Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Tadeusz Fabiański, SYLWETKI FALOWCÓW

 

PIERWSZY ROK W SZKOCJI

Czerwiec 1940 roku. W starym parku szkockiego magnata koło górniczego miasteczka Douglas pełno polskich żołnierzy we francuskich mundurach. Uwijają się wszędzie, brodząc po kolana w wilgotnej trawie, która moczy im owijacze i buty. Jedni w beretach, inni w dwurożnych furażerkach, czasem mignie błękitny płaszcz, weteran pierwszej wojny światowej, przesuwają się grupki w gumowych, dziwacznych pelerynach. Tu osmolone postacie instalują polową kuchnię, tam stukają młotki, wbijając kołki namiotów w pełną korzeni leśną ziemię.

Obóz liczy sobie zaledwie kilka dni życia, wszystko jeszcze w stanie płynnym, wszędzie pełno ruchu.

Chwilami ma się złudzenie, że to wakacje, że rozkłada się tu na krótki pobyt wycieczka harcerzy. Ale wystarczy spojrzeć na twarze, a złudzenie pryska. Czasem w ferworze pracy zabłysną oczy, uśmiech ożywi rysy, ale trwa to tylko przez mgnienie oka i twarze znów krzepną w zadumie. Jest o czym dumać.

To, co było – niewesołe, to, co będzie – niewiadome.

Na rzadko zadrzewionym pagórku wyrosły niewielkie namioty. Jeden z nich ma na swym płótnie jakieś rysunki nakreślone węglem i trochę jest krzywy, bo ustawiono go na zboczu wzgórza. Do pnia pobliskiego drzewa przymocowana umywalnia: puszka z konserw z zatkniętą kołkiem dziurą w denku.

Pod innym drzewem zbity z deszczułek stolik i ławeczka. Dokoła pełno jam króliczych, w dole szumi potoczek, nad nim z piskiem przelatują mewy, z oddali przytłumiony odgłos maszyn górniczych.

Z namiotu wysypują się żołnierze. Od razu widać, że każdy z innego rocznika, maszerują jednak dziarsko, jakby zęby zjedli na wojaczce. Ustawiają się w dwuszereg na łące, na której zgromadziły się już setki widzów w mundurach, Zaczyna grać harmonia, rozlega się śpiew. To „Fala” daje improwizowane przedstawienie, pierwsze po wylądowaniu na szkockiej ziemi.

Na łące w starym szkockim parku znalazła się tylko część Zespołu Lwowskiej Fali. Prócz Budzyńskiego byli tu Szczepko, Tońko i Wieszczek, a wkrótce dołączyć do nich miała Włada Majewska, która jako „cywil” przebywała jeszcze w kwarantannie angielskiej. Ta lwowska piątka – to wszystko, co zostało z dawnego zespołu. Ubytek Pana Strońcia, Aprikosenkranca, Untenbauma, Ciotki Bandziuchowej, Love Short, Marcelka i innych, którzy nie wyjechali z „Falą” ze Lwowa, uzupełniało za granicą kilkanaście osób ze Lwowa i z różnych stron Polski, które przewinęły się kolejno przez jej szeregi, lecz dawny lwowski trzon „Fali” utrzymał się do końca ten sam.

Z obozu w douglasowskim parku zaczęła „Fala” jeździć z występami do innych obozów. Jeździła wojskowymi ciężarówkami, nieraz kilkadziesiąt kilometrów, a że szkocka pogoda słynie ze swych kaprysów, zespół często przybywał do celu zmoknięty i zmarznięty. Występy odbywały się jednak już nie na łące, jak w pierwszych dniach, lecz w obszernych namiotach. Pojawiły się nawet rekwizyty teatralne. Jednym z pierwszych był potężny gwóźdź odgrywający główną rolę w skeczu wyśmiewającym procedurę zaopatrywania żołnierzy w rzeczy konieczne, ale nieprzewidziane staroświeckim regulaminem, aktorzy odziani byli już nie w resztki francuskich mundurów, których nieodłączną część stanowiły odwijające się wciąż owijacze, lecz w sportowego kroju brytyjskie battle-dressy.

„Fala” przemianowana na „Czołówkę Teatralną nr 1” nabierała coraz więcej wojskowego ducha pod wpływem wyżywienia otrzymywanego z kuchni oddziału żandarmerii wojskowej i odpraw przeprowadzanych przez zawodowego majora pod starym ­dębem w parku. Spośród umiejętności wojskowych przyswoiła sobie najlepiej salutowanie, bo w parku kwaterowało tylu oficerów, że salutowało się co krok od rana do wieczora, a salutowało się nie po naszemu, ale po brytyjsku całą dłonią, bo taki wyszedł rozkaz.

W podróżach wojskowym wozem Melpomeny zdarzały się różne przygody. Po dotarciu do jednego z naszych obozów zastała tam „Fala” niebywały ruch. Oddziały maszerowały w tę i tamtą stronę, warczały silniki lor załadowanych żołnierzami w pełnym bojowym ekwipunku, nie było z kim gadać.

Przyjechaliśmy na godzinę przed zapowiedzianym przedstawieniem, a tu nic dla nas nie przygotowano, nikt się nami nie zajmuje, nikt nic nie wie. Nawet jedyny wojskowy niebędący w ruchu żandarm, który pilnował aresztantów w płóciennym więzieniu, nie mógł nas poinformować, co się stało.

Chcieliśmy już wracać, ale nagle jak na skinienie różdżki czarodziejskiej wszystko się odmieniło. Oddziały wróciły do obozu, a nas obskoczyła gromada gospodarzy, przepraszając na wyścigi za dziwne przyjęcie. Otóż, jak się okazało, na kilkanaście minut przed naszym przyjazdem Brytyjczycy nadali alarmowy sygnał: „Inwazja”. Kto żył, zamiast na przywitanie „Fali”, ruszył do boju z Hitlerem.

Alarm okazał się jednak fałszywy, Hitler nie zepsuł nam przedstawienia i wszystko zakończyło się happy-endem. Ta nasza inwazyjna przygoda dała Szczepkowi w ręce nowy argument w staraniach o „krótką broń”. Ale o tym na innym miejscu.

Zdarzało się, że gdy wracaliśmy ze swych imprez do domu późną nocą, kiszki nam marsza grały, i w kilku innych miejscach. Ale z reguły po występie zapraszał nas miejscowy korpus oficerski na wspaniały – jak na obozowe warunki – bankiet, na którym stoły uginały się od jadła i napojów. Nie pamiętano wówczas o różnicy stopni wojskowych, a gdy pamiętano, zdarzyć się mogły różne rzeczy.

Tak na przykład gdy daliśmy przedstawienie dla jednostki, którą dowodził pułkownik Sosabowski, organizator słynnej brygady spadochronowej, świetny oficer, lecz niezwykły służbista, zaproszono nas na kolację w dwóch grupach. Jedna, złożona z porucznika, który był wojskowym szefem „Fali”, i dwóch „cywilów”, tj. Włady Majewskiej i Miry Grelichowskiej, ucztować miała w jednym pokoju w towarzystwie panów oficerów, a cała reszta zespołu, w której nikt nie posiadał stopnia oficerskiego – w drugim.

Mira i Włada oświadczyły jednak stanowczo, że ich miejsce jest wśród kolegów i nie dały się nakłonić do zmiany stanowiska. Wobec tego pułkownik Sosabowski złamać musiał regulamin służbowy i zorganizował kolację wspólną, po której jakby na przeprosiny rozkazał znajdującym się w jego jednostce artystom zabawić nas swoimi występami. Każdy z nich, zaczynając występ, stukał obcasami przed dowódcą i „meldował się”, po występie również służbiście odmeldowywał.

Już w tym douglasowskim okresie porwała się „Fala” na przedstawienie, które byłoby zrozumiałe dla Szkotów. Kilka punktów programu przetłumaczyli wojskowi angliści na język angielski, w innych ułatwiała Szkotom zrozumienie tekstu mimika aktorów. Do grona aktorskiego zaproszono kilkoro szkockich dzieciaków, z którymi zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić. Gwoździem tej rewii był końcowy numer, w którym małe szkocięta, trzymając się za ręce z „falowcami”, tańczyły w kole, śpiewając z wielkim przejęciem Please give me a souvenir, piosenkę skomponowaną specjalnie dla tego programu. Powodzenie było ogromne.

Przedstawienia te odbywały się w sali kinowej Douglasu. Brytyjskim zwyczajem Szkoci jak zawsze w kinie – palili papierosy. Włada i Mira skarżyły się, że dym im przeszkadza, wywiesiliśmy więc tabliczkę z prośbą o wstrzymanie się od palenia. Na następnym przedstawieniu nikt już nie palił.

W dwa lata później, gdy z nowego miejsca postoju przyjechaliśmy do Douglas na urlop i poszliśmy do kina, zauważyliśmy ku wielkiemu swemu zdumieniu, że na widowni ani jedna osoba nie pali. Nasza prośba przetrwała, mimo że my już dawno opuściliśmy Douglas. Douglasowskie kino, dzięki naszym wrażliwym paniom i uprzejmym Szkotom, stało się jedyną chyba na wyspach brytyjskich salą widowiskową, w której nie wznosiły się kłęby dymu, a na dywany i chodniki nie sypały się niedopałki.

Z końcem jesieni, gdy nasze wojsko przeniosło się z namiotów na leże zimowe do miasteczek i miast, „Fala” zakwaterowana została w pięknym starym mieście Perth, które na dłuższy czas stało się jej bazą wypadową. Swoje podróże odbywać tu zaczął zespół w wygodnych autobusach, a występował już nie w namiotach, lecz w kinach, salach teatralnych lub halach fabrycznych. Po obsłużeniu wszystkich oddziałów polskich w Szkocji, wyruszył zespół do polskich lotników w Anglii i do polskich marynarzy na statkach wojennych i handlowych. Przez zimę i wiosnę jeździł po całej Wielkiej Brytanii.

