieziono ciężko rannego jednorocznego ochotnika, a podczas robienia opatrunku przez lekarza tenże skonał mu na rękach w mojej obecności. Pamiętam – zbito mu trumnę z czterech desek i w noc posępną, deszczową, wywieziono go na tutejszy cmentarz wiejski, przy świetle łuczywa niesionego przez kilku żołnierzy.

Już nazajutrz przycichły wieści o zwycięstwie. Trwoga ogarnęła wszystkich, gdy zapłonęły wsie okalające zewnętrzne forty przemyskie. Krwawe łuny rozgorzały na horyzoncie, pożar niszczył dobytek ludzkiej pracy, długich, ciężkich lat. Dnia 15 września [1914 r.] naczelnik tutejszej stacyi otrzymał rozkaz ewakuacyi. W kilka dni potem wyjechaliśmy ostatnim pociągiem w kierunku Jasła. Przyjechawszy do Jasła, odbywał się właśnie asenterunek do wojska, któremu i ja podlegałem, lecz ze względu na nadwątlony stan zdrowia, komisya asenterunkowa uznała mnie za niezdolnego do linii.

Pobyt mój tutaj nie był zbyt długi. Zmuszony byłem opuścić to miasto w ciężkich bardzo warunkach. Pojechałem więc do Cieszyna, otrzymawszy nocleg w „Domu Narodowym”. W zimnej, teatralnej sali, przespawszy tych kilka nocy opuściłem Cieszyn, udając się do Bogumina [Bohumin]. Tu przez kilka dni udzielałem lekcyi w szkole „Macierzy”, lecz z powodu zamknięcia jej, zamieniając na lazaret wojskowy, zostałem znów na bruku. Nie mając tu co robić wyjechałem do Białej, spotykając tysiące wychodźców, znajdujących się w skrajnej nędzy. Wkrótce jednak los mnie zagnał do Toszanowic, cichej, śląskiej wioski. Przepędziłem tu trzy miesiące, ale zapragnąłem być w centrum obecnego życia umysłowego Polski. Tułaczkę moją zakończyłem wyjazdem do Wiednia, przebywam tu już do końca, przechodząc zwyczajne dzieje, tak zwanego „Fluchtlinga”.

Pani Zofia z Zakrzewskich Mykietynowa, wdowa po nauczycielu ze Lwowa, która tułaczkę miała smutną i dużo ciężkich przejść, tak opisuje swoje wrażenia:

Dnia 1 września 1914 r. opuściłam wraz z dziećmi Lwów ukochany, mimo że zdecydowawszy się zostać zakupiłam zapas prowiantów, zaopatrzona więc byłam na kilka miesięcy. Jednakowoż zostać nie mogłam, bo do ucieczki gnał mnie płacz córek i ich błagalne prośby: „Mamusiu droga, uciekajmy!”. Popłoch był tak wielki, że nie było chwili czasu do namysłu. Odeszłam z dziećmi — jak stałam, nie zamykając nawet żadnych drzwi. Na dworzec nie można było się dostać. Udałam się więc z dziećmi pieszo w kierunku Gródka Jagiellońskiego. (…). Niewymownie ciężka była to dla nas droga, pełna najrozmaitszych przeszkód, ze względu na przejeżdżające ciągle treny wojskowe. (…). Znowu zaczęła się ta uciążliwa podróż, po której dojechałyśmy do Rzeszowa, a stąd po kilku dniach wyjechałyśmy do sąsiedniej wsi Mrowli, gdzie zaopiekował się nami zacny ks. kanonik Henryk Siarkowski. Mieszkałyśmy w szkole, pobyt nasz tutaj był bardzo miły, znalazłszy współczucie tutejszych mieszkańców, którzy nam pomagali, w czem tylko mogli. Ale snać przeznaczone mi były losy tułacze, bo po czternastu dniach musiałam znowu uciekać furą do Rzeszowa, bo zajęcie przez wroga Mrowli groziło lada chwila, wobec coraz głośniejszych huków i łun ogniowych. Mieszkańcy ze łzami nas żegnali. W Rzeszowie już było prawdziwe piekło. Armia Auffenberga cofała się wówczas spod Lublina. (…). Po ciężkich trudach dobiłyśmy się jednak do stojącego pociągu, mającego odejść w kierunku Nowego Sącza. O dziewiątej wieczór dojechałyśmy do Jasła. Tu deszcz, zimno i ścisk, ani się docisnąć na peron. Zostałam więc z dziećmi przed dworcem. (…). W tej chwili zajechał cichutko pociąg i kto się szybko zorientował, ten wsiadł i pojechał, reszta została. Do późnej nocy jechałyśmy tak do Sącza, lecz stąd już dalej nie odjeżdżały żadne pociągi. W drodze dostała obłędu jakaś młoda kobieta. (…). W Sączu mieszkałyśmy tylko dwa tygodnie w zimnym, próżnym mieszkaniu, sypiając tylko na słomie. Ze względu jednak na niekorzystne stosunki i niezrozumienie naszej biednej, tułaczej doli musieliśmy to miasto opuścić. Wyjechaliśmy więc do Białej a stąd do Berna Morawskiego, gdzie ciężkie dnie tułaczki pędzę tu w smutku z prośbą do Boga, by pozwolił mnie wytrwać i wrócić szczęśliwie do ukochanej Ojczyzny.

