Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Jan Białowąs, WSPOMNIENIA WIGILIJNE 1944 R.

 Płk. pilot mgr Jan BiałowąsPrzy drodze łączącej stolicę Podola – Tarnopol, z północnymi miasteczkami (Załoźce, Brody, Podkamień, Poczajów), nawet z miastem Łuck, na szesnastym kilometrze – w jarze, jest rozciągnięta wieś Ihrowica, w której się urodziłem. Żyli w niej Ukraińcy i Polacy, którzy stanowili 30% ludności. Żyło tam również około 20 rodzin żydowskich, zajmujących się handlem. Relacje między Polakami a Ukraińcami do wojny 1939 r. układały się pomyślnie, czego dowodem była duża liczba mieszanych małżeństw.
Miałem dwanaście lat, kiedy przeżyłem załamanie się państwa polskiego w 1939 roku. Z tego czasu zapamiętałem duże grupy Polaków śpieszących do granicy rumuńskiej, a po 17 września – wracających, wystraszonych i nieufnych. Często padali oni ofiarami napadów, rabunków, a nawet zabójstw ze strony nacjonalistów ukraińskich. Zapamiętałem również okupację sowiecką, masowe aresztowania Polaków, deportację na Syberię i do Kazachstanu.
Okupacja niemiecka od 1941 roku była jeszcze straszniejsza, głównie za sprawą Ukraińców. Głoszone przez nacjonalistów hasła typu: ziemia ukraińska jest tylko dla Ukraińców – powodowały ciągły strach i przygnębienie. Pomoc Niemcom w likwidacji Żydów i groźby, że ten sam los spotka Polaków, stanowiły zapowiedź faktów, które miały nadejść. Potwierdzeniem tych słów były bezkarne zabójstwa pojedynczych Polaków i całych rodzin przez ukraińską policję, będącą na usługach Niemców. Dochodziły do tego częste bezpodstawne aresztowania, bicie i zastraszanie. Zdolna polska młodzież była przymusowo wywożona na roboty do Niemiec. Na Polaków nakładane były kontyngenty żywności, ponad miarę. Suma trudów i niesprawiedliwości dnia codziennego powodowała ciągły stres, a wiadomości o mordach Polaków na Wołyniu wzmacniały strach i niepewność jutra. Trzy lata okupacji niemieckiej to koszmar: spanie na strychach, w piwnicach i ziemiankach – to walka o zachowanie życia. Propaganda upowska czyniła wiele zła, siejąc nienawiść do Polaków, szybko przeradzającą się w niepohamowane bestialstwo. Dopiero od marca 1944 roku, kiedy wrócili Rosjanie i było dużo frontowego wojska, ustały mordy na Polakach. Jednak była to chwilowa ulga – kiedy front wojny przesunął się na zachód, mordowano w dalszym ciągu.
W mojej rodzinnej Ihrowicy nie było morderstwa Polaków do grudnia 1944 roku, nie licząc Franciszka Dziedzica i jego syna Kazimierza, którzy mieszkali na kolonii Chomy. Rodzinę tę nacjonaliści ukarali za pomoc w grzebaniu Polaków Berezowicy Małej, gdzie 25 II 1944 r. zamordowano 131 osób. Trzy dni po tym fakcie, wieczorem, napadnięto na dom Dziedziców.