W rocznicę swego pierwszego występu w Szkocji przybyła „Fala” do miasteczka Forfar, siedziby dowództwa 10 brygady kawalerii pancernej. „Dziennik Żołnierza” w recenzji z występu „Fali”, nawiązując do tej rocznicy, pisał 30 czerwca 1941 r.: Tym razem zobaczyliśmy ich już nie na murawie [...] wystąpili w sali kinowej, gdzie są światła, reflektory i kurtyna, a publiczność siedzi w pluszowych fotelach. Dali przedstawienie pt. „Chłopcy z Polski”. W części pierwszej, złożonej z pieśni, recytacji, monologów, wystąpili artyści jako żołnierze naszej armii w Wielkiej Brytanii i na Bliskim Wschodzie, jako nasi marynarze i lotnicy. Przyoblekły się w słowa i melodie wspomnienia... Powiał po sali wiatr zadumy i dumy, żale za tym, cośmy stracili, i wiary, że to własnymi rękami odzyskamy.

W części drugiej królował uśmiech. Każdy punkt doskonale zaprojektowany, wyreżyserowany i wykonany. Trudno określić co było lepsze, śliczne „Wspomnienia”, aktualne komunikaty, świetna lekcja gimnastyki, zjawy Strońcia, Aprikosenkranca i Untenbauma (role tych artystów, którzy pozostali w Polsce, grane były przez ich kolegów), potpourri operetkowe, satyryczny dziennik radiowy... Słyszeliśmy i widzieli przezabawne kłopoty strzelca służbowego, uznanego w pułku za speca w stawianiu kabały. Barwne stroje w „Weselu ludowym” przykuwały do siebie oczy, obrzędowe pieśni i tyrady wywoływały uśmiech i łzy rozrzewnienia. Pod koniec wodewil na tle... kancelarii wojskowej z dziesiątkami komicznych sytuacji, komedią pomyłek, śpiewami, tańcami i muzyką. „Chłopcy z Polski” to chyba najlepszy i najbogatszy program, jaki dała „Fala”. Mógłby śmiało stanąć obok jej dawnych lwowskich audycji, a może nawet je przewyższa.

Między pierwszym, improwizowanym występem „Fali” na ziemi szkockiej, a wczorajszym przedstawieniem różnica taka, jak między piękną melodią graną na skrzypcach a melodią tą w wykonaniu dużego chóru i wspaniałej orkiestry. Ale melodia ta sama: szczery, za serca chwytający sentyment, złoty humor, nastrój swojszczyzny i głęboka wiara, że będzie lepiej.

 

SZCZEPKO ROZSTAJE SIĘ ZE SZCZEPKIEM

Przed świtem zbudziło mnie dotkliwe zimno. Otworzyłem oczy i ku swemu zdumieniu zobaczyłem Kazia Wajdę w piżamie, tańczącego przed hotelowym lustrem. Okno otwarte było na oścież i stamtąd to szła fala chłodu na mnie w łóżku i na Kazia przed lustrem. Działo się to w Paryżu, w małym hoteliku przy Gay Lussac, był rok 1940, marzec.

 

Kazimierz Wajda–SzczepkoWajda spostrzegłszy, że się obudziłem, skoczył ku mnie, okrył kocem ze swego łóżka i wyjaśnił sytuację. Oto tego ranka zbudził się jak połamany. Po tej jeździe z Rumunii – mówił – pobolewa mnie w krzyżu i kark mi jakby zesztywniał. Chciałem trochę pogimnastykować się i nałykać świeżego powietrza, aby się rozruszać.

Tego dnia gimnastyka przy otwartym oknie trochę mu pomogła. Tak mu się przynajmniej zdawało. Później jednak nie pomagała. Zajęli się tym „pobolewaniem w krzyżach” nasi lekarze. Orzekli, że sprawa poważna i że natychmiast trzeba rozpocząć leczenie. Z kręgosłupem coś nie w porządku, chrząstki wapnieją, uciskają na nerwy, stąd bóle i inne dolegliwości. A zaczęło się to wszystko bynajmniej nie w Rumunii, lecz już dawniej, w Polsce, jak Kazio przyznał się lekarzom. Podstawą leczenia miało być przebywanie w suchym, ciepłym klimacie i odpoczynek. Ale ani Paryż, ani Bretania, ani okolice Francji, dokąd jeździła „Fala” z występami, nie mogły pochwalić się takim klimatem w ową wiosnę, a odpoczynek był marzeniem ściętej głowy, bo występy odbywały się prawie codziennie.

Potem przyszła kapitulacja Francji, pierwszy nasz obóz w Szkocji i dżdżyste, chłodne lato, spędzone tam w namiocie, gdzie spało się na posłaniu ze świerkowych gałązek.

Choć noc przespana na takim posłaniu i przesiąknięte wilgocią powietrze nie nastrajały Wajdy do aktorskich wyczynów, codziennie grał jak i inni koledzy „w teatrze na trawie”, jak te pierwsze występy „Fali” na szkockiej ziemi nazwał organ prasowy polskiej armii. Pisał o nich: Widownia – łąka, na której przed godziną jeszcze pasły się owce. Scena – ta sama łąka trochę dalej. Dekoracje – krzaki i drzewa. Nad widownią i sceną – niebo. Nie ma rekwizytów, kurtyny, mikrofonów, amplifikatorni...

Z całego teatru pozostało tu tylko to, co najkonieczniejsze, publiczność, program, aktorzy i autor...

O setki mil są od kraju, który został daleko, za górami, za lasami. Ale i tym co na widowni, i tym co na scenie wydaje się przez chwilę, że są w domu, u siebie. Coś swojskiego, z czym zżyliśmy się tam tak blisko, co tyle razy wywoływało uśmiech na nasze twarze, a czasem wyciskało łzy z oczu, pojawiło się nagle – tutaj w Szkocji, dokąd tak niespodziewanie pchnęły nas losy wojny. Jakby powiał wiatr z kraju i przyniósł stamtąd coś miłego, z czym splotło się niejedno uczucie, niejedno wspomnienie...

Tak... były to niezapomniane chwile. Pozostaną na długo w pamięci widzów i artystów. Ale Wajda musiał wkrótce potem jechać do szpitala, bo stan zdrowia bardzo mu się pogorszył. Nieco go tam podreperowali, zaczął znów jeździć z „Falą”, ale po kilku tygodniach powrócił do szpitala, gdyż nękająca go choroba stawała się nie do zniesienia. Tak się zaczęła jego Odysseja w Szkocji i tak już było do końca, przez siedem lat: występy w ciągu kilku tygodni, potem kilka tygodni szpitala i rekonwalescencja… i znów od początku. W przerwach między pobytami w szpitalu grał Wajda jak za najlepszych swoich czasów i zbierał jak dawniej gorące oklaski, gorętsze nawet niż w Polsce. Widząc go na estradzie, nikt nawet nie przypuszczał, że przed chwilą za kulisami zęby zaciskał z bólu. Raz po raz na widowni wybuchały salwy śmiechu, a on dziękując za owację, kłaniał się zgrabnie z wdzięcznym uśmiechem, jak za swych studenckich czasów we Lwowie. Salwy śmiechu wybuchały oczywiście – wtedy gdy występował jako Szczepko, bo zaczął grać w tym okresie również role poważne i występować jako recytator.

Dlaczego nie pozostał przy Szczepku? Przyczyn było kilka.

Szkocki klimat, który wpłynął na pogorszenie jego zdrowia, oddziaływał też źle na Henia Vogelfängera. Henio również zapadać zaczął często na zdrowiu. Raz były to nerwice, kiedy indziej zapalenia i przeziębienia. I on stał się gościem szpitali. Zdarzało się więc często, że jeden albo drugi, albo też obaj byli w szpitalu. W żadnym z tych wypadków nie można było oczywiście dawać do programu dialogu Szczepka i Tońka. Jeśli na placu boju zostawał Henio – dawał sobie radę w ten sposób, że zamiast dialogu Szczepka i Tońka dawał monolog Tońka. Napisał i wykonał tych monologów kilka, a wszystkie cieszyły się dużym powodzeniem. Największy sukces pośród nich osiągnęła rozmowa Tońka-żołnierza ze szkocką telefonistką. Publiczność zaśmiewała się do łez. Jeśli swego partnera dialogowego pozbawiony bywał Wajda, występował z recytacjami, albo też grywał jakąś rolę w skeczu. I w jednym, i drugim wypadku widownia darzyła go rzęsistymi oklaskami. Często zdarzało się jednak, że bijąc brawo Wajdzie-recytatorowi, wołali żołnierze: Szczepko, Szczepko. Dopominali się biedacy w ten sposób o swe ulubione dialogi, bo słyszeli je coraz rzadziej...

A było tych dialogów mniej nie tylko z powodu choroby. Jedną z przyczyn stała się również rywalizacja ich autorów. Kto pisał dialogi? W przedmowie do zbioru dialogów Szczepka i Tońka, wydanego we Lwowie w 1934 r., dyrektor Lwowskiej Rozgłośni Juliusz Petry twierdził, że Szczepko i Tońko dialogi tworzą wspólnie lub na zmianę. Omawiając początki ich audycji pisał: Na razie górą był Szczepko – Kazimierz Wajda, energiczny, rezonerski, jakby żywcem wyjęty z galerii typów zza drąga. Ale wkrótce już zrównał się z nim Tońko, który skromną z początku postać Szczepkowego kolegi i przyjaciela podniósł do rangi interesującej, nieraz wprost fascynującej osoby komedii. Otóż ów proces „równania się” Tońka ze Szczepkiem i przemiany jego w fascynującą osobę komedii, stwierdzony przez J.S. Petrego odbywał się z biegiem lat coraz intensywniej. Jednak Szczepkowi trudno było pogodzić się z faktem, że Tońko, ten dawniej „pozornie głupi kompan” – jak go określił J. Petry w swej przedmowie – ciągnący naiwnie Szczepka za język, nie jest już tym Tońkiem z pierwszych dialogów, lecz zdobył sobie w dialogach o wiele ważniejsze miejsce. Z takiej postawy Szczepka nie mógł być zadowolony Tońko. Wywiązało się między nimi współzawodnictwo, które nie obywało się bez tarć.

Rywalizacja między współautorami dialogów przybierała na sile. Przez kilka lat wychodziło to tylko dialogom na korzyść, obaj autorzy prześcigali się w pomysłach, w wynajdywaniu jędrnych lwowskich powiedzonek, tworzeniu przekomicznych sytuacji. Wyniki były świetne. Powstawały takie perły humoru jak dialogi o „dobrym wychowaniu”, o „karnawale”, „bakteriach”, o „królu Sobieskim” i dziesiątki innych.

