Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Barbara Litwiniukowa, KULPARKÓW TROCHĘ HISTORYCZNIE, TROCHĘ RODZINNIE

Do Zakładu dochodziło się pieszo. Od ostatniego przystanku tramwajowego na ulicy 29 Listopada, dokąd dowoziła nas dawniej „4” – a ostatnio już nowocześniejsze wagony „2”, szło się na ukos przez gliniaste pole – jakie tam bywały błota! – choć rosło kilka drzew i trawa także, gdzie można było przysiąść i odpocząć. Dalej schodkami do stojącego już na skarpie domu dróżnika – kiedyś był tu ponoć czynny krótki przystanek kolejowy. Linia kolejowa w wykopie prowadziła do Stanisławowa i Kołomyi, i przez Śniatyn – do Rumunii. Dalej wchodziło się na solidny drogowy most nad torami i podążając tylko lewą stroną Kulparkowskiej Drogi – i to „chodnikiem” z dwóch szerokich desek – zupełnie bez właściciela, więc zawsze w kiepskim stanie, szło się równolegle do specjalnej zakładowej bocznicy kolejowej, zamykanej na bramę od strony obszernego placu, gdzie składano już wszystkie przywożone towary.
Na prawo znów puste pola, a na ich tle gruba rozłożysta topola, zawsze ozdobiona pękami krzaczków jemioły. Za nią boczna, tak zwana Czerwona Droga prowadziła do cegielni w Sygniówce. Dalej, za parkanem – posiadłość państwa Klimowiczów, gdzie w kępie szpilkowych drzew stał stary ciemny krzyż, który czasem serdecznie pozdrawialiśmy, ciesząc się że już blisko do celu.
Teraz zaczynała się część ulicy zabudowanej różnymi małymi rodzinnymi domkami. Po naszej lewej stronie był dalej tylko głęboki rów, czasem z wodą, wzdłuż niego gęste, grabowe zarośla, w których czasami kryli się mniej sympatyczni baciarzy, strasząc dla żartu pośpiesznych przechodniów lub co gorsza, wyskakując z krzaków, wyrywali przerażonym paniom torebki. To działo się jeszcze po I wojnie światowej, a Mama osobiście tego doświadczyła. Wreszcie dochodzimy do żelaznej, dość ozdobnej bramy i to w takim zgniłozielonym kolorze, wchodzimy przez furtkę, przy domku portiera, który nas, jako dobrych znajomych, przepuszcza bez słowa.
Główny gmach zakładu w Kulparkowie, fot. Piotr Korpanty
Teraz wróćmy jeszcze do początku Zakładu. Miasto Lwów w drugiej połowie XIX wieku, z powodu przepełnienia oddziału psychiatrycznego w Szpitalu Powszechnym, zdecydowało się na budowę specjalnego zakładu i to już poza śródmieściem. Po zakupieniu w 1862 r. – z dochodów Loterii Państwowej – gruntów na Kulparkowie rozpoczęło budowę największego potem zakładu w Polsce, wzorując się na podobnym układzie zabudowań zakładu w Getyndze w Niemczech.
Tu jeszcze krótko o samej nazwie Kulparków. Powstała z kolejnych powtarzanych przeróbek nazwiska właściciela tych terenów Piotra Goldberga na Goldberghof, i następnie z Goldparków na Kulparków.
Na początku zbudowano gmach główny, dwupiętrowy, bardzo obszerny, z dużymi dwoma bocznymi skrzydłami i piętrową kaplicą. Potem powstało 6 luźno stojących piętrowych pawilonów z własnymi ogrodami i wspólnie otaczającym je wysokim, betonowym zewnętrznym murem. Naprzeciw głównego wejścia do Dużego Gmachu stanął piętrowy budynek Zarządu.
Na całym dużym terenie (powierzchnia Zakładu obejmowała w sumie 59 hektarów i 15 arów) znajdowały się różne budynki, było ich w pierwszych latach XX wieku 44. Częściowo zamieszkiwali je pracownicy Zakładu wraz z rodzinami: lekarze, pielęgniarki, urzędnicy, personel techniczny i folwarczny. W sumie około 400 osób (to na podstawie notatnika Ojca).
Liczba pacjentów stopniowo wzrastała, od 500 do 1000 i z biegiem lat do ok. 2000 w całym dwudziestoleciu. Z różnych okolic Polski zwożono chorych, bo Zakład miał bardzo dobrą kadrę specjalistów, lecz coraz gorsze warunki szpitalne. Korzystając z własnej bocznicy kolejowej, dyrekcja przerzucała więc chorych do innych ośrodków.
Pamiętam te sądne dni wywozów przy specjalnym pomoście, na dużym ogrodzonym placu, ale blisko naszego domu. Wszystkich Oddziałów było 20 dla różnych stadiów choroby – te najcięższe czy szałowe były ściśle zamknięte, ale znaliśmy dobrze innych spokojnych chorych, chodzących swobodnie po terenie czy nawet pracujących w różnych zawodach lub też jako pomoce domowe. Działały różne warsztaty, służba porządkowa oraz cały duży folwark z polami uprawnymi, ogrodami, sadami, a także stajnie i wozownie, obory i chlewiki.