W kwietniu 1944 r. Polacy w wieku 18–50 lat powołani zostali do Wojska Polskiego. Samotne kobiety musiały prowadzić gospodarstwa i nieustannie oczekiwały wiadomości od mężów. Nie było wówczas żadnego zaopatrzenia na wsi. Wszystkie potrzebne produkty do przeżycia rodziny należało wytworzyć w gospodarstwie. Przez letnie miesiące 1944 roku UPA nie dawała się mieszkańcom we znaki, jednak od momentu gdy front przesunął się na zachód, coraz częściej pojawiali się banderowcy – nie czyniąc jeszcze Polakom w Ihrowicy krzywdy. Dopiero jesienią Ukraińcy stali się pewni w swoich działaniach. NKWD ich nie zwalczało sądząc, że UPA to najlepsza siła do zmuszenia Polaków, żeby opuścili te tereny i wyjechali do powojennej Polski. Znów Polacy noce spędzali w kryjówkach, starając się zachować życie. Na grudniowe roraty kobiety chętnie uczęszczały do kościoła. Po krótkim nabożeństwie obowiązkowo odmawiano modlitwę: „Pod Twoją obronę” i śpiewano pieśń Pod Twą obronę, Ojcze na niebie, grono Twych dzieci swój powierza los… Modlitwa dodawała otuchy i wiary, że niebezpieczeństwo zostanie zażegnane. Kobiety dzieliły się najświeższymi wiadomościami z okolicy i świata. Można było porozmawiać z księdzem, zasięgnąć porad lekarskich dla rodziny, dostać medykamenty dla chorego czy zamówić domową wizytę. Proboszcz chętnie odwiedzał wszystkich chorych – nie tylko Polaków, ale także Ukraińców, a nawet wizytował domy banderowskie, mimo że słowo „banderowcy” stało się synonimem mordowania Polaków i ludobójstwa. Proboszcz przyjaźnił się z greckokatolickim parochem, służąc poradą medyczną, lekarstwami dla jego dzieci i żony. Swego czasu kontakty między dwiema społecznościami charakteryzowały spokój i zaufanie – ani Ukraińcom nie przeszkadzał kościół, ani Polakom cerkiew. Przeciwnie: była pełna współpraca. Jednak atmosfera współżycia Polaków z Ukraińcami pogarszała się z każdym dniem. Odmawiano noclegów polskim sąsiadom, bo nacjonaliści zakazywali wszelkiej pomocy pod groźbą śmierci. Właśnie wtedy UPA rozpoczęła w stosunku do Polaków terror psychiczny i fizyczny. Ksiądz Szczepankiewicz – wielki autorytet – uspokajał parafian tłumacząc, że jest w stałym kontakcie z księdzem z cerkwi, który zapewnia, że w Ihrowicy nic złego Polakom stać się nie może…

Dnia 17 grudnia zostali zamordowani Jan Białowąs (Głomba) i Stanisław Migała, którzy pilnowali pozostawionego przez wojska frontowe magazynu zbożowego w domu ludowym. Wśród Polaków nastąpiło przygnębienie i pytania Co robić? Gdzie się kryć? Dokąd zimą uciekać? Nikt jednak nie mógł dać sensownej odpowiedzi. Polacy żyli w ciągłym strachu, który nie miał końca. Obroną przed śmiercią części ihrowiczan były noclegi u sąsiadów i kuzynów Ukraińców lub w przygotowanych kryjówkach, bo mordy dokonywane były przeważnie nocą. Wielu wierzyło, że w Ihrowicy jest i będzie bezpiecznie, zwłaszcza w święta Bożego Narodzenia, bo jest to czas miłości, przebaczania i zgody. Polacy jeszcze wówczas nie wiedzieli, że nacjonaliści ukraińscy odrzucili wszelkie wartości chrześcijańskie i dopuścili się zdrady Pana Boga (jak twierdzi znawczyni tematu, pani Ewa Siemaszko), a w mordach brali nawet bezpośredni udział prawosławni i greckokatoliccy duchowni, dając osobisty przykład i szczerze namawiając do zbrodni. Osobiście takie namowy słyszałem w cerkiewnych kazaniach.   
Przed wigilią do mojej matki przyszła pewna zaprzyjaźniona Ukrainka i w tajemnicy wyjawiła, o czym rozmawiają jej sąsiedzi: Że Niemcy wybili Żydów, a jak my wyrżniemy Polaków, to ziemia ukraińska będzie płynąć mlekiem i miodem. Tę samotną, prostą kobietę matka ugościła i podziękowała za cenną wiadomość. Takimi właśnie metodami propaganda UPA usprawiedliwiała fizyczne unicestwianie Polaków. Wmawiano prostym wieśniakom, że wszystkiemu są winni Polacy. Jak się ich wyrżnie, to na Ukrainie zapanuje prawdziwy raj.