Dialogi stały się „gwoździem” programu „Wesołej Fali”, zdobyły sobie olbrzymią popularność w całej Polsce. Szczepka i Tońka proszono o udział w warszawskich imprezach artystycznych, gdzie występowali obok najlepszych artystów stolicy. Zagrali główne role w filmie Jutro będzie lepiej, którego scenariusz napisano specjalnie dla nich. Film miał ogromne powodzenie, nie schodził z ekranu przez długi czas.

Jeździli z występami do Gdyni, Katowic i do szeregu innych miast, wszędzie widownia przyjmowała ich entuzjastycznie, tournee Szczepka i Tońka było jednym pasmem sukcesów.

Gdy stanęli u szczytu powodzenia, wybuchła wojna. Obaj znaleźli się za granicą. Usunęła się im spod nóg ziemia lwowska, z której wyrosła ich twórczość. Załamali się jak tylu innych.

W nowej atmosferze rywalizacja ich, która w kraju dawała tak świetne wyniki, doprowadziła do stopniowej likwidacji dialogów. Teraz trudniej im było współpracować ze sobą. Napisali jeszcze w Paryżu „Arkusz ewidencyjny”, śmiałą satyrę na polską emigracyjną biurokrację wojskową, z którą zetknęliśmy się na progu Francji. Zdawało się, że ogromny sukces tego dialogu wyrwie jego autorów z nastroju, jaki ogarnął ich na obcej ziemi. Niestety był to tylko słomiany ogień. Po kilku próbach, jakie następowały w coraz dłuższych odstępach, przestali tworzyć nowe dialogi. Jeśli zdrowie im pozwalało na równoczesną pracę w zespole, wykonywali swe dialogi pochodzące z dawniejszych czasów, albo też nawet grywali – każdy z osobna – w skeczach przez siebie napisanych.

Martwiliśmy się. Przecież dialogi Szczepka i Tońka były dla nas, dla tysięcy polskich żołnierzy cząstką Lwowa, czymś takim jak siedzące pod ratuszem lwy, jak Wysoki Zamek, jak bernardyński zegar czy Stryjski Park. Były lwowską relikwią, która wraz z nami wędrowała po świecie. A teraz musieliśmy bezsilnie patrzeć, jak ta relikwia z każdym dniem niszczeje i zanika. Bezsilnie, bo nie było siły, która nakłoniłaby Wajdę i Vogelfängera do podjęcia na nowo autorskiej współpracy.

Próbowaliśmy nie raz, ale zawsze bez skutku. Poruszyłem też tę sprawę nie wiadomo po raz który z rzędu, gdy mieszkaliśmy z Wajdą w Edynburgu przy tej samej ulicy. Bywałem wtedy u niego prawie codziennym gościem. Lekarze zaordynowali mu dwa tygodnie bezwzględnego wypoczynku.

Było lato, pogoda – jak na Szkocję – piękna, z sąsiednich ogrodów napływał zapach rozgrzanych słońcem liści i trawy i ściszony odległością śmiech bawiących się dzieci. Kazio leżał na tapczanie, mizerny, ale ze spokojem na twarzy, nastrój szkockiego lata kojąco działał na jego nerwy. Rozmawialiśmy o nie tak dawnych, a – zdawałoby się – ogromnie odległych czasach. Wspominaliśmy figle, jakie wspólnie płataliśmy w rozgłośni profesorowi Wackowi, Kaziowe perypetie sercowe, wieczory u Altana, gdzie wraz z właścicielem tej przystani artystów, dziennikarzy i radiowców, doktorem Edziem, wyśpiewywaliśmy chórem lwowskie piosenki. Przypominaliśmy sobie etapy rywalizacji Kazia z księdzem Rękasem, kiedy to obaj prowadzili zbiórkę na samoloty, Kazio jako referent aktualności – na samolot bojowy, a ksiądz jako kierownik akcji Radio chorym – na samolot sanitarny. Rozmawialiśmy o wielkim skandalu, jaki wybuchł w rozgłośni z powodu „holenderskiej krowy” i rozszerzył się potem na całe Polskie Radio, o karze, jaką za to wymierzono „Fali”, likwidując ją na kilka miesięcy, o delegacjach, jakie przyjeżdżały z całej Małopolski, a nawet z innych części kraju, by gromkim głosem, a nawet uderzeniami pięścią w biurka protestować przeciw zamykaniu ust „Fali”, a w pierwszym rzędzie Szczepkowi i Tońkowi, bez których, jak twierdzili – niedziela im już niemiła, bo nie słyszą ich głosu o dziewiątej wieczorem.

W tym miejscu lwowskich wspominków nieuchronnie nadchodził moment, kiedy cisnęła się na język sprawa dalszego losu Szczepkowo-Tońkowych dialogów. Kazio próbował uchylać się od rozmowy na ten temat, zapraszając na nową filiżankę własnoręcznie zaparzonej czarnej kawy i kierując wspominki na inne tory. Ale któregoś dnia nie wytrzymał. Gdy porównując czasy dawnej świetności dialogów i dzisiejszego ich upadku, zacząłem dopominać się o ich renesans, Kazio wyłożył mi swoją teorię.

Jego zdaniem zmierzch dialogów rozpoczął się już we Lwowie. W okresie ich największej popularności, kiedy wszyscy sądzili, że od Szczepka i Tońka oczekiwać należy jeszcze lepszych rzeczy, on zdał sobie sprawę, że dialogi powoli się kończą. Wszystko ma swój koniec – mówił – tak samo i one. Osiągnąłem w nich wszystko, co się dało, dalsze rozbudowywanie ich było niemożliwe.

Szczepko i Tońko nie mogli przecież wyjść poza wąską tematykę lwowskiego przedmieścia, nie mogli rozszerzyć swych horyzontów, bo przestaliby być sobą. Kazio marzył o czymś większym niż Szczepko, o czymś – jak mówił – poważnym.

Dla Kazia przedmiotem marzeń były bohaterskie role w dramatach i recytacje trzech wieszczów, Wyspiańskiego, Kasprowicza...

Jeżeli chodzi o materialną stronę zagadnienia, to Szczepko przysparzał mu spory dochód, ale Kazio nie wierzył, aby to mogło trwać długo, i szukał stałej, solidnej podbudowy. Został speakerem rozgłośni, a potem gdy go to – mimo wielkiego powodzenia wśród słuchaczy – znudziło, objął w rozgłośni stanowisko pierwszego referenta aktualności.

Wyżywał się wspaniale na tym nowym podówczas terenie, jego reportaże dawały mu duże zadowolenie, no i stały, pewny grunt pod nogami. A tu jak widzisz – kończył Wajda rozważania – dostaję brawa za swoje recytacje i za swoje role, nie muszę koniecznie trzymać się Szczepka. Może bym zresztą jeszcze przez jakiś czas go trzymał, ale współpraca z Heniem coraz bardziej się nie klei.

Tak mniej więcej wyglądała Kaziowa teoria. Gdym jej słuchał, cały czas miałem wrażenie, że Kazio dorobił ją do rozwijającego się poza nim stanu faktycznego, dla pokrzepienia swego serca i że w głębi duszy bolał nad schyłkiem dialogów więcej niż my wszyscy razem. Toteż gdy skończył, pokiwałem głową i przeszedłem do innego tematu.

Po powrocie do kraju Wajda znalazł wymarzone ujście dla swej artystycznej energii. Jeździł z recytacjami, nagrywał reportaże, wygłaszał konferansjerki, a wszystko to szło mu bardzo dobrze. Dostał wysokie odznaczenie państwowe, miał wysoką gażę i piękne honoraria. Niestety choroba rozwijała się nieubłaganie i podrywała siły z każdym rokiem. Gdy widziałem go na scenie i za kulisami we wrocławskiej Hali Ludowej w 1953 r., był to już tylko cień dawnego Kazia, ogromnie zmizerniał. Nadrabiał jednak miną i grał jak za dawnych, dobrych lat. Widownia nie chciała go puścić ze sceny, brawa były naprawdę huraganowe.

W dwa lata później Wajda już nie żył. Spoczął w Krakowie na Cmentarzu Rakowickim.

 

ROZMOWY Z HENIEM

Henryk Vogelfänger–TońkoZ Heniem Vogelfängerem zawsze miałem o czym rozmawiać, dobrze na ogół rozumieliśmy jeden drugiego. W Paryżu w hoteliku Gay Lussac, w St. Nazaire we wspólnym pokoju, w szkockim Perth u Peggy Chalmers i podczas niezliczonych okazji w Edynburgu gawędziliśmy o przeróżnych sprawach.

Często poruszaliśmy problem żydowski, Henio był Żydem z pochodzenia, ale poza „Falą” mało kto wiedział o tym. Nie miał rysów semickich, a po polsku – zależnie od okoliczności – mówił świetną polszczyzną lub cudowną gwarą łyczakowską.

Kim jest Henio, zrozumiałem podczas pewnej kolacji w Edynburgu pod koniec wojny. Zasiedliśmy przy stoliku w restauracji przy Princess Street. Cicho grała muzyka, od stolików szedł szmer rozmów, w łagodnym świetle lamp sala wyglądała na oazę spokoju i radości życia.

Henio był tego wieczora milczący i ponury. Co ci jest ? – zagadnąłem go – możeś chory? – Daj mi spokój. – Ale nie dałem mu spokoju. Wydobyłem wreszcie z niego, że ma kłopoty i to nie natury osobistej, ale ogólnej. Wszyscy mieliśmy wówczas takie zmartwienia. Był to okres, kiedy Polacy wytoczyli już z siebie krew w powietrznej bitwie o Wielką Brytanię, w atakach na Monte Cassino i na dziesiątkach innych pól bitewnych, kiedy daliśmy Anglii wszystko, cośmy mogli, a ona puściła nas na handel, jak murzynów z Chaty Wuja Toma. Powiedziałem więc Heniowi: Przecie i ja mam te zmartwienia, a jednak... – Wierz mi, że ja mam tych zmartwień dwa razy tyle co ty. – Jak to ? –

– Ano, ty masz tylko swoje polskie, a ja swoje polskie, i swoje żydowskie...

Długo myślałem nad tymi słowami Henia: swoje polskie i żydowskie. Zrozumiałem je w pełni, gdy w jakiś czas potem zetknąłem się na Polskim Wydziale Medycznym w Edynburgu z lekarzem Amerykaninem polskiego pochodzenia, który do swego amerykańskiego dyplomu dodał tam dyplom polski, bo tak mu nakazał jego ojciec. Gdyśmy się rozgadali, zapytałem, czym on się w istocie czuje, Amerykaninem czy Polakiem. Zastanawiał się dłuższą chwilę, potem rzekł z taką miną, jakby za coś przepraszał: Polakiem i AmerykaninemAle co panu bliższe, Ameryka czy Polska?

