Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

JÓZEF RUFFER

Józef Ruffer urodził się w 1878 roku w Żółkwi. We Lwowie ukończył gimnazjum, studiował na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Lwowskiego. Po ukończeniu studiów podjął pracę w jednym z lwowskich gimnazjów jako wykładowca. Po stwierdzeniu przez lekarzy choroby płuc udał się na dłuższy pobyt do Włoch. Powrócił w 1907 roku.
Ruffer to jeden z zapomnianych, niespełnionych, którzy jak mówiono „przedwcześnie połamali skrzydła”. Warto zatem poznać losy tego lirycznego poety z okresu Młodej Polski lwowskiej, który zmagał się z życiem, z chorobą i, jak się zdaje, także ze sobą. Początkowo należał do grona dobrze zapowiadających się młodych literatów; choć podobny w ekspresji do Leopolda Staffa, nie wysunął się przed niego. Przez kilkanaście lat przełomu XIX i XX wieku uczestniczył w poetyckich spotkaniach i dyskusjach grupy, nazywanej przez jej uczestników „Płanetnikami”, zbierającej się głównie w willi Maryli Wolskiej „Zaświecie”. Do grupy tej, prócz Wolskiej, Staffa i Ruffera, należeli m.in. Ortwin, Kasprowicz, Mouller, Irzykowski, malarze Pautsch, Sichulski. Dom na Zaświeciu był głównym miejscem spotkań Płanetników, latem zaś cała grupa wyjeżdżała w Karpaty do Storożki i Perepelnik, niedaleko Skolego. Związał się z młodzieżą literacką, przyjaźnił się ze Staffem, z którym podróżował po Europie, a także spędzał wakacje w Polsce (w Porębie Wielkiej). Uzdolniony literacko, plastycznie (1907–1909 – studiował rzeźbę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie), zajmował się również tłumaczeniem poezji i tekstów teoretycznych z zakresu historii sztuki.
Bywały okresy, że Ruffer ulegał pewnym urojeniom, w których przebijał element współzawodnictwa ze Staffem i świadomość człowieka, który w tym porównaniu przegrywa; sprawiał wrażenie niezrównoważonego psychicznie. Z racji wakacyjnych pobytów w Porębie Wielkiej zaprzyjaźnił się z Orkanem. Zbiór listów Ruffera do Orkana jest pewnego rodzaju świadectwem tamtych lat, przebija w nich smutek, kłopoty materialne, niepewność przyszłości – jakby ból duszy, często pojawiający się u wrażliwych artystów, zwłaszcza w tamtym czasie. Przez swoje delikatne usposobienie i wrażliwość był przez znajomych określany jako „Santo Giuseppe”. Warto tu zacytować fragment ze słowa wstępnego Marty Wyki do Wyboru poezji: „Ciekawe: ten poeta programowo „słoneczny” i prężny mówi o przeciwnej tonacji własnej jaźni. Ciemnej, mglistej, bezcelowej, bezwolnej…”
W 1903 roku ukazał się jedyny właściwie tomik poezji Ruffera Posłanie do dusz (wznowiony w 1922), a w 1917 w Paryżu niewielki druk pt. Trzy psalmy i hejnał.
Okres lwowski był jednak dla tego poety najkorzystniejszy pomimo załamań i obniżenia poziomu artystycznego jego twórczości. Jednak niepokój, jaki mu towarzyszył, sprawił, że wciąż zmieniał miejsce zamieszkania, traktując to jako pewnego rodzaju terapię. W latach 1907–1909 przebywał w Krakowie, studiując na ASP, 1912–1920 mieszkał w Paryżu, kontynuując studia rzeźbiarskie. Równocześnie pracował jako bibliotekarz w Bibliotece Polskiej. W tym czasie drukował swoje wiersze w pismach emigracyjnych, m.in. takich jak paryska „Polonia”, „Jeniec Polak”, „Ognisko” i w nowojorskim „Nowym Świecie”.
W czasach krakowskich w 1909 r. ożenił się z Magdaleną Markówną, osobą spoza jego środowiska, niektórzy mówili o służącej, inni o wiejskiej dziewczynie. Osobliwy miał stosunek do swojej żony, którą postrzegał jako gosposię w domu, opiekuna i prostego, ale oddanego przyjaciela. Tak mniej więcej w liście z zaproszeniem ślubnym do Orkana określił rolę swojej wybranki.
Ruffer wrócił z Francji w 1920 roku. Początkowo był nauczycielem gimnazjalnym w Toruniu, potem przeniósł się do Warszawy, gdzie w latach 1922–1924 uczył języka francuskiego w szkole podchorążych. Utrata tej pracy spowodowała kolejny stan goryczy i niechęci do świata, wskutek czego pojawiła się myśl o przeniesieniu się na prowincję i czerpaniu dochodów z uprawy roli, bowiem jako ojciec czworga dzieci musiał zapewnić byt rodzinie. Kolejne jego posady to urzędnicze zajęcie w PKO i w końcu praca korektora w „Kurierze Warszawskim”.
W tym czasie publikuje jeszcze co prawda wiersze, jednak nie przedstawiają one większej wartości i w roku 1936 milknie zupełnie.
Umiera w 1940 roku w wieku 62 lat, według Grzymały-Siedleckiego w Warszawie, według innych w Zakopanem. Jednakże informacje uzyskane przez Martę Wykę (która dokładnie prześledziła losy poety) od córki poety są jednoznaczne – Ruffer zmarł w Warszawie, w mieszkaniu na Filtrowej, z wyczerpania i nędzy. Wiadomo też, że od dawna chorował na gruźlicę.
Ruffer jest jednym z zapomnianych twórców, którego przypomniał współczesnym aktor Michał Żebrowski w wydanym w 2001 albumie Lubię gdy kobieta, umieścił tam bowiem utwór tego poety Obietnice ust.
Warto wiedzieć, że w 1935 roku Józef Ruffer został odznaczony Złotym Wawrzynem Akademickim Polskiej Akademii Literatury.