Ks. Stanisław Szczepankiewicz (1906–1944), proboszcz w Ihrowicy od 1934 do tragicznej Śmierci.Rzeź w Ihrowicy zaplanowali na wigilię 1944 r. W tym celu przez kilka dni gromadzili siły i środki UPA. 22 i 23 grudnia rano, kiedy Polacy szli do kościoła na roraty, spotykali młodych mężczyzn w płaszczach z ukrytą bronią, którzy jednak ich nie zaczepiali. We wsi panował spokój, którego tak bardzo wszyscy pragnęli. Mimo wyczuwalnej atmosfery nieustannego napięcia wierzono, że święta miną spokojnie, ignorując pogłoski, szczególnie ukraińskie, że od polskich świąt Bożego Narodzenia Ihrowica się zmieni. I tak się stało. Dokonała tego sotnia Burłaky na czele z dowódcą Czornym (Iwan Semczyszyn), zaś siłą pomocniczą byli miejscowi nacjonaliści z Samoobronnych Kuszczowych Widdiłiw, którzy opracowali plan i dzielnie pomagali agresorom. W 1956 r., kiedy po raz pierwszy po wojnie odwiedziłem Ihrowicę, sąsiadka Ukrainka (ciocia Karpowiczka) powiedziała mi w tajemnicy, że miejscowi banderowcy byli gorsi od wojaków z sotni Burłaky, bo popisywali się swoją odwagą, bezwzględnością i sadyzmem.
Dzieło zabijania rozpoczęli z pierwszą gwiazdką. Do wioski weszli z kilku stron. Napadli na plebanię. Zastrzelili psa i zaczęli rozbijać drzwi ganku. Ksiądz Szczepankiewicz w tym czasie dzwonił sygnaturką zawieszoną na strychu, powiadamiał i ostrzegał parafian o napadzie. Sotnia, ogniem karabinu maszynowego, obezwładniła posterunek Istrebitielnoho Batalionu (IB) w domu ludowym, gdzie przebywało kilku moich kolegów – żołnierzy samoobrony. Banderowcy podzieleni na małe grupy, z ihrowickimi aktywistami wskazującymi polskie domy, mordowali Polaków. Miejscowi nosili łomy, młoty, siekiery, którymi rozbijano drzwi i okna. Gdy w mieszkaniu nie zastano gospodarzy, a wieko strychu było zamknięte, nikt nie szukał domowników – rabowano mieszkanie, zlewano łatwopalnym płynem i podpalano, pilnując przy tym, żeby nikt nie wyskoczył z płonącego domu i nie uciekł. Taką straszną śmiercią w ogniu, zginęło kilka rodzin.

Po wyjściu sąsiadki Ukrainki z naszego domu matka nakryła stół do skromnej wieczerzy i powiedziała: Dzieci, podzielimy się opłatkiem i uciekamy z domu. Ponieważ ojciec był na wojnie, więc mama wzięła talerz z opłatkiem, ale nie zdążyliśmy się nim podzielić, bo usłyszeliśmy strzały karabinu maszynowego i dźwięk sygnaturki z plebanii. Matce z rąk wypadły talerze z opłatkiem i miodem (według zwyczaju panującego na Podolu) na podłogę. Siostra, uchylając okiennicę, krzyknęła: Idą do nas! Natychmiast opuściliśmy dom. Skryliśmy się u sąsiada Ukraińca na strychu obory. Kiedy wciągałem za sobą drabinę, słyszałem wołanie: Janek, ty jesteś? Janek, ty jesteś? Otwórz! Zapamiętałem ten głos, ale przez wiele lat nie mogłem sobie przypomnieć jego właściciela. Dopiero z czasem rozwikłałem zagadkę*. Matka powiedziała wówczas: To przyszli twoi koledzy z domu ludowego. Uciszyłem mamę i jednocześnie usłyszeliśmy rozkaz: Otwieraj, bo i tak umrzesz! Nastąpił głośny trzask wyłamywanych drzwi. Szukali nas wewnątrz domu i na strychu. Rozmawiali po rosyjsku; tu ich nie ma i tam ich nie ma. Przy śnieżnej pokrywie, kilkustopniowym mrozie i odległości około 30–40 metrów, słyszałem każde ich słowo. Ponieważ nie dopadli nas, zostawili dwóch miejscowych banderowców czekających aż wyjdziemy z ukrycia. Pozostali poszli mordować następnych Polaków. Tak działała pierwsza grupa złoczyńców, po niej wchodziła druga, która rozpoczynała rabunek. Przed nasz dom zajechali dużym wozem. Po wyniesieniu z mieszkania: produktów żywnościowych, naczyń kuchennych, ubrań, pościeli, kilimów i cenniejszych rzeczy, oraz zastrzeleniu i zabraniu z chlewa