Sercem bliższa mi Polska, bo to kraj mojej matki i ojca, ale rozumowo biorąc – Ameryka, bo tam się wychowałem i tam wszystko i wszystkich rozumiem.

Pojąłem wówczas, że dualizm narodowościowy jest nie tylko możliwy, ale i wcale nie rzadki.

Henio, wychowany w polskiej atmo­sferze, z Żydami przez długi czas nie miał prawie nic wspólnego.

Byłby może i zapomniał o swoim pochodzeniu, ale przypomnieli mu o tym smarkacze endeccy, małpujący „Hitlerjugend”. Gdy na uniwersytecie lwowskim zaczęły się awantury o „numeros clausus”, gdy poturbowano tam siostrę Henia, studentkę, Henio chodził jak struty. Po jakimś czasie przyszedł jednak do siebie, godząc się z faktem, że idiotów i drabów nie brak w żadnym społeczeństwie.

Po wybuchu wojny, gdy znaleźliśmy się w Rumunii, Henio po raz drugi załamał się nerwowo.

Tym razem było z nim gorzej. Prawie wszyscy się wówczas załamywali. Mężczyźni zaczynali pić na umór, a kobiety puszczać się, niejeden w łeb sobie strzelił. A Henio zawędrował do żydowskiego sanatorium dla nerwowo chorych i o Polakach zaczął mówić „wy”, a o Żydach „my”. Odseparował się od nas zupełnie.

Po jakimś czasie, gdy ludzie zaczęli się dźwigać z załamania i szukać miejsca w nowej rzeczywistości, Henio zdał sobie sprawę, że był i jest Tońkiem i że właśnie ten Tońko pomóc mu może do znalezienia wyjścia z gmatwaniny problemów, w której się znalazł.

Równocześnie w „Fali” uświadomiono sobie, że odejście Henia byłoby nie tylko stratą kolegi i przyjaciela, ale i pogrzebaniem dialogów Szczepka i Tońka, które zawsze były gwoździem programu.

W rezultacie Henio powrócił „na ojczyzny łono” i wraz z nami powędrował w świat.

W czasie naszej wędrówki on i ja spędziliśmy niejedną godzinę na próbach znalezienia jakiegoś gruntu pod nogami w chaosie, jaki powstał po najeździe barbarzyńców. Przez dłuższy czas upewniał mnie Henio, że ratunek dla świata przyjdzie od naukowców, że uczeni wszystkich krajów zjednoczą się w imię wielkich ideałów postępu i położą kres powodzi chamstwa i ciemnoty zalewającej cały świat. Niestety ten jego mit rozwiał się bez śladu, gdy uczeni niemieccy wydali manifest solidarności z polityką Hitlera, a z Polski nadeszły wieści o naszych naukowcach rozstrzeliwanych masowo lub męczonych w obozach koncentracyjnych za milczącym przyzwoleniem ich niemieckich kolegów.

Drugim z kolei mitem Henia była międzynarodowa solidarność żydostwa. Wierzył on, że żydowscy potentaci z londyńskiej City i nowojorskiej Wall Street staną zdecydowanie w obronie swych braci palonych i rozstrzeliwanych w obozach śmierci. Mogą – twierdził – wywrzeć nacisk na swoje rządy, by zagroziły Niemcom represjami wobec ich jeńców czy internowanych cywilów i bombardowaniem miast niemieckich na olbrzymią skalę. Skłonny byłem dać wiarę Heniowi, błąkały mi się bowiem po głowie reminiscencje przedwojennych artykułów o „Protokołach Mędrców Syjonu” i o potędze Żydów, którzy dążą do opanowania całego świata. Mijał jednak miesiąc za miesiącem i ani londyńscy, ani nowojorscy potentaci żydowscy nie ruszali na obronę swych nieszczęśliwych współplemieńców.

W końcu i ten mit Heniowy rozwiał się w mgle. Solidarność światowego żydostwa okazała się fikcją.

Starałem przekonać Henia i siebie, że ocalenie cywilizowanego świata przyniesie nam chrześcijaństwo. W Heniu znalazłem wdzięcznego słuchacza. Przyznał, że przykazanie miłości bliźniego jest najpiękniejszą i najmędrszą maksymą, jaką wypowiedziano od stworzenia świata.

Oświadczył, że dumny jest, iż Tego, który oparł swą naukę na tym przykazaniu, wydał naród żydowski.

W rozmowach naszych marzyliśmy o zjednoczeniu Kościołów pod egidą papieża i o wielkiej krucjacie chrześcijańskiego świata przeciw pogaństwu.

A tymczasem niemieccy chrześcijanie, utwierdzani przez swych kapelanów w wierze, że „co cesarskie, oddać należy cesarzowi”, oddawali cześć cesarską Hitlerowi, w jego imieniu zabijali, palili, zagazowy­wali miliony niewinnych ludzi, wśród których olbrzymią większość stanowili wyznawcy Chrystusa. Polscy biskupi na rozkaz niemieckich chrześcijan zamiatali ulice, księża szli do „kacetów” na powolne konanie i nie znalazła się żadna siła na świecie, która skutecznie stanęłaby w ich obronie.

 

 

Spotkanie „Lwowskiej Fali” z gen. Maczkiem, Breda 1944. Od lewej stoją: W. Rapacki, S. Wasiuczyński, H. Hausman, Mira Grelichowska, gen. Maczek, L. Bojczuk, Włada Majewska, ppłk. Stankiewicz, W. Galiński, W. Budziński. Na pierwszym planie: K. Wajda – Szczepcio i H. Vogelfänger – Tońcio.

 

Marzenia o krucjacie pozostały marzeniami.

Bardzo był Henio wrażliwy na sprawy związane z zagadnieniami rasowymi. Hitler w myśl swej teorii o wyższości rasy nordyckiej tępił bezlitośnie wszystkich, którzy mieli inne nosy, inne włosy lub inny kolor skóry niż on, a my na Zachodzie widzieliśmy, jak zgodnie żyć mogą obok siebie wszystkie rasy.

W kawiarniach bulwarowych na St. Michel siedzieli nieraz przy stolikach w towarzystwie studentek francuskich ich czarni koledzy. – Popatrz – mówił Henio – czy między czarnymi i białymi są jakieś różnice? Przecież ci murzyni są lepiej ubrani niż my, po francusku mówią lepiej niż my, mają nienaganne formy towarzyskie, a ich białe koleżanki są najwidoczniej z ich towarzystwa bardzo zadowolone. W Ogrodzie Luksemburskim widzieliśmy bawiące się razem z paryskimi dzieciakami dzieci o twarzyczkach koloru złocistego miodu lub hebanu.

W Edynburgu, gdzie Henio ukończył uniwersytecki kurs brytyjskiego prawa administracyjnego, zbierali się w Mc Evan Hall na uroczystości wręczania dyplomów studenci różnych ras. Przywdziewali takie same togi i wkładali na głowy takie same birety. Dziekani wręczali takie same dyplomy studentom o twarzach białych, czarnych i śniadych. Jedyną różnicę między studentami stanowiły kolory kapturów tog, zależnie od wydziału studiów. Zdawało się, że tylko Hitler stoi na przeszkodzie zbrataniu wszystkich ras.

Skończyła się wojna. Ja wróciłem do rodziny w kraju, Henio powędrował do Południowej Afryki.

Kontakt między nami się przerwał. Drogą pośrednią nadchodziły wiadomości, że Henio świetnie się czuje w tym kraju, tak bardzo odległym od naszego europejskiego kontynentu, gdzie wciąż o coś wybuchają rewolucje i wojny, to o sprawiedliwość społeczną, to o „Lebensraum”, to o prymat rasy nordyckiej. Objął stanowisko dyrektora wielkiego przedsiębiorstwa handlowego, zajął się wychowaniem syna, w święta chadzał modlić się do swej świątyni, grywał od czasu do czasu w teatrze amatorskim. Zdawało się, że jest tam bezpieczny jak nigdzie na świecie.

Z wiosną 1961 roku nadeszły z Południowej Afryki wieści o masakrze murzynów, o aresztowaniu prawie setki białych i kilkunastu setek czarnych i kolorowych za sprzeciwianie się rasowej polityce rządu.

Na Wielkanoc dostałem list od kolegi z Londynu z wiadomością, że Henio wraz z rodziną wraca do Europy.

 

WŁADA

Włada MajewskaGdy wspominam o Władzie Majewskiej, wspomnienie o niej kojarzy mi się najczęściej z pewnym czerwcowym dniem 1940 roku, kiedy to niespodzianie znaleźliśmy się w Pointe de Grave – francuska ziemia kończyła się nam tu pod stopami. Za nami od nasady półwyspu, zbliżali się Niemcy, a z obu stron otaczało nas morze, na którym wciąż nie widać było statków, mających ewakuować nas do Anglii. Z tyłu Niemcy, po bokach i przed nami morze, a nad nami niemieckie samoloty. Przelatywały raz po raz, zrzucały bomby, a czasem zniżały lot i seriami z karabinów maszynowych siekły lasek, w którym próbowaliśmy znaleźć schronienie wraz z kilkuset polskimi żołnierzami.

Bali się wszyscy, Włada także, ale w najgorszej chwili, gdy zdawało się, że ze strasznego lasku nikt żywy nie wyjdzie, znalazła się przy koledze Wiktorze, którego nerwy były już w takim stanie, że lada moment mógł się załamać. Choć może sama nie bardzo w to wierzyła, pocieszała go jak matka dziecko, że bombardowanie wkrótce ustanie, że statków brytyjskich tylko co nie widać, że popłyniemy spokojnie do Anglii i wszystko dobrze się skończy.

Drugie wspomnienie o Władzie: Nie było jej wśród nas, gdy dawaliśmy pierwsze przedstawienie na szkockiej ziemi, Anglicy zatrzymali ją pod Londynem na kwarantannie. „Fala” śpiewała i grała, by wlać w serca żołnierskie otuchę, ale w samej „Fali” otuchy było coraz mniej, wszystkich ogarniać zaczynało przygnębienie. I oto wraca Włada... i we wszystkich jakby nowy duch wstąpił. Falowcy, którzy już zaczynali zapominać o codziennym goleniu się, wracają do formy, zmienia się ich wygląd, zjawia się humor, rodzą się aktualne teksty, montuje nowy program.

