Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Zdzisław Żygulski jun., ZE LWOWA DO CHICAGO

Wspomnienie o Marii Lilien-Czarneckiej

Pani Maria urodziła się w roku 1901 na Zofiówce we Lwowie w zamożnej rodzinie, zmarła zaś dnia 12 stycznia roku 1998 w Zakopanem, przeżywając niemal cały wiek XX, zarazem wspaniały, jak i straszny. Wspaniały dlatego, że w tym czasie ludzkość wstąpiła na zupełnie nową drogę w zakresie nauki, odkrywając niesłychane horyzonty swej Ziemi i wszechświata, skierowała architekturę i sztukę na nowe tory, a także wytyczyła literaturze, poezji i muzyce nowe kie­runki. Straszny zaś dlatego, że właśnie wtedy rozpętały się dwie wojny powszechne, zawiązały się mordercze reżimy totalitarne i dokonano zbrodni ludobójstwa.

Pani Maria, wychowana i wykształcona we Lwowie, jedna z pierw­szych kobiet, jakie uzyskały dyplom świetnej Politechniki Lwowskiej, uratowała swe życie uchodząc w roku 1940 do Stanów Zjednoczonych i uzyskała tam wysoki stopień autorytetu w zakresie znawstwa i nau­czania dyscyplin artystycznych. Zachowała gorące i niezłomne uczucie dla rodzinnego miasta i dla Polski, stając się w Chicago ambasadorem polskiej kultury.Panią Marię poznałem w roku 1966 w oko­licznościach dość nie­zwykłych – na wernisażu wielkiej wystawy skarbów z Polski –Treasures from Poland, jaką otwarto z okazji millenium Państwa Polskiego w the Art Institute of Chicago, Instytucie Sztuki, będącym jednocześnie znakomitym muzeum, szkołą artystyczną i teatrem. Wystawa ta dostępna była w Chicago przez trzy miesiące, od końca września do końca grudnia, następnie przeniesiona do Filadelfii i do Ottawy. Było to największe polskie przedsięwzięcie muzealnicze po II wojnie światowej, początkujące całą serię podobnych wystaw, m.in. w Paryżu, Rzymie i Londynie. Chodziło o prezentację historii i kultury polskiej w czasie, kiedy Europę przegradzała żelazna kurtyna. Ze strony polskiej głównym twórcą tej wystawy był profesor Stanisław Lorentz, dyrektor Muzeum Narodowego w Warszawie, ale szybko uzyskał on poparcie i współpracę profesora Jerzego Szablowskiego, dyrektora Państwowych Zbiorów Sztuki na Wawelu, i dra Jerzego Banacha, dyrektora Muzeum Narodowego w Krakowie, jak również życzliwość władz kościelnych, szczególnie kustosza Skarbca Katedralnego na Wawelu.

 

Wystawa składała się z samych arcydzieł. Wśród nich znalazły się zabytki o najwyższej randze historycznej i artystycznej: złoty kielich z pateną opatów tynieckich z XI w., krzyż z koron złotych z XIII w., herma św. Zygmunta z XIV w., Madonna z Krużlowej – jedna z najpiękniejszych polskich rzeźb gotyckich, rycerz rzeźbiony przez Wita Stwosza, ornat Kmity, miecz przełamany nad trumną ostatniego Jagiellona, kur srebrny krakowskiego bractwa kurkowego, srebrny róg gwarków wielickich, dwa berła Uniwersytetu Jagiellońskiego z XV w., fragmenty ołtarza z legendą św. Stanisława, sześć głów rzeźbionych ze stropu Sali Poselskiej na Wawelu, osiem arrasów jagiellońskich z Wawelu, miecz i berło króla Stanisława Augusta, a nadto – osiem wedut Bellotta Canaletta, obrazy Bacciarellego, Peszki, Grassiego, Wojniakowskiego, Michałowskiego, Rodakowskiego i Matejki, a także polskie stroje naro­dowe i karabele. Mianowano kuratorów tej wystawy: wice­dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie – Józefa Kojdeckiego oraz sławnego konserwatora – profesora Bohdana Marconiego, ja zaś zostałem wyznaczony jako kurator z ramienia muzeów krakowskich. Ponieważ dobrze znałem język angielski, miałem towarzyszyć wystawie do samego końca. Ze strony amerykańskiej przedsięwzięciu patronowali dyrektorzy Instytutu Sztuki – Charles G. Gunningham i John Maxon, jak również doktor medycyny Aleksander Rytel, jeden z prezesów związkowych chicagowskiej Polonii. Inicjatorką i protektorką wystawy była właśnie pani Maria – jako aktywny profesor Instytutu. Bezcenne obiekty przewieźliśmy w obie strony na flagowym statku Żeglugi Polskiej, „Batorym”.