świni – furmanka odjechała, co stanowiło sygnał dla trzeciej grupy, podpalaczy. Zniczami wielokrotnego użytku, na długich kijach, podpalano budynki, co uważnie obserwowałem z ukrycia. Podpalili nasz dom, stodołę i stertę słomy. Oborę oszczędzili z uwagi na bliskość szopy sąsiada Ukraińca. Taką kolejność czynności w mordowaniu i rabunku mienia Polaków UPA stosowała na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej. Wśród Ukraińców banderowcy usprawiedliwiali rabunek potrzebą zasilenia skarbu organizacji, potrzebnego do wyzwolenia Ukrainy. Być może jakaś cząstka trafiła do wyższych dowódców… W rzeczywistości chodziło o zaangażowanie jak największej części ludności chłopskiej w mordowanie Polaków. Rabunkiem zajmowały się przeważnie kobiety i wyrostki, którzy wynosząc zrabowane przedmioty, przeskakiwali, a nawet deptali ciała ofiar. Szczególnie najmłodsi rabusie okazywali bezwzględność żyjącym oraz pogardę dla martwych ciał Polaków. Wydarzenia te były okrutnym barbarzyństwem i gwałtem na kulturze i tradycji.
Z ukrycia wyszedłem dopiero, kiedy się rozwidniało. Na ruinach dymiącego domu spostrzegłem kuzyna, który szukał naszych zwęglonych ciał. Spostrzegłszy mnie, bardzo się ucieszył i zapytał o moją matkę, braci i siostrę z dzieckiem. Po chwili i oni wyszli z ukrycia. Siostra niosła czteroletnią siostrzenicę Kazię zmarzniętą, zapłakaną i trzęsącą się z zimna, ale już niedziecinną… Matka płakała. Wszyscy byliśmy przemarznięci, ubrani tylko w koszule. Kuzyn, chcąc uspokoić moją mamę, zwrócił się do niej ze słowami: Ciociu, macie szczęście, bo wszyscy żyjecie, a ja już nie mam mamy… Zabili! Otarł rękawem łzy i opowiadał, jak obaj z ojcem zdołali bandytom uciec i ukryć się w zaroślach. Nasi sąsiedzi zostali zamordowani – mówił.
Ihrowica, 5 lipca 2008, poświęcenie pomnika zamordowanych. Na zdjęciu od lewej: ks. Andrzej Malig, proboszcz tarnopolski, min. Andrzej Przewoźnik, Jan Białowąs
Poszliśmy zobaczyć banderowskie żniwo. Naprzeciwko plebanii w rowie leżała Stefcia Białowąs, którą Władysław Litwin wyniósł z palącego się ganku. Jeszcze żyła i prosiła o wodę. Zawinął ją w naszą pierzynę, którą rabusie zgubili na szosie. Jednak chwilę później Stefcia zmarła. Miała dopiero 13 lat, była urodziwą dziewczyną, zawsze uśmiechniętą i pogodną. Jej ciało było popękane od ognia, twarz miała poparzoną, ale długi warkocz był cały. Zapamiętałem ten przygnębiający widok. Okrutny obraz najbardziej zapadł w pamięć i często pojawia się w snach. Z rodziny Stefci zachował życie tylko brat Stanisław, który w Wojsku Polskim przeszedł szlak bojowy Warszawa–Berlin. Rodzina Stefci była mi bliska, gdyż rozstrzelany przed pocztą 17 grudnia jej ojciec był moim chrzestnym. W czasie napadu Stefcia, jej dwie starsze siostry, matka, babcia i nauczycielka, która u nich mieszkała, skryły się na strychu domu i zamknęły właz. Bandyci po dokonaniu rabunku, zlali pomieszczenia benzyną i podpalili. Kobiety w obliczu śmierci w płomieniach, z całych sił wzywały Boga i ludzi o pomoc. Krzyk rozpaczy palących się żywcem kobiet dokładnie słyszałem. To był horror. Pamiętam, jak zatykałem sobie uszy, żeby nie słyszeć lamentu płonących żywcem znanych mi kobiet. Nie potrafię opisać krzyku, błagania, rozpaczy, próśb o ratunek palących się ludzi. Żadne słowa nie mogą oddać okrucieństwa tej chwili. I tak od Bożego Narodzenia 1944 roku po dzień dzisiejszy rozchodzi się wieść o krwi, nienawiści i śmierci. UPA dokonywała wówczas straszliwej zbrodni, a dzisiaj temu zaprzecza. Dlatego obowiązkiem tych, którzy przeżyli wigilijne piekło, jest przekazywanie świadectwa prawdy tym, którzy pozostaną po nas, i tym, którzy przyjdą.