Włada zostawiła we Lwowie starą matkę. Bardzo się obie kochały. W pamiętnym wrześniu los rozłączył je po raz pierwszy w życiu, Włada bardzo za matką tęskniła. Gdy w Rumunii recytowała na scenie wiersz o rozłące, o blankiecie Czerwonego Krzyża, na którym przekazać można do rodziny jedynie 25 słów, nie tylko słuchacze mieli łzy w oczach, ale i ona. Chociaż mówiła, ów wiersz wiele razy, zawsze była głęboko wzruszona.

Blankiety Czerwonego Krzyża szły jakąś ogromnie długą drogą, w każdym razie nie dostawaliśmy na nie odpowiedzi. Za to późną jesienią pojawiła się możność wysyłania zwykłych depesz, a potem kartek – i zaczęły napływać pierwsze wiadomości od bliskich. Włada uspokojona już co do swojej matki, troskliwie wypytywała kolegów, czy i oni uspokoili się, a tych którzy jeszcze żadnych wiadomości nie dostali, pocieszała wynajdując dziesiątki powodów, które mogły tę zwłokę tłumaczyć.

W Szkocji korespondencja z rodzinami musiała się niestety przerwać. Znaleźliśmy jednak drogę, którą wysyłać można było wprawdzie nie listy, ale małe paczuszki. Okrężną drogą przekazywaliśmy część swego żołdu do jednego z krajów neutralnych, a stamtąd wysyłano do naszych rodzin w firmowych paczkach bez wartości sardynki, migdały, kakao i inne rzeczy, które w kraju szły wówczas na wagę złota. Jak się po powrocie do domu dowiedzieliśmy, paczuszki te były dla naszych bliskich dużą pomocą. Nie trzeba pytać, kto w naszym gronie pilnował opieszałych, by nie zapominali o wysyłce pieniędzy – była to oczywiście też Włada.

Perth, grudzień 1940 roku. Zanotowałem w swym dzienniczku podróży: Wigilię wraz z „Falą” spędziłem u Włady. Zebraliśmy się wszyscy z wyjątkiem Szczepka i Tońka, którzy są w szpitalu.

Przyszedł Janusz Meissner, Włodzio Kuliszkiewicz, Rochowicz i Zbyszek. W jadalni Włada przełamała się z nami opłatkiem. Obyśmy następną wilię święcili już w domu – życzyliśmy sobie nawzajem.

Menu wilii: ryba z konserw, barszcz z uszkami, fasola, wino, ciastka. Po kolacji kolędy przy drzewku.

Każdy dostał podarek.

Co roku, aż do końca wojny zbieraliśmy się na wilię u Włady. Z Władzinego matriarchatu wszyscy byli zadowoleni. Dzięki niemu każdy czuł się na obczyźnie mniej obco, każdemu zdawało się, że we Władzie ma cząstkę swojej rodziny. Było przed kim się wyżalić i było komu się zwierzyć. A jeśli Włada – gdy zaszła potrzeba – wybeształa kogo, to beształa od serca, po lwowsku i każdy przyjmował od niej reprymendę jak od rodzonej siostry czy żony…

Gdy przeglądam fotografie ze szkockich lat „Fali”, widzę w ilu to rolach występowała Włada. W każdym z kilkunastu kolejnych programów śpiewała, recytowała, grała w skeczach, a bywało, że i tańczyła. Wszystko to wykonywała świetnie i za wszystko zbierała gorące oklaski. Ale przed każdym występem miała tremę. Czekając za kulisami wezwania na scenę, skarżyła się gorączkowym szeptem, że źle się czuje, że nie może myśli zebrać do kupy, że na pewno się sypnie. To mruczała pod nosem rolę, to odchodziła w kąt, gdzie szeptała coś, jakby modlitwę... Nieraz bywałem w strachu o nią, bo przy tym wszystkim i minę miała nieszczególną, i blado wyglądała. Nagle rozlegał się głos inspicjenta Stasia: Władziu na scenę! Włada wchodziła lub wbiegała na scenę... i z miejsca zaczynała wspaniale grać, jak gdyby przed chwilą nic się z nią działo.

Znawcy teatru twierdzą, że jedną z cech prawdziwego artysty jest trema przed występem. Włada miała tę cechę aż do końca istnienia „Fali”.

Widzę wśród fotografii jedną odmienną od innych, Włada w todze, w akademickim birecie i z rulonem dyplomu w ręce, a przy niej dwaj profesorowie edynburskiego uniwersytetu. To już nie teatralne zdjęcie, to Włada, magister praw lwowskiego uniwersytetu, dzierży w ręku otrzymany przed chwilą dyplom z administracyjnego prawa brytyjskiego, a profesorowie serdecznie jej gratulują.

Gdy tak przeglądam fotografie, natrafiam między innymi na stary list z londyńskim stemplem na znaczku, pisany do mnie przez Władę. Adresowany do Edynburga. Oto jego treść: Kochany Tadziu.

Będzie nam bardzo miło, jeśli zechcesz być na naszej uroczystości weselnej, która odbędzie się w piątek 6 grudnia 1946 roku o godz. 5-tej po południu w Edynburgu, w sali prywatnej (II p) Gibson Ltd. Barmoral K., 93 Princess Street. Całujemy serdecznie. Włada i Tolek.

Przypomniało mi się żywo to wesele. U Gibsona za wielkim stołem prócz pary nowożeńców zasiadł wypróbowany przyjaciel „Fali”, dowódca I korpusu gen. Maczek, jego żona, kilku profesorów i dygnitarzy edynburskich, no i my, towarzysze kilkuletniej wędrówki Włady i jej małżonka. Wesoło było

Wszyscy z całego serca cieszyliśmy się szczęściem Włady. Cieszyliśmy się tym bardziej, że w owym okresie było to jedyne zdarzenie dające powód do radości.

Nasza armia po wielu świetnych zwycięstwach na kontynencie szła wówczas do brytyjskich „obozów przysposobienia”, a „Fala” przestawała istnieć.

Wesoło było u Gibsona na weselu. Nikt z zebranych nie przeczuwał, że i Władzine małżeństwo przestanie wkrótce istnieć.

 

WIESZCZEK

Józef WieszczekJeden z czołowej piątki „Fali”, Wieszczek, martwił się tylko pół na pół, gdy Szczepko i Tońko nie byli w zespole. Martwił się jako kolega, że biedacy znów w szpitalu, ale wcale nie martwił się jako aktor, bo dzięki temu zyskiwał szerokie pole do popisu. Nikt mu wówczas nie przeszkadzał, mógł w braku konkurencji popuścić cugli swemu aktorskiemu temperamentowi.

Wieszczka znano we Lwowie jako świetnego imitatora głosów i jako Babciocha. Za granicą zdobył sobie popularność dzięki swym góralskim gadkom o Panu Jezusicku, o Matce Boskiej Ludźmierskiej, o notariuszu, który kiwał bródką jak cap oraz dzięki zupełnie nowej, wspaniałej kreacji starszego strzelca Makutry. Ponadto grał z powodzeniem wszystko, co było potrzebne w danym programie, bywał ułanem z czasów księcia Poniatowskiego, tańczył i śpiewał w „Weselu ludowym”, ronił łzy nad Francją jako nieszczęsny marszałek Petain, jednym słowem: był uniwersalny i niezastąpiony.

Z całego swego repertuaru najwięcej cenił sobie Makutrę. Ten niezdara, z pozoru nierozgarnięty, a w gruncie rzeczy sprytny i obrotny, najbardziej przypadł mu do serca.

W okresach gdy nie grywali Szczepko i Tońko, Wieszczek miewał niemalże monopol na komizm w programie, korzystał też w pełni z tej sytuacji i czuł się jak król. Grał świetnie, a że miał dar do szybkiego nawiązywania kontaktu z widownią, nigdy nie skąpiono oklasków, a śmiano się tak, że drżały płachty widowiskowego namiotu. Jego gra znajdowała aplauz zarówno wśród wyrobionych teatralnie widzów, jak i wśród „galerii”. Każdej z tych kategorii podobało się w niej co innego. „Galeria” zaśmiewała się do łez, gdy Wieszczek porwany temperamentem zaczynał czasem szarżować i przesadzać w efektach. Z jednym takim widzem z galerii miał on osobliwą przygodę. Kucharz z Brygady Podhalańskiej, zachwycony Wieszczkiem po występie w dou­glasowskim parku, zaproponował mu by występowali w „Fali” razem, jako para komików. Zaczęły się próby, ale... Wieszczek zrejterował już po pierwszej. Kucharz, który – jak się okazało – był w cywilu cyrkowcem, zaczął z nim gorliwie ćwiczyć swój numer klownowski, w którym cały komizm polegał na biciu się po twarzy i to biciu bynajmniej nie markowanym. Od czasu tej przygody Wieszczek miał się na baczności przed niektórymi wielbicielami swego talentu.

W ciągu naszych podróży Wieszczek odznaczał się gospodarnością, umiał zawsze z niczego zrobić coś, był majstrem do wszystkiego. Gdy z początkiem czerwca 1940 roku znaleźliśmy się nad Loarą, dostaliśmy kwaterę w miłej, choć zaniedbanej willi nad rzeką. Wieszczkowi nie dawało to spokoju, że gazon jest zarośnięty wybujałą trawą, że w ogóle wszędzie wkradł się nieporządek, zabrał się więc do pracy. Oto parę zdań z zapisków owego czasu: Na froncie działo się coraz gorzej. Z werandy willi widzieliśmy auta uchodźców ciągnące nieprzerwanym sznurem. Koło mostów na Loarze saperzy zaczęli prace minerskie, jasne było, że wkrótce mosty wylecą w powietrze i Loara stanie się nową linią oporu. W pobliżu wylądował podobno desant niemiecki. Przeczuwaliśmy, że lada godzina znajdziemy się w nowym kołowrocie wydarzeń. Zbierając siły do sprostowania czekającym nas znów przygodom, staraliśmy się jak najlepiej odpocząć. Nie odpoczywał tylko Józek Wieszczek. Zabrał się do koszenia trawy przed willą i kosił, aż mu pot spływał z czoła.