Zakład w pewnych rodzajach zaspokajania ludzkich potrzeb był samowystarczalny. Mieliśmy bowiem i ochronkę dla dzieci, tak zwane kasyno z kręgielnią dla dorosłych, piekarnię, rzeźnię i masarnię (słynne wspaniałe kulparkowskie wędliny), cieplarnię, piłę cyrkularną, której dźwięk był słyszalny daleko, gdy pracowała, wąskotorową kolejkę różnie wykorzystywaną, kuchnię z chłodnią, pralnię i kuźnię, centralę telefoniczną, prosektorium i własny cmentarz. Ten ostatni, zupełnie nieogrodzony, na małym wzgórku za wsią Kulparków, był dość duży, bo i dla zmarłych chorych z Zakładu, pracowników i ich rodzin. Tu leżała i moja Babcia Józefa Janicka, która zmarła na 3 tygodnie przed moim urodzeniem. W roku 1960 cmentarz został zupełnie zniwelowany pod nowe osiedle mieszkaniowe i nawet ktoś postawił słup z napisem informującym o tej samowoli czy nakazie.
Na początku lat 30. przeprowadzono z Maliczkowic 7 km rurociąg własny z wodą pitną, którą oceniano nawet jako lepszą od tej dobrostańskiej, służącej od dawna całemu miastu i Zakładowi. Sama charakterystyczna wieża wodna z dwoma dużymi zbiornikami o wysokości 30 m powstała już wcześniej i można było czasem, po specjalnym pozwoleniu, wspinać się na jej szczyt bardzo krętymi i wąskimi schodkami umieszczonymi w pionie wieży, by przy dobrej widoczności uwierzyć, że widać stąd Karpaty.
Na terenie Zakładu było bardzo dużo zieleni – uliczki wysadzane kasztanami, przy każdym domu własne ogródki, dobrze utrzymane, różne małe zieleńce i dwa duże parki. Angielski – tak ambitnie go nazywano, z jednej strony zamknięty był niedużym laskiem, z różnymi gatunkami drzew – także i krzakami leszczyny, z których chętnie zbieraliśmy orzechy. Już w latach dwudziestych, dzięki aktywności miejscowej młodzieży, powstał przyzwoity kort tenisowy, wysoko ogrodzony, na który zapraszano i gości z miasta. Obok przypadkowi miłośnicy siatkówki i ich kibice dość głośne rozgrywali mecze. Ale największym powodzeniem cieszyło się boisko do piłki nożnej, jak również bieżnia, czy stumetrowa – nie ręczę, plus stanowiska dla skoków i rzutów. Tu już bywały prawdziwe zawody organizowane przez zakładową Drużynę Strzelca, który wśród pracowników Zakładu miał wielu członków i sympatyków. Latem też bywały tam jakieś kiermasze czy loterie fantowe. A mamy z małymi dziećmi korzystały z piaskownicy tuż obok. Zimą na innym zielonym terenie udawało się utrzymać niedużą ślizgawkę. A w lecie: pamiętam, jak cieszyłam się tam grając w mało jeszcze popularnego krykieta.
Tak zwany Stary Park, rzeczywiście ze starym drzewostanem, służył raczej do spacerów i odpoczynku i jako przejście w stronę folwarku, tylko zimą małe dzieci niestrudzenie zjeżdżały na sankach z jednego tam niewielkiego pagórka.
Zakład zatrudniał też i ogrodnika, który dbał o wszelkie kwiaty na klombach. Upowszechnił kiedyś różne gatunki dalii, z których słynął Zakład. Pamiętam nawet, jak jeden z kwietników pachniał wanilią. Pachniały też bzy, czeremchy, jaśminy i lipy. A na dużym, okrągłym klombie, obsadzonym kannami, można się było bawić w chowanego.

Ale wróćmy znów do oficjalnych początków. Istnieje historyczna data umieszczenia pierwszych chorych, na drugim piętrze głównego gmachu, na mocy uchwały Sejmu Krajowego – 25 maja 1875 roku. A trzy lata później opracowano już osobny statut i określono etaty posad i płace. Na czele stał dyrektor-lekarz, potem dwaj prymariusze, dwóch sekundariuszy, dwóch księży, rządca, dwóch oficjalistów, pisarz, nadzorca służby, maszynista, nauczyciel stolarstwa, krawiectwa, szewstwa, ślusarstwa, ogrodnik, dozorca prosektorium, 41 posługaczy, 10 parobków, 18 służby kuchennej i magazynowej, furmanów dwóch i jeden stróż nocny. To są autentyczne dane, tylko nie wiem skąd przeze mnie kiedyś bardzo dawno przepisane.
I jeszcze jakie wynotowałam z tych źródeł ciekawostki: w latach osiemdziesiątych  XIX wieku na Sejmie Galicyjskim zdecydowano o odsprzedaży lwowskiej gminie wyznania mojżeszowego części gruntów zakładowych – w celu urządzenia tam cmentarza izraelickiego. Ów cmentarz rzeczywiście istniał przez całe dwudziestolecie i dla potrzeb Zakładu i chyba okolicznych dzielnic – nazywaliśmy go „Okopisko”. W czasie wojny zniknął. I któż o nim dziś pamięta?
Działy się też w Zakładzie jakieś naganne sprawy w związku ze złym traktowaniem chorych, co spowodowało aż naglący wniosek hr. Artura Potockiego o naprawie stosunków w Zakładzie i konieczności zawarcia umowy z jakimś zakonem dla oddania mu nadzoru nad chorymi. Czyżby 17 Sióstr Miłosierdzia, przewidzianych w statucie, zajmowało się tylko sprawami gospodarczymi Zakładu? Rzeczywiście pamiętam, że były kierowniczkami obu dużych magazynów i prowadziły wielką kuchnię, nie mówiąc już o opiece nad kaplicą. Na oddziałach pracowali pielęgniarze i pielęgniarki. Któż to dzisiaj wyjaśni?!