Na plebanii
Stefcia leżała w rowie naprzeciwko plebanii, koło studni. Było już dobrze widno i Polacy po opuszczeniu kryjówek szli zobaczyć zamordowanego księdza i jego rodzinę. Poszliśmy też z kuzynem Kazikiem. Z ciekawością przyjrzałem się wyłamanym drzwiom ganku. Były z jesionowego drzewa, grube, solidne i wzmocnione blachą oraz metalowymi sztabami. Pomyślałem: Nic dziwnego, że bandyci tak długo uderzali młotami, żeby je rozbić. Dokładnie słyszałem każde uderzenie młotem i po dłuższej ­chwili trzask łamanych drzwi. W tym samym czasie kiedy bandyci tak ciężko „pracowali” młotami i łomami, proboszcz alarmował dzwoniąc sygnaturką. Do ostatniej minuty życia ksiądz zawiadamiał i ostrzegał swoich parafian o napadzie. Wszyscy, którzy po usłyszeniu dzwonka natychmiast uciekli od stołów wigilijnych, przeżyli. Dźwięk był słyszalny w całej Ihrowicy Dolnej i częściowo w Górnej, jego fala rozchodziła się doliną rzeczki Huczek, a co zwiastowała wieczorem – wszyscy mieszkańcy dokładnie wiedzieli i każdy spodziewał się najgorszego, a więc tortur i śmierci, jak wpadnie w ręce bandytów. Gdyby nie sygnał z plebanii, byłoby znacznie więcej zamordowanych Polaków. Sądzę, że do 92 ofiar należałoby dodać od 20 do 30 kolejnych uśmierconych. Księdzu proboszczowi zawdzięcza życie sześcioosobowa moja rodzina. Osobiście, nieudolnym opisywaniem wigilijnego morderstwa, spłacam należny dług wdzięczności swojemu nauczycielowi religii. W modlitwach proszę Go o wstawiennictwo u Najwyższego i wszelkie łaski. Nie tylko dla mnie… Dlatego tytuł książki, którą poświęciłem zamordowanemu księdzu (Żył i umarł dla innych) uważam za trafny.
Obaj z kuzynem weszliśmy do pokoju, w którym ksiądz przyjmował chorych. Zobaczyliśmy horrendum. Wielka szafa, w której przechowywane były opasłe tomy książek, została rozbita. Podłoga usłana papierami, pismami i książkami. Poprzesuwane w nieładzie meble. Porozrzucane drobiazgi, z których każdy miał swoje znaczenie… Wszystko to było sponiewierane, zdeptane i sprofanowane, składało się na przygnębiający obraz. Osoby, które wychodziły z pomieszczenia, gdzie leżały ofiary, przeważnie zakrywały twarz dłońmi i płakały. Kobiety lamentowały. Nie wytrzymałem nerwowego napięcia i wyszedłem z pomieszczeń. Do kuzyna powiedziałem, że nie chcę oglądać zamordowanych. Wolałem zapamiętać ich wszystkich, a szczególnie księdza – żywego, takim jaki był wśród ludzi, przy ołtarzu, jako nauczyciela religii i jako lekarza, kiedy pochylał się nad chorymi. Obu nam spływały łzy po policzkach. Byliśmy wrażliwymi chłopcami. Mieliśmy wówczas po 17 lat. Dzisiaj żałuję, że nie zobaczyłem zamordowanego proboszcza, być może opisałbym dokładniej, jak wyglądał po śmierci, które ciosy siekierą były decydujące.