A oto notatka z pierwszych dni obozowania w Szkocji: Najbardziej dokuczał chłód i deszcz, ale na drugi dzień miałem już własny namiocik. Zrobił mi go Józek z dwóch gumowych peleryn, zawieszonych na drągu opartym o pień. Wyglądało to jak cygańskie szatro, właziło się tam na czworakach, w namiociku było jednak sucho i wiatr tu nie zawiewał... Z wyżywieniem krucho było przez parę dni. Grupa, do której nas przydzielono, nie miała jeszcze kuchni, więc wydawano nam prowiant w stanie suchym. Pełen żywotności Józek rozpalał ognisko i w „kochmaszynkach” gotował zupki z konserw, rosół, herbatę.

Po okresach takiej żywotności przychodziły na Wieszczka, zdawało się ni z tego, ni z owego, dni chandry. Trudno było uwierzyć, że ten zasępiony dziś i zgryźliwy Józek nie dawniej jak wczoraj tryskał energią i wesołością. Odzywały się w nim jakieś urazy z dawnych czasów i stawały się pożywką dla wyolbrzymiania przykrości, jakich nikomu z nas życie nie szczędziło. Wydawało mu się, że jest w zespole niedoceniany, że Szczepko i Tońko go lekceważą i nie traktują na równi z sobą, że nikt nie bierze go na serio. Na szczęście takie okresy depresji nie trwały długo. Wystarczyło, by ktoś go szczerze pochwalił za jego najnowszy występ czy choćby za wspaniałe czako ułańskie, jakie sam sobie sporządził do swojej roli, a chandra go opuszczała. Powracał do normy, przynajmniej na jakiś czas, póki znów coś nie ukłuło go w serce.

W poglądach na świat i życie autorytetem dla niego był wujek, proboszcz spod Nowego Sącza – u którego jako chłopak się wychowywał. Opowiadał nam dużo o tym wujku, który pędził życie na tępieniu wsiowych grzechów i wpajaniu w chłopów mądrości Bożej, ale w ciągu kilkudziesięciu lat codziennego obcowania z nim nasiąknął cały prastarą mądrością chłopską i chłopską rubasznością.

Wieszczek na wiele spraw patrzał jego oczami. Kto wie, czy – gdyby przypadek nie zetkną go z „Falą” – nie poszedłby w ślady wujka? Może pędząc na wsi żywot człeka poczciwego, byłby bardziej zadowolony z siebie?

Gdy skończyła się wojna, Wieszczek postanowił osiąść w Ameryce, gdzie miał krewniaków. Urodził się tam i chociaż już jako małe dziecko przyjechał do Polski, pozostało w nim coś amerykańskiego, mianowicie amerykański akcent jego angielszczyzny. Był z niego bardzo dumny. Ogromnie się martwił, że ani Szkoci, ani Anglicy nie zachwycają się jego angielszczyzną.

Tuż po wojnie dość trudno było dostać się do Stanów Zjednoczonych nawet Anglikom, a cóż dopiero Polakom, toteż Józek poszedł do amerykańskiego konsula, by dowiedzieć się, za ile miesięcy czy może lat możliwy byłby wyjazd do Ameryki. Spotkał się tam z najmniej oczekiwaną odpowiedzią.

Konsul przejrzawszy jego metrykę urodzenia i inne dokumenty, krzyknął ze złością, że pojedzie bezzwłocznie, natychmiast, ale do amerykańskiego kryminału. Jako amerykański obywatel nie dopełnił obowiązku służby w wojsku USA i to w okresie wojny, czeka go więc surowa kara. Na takie dictum nie wiedział Józek, czy śmiać się, czy płakać... płakać, bo uważają go za dezertera czy tchórza, a śmiać się, bo – jak widać – jego amerykańskie obywatelstwo nie ulega wątpliwości. Wybrał to drugie i po dłuższej rozmowie przekonał konsula, że kilkuletnia ochotnicza służba w wojsku sprzymierzonym z armią USA kwalifikuje go chyba nie do kryminału, wobec czego konsul wysłał go do Ameryki wraz z powracającymi do domu żołnierzami amerykańskimi.

Żegnając się z Wieszczkiem, byliśmy pewni, że jego talent znajdzie tam wprost wymarzone warunki rozwoju. Znając mniej więcej upodobania amerykańskiej widowni, byliśmy pewni, że Wieszczek ze swoimi ludowymi gadkami, ze swoją Makutrą i Babciochem znajdzie wśród Polonii gorące przyjęcie.

Niestety nie byliśmy dobrymi prorokami. Mijał miesiąc za miesiącem, a gazety polonijne nie wspominały o Wieszczkowych sukcesach. Wreszcie ku swemu zdumieniu dowiedzieliśmy się, że Wieszczek zamiast na scenę czy estradę poszedł do handlu. Jak wynika z jego listów do rodziny, pracuje on w handlu do dnia dzisiejszego, ma jednak coraz poważniejsze wątpliwości, czy zostanie kiedyś Rockefellerem.

 

FALOWCY „ZAGRANICZNI”

Przez szeregi „Fali” przesunęło się za granicą kilkanaście osób, ale tylko pięć wytrwało od początku do końca: warszawianie Mira Grelichowska i Wincenty Rapacki, łodzianin Henio Hausman, oraz lwowianie Ludwik Bojczuk i Stasio Wasiuczyński.

Mira GrelichowskaMira Grelichowska, warszawska pieśniarka, występowała przed wojną w Polsce i w Stanach Zjednoczonych. Ze swego tournee po Ameryce przywiozła prócz miłych wspomnień plik recenzji z prasy polonijnej, które Kazio Wajda, jej narzeczony, a później mąż, naklejał dla niej artystycznie w wielkim albumie.

W Rumunii pod auspicjami YMCA obsługiwała równolegle z „Falą” polskie obozy internowanych. Jej samodzielna grupa składała się tylko z trzech osób: z niej samej, akompaniatora oraz kierowcy samochodu. Mimo to Mira potrafiła z powodzeniem wypełnić cały wieczór. Pamiętam jeden z jej występów w Bukareszcie. Sala rumuńskiej instytucji społecznej wypełniona widzami... w piżamach.

To nasi lotnicy wykradzeni z obozów, odziani jedynie w bieliznę, aby ich nie kusiło wybrać się na miasto, gdzie tylko czekali na to niemieccy agenci i opłacani przez nich rumuńscy szpicle. Na małej estradzie fortepian, przy nim dyplomata, pełniący czasowo funkcję akompaniatora, a na środku Mira, odziana w łowickie pasiaki, śpiewa „Gęsi za wodą”. Niby nic niezwykłego, a jednak gdy spojrzałem na twarze widzów, zauważyłem, że co drugi miał łzy w oczach, a co trzeci manipulował chusteczką koło twarzy.

We Francji weszła Mira do „Fali”. Weszła tam z talentem piosenkarki, z walizką ludowych kostiumów i z dużą popularnością. Sytuacja jej nie była łatwa. Wiadomo, co dzieje się w ulu, gdy równocześnie rządzić tam chcą dwie królowe. W „Fali” królowała dotychczas Włada, jedyna w zespole kobieta, jedyna śpiewaczka, jedyna aktorka. Z przybyciem Miry, która w czasie swej samodzielnej kariery też przyzwyczaiła się do hołdów, miało ich być dwie. Zanosiło się wprawdzie nie na to, co w ulu, ale w każdym razie na burzę i to nie jedną. W istocie nieraz pojawiały się groźne, ołowiane chmury, rozlegały się odległe grzmoty, ale burze przeciągały na ogół bokiem, rosząc nas tylko deszczem, i nie powodowały w „Fali” klęsk żywiołowych. Mira wytrwała prawie do samego końca.

Repertuar jej wzbogacać się zaczął w „Fali” o nowe pozycje. Do piosenek ludowych i nastrojowych doszły role w skeczach i tańce w utworach na tematy ludowe. Trudno powiedzieć, by z tego wzbogacania bardzo się Mira cieszyła, ale w myśl zasady „skoro wlazłeś między wrony, musisz krakać jak i one”, grała wszystko, czego wymagał dany program. Jeżeli czasem grała nie tak, jak grać się powinno zdaniem szefa zespołu, czy też Włady lub kogoś innego, i jeżeli z tego powodu wywiązywała się różnica zdań, po jej stronie stawał z reguły Kazio i skoro zaszła potrzeba, walczył jak lew, aż do zwycięskiego końca.

Z pozoru trzpiotka, szczebiotka, marząca o niebieskich migdałach, była w isto­cie rzeczy osobą praktyczną, trzeźwo patrzącą na świat. Zdawać by się mogło, że jak gdyby chłodno odnosiła się do swej córeczki z pierwszego małżeństwa, Ewy, która stając się co roku starsza, postarzała tym samym swoją młodą mamę. Widziałem jednak, jak Mira szalała we Francji, gdy klasztorowi, w którym uczyła się Ewa, zagroziło zajęcie przez wojska niemieckie. Narażając się na duże niebezpieczeństwo, wyrwała ją stamtąd prawie w ostatniej chwili.

W okresie samodzielnych występów miewała Mira różne przygody, auto jej grzęzło na parę godzin w zaspach śniegowych, gubił się jej po drodze akompaniator, ale w „Fali” przygód nie brakowało... Oto jedna z wielu – według notatki z dziennika podróży:

W pięć miesięcy po przybyciu do Wielkiej Brytanii wyruszyła „Fala” do lotników polskich i angielskich w Blackpool. Wieczorem, w godzinę po przybyciu, przedstawienie dla Anglików w kinie na 2000 miejsc. – Sala szczelnie wypełniona, sukces duży. Rano o godzinie 10. drugie przedstawienie w innym jeszcze większym kinie – dla Polaków. Kino wielkie i piękne, ale bez garderoby. Nasze panie niewypoczęte należycie po wczorajszym występie, wyglądają smętnie. Trzeba się ucharakteryzować, nałożyć kostiumy, lecz nie ma gdzie. Mira przykucnęła w kącie korytarza i prosi, bym ją zasłonił połami swego płaszcza. Rozpościeram poły, jak tylko mogę, a za nimi, trzęsąca się z chłodu Mira robi się na bóstwo i wdziewa ludowe kiecki, skarżąc się słabym głosem, że jej niedobrze. Ma w tym programie drugi z kolei numer, jeszcze nie jest gotowa, a już ją wzywają na scenę. Zaczyna śpiewać, nagle urywa, słychać głuchy łoskot, zemdlała, upadła na deski. Na widowni znalazł się na szczęście lekarz, znalazły się i lekarstwa, Mira wróciła do przytomności. Chcieliśmy ją odwieźć do hotelu, sprzeciwiła się, numer swój wykonała pod koniec programu.