Artyści opery lwowskiej żalą się w smutnej kartce, że zagubili wśród tułaczki, podczas ogólnego popłochu swą rodzinę, o której żadnych dotąd nie mają wiadomości. W kartce tej przebija dziwny smutek, wewnętrzny ból, ciche łkanie duszy artystycznej na tę bezgraniczną pustkę. Znakomici artyści tułaczkę tę spędzają w Grazu.

Pan Józef Torwiński, kandydat adwokacki ze Lwowa, który swą tułaczkę spędził w Bruck nad M. w Styrii, zapisał:

Opuszczałem z żoną ukochane miasto moje rodzinne w chwili, kiedy o kilkanaście km na zachód toczyły się krwawe walki z przeważającymi siłami armii rosyjskiej. Czekając przez pięć godzin na odejście pociągu, który miał nas odwieźć do Tarnowa, widzieliśmy olbrzymie transporty rannych, nadchodzące wprost z pola bitwy. Straszny to był widok, a pod ich wpływem potęgowało się coraz to większe zdenerwowanie u nas.

Wreszcie wieczorem z wielkim żalem wyjechaliśmy z dworca. Skierowaliśmy podróż do Poronina, zamieszkawszy tam zaledwie kilka tygodni. Gdy we wrześniu zaczęły się nowe ugrupowania wojsk i teren operacyjny przesunął się częściowo do Zachodniej Galicyi, wskutek tego, powstało, wśród bawiących tam Polaków zaniepokojenie przed ewentualną inwazyą rosyjską. Poszliśmy za ogólnym odruchami, jadąc na tułaczkę do Bruck.

Pani Maria Praschilówna, nauczycielka muzyki ze Lwowa, napisała o serdecznym przyjęciu wygnańców przez mieszkańców Moraw. Należy dodać, że o Morawiakach piszą wszyscy wychodźcy z wielkim uznaniem.

Pan Fabian, kupiec ze Lwowa, miał większą sumę pieniężną, schowaną w kasie ogniotrwałej, w sklepie. Nie zdążył już tam pójść po nią, gdyż wówczas wydano zakaz otwierania domów i sklepów. Udał się więc p. Fabian na łaskę i niełaskę losu na tułaczkę, nic z sobą nie zabierając, prócz trochę bielizny i odzieży.

Pani Ludwika Parnas Koderowa, mgr farm. i słuchaczka Uniwersytetu Lwowskiego napisała:

Wygnała mnie ze Lwowa wieść, że Moskale już są na szańcach miasta, gdyż inaczej żadna siła nie byłaby mnie zmusiła do opuszczenia tego kochanego miasta. Dnia 31 sierpnia znalazłam się na głównym dworcu, a widok, który oczom moim przedstawił, na zawsze pozostanie w pamięci. Istne przedpiekle... Tysiączne tłumy zalewały halę dworca... Lęk, przerażenie, groza i dzikość jakaś – to był obraz tych ludzi walczących na śmierć i życie o kawałek miejsca w wagonach. Rozpaczliwy krzyk matek łączył się z nieustannym, rozdzierającym płaczem dzieci. Potem z daleka ukazały się siwe mundury, ale wszyscy prawie o laskach, bez nóg, bez rąk, jeden drugiego jak mógł, tak podtrzymywał. Ci tragiczni ludzie dopełnili obrazu nędzy. Jazda trwała w nieskończoność – wśród okropnych warunków. Tułałam się przez pewien czas po Galicji, ale kiedy wróg napierał coraz więcej, wyjechałam do Wiednia, oczekując tu „wybawienia”.