 

Na uroczystym otwarciu wystawy, wśród tłumu dam w wieczorowych sukniach obsypanych brylantową biżuterią i panów w czarnych bądź kolorowych smokingach, poja­wiła się elita władz chicagowskich z bur­mistrzem panem Richardem J. Daleyem, byli też: radca Henryk Walendziak z ambasady polskiej, przedstawiciele innych ambasad i liczni działacze polonijni. Wśród nich pani Maria wyróżniała się samą osobowością, niezwykłą elokwencją i znawstwem sztuki. W ciągu następnych tygodni miałem cykl wykładów o polskiej kulturze i cieszyłem się ze stałej na nich obecności pani Marii. Rychło zaprzyjaźniliśmy się. Kiedy po miesiącu wyjechali do kraju moi warszawscy towarzysze-kuratorzy, pani Maria zaproponowała mi gościnę w swoim pięknym mieszkaniu-studio przy ulicy Ontario. Pan Lambert Tree, chicagowski milioner, miłośnik sztuki francuskiej i mecenas artystów zbudował tam dla nich szereg pracowni pod nazwą Tree Studios. Pani Maria była lokatorem jednego z tych przybytków sztuki, złożonego z wielkiej, świetnie przeszklonej i oświetlonej sali pracownianej, nad którą znajdowała się galeryjka z kilkoma pokojami gościnnymi, w dalszej zaś części lokalu – kuchnia, łazienka i przyległości. Pani Maria urządziła to wnętrze stosownie do swego polskiego gustu, zawiesiła kobiercami i kilimami, obrazami i rycinami, wstawiając też fortepian, rzeźby i pamiątki zakopiańskie, półki z książkami i kwiaty. Nad wszystkim królował jej portret jako Pani w niebieskich rękawiczkach*, wykonany przed wojną przez Antoniego Michalaka, pokazany na słynnej nowojorskiej wystawie światowej w roku 1939. Pani Maria miała oczy niebieskie i niski melodyjny głos. Stworzyła prawdziwy salon artystyczno-muzyczny, którego bywalcami, oprócz miejscowych, byli wybitni Polacy odwiedzający Chicago, a wśród nich Artur Rubinstein, Witold Lutosławski, Witold Rowicki, Wanda Wiłkomirska, Krzysztof Penderecki, Mira Zimińska-Sygietyńska, Tymon Terlecki** oraz Aleksander i Wala Jantowie. Salon Marii Lilien w ChicagoDoświadczając zaszczytu zaproszenia przez panią Marię, mieszkałem więc w jej studio i trwały pomiędzy nami nieustanne rozmowy – o Lwowie i o czasach przedwojennych, o wojnie i o Ameryce, o sztuce i polityce, o literaturze i muzyce. Z wielką czułością wspominała pani Maria swój rodzinny ukochany gród, lwowskie ulice, place i kościoły, corso na Akademickiej i sklep Zalewskiego, Targi Wschodnie, Boże Narodzenie z dzwoniącymi na ulicach saneczkami i rozkwieconą Wielkanoc, wśród palm i pisanek. Rozkochana też w sztuce górali, wspominała urok Zakopanego. Ale przed wojną poznała również Europę, zwiedzając Włochy, Anglię i Austrię. Kiedy gościła u swych krewnych w Wiedniu, w kamienicy naprzeciw Hotelu Imperial, zobaczyła nagle Hitlera, jak dumnym krokiem zmierzał do samochodu i podnosząc rękę pozdrawiał gapiów. Zdążyła dwukrotnie być w Ameryce i tam, za drugim pobytem, poznać swego przyszłego mistrza, znakomitego archtekta Franka Lloyda Wrighta. Spotkała go w mieście Taliesin, gdzie miał swą pracownię z gromadą uczniów i entuzjastów. Przedstawiono mu ją jako kobietę-architekta z Polski. Zdumiał się i zaproponował jej stypendium w Taliesinie. Była to po prostu prywatna szkoła architektury i jednocześnie nowej filozofii w tej dziedzinie, zrywającej z dominującym do tego czasu stylem naśladowania form dawnych. Wright lansował architekturę „ograniczoną”, połączoną z naturą, odpowiadającą istotnym potrzebom człowieka. Najchętniej sięgał po pewne wzory secesji, ale także sztuki prekolumbijskiej. Uczniowie jego mieli żyć w wspólnocie, tworząc, a jednocześnie wykonując prace w ogrodzie, w polu, w kuchni. Mówiono, że wymyślił „idealną komunę”.