Losy poety i analizę twórczości Józefa Ruffera prześledziła i opisała Marta Wyka w słowie wprowadzającym do tomiku Wybór poezji, wydanego przez Wydawnictwo Literackie w 1985 roku (Kraków – Wrocław), zatytułowanym „Zapomniana forpoczta – czyli o liryce Józefa Ruffera” i na tym opracowaniu głównie oparto powyższy tekst.
(AS)

Józef Ruffer
Psalm trzeci, niepewność przyszłości

Śpiewa serce:
Wierzę, Ojcze: wyrosną, wyrosną
Chaty polskie, jako kwiaty wiosną,
Chaty kwieciem spośród zgliszcz wyrosną.

Wierzę: rolnik zorze ojcowiznę,
Zazielenią się – cud! – pola żyzne,
A żniwem rozradują żniwiarze Ojczyznę.

Wierzę w słodkie Nadziei orędzie,
Że w miastach pięknych Dzieło i Mądrość osiędzie,
A sława pójdzie jasna na świata krawędzie.

Dalej śpiewa Serce, obfitością wezbrane:

Wierzę: z obcych krain, tęskne rzesze,
Wrócim zdrowi w rodzinne pielesze,
Życia znój powierzyć polskiej strzesze.

Wierzę: wróci pogoda i radość.
Aniołowie przylecą Wolności
I poległych ciszyć będą kości,
Aż się kościom smutnym stanie zadość.

Wierzę: wróci radość i pogoda.
Aniołowie przylecą Wolności
I kochanie wraz z nimi zagości,
Życiu rękę niezawodną poda!...

– Ach! a przez łan, pszenicy złoty łan,
Widzę: dziecinne płyną główki płowe,
A Ty, nasz Ojciec, dobrotliwy Pan,
Słońcem ten dziecek błogosławisz wian,
Na Życie Nowe!

O! W sercu nagły przypływ grzmi:

WIERZĘ!!
Aż do ostatniej kropli krwi!!

Paryż, 21–25 kwietnia 1915