W 1906 roku, gdy przyjęto Ojca na etat maszynisty, dyrektorem Zakładu był dr Władysław Kohlberger, dobry organizator, dbający o dalszy rozwój wszystkich form działalności Zakładu. Zbiegiem okoliczności zaraz na początku swojej pracy Ojciec gasił fachowo i z powodzeniem pożar, który wybuchł w sąsiedztwie Zakładu – z pomocą zakładowej straży pożarnej, którą z urzędu kierował. Zachował się nawet wycinek z jakiejś gazety lwowskiej z pochwałami dla Ojca za sprawną akcję. Reakcją na to wydarzenie stało się pięknie wykaligrafowane przez kancelarię dyrektora urzędowe mianowanie Ojca na naczelnika stworzonej teraz obowiązkowo straży pożarnej tutejszego Zakładu.
Samo życie rozszerzało w różnych kierunkach coraz większy zakres obowiązków młodego kiedyś marynarza. Swą energią i zaangażowaniem, no i pogłębianą w codziennej praktyce, czasem na jakiś kursach fachowych, swoją różnorodną techniczną wiedzą musiał obejmować sprawy związane z oświetleniem, ogrzewaniem, wodociągowe, remonty i zaopatrzenie dla całego Zakładu. Zabawne były jego kłopoty z tytulaturą, bo od wczesnych lat pracy zwracano się do niego Panie Kierowniku, dla obcych bywał nawet dyrektorem, ale na służbowej legitymacji (mam ją) nazywał się „urzędnikiem technicznym”.
Otwierał przetargi dla dostawców różnych materiałów, szukał fachowców do swego technicznego personelu. Bez przesady można określić jego zakres obowiązków jako trzeciej po dyrektorze i zarządcy osoby, odpowiedzialnej za funkcjonowanie tej dużej instytucji. Po wybuchu Wielkiej Wojny w 1914 r. został przez dyrektora Kohlbergera wyreklamowany już po powołaniu do wojska – jako niezbędny pracownik – ponoć w ostatniej chwili, wycofując go z transportu, na peronie Głównego Dworca.

Działania wojenne jakoś oszczędziły ten teren – gorzej było pod obstrzałem armatnim miasta w 1918 roku. Ale ten miesiąc Obrony Lwowa stał się również bardzo ważny w historii Zakładu i w życiu jego mieszkańców z innych powodów. Jeszcze przed Wielką Wojną pracowali w Zakładzie dwaj lekarze: Józef Bednarz i Roman Zagórski. Pierwszy był drugim mężem Aleksandry – matki Jurka, jej syna z pierwszego małżeństwa z panem Bitschanem. Małżeństwo to trwało krótko i już w 1912 r. pani Aleksandra stała się żoną dr. Zagórskiego, który serdecznie opiekował się Jurkiem i ponoć był odbiorcą ostatniego jego listu przed ucieczką do jednego z oddziałów walczących w Obronie Lwowa – 21 XI Jurek zginął i stał się 14-letnim bohaterem opiewanym w poezji i pieśniach. Pani Aleksandra, jako matka i żona, nie cieszyła się sympatią społeczności Zakładu – urodzona w 1883 r. w Lublinie, od młodych lat sympatyzowała z ruchem PPS. Ponoć sam Piłsudski bywał z wizytami u przyszłej członkini Związku Legionistek.
Następcą dyrektora Kohlbergera został właśnie dr Zagórski, elegancki i uprzejmy, bardzo szanowany lekarz z powołania, oddany chorym. Niestety po dwóch latach w 1927 r. zmarł, mając lat 52 – jego grób z pięknego czarnego granitu zniknął razem z cmentarzem. Ale kruchy papier jego nekrologu przetrwał w Ojca papierach do dziś.
Po śmierci męża pani Aleksandra – chyba mi się zdaje, że pamiętam jej prostą, ale sztywną sylwetkę z ponurawą twarzą i w peowiackiej bluzie – przeniosła się do Warszawy – działała w różnych organizacjach kobiecych. Zmarła w 1965 r., a grób jej, trochę zaniedbany, odszukałam na Bródnie w 1990 r. – dzięki ustaleniom niestrudzonej dokumentalistki