Największą jej przygodą w „Fali” było jednak poślubienie Wajdy. Kazio Wajda za swoich lwowskich czasów mawiał, że nie ożeni się, bo nie wie czy, która kobieta by z nim wytrzymała. Gdy mimo wszystko się ożenił, Mira ze wszystkich sił starała się wytrzymać z Kaziem, a Kazio z Mirą, ale wyniki były nieszczególne. Sprawę pogarszał jeszcze psujący się z roku na rok z powodu choroby stan nerwów Kazia, a co za tym idzie – także i nerwów Miry. W każdym jednak razie wytrzymali z sobą do końca. Wrócili do Polski razem, razem zamieszkali i często razem występowali.

Wajda zaczął nawet znów pisywać dialogi. On grał w nich rolę jakby Szczepka, a Mirze przypadła rola jakby Tońka w spódnicy. Nowe dialogi zaczynały mieć powodzenie i kto wie, może z czasem zdobyłyby sobie popularność tych lwowskich ze Szczepkiem i Tońkiem. Śmierć Wajdy przekreśliła jednak te plany. Mira pozostała sama i znów, jak przed laty, występuje sama.

Drugim warszawiakiem w „Fali” był Wincenty Rapacki, członek znanej rodziny artystów. Jako jedyny oficer w zespole, mianowany został jego wojskowym kierownikiem. W pracy artystycznej pełnił funkcję akompaniatora. Miał wyższe studia muzyczne, z których wyniósł zainteresowanie do muzyki poważnej. Jeżeli chodziło o muzykę lekką, a taka właśnie brzmiała z estrady „Fali”, śpiewacy i śpiewaczki woleli korzystać z akompaniamentu małego Henia.

Henryk Hausman, zwany małym Heniem, w odróżnieniu od drugiego Henia w zespole, mianowicie od Vogelfängera, wyglądał na pierwszy rzut oka bardzo niepokaźnie. Skoro jednak ujął w swe dłonie akordeon i zaczął grać, zmieniał się nie do poznania. Umiał wydobyć z tego instrumentu chyba absolutnie wszystko, co tylko możliwe. Akordeon w jego rękach stawał się jakimś czarodziejskim narzędziem. Grał też na fortepianie, bardzo dobrze, ale niechętnie. Pochodził z Łodzi, gdzie miał własną, pierwszorzędną orkiestrę taneczną. „Fala” wydobyła go po wielkich staraniach z Brygady Podhalańskiej.

Cudownie grał mały Henio, ale też i cudownie pił. Trudno było uwierzyć, ile kieliszków zmieścić się mogło w tym mizernym, małym podchorążym. Gdy bywał pod gazem, stawał się buńczuczny jak kogut, ale mnie z jego strony nigdy nie spotkało nic przykrego. Przeciwnie, zawsze odnosił się do mnie z dużą sympatią. Raz w osobliwy sposób wyrwał mnie z opresji. Podczas kolacji, którymi w odwiedzanych przez nas oddziałach raczył nas korpus oficerski, dostawało mi się zazwyczaj, jako najbardziej szpakowatemu w zespole, miejsce koło jakiegoś starszego oficera. Zdarzyło się, że siedzący obok mnie major, który za kołnierz nie wylewał, za każdym kieliszkiem, który sam pił, zachęcał mnie do tego samego bardzo energicznie. Po trzech kieliszkach miałem dość, ale major stawał się coraz bardziej natarczywy. Nie wiem, jakby się to skończyło, gdybym nie poczuł utkwionych we mnie oczu Henia. Dał mi do zrozumienia wzrokiem, abym napełniony przez majora kieliszek przesunął zgrabnie jemu, a on przesunie mi swój pusty. Udało się, major nie zauważył, udało się też raz, drugi i trzeci – i nie wiem już który. Major był zadowolony ze mnie, ja z Henia, a Henio z całego świata. Tyle tylko, że gdy trzeba było wracać, nie mógł biedaczysko pojąć dlaczego i wciąż w kółko pytał żałośnie „dlaczego”, gdyśmy go troskliwie wiedli do łóżka. Mimo to jeszcze nieraz ratował mnie z bankietowych opresji.

Gdy pojechaliśmy na występ do Glasgow, Henio i ja dostaliśmy w hotelu wspólny pokój. Nad ranem śniło mi się, że jestem w raju i słucham anielskiego grania na harfie. Sen był tak żywy, że chociaż otworzyłem już oczy, nadal słyszałem to cichutkie granie. Chciałem spytać Henia co to, ale jego nie było przy mnie. Po chwili stwierdziłem, że dźwięki płyną nie z anielskich harf, ale z najbardziej odległego kąta pokoju, gdzie rusza się jakaś niekształtna masa. Granie ucichło nagle, a spod koca w kącie pokoju wyłonił się, wstając z podłogi, Henio z akordeonem. Cóż ty tam robisz? – wyjąkałem zdziwiony. – Musiałem przegrać nowy kawałek do dzisiejszego występu, a nie chciałem cię budzić, bo coś nietęgo wyglądasz, więc grałem cicho pod kocem. Takiej delikatności nie podejrzewałem w tym zawadiace z Łodzi. Nigdy mu tego nie zapomniałem.

Henio przybrał sobie z czasem do pomocy drugiego akordeonistę, Stasia Gorzkowskiego. Świetny ten duet stał się przedmiotem zazdrości zespołów polskich i angielskich. Próbowano ich skaptować lepszymi warunkami, ale Henio i jego towarzysz zrośli się z „Falą” i ani myśleli o jej opuszczeniu. Po zlikwidowaniu „Fali” obaj zostali w Edynburgu i grają tam podobno w teatrzykach do dnia dzisiejszego.

Ludwik Bojczuk, mąż postawny, z zawodu pedagog, serdeczny przyjaciel Budzyńskiego i Włady z lwowskich czasów, odznaczał się wyśmienitą pamięcią, był kopalnią wiadomości z różnych dziedzin wiedzy, chętnie dzielił się swą wiedzą zarówno z młodzieżą, jak i swymi kolegami. Często bywał roztargniony, nieraz za kulisami zaczytawszy się w podniesionym z ziemi szpargale, zapominał o wejściu na scenę. Jego zamiłowanie do sztuki przejawiało się zarówno w zadowoleniu z każdej roli, jaką mu do grania powierzono, jak i w zwiedzaniu kin w naszym miejscu postoju. Cechował go również wyśmienity apetyt.

Najważniejszą jego działalnością w „Fali” było prowadzenie kroniki. Przez pewien czas godzina po godzinie, dzień po dniu notował, gdzie i co „Fala” grała, gdzie i co jadła, gdzie spała. Przyszły historyk „Fali” znajdzie w tej książce materiał do swej pracy. A może Ludwik sięgnie kiedyś po pióro, by korzystając z własnych źródeł napisać historię zespołu, który w dziejach naszego wojska za granicą posiada nie ostatnie miejsce. Może też, jako stary przyjaciel Wiktora Budzyńskiego, nakreśli sylwetkę tego twórcy „Fali”, której ja nakreślić nie mogłem.

Balneolog z zawodu, aktor z wykształcenia, był Stasio Wasiuczyński niezmiernie pożytecznym członkiem zespołu. Przedwojenne administrowanie kąpieliskami wyrobiło w nim duży zmysł praktyczności, który ogromnie przydał się „Fali” w jej wędrówce, a dyplom szkoły dramatycznej pozwolił mu grywać z sukcesem różne role. Tak na przykład gdy Budzyński wskrzesił dialogi Aprikozenkranca i Untenbauma, Wasiuczyński podjął się roli Untenbauma i grał ją może nie gorzej niż pierwszy jej odtwórca Fleiszer. W skeczach kreował wiele postaci, z których najlepiej wychodziły mu lwowskie batiary, sierżanci zawodowi, weselni wodzireje, w ogóle typy zamaszyste i pełne wigoru.

Zamaszystość i wigor wykorzystał też w kierowaniu techniczną stroną „Fali”. Zdobywanie materiałów na kostiumy i rekwizyty, organizowanie podróży, przygotowanie sceny, inspicjentura, wszystko to było domeną Wasiuczyńskiego.

Po powrocie do kraju zajął się – jak przed wojną – balneologią. Między innymi dźwignął z gruzów, odbudował i puścił w ruch wielki zakład kąpielowy we Wrocławiu, za co ojcowie miasta wdzięczni mu są do dzisiaj.

 

DOKUMENT PODRÓŻY

„Lwowska Fala” przetrwała za granicą siedem lat i mogłaby trwać dłużej, gdyby nie przestała istnieć armia polska w Wielkiej Brytanii.

Wiktor BudzyńskiW ciągu tych siedmiu lat powstawały na obczyźnie różne artystyczne zespoły, wojskowe i cywilne, lepsze i gorsze. W większości przypadków żywot ich kończył się w ciągu kilkunastu miesięcy.

Co było przyczyną, że „Fala” mimo wszelkich przeciwności pracować mogła aż do końca wojny?

Dobry program, dobre kierownictwo artystyczne? Oczywiście, to w pierwszym rzędzie. Ale niektóre zespoły też mogły się tym pochwalić, a jednak się rozlatywały.

Jednym z czynników trwałości „Fali” była jej spójność. Stara gwardia lwowska, Włada Majewska, Szczepko, Tońko, Wieszczek i Budzyński, stanowiła jej mocny fundament, który nie pozwalał na zachwianie się budo­wli. Ważną rolę odgrywał „matriarchat”, sprawowany przez Władę. Stwarzał on między nią a resztą zespołu oraz między poszczególnymi członkami „Fali” więzy serdeczne, o wiele mocniejsze niż jakiekolwiek inne. Pod wpływem stworzonej przez Władę atmosfery artyści z różnych miast Polski, którzy dołączyli się do starego trzonu „Fali”, nabierali w płuca lwowskiego powietrza i zaczynali się asymilować.

A wreszcie czynnik może irracjonalny, a jednak bardzo istotny: wpływ nieobecnego wśród nas, a jakby obecnego dyrektora naszej Rozgłośni, Petrego. Petry był radiowym ojcem „Fali”. Czuwał nad nią od jej niemowlęcych lat, jej powodzeniem cieszył się jak swoim własnym, jej potknięcia przeżywał głęboko. W obronie „Fali” walczył zażarcie, dopominał się dla niej w warszawskiej centrali o coraz to lepsze warunki pracy, a nawet przywileje. W tych sprawach pisywał do Warszawy energiczne listy, telefonował głosem niedopuszczającym sprzeciwu, a gdy to nie pomagało, prosił w domu o odprasowanie swego stareńkiego, wizytowego ubrania i wyruszał osobiście do Centrali, aby tam toczyć o „Falę” zacięty bój.