Pan Norbert Just, przewodniczący Stowarzyszenia Cukierników ze Lwowa i redaktor „Gazety Cukierniczej”, zapisał:

W Zakopanem zaskoczyły mnie wypadki wojenne. W dwa tygodnie po mobilizacyi, gdy polskie serca zaczęły głośniej uderzać, gdy prawie wszyscy mężczyźni garnęli się tłumnie do Legionów, wstąpiłem i ja w szeregi wojska polskiego. Pewnego dnia, gdyśmy uszykowani słuchali „rozkazu” wieczornego, przeszły przez szeregi nasze najstraszniejsze i najboleśniejsze słowa, jakie w życiu swem słyszałem: „Lwów wzięty!”

„Moskale są już we Lwowie!”. Nie jestem w stanie tego opisać, co się ze mną wtedy działo. We Lwowie zostawiłem moją matkę drogą, siostry i mój cały dobytek. Wrócić tam nie mogłem – zmartwienia i troski targały niemiłosiernie moje nerwy. Wkrótce też uwolniono mnie z Legionów, wyjeżdżając do Krakowa. (…) Cieszę się niewymownie, że nie jestem zmuszony do korzystania z tzw. „zapomóg”, a mam jedno tylko – być jak najprędzej we Lwowie.

Pan Jan Wrona, urzędnik prywatny ze Lwowa, pisze:

Wyjechaliśmy ze Lwowa do Jasła w nadziei, że tu przeczekamy krótki najazd wrogów. Tymczasem 27 października wkroczył nieprzyjaciel do miasta. Chwila ta była straszna, kule przelatywały przez miasto i w trakcie tego padło dużo ofiar wśród cywilnej ludności. Wróg jednak nie miał czasu się zagospodarować po swojemu, gdyż po czterech dniach nadciągnęły nasze wojska, wyswobodziwszy uszczęśliwionych mieszkańców od dziczy moskiewskiej. Krótka jednak była nasza radość, bo w czternaście dni potem powstała w mieście szalona panika z powodu zbliżania się tego okrutnego nieprzyjaciela. Nie pozostało nam nic innego, jak Jasło opuścić. Puściliśmy się w drogę pieszo, idąc wprost przez linie naszych wojsk do Binauburgu.

Pan Wiktor Brzeziński, nauczyciel szkoły wydziałowej męskiej we Lwowie, napisał:

Wyjazd ze Lwowa nastąpił w ostatniej chwili, gdyż byłem zajęty całymi dniami w „Komitecie ratunkowym dla nauczycielstwa polskiego w Galicyi wschodniej”. Wobec braku jakichkolwiek środków przewozowych, musieliśmy wśród ścisku ludności uchodzącej, przemarszu wojsk oraz przejazdu wozów wojskowych, iść na dworzec. Wyjechaliśmy do Chyrowa, stąd zaś do Jasła, następnie do Cieszyna, a w końcu do Toszonowic, gdzie byłem kierownikiem prywatnej szkoły „Macierzy Szkolnej”. Ostatnim etapem mojej tułaczki był Wiedeń i tu czekam kresu tejże.

 

Powyżej prezentowane teksty są niewielkim fragmentem opisów lwowian wygnańców-tułaczy z lat wielkiej wojny (1914–1918), jednak oddają chwile grozy i stan, w jakim przyszło żyć Lwowianom.

 


PAWEŁ GLUGLA – absolwent Akademii Medycznej w Krakowie (1991); doktorant historii Uniwersytetu Rzeszowskiego. Zainteresowania: historia kresów, historia Kościoła, zwłaszcza zgromadzeń wincentyńskich; prezes Stowarzyszenia Pomocy Nieuleczalnie Chorym i Kalekim im. Jana Pawła II.