Kiedy opuściliśmy plebanię, aby zobaczyć inne ofiary, Kazio opowiedział mi, jak zginęła jego matka. Mówił, że chciała powypuszczać z obory konie, krowy i pozostały żywy dobytek, żeby uratować zwierzęta przed spaleniem. Zauważył ją znajomy Ukrainiec i zastrzelił. Mała siostra Kazia – Ludwisia była przy matce. Morderca dopadł również ją – chwycił za twarz, spojrzał w oczy i odepchnął od siebie. Prawdopodobnie sumienie nie pozwoliło mu zabić dziewczynki, miał własne dzieci w podobnym wieku. Kazio, opowiadając wigilijne przeżycia zaspokajał swoją potrzebę zwierzeń, było mu lżej na sercu. Idąc, słuchałem go w milczeniu. Szybko doszliśmy do następnych ofiar wigilijnego mordu. Przy studni koło Bojka leżał na wznak Antoni Białowąs, który wyszedł z domu zobaczyć, gdzie i u kogo się pali. Zbliżył się do dalszego sąsiada Ukraińca, który wymierzył w niego i wystrzelił. Trafił w prawy policzek. Dwunastoletnia Hania, towarzysząca ojcu, zdążyła uciec mordercy, który również ją chciał zabić. Nie zdążył, Hania była szybsza… Po przeciwnej stronie drogi leżało małżeństwo: Franciszek Białowąs z żoną Karoliną, rodzice mojej koleżanki szkolnej. W sąsiedniej bramie zobaczyliśmy zwłoki zamordowanych ludzi, rodziców i babci mojego kolegi szkolnego. Tadeusz, nieco starszy od autora tych słów, był na wojnie, walczył w tym czasie o Warszawę.
Nie mogłem i nie chciałem oglądać dalszych ofiar. Wróciłem na swoje podwórko, chociaż dymiły jeszcze zgliszcza domu, stodoły i sterty słomy. Patrzyłem na ruiny gospodarstwa i zastanawiałem się, ile to pracy naszych rodziców zostało tej nocy zmarnowane… To był nasz majątek, a bandyci nie pozostawili nawet przysłowiowej łyżki ani miski. Nic dziwnego, że matka ciągle płakała, powtarzając: Co teraz z nami będzie? Jak i gdzie będziemy żyć? Ktoś zawiadomił, że zbierają pomordowanych i będą wieźć na cmentarz. Czekaliśmy przy drodze, żeby ich zobaczyć i pożegnać. Nadjechały sanie wypełnione zamarzniętymi ciałami poukładanymi warstwami, ponieważ ludzie zastygli w pozach, które przybrali w chwili śmierci. Porozkładane na boki ręce pomordowanych jakby prosiły o litość… Sąsiedzi Ukraińcy natychmiast się rozeszli. Stali w oknach własnych domów, patrząc, jak się zachowujemy – żegnając sąsiadów, znajomych czy kuzynów. Oni, zgodnie z rozkazem UPA, nie mogli okazać współczucia. My żegnaliśmy bliskich i przyjaciół na zawsze, modląc się i płacząc. Po tych przeżyciach czułem wielką gorycz i żal, że słowa modlitwy wypowiadane tysiące razy Jako i my odpuszczamy naszym winowajcom z trudem przechodziły przez gardło. Trzeba było długiego czasu, żeby ten bunt złagodniał.
Za saniami pełnymi zmarłych szła mała grupa ludzi. Ci, którzy przeżyli wigilijne piekło, odprowadzali swoich najbliższych. Szli zrezygnowani i milczący. Takich obrazów i przeżyć nie sposób zapomnieć. One wracają i wracać będą przez całe życie bez naszej woli – w snach i na jawie. I chociaż wszelki ból i cierpienia przemijają, to pamięć nasza trwa. Żydowska maksyma mówi: Ten umiera, o którym się zapomina. My nie zapominamy – przeżyliśmy i dajemy świadectwo prawdzie. Tego czasu nie można wymazać z pamięci, a tym bardziej z historii.