W lecie roku 1939 pani Maria powróciła do ukochanego Lwowa i do swej rodziny, ale z wybuchem wojny podjęła ucieczkę z zagrożonego miasta, zabierając z domu zaledwie kilka pamiątek. Przedzierała się do Rumunii, najpierw autem, a kiedy zabrakło benzyny – wozem drabiniastym, a wreszcie ciężarówką wojskową wyładowaną amunicją. W Rumunii długo czekała na wizę amerykańską. Otrzymała ją z rekomendacji Wrighta – nie zawiódł jej przyjaciel. Potem z Neapolu, w roku 1940, ostatnim statkiem odpływającym tuż przed przystąpieniem Mussoliniego do wojny, podróżowała do Stanów. Znów znalazła opiekę w Taliesinie, aby jednak gościnności nie nadużywać, przeniosła się do Chicago i tam otrzymała etat profesorski w Instytucie Sztuki. Z wielkim powodzeniem przez ćwierć wieku uczyła tajników architektury wnętrz. Zadziwiała wszystkich nie tylko wrodzonym smakiem, ale i wszechstronną wiedzą, zwłaszcza z geometrii wykreślnej, w jaką ją wprawił we Lwowie znakomity profesor Kazimierz Bartel. W końcu studenci chicagowscy założyli fundację jej imienia, promującą studia architektury. Kiedy pojawiłem się w Chicago, pani Maria, w atmosferze podziwu i szacunku, już dobiegała swej emerytury. Nie było jej trudno przekonać dyrektorów Instytutu o potrzebie polskiej wystawy.

W tym czasie Frank Lloyd Wright, jej wielki mistrz i przyjaciel, od siedmiu lat już nie żył, ale pani Maria nieustannie go wspominała jako architekta-filozofa czy nawet proroka. Ponoć zaprojektował i zrealizował 500 obiektów. Pokazywała mi jego sławne chicagowskie wille, a dopiero później zobaczyłem jego arcydzieła: Muzeum Guggenheima w Nowym Jorku i budynki w Kalifornii, a wreszcie tokijski Imperial Hotel, w którym przyszło mi nawet nocować.

 

Muzyka była również światem pani Marii, znała się na niej wyśmienicie, świetnie grała na fortepianie i śpiewała. Jej siostra, Klara Lilien Bloomfield, była słynną śpiewaczką estradową***. Zabierała mnie na koncerty do znakomitej chicagowskiej filharmonii. Z przejęciem i zdumieniem ujrzałem wówczas jednego z twórców muzyki nowoczesnej – Igora Strawińskiego, innym zaś razem – mistrza jazzu – Duke’a Ellingtona. Na Boże Narodzenie roku 1966 wzięła mnie pani Maria do miejscowości Oshkosh, położonej wśród lasów, blisko granicy kanadyjskiej. Na wzgórzu zobaczyłem rozświetlony dom państwa Kranców: Felicja Krancowa była najbliższą przyjaciółką pani Marii. Było to Boże Narodzenie muzyczne: leśną willę wypełniła muzyka najlepszych wykonawców świata, wśród których znów królował przyjaciel domu – Artur Rubinstein.

Pojechałem z wystawą do Filadelfii i do Ottawy, by wreszcie bez szwanku powrócić do Polski, ale nie traciłem kontaktu z panią Marią. Odwiedziła mnie potem w Krakowie, w drodze do swego umiłowanego Zakopanego. Zawsze była pełna czaru i swoistej elegancji, nie tylko mądra, ale i bardzo dzielna. Kiedyś się jej zdarzyło, że na pustej ulicy chicagowskiej o zmroku dopadł ją złoczyńca. Nie dała sobie wyrwać torebki, pokonała go i zmusiła do ucieczki. O dziwo, po szamotaninie pozostał jej w ręce zegarek łotra. Ot, prawdziwa lwowianka!

Gdy ją po raz ostatni widziałem, nosiła cudowny naszyjnik meksykański, ozdobiony trupimi główkami...

 

PRZYPISY REDAKCJI

*   Obraz był eksponowany na weneckim Biennale, później w Pittsburgu, a na koniec w No­wym Jorku. Na skutek wybuchu II wojny światowej nie wrócił do kraju, dzięki temu został odzyskany w Ameryce przez Marię Lilien (wg informacji Antoniny i Tadeusza Lilienów w Krakowie).

** Lwowianin; pisarz, eseista, profesor literatury, po II wojnie w USA (jego opowiadanie Papierowa magia – patrz CL 1/01).

*** Była uczennicą Marceliny Sembrich-Kochańskiej. Po śmierci siostry Klary Maria Lilien ofiarowała do zbiorów polskich pozostałe po niej egzemplarze pierwszych wydań pieśni Szymanowskiego, a także utworów Moniuszki, Karłowicza oraz wiele innych zabytków muzyki polskiej.

     Sembrich-Kochańska była znakomitą śpiewaczką polską, ur. 1858 pod Tarnopolem, wychowaną w Bolechowie, wykształconą we Lwowie, zm. 1935 w Nowym Jorku.