Prawie zawsze odnosił zwycięstwo, tylko jeden jedyny raz nie udało się mu obronić „Fali”. Było to wówczas, gdy z powodu słynnej gafy z „holenderską krową” Warszawa szukała kozła ofiarnego, który zapłacił głową za tę „krowę”. – Szukała niedługo, bo Petry sam się ofiarował na kozła, aby tylko odwrócić gniew radiowych bogów od „Fali”. Poszedł na wygnanie. Nie bardzo ono było wprawdzie srogie, bo jako miejsce zesłania wybrano Wilno, ale takiemu lwowskiemu patriocie jak Petry nieswojo było nawet w Wilnie. Ciotka Albinowa nie mogła mu zastąpić ciotki Bandziuchowej, „Kukułka” – „Fali”, a Wilia – Pełtwi. Tęsknił i jak kania deszczu oczekiwał dnia, w którym znów ujrzy swój Lwów. Toteż gdy o nieszczęsnej krowie nieco zapomniano, Petry powrócił do Lwowa. Pod jego opieką znów dobrze dziać się zaczęło w „Fali”.

Wszyscy w Rozgłośni Petrego ­lubili i uznawali jego autorytet. Nawet Kazio Wajda, ten wieczny reformator – poszukiwacz nowych dróg nie sprzeciwiał się, kiedy Petry uznał coś za słuszne. Co więcej – gdy koledzy kwestionowali celowość jakiegoś dyrektorskiego pociągnięcia, skakał im do oczu dowodząc zapalczywie, że dyrektor ma rację.

W jaki sposób zyskał sobie Petry taki autorytet i popularność, to była jego tajemnica, ale z czasem ten i ów ją przeniknął. Oto na przykład, gdy stosunki między Szczepkiem a Tońkiem zaczynały się psuć, jak to często bywało, udawał się Tońko na rozmowę z Petrym. Gdy wychodził z jego gabinetu minę miał zawsze zadowoloną. Wkrótce potem wizytę dyrektorowi składał Szczepko, ale i ten wiele zyskał na pewności siebie w pokoju dyrektorskim. Tak samo bywało z innymi, a po takich rozmowach w cztery oczy niesnaski i tarcia jeśli nie znikały, to przycichały na pewien czas.

Sedno sprawy leżało w tym, że każdy z tych szukających sprawiedliwości wychodził od Petrego przeświadczony, iż dyrektor wielce go ceni i że jego właśnie, a nie jego antagonistę uważa za ważniejszą osobę w Rozgłośni, wobec czego jest już rzeczą drugorzędną, czy ma rację, czy też doradził ustąpić lub iść na kompromis.

Czyżby to była dwulicowość? Nie. Petry stosował tę swoistą politykę w imieniu dobra Rozgłośni. Dla niego dobro to było najważniejszym prawem, jak dla Rzymian prawem takim było „salus rei publicae”. Wszyscy na tym dobrze wychodzili, a autorytet Petrego rósł coraz bardziej.

Wpływ jego nie zniknął, gdy „Fala” znalazła się za granicą, a on pozostał we Lwowie. Każdy z nas miał w kieszeni otrzymaną od niego przed wyjazdem kartkę papieru, która z początku wydawała się czymś zwykłym, lecz później stała się jakby talizmanem. Z kartką tą nie rozstawaliśmy się przez długie lata, a ja mam ją do dzisiaj. Oto jej treść:

Seria X, Nr 20. Rozgłośnia Lwowska. Polecenie odbycia podróży służbowej dla p. . . . . . z Wydziału . . . . . . w czasie od 11 września 1939 roku do dnia (niewypełnione) do miejscowości (niewypełnione) celem ewakuacji, przybycia do miejsca postoju Polskiego Radia. Pieczątka: Polskie Radio, Spółka Akcyjna, Rozgłośnia we Lwowie, podpis dyrektora: J. Petry.

Wędrówka „Fali” zaczęła się więc jako zainicjowana przez Petrego podróż służbowa. Kierownik naszej grupy wypłacał nawet diety przez kilka dni. Gdy potem sprawy potoczyły się w sposób nieprzewidziany nie tylko przez Petrego, gdy ruszyliśmy na wędrówkę w daleki nieznany świat, wydany przez niego dokument stał się łącznikiem z tym naszym znanym światem, z którego los wyrwał nas niespodziewanie. Mówiliśmy sobie: dzieją się wokoło nas tak nieprawdopodobne, wprost fantastyczne rzeczy, że nasza wędrówka skończyć się może tak, jak się zaczęła, jako podróż służbowa. A jeśli tak, to jak z każdej podróży, tak i z tej trzeba będzie złożyć sprawozdanie. A wówczas co powie Petry, co powiedzą ludzie we Lwowie o takich czy innych pociągnięciach?

Ile razy trzeba było powziąć trudną decyzję, zastanawialiśmy się, co w danym wypadku zrobiłby Petry. Gdyśmy czasem za długo się głowili i nastrój stawał się poważniejszy, Włada, która świetnie umiała parodiować Petrego, marszczyła brwi, skrobała się trzema palcami w brodę, wydymała dolną wargę i oświadczała Petrowskim stylem: Nie ulega wątpliwości, że wśród tych zawiłych zagadnień dzisiejszej chwili musimy znaleźć wyraźną postawę etyczną wobec życia i społeczeństwa.

I Petry, chociaż nieobecny, pomagał nam taką postawę odnajdywać.

 

KONIEC DIALOGÓW SZCZEPKA i TOŃKA

Gdy skończyła się wojna, Henryk Vogelfänger wyemigrował do Południowej Afryki, a Kazimierz Wajda wrócił do Polski. Przedtem zdarzały się czasem momenty, gdy mimo chorób i częstych tarć – skoro stan ich zdrowia był znośny – następowało między nimi jakby zawieszenie broni. Odżywała wówczas nadzieja, że mimo wszystko staną jeszcze razem przed lwowskim mikrofonem – brała ich ochota do wznowienia współpracy.

W jednym z takich nieczęstych momentów, na początku 1944 roku, napisali i wykonali dialog Szczepko i Tońko przy telefonie. Już sam ich wygląd wywoływał na sali dużo wesołości. Obaj w brytyjskich battle-dressach, tylko, że mundur na wysokiego Szczepka był za mały, tak że nogawki nie sięgały kostek, a z rękawów wystawały gołe nadgarstki, Tońko zaś po prostu pływał w bardzo obszernym mundurze. Charakteryzacja lwowska, gwara lwowska, tylko tło brytyjskie.

Na scenie dwa stoliki z telefonami: na jednym napis Londyn, na drugim Edynburg. Przy pierwszym siedzi Szczepko, przy drugim Tońko. Tońko zapytuje Szczepka, który pracuje w kancelarii naczelnego dowództwa, jak się przedstawia sprawa jego odkomenderowania na kurs. Wywiązuje się pełna humoru rozmowa w dawnym lwowskim stylu, obaj – mimo że w brytyjskich mundurach – rozmawiają jak za czasów Karolci i Pitrasińskiej, a widownia co chwila wybucha śmiechem. Dialog cieszył się dużym sukcesem. Niestety był to jakby łabędzi śpiew Szczepka i Tońka. Więcej takich rzeczy już nie stworzyli.

Wajda po powrocie do kraju próbował znowu stworzyć coś w tym rodzaju. We wrocławskiej Hali Ludowej słyszałem jego dialog z Mirą Grelichowską. Mówili nie lwowskim, lecz literackim językiem, ale Wajda, jak ongiś jego Szczepko, był także „tym mądrzejszym” i pouczał swą partnerkę, tak jak dawniej Tońka. Tematem była stara żydowska anegdota o przemytnikach: Celnicy zatrzymują dwóch przemytników z workami. Pytają co w workach. – Siemię dla kanarków – pada odpowiedź. Celnik zanurza rękę w worku, okazuje się, że tam – ziarna kawy. Pyta z wyrzutem – Panie, czy kanarek będzie to jadł? – a przemytnik na to: – Mam zmartwienie? Nich nie je. Mira przerywała Wajdzie pytaniami w rodzaju: Czemu oni nie uciekli, tylko dali się złapać, a czy kanarki jedzą kawę? Wajda zaś gniewał się, że ona pojąć nie może dowcipu. Aby jej lepiej sprawę przedstawić, kazał jej zapomnieć o workach z kawą i wyobrazić sobie, że dwaj przemytnicy niosą np. fortepian. Teraz dopiero Mira wybuchała śmiechem: Przecież fortepian ciężki, dwaj nie dadzą rady! Widownia śmiała się, ale to ani w części nie przypominało tej burzy śmiechu, jaką wywoływały lwowskie dialogi. Kto wie, może z tych rozmówek Wajda-Grelichowska powstałby z czasem nowy rodzaj dialogów, ale Wajda umarł, nie zdoławszy doprowadzić dzieła do końca.

Vogelfänger występował czasem w Afryce z monologiem Tońka, czyni to teraz w Londynie, ale coraz rzadziej.

 

Po świetnych dialogach Szczepka i Tońka, wygłaszanych przed lwowskim mikrofonem, została pamięć o nich u starszych ludzi, film Jutro będzie lepiej, zbiór dwunastu dialogów, wydany we Lwowie w roku 1934, recenzje w licznych czasopismach i fotografie z ich występów podczas objazdu polskich miast na krótko przed wojną.

Tadeusz Fabiański

 

 

Tadeusz Fabiański (1894 Lwów – 1972 Kraków). Polonista, dziennikarz pierwotnie w „Słowie Polskim” we Lwowie, potem w Polskim Radiu Lwów jako sekretarz Rozgłośni. W 1939 wyjechał wraz z zespołem Lwowskiej Fali za granicę – przez Rumunię, Francję do Szkocji. Współpracował z Czołówką Teatralną nr 1 Wojska Polskiego, która objeżdżała z występami obozy polskich oddziałów na terenie W. Brytanii. Dalsze lata emigracji spędził w Londynie. Do Polski wrócił w 1948, zamieszkał w Krakowie. Napisał książki wydane pośmiertnie: Na skraju dzikich pól i Marszanielka.