Ucieczka
Należało jak najszybciej wyjechać z Ihrowicy, znalezienie kąta dla rodziny w ruinach tarnopolskich było nie lada wyczynem – szczególnie, że zimowe dni są bardzo krótkie. Do miast ciągnęły tysiące Polaków uciekając przed bandami UPA – tam ci „bohaterowie” nie mordowali ze względu na stacjonujące wojsko oraz Polaków zorganizowanych do obrony. I chociaż w skupiskach miejskich było chłodno i głodno, to niezaprzeczalnie bezpieczniej. Gospodarstwo jeszcze dymiło, kiedy pożegnaliśmy miejsce naszego urodzenia. Dołączyliśmy do kolumny zmierzającej do Tarnopola. Obliczyłem, że w pierwszy dzień Bożego Narodzenia tylko z Ihrowicy uciekło około 900 osób. Uciekali Polacy żyjący w sąsiednich wioskach, takich jak: Dubowce, Mszaniec, Obarzańce, Dobrowody i inne.
Na wozie, zaprzężonym w jednego konia, znalazł się majątek kilku rodzin. Do zabrania zostały tylko ziemniaki, gdyż piwnice nie uległy spaleniu. Często w pamięci powraca obraz maszerującej kolumny – z małymi, płaczącymi dziećmi, starcami w łachmanach, przy kilkustopniowym mrozie… Była to rzeczywiście beznadzieja i tragedia ludzka, którą pogłębiał chłód i brak perspektywy znalezienia miejsca do spania.
W czasie tej wędrówki wszyscy obawiali się zasadzki, ponieważ nacjonalistom nie chodziło tylko o pozbycie się Polaków z tych terenów, ale o całkowitą ich eksterminację. Uważali bowiem, że Polacy, którzy przeżyją, mogą w przyszłości mścić się na Ukraińcach. Pamiętam, że szliśmy za wozem i rozglądaliśmy się na boki szczególnie w miejscach, gdzie były zarośla. W drodze opowiadaliśmy jeden drugiemu, w jaki sposób udało się ocalić życie… Marsz trwał ponad cztery godziny, potem każda rodzina szukała miejsca do spania na własną rękę. Polacy w Tarnopolu ze zrozumieniem przyjmowali niedobitków z wiosek do swoich mieszkań. Nawet Ukraińcy litowali się nad rodzinami z małymi dziećmi, błagającymi o nocleg i udzielali schronienia. Nie wszyscy oni zostali skażeni faszystowską propagandą, część okazywała się Ludźmi – wyżej od ideologii ceniącymi człowieczeństwo. Chwała im za to.
Znajomi Polacy udostępnili nam pokój w podpiwniczeniu domu, gdzie kilka rodzin spało pokotem na posadce. Wszyscy wygnańcy mieli spokojny sen. W ciasnocie, chłodzie, głodzie, zawszeni – dotrwaliśmy do 14 marca 1945 roku, kiedy podstawiono nam wagony towarowe, w których jechaliśmy dwa tygodnie do Chełma.   
Czekając ponad dwa miesiące na transport w Tarnopolu, najgorzej było z żywnością. Trzeba ją było zdobywać narażając życie. Polacy więc wracali na swoje gospodarstwa, żeby zabrać zabezpieczone na zimę warzywa, ziemniaki, zabić pozostawione kury, czy też dostać produkty żywnościowe od sąsiadów. Ponieważ ucieczka była nagła, to niemal w każdej pozostawionej na pastwę losu zagrodzie coś z żywności zostało, jeśli nie rozgrabili sąsiedzi. Z każdej niemal rodziny ktoś młodszy wędrował 16 km, żeby coś z żywności przynieść. Tak postąpiła Marcela Burakowska, którą złapali w jej gospodarstwie na kolonii Korczunek i zamordowali. Jana Rabego z Ihrowicy po śmierci wrzucili do studni rodziny Dowhopołych – za sprzyjanie i przyjmowanie Polaków na noclegi. Zbrodnie te spowodowały, że do 1956 roku nikt z ekspatriowanych Ihrowicy nie odwiedzał.

*    Po imieniu wołał mnie rówieśnik Jarosław Hołowatyj, ur. w 1927 r., z którym dzieliłem ławkę szkolną, którego matka była Polką, ojciec Ukraińcem. Razem byliśmy w Istrebitielnym Batalionie w Hłuboczku Wielkim, z którego zdezerterował. Członek UPA. Zginął 21 grudnia 1945 r. w walce z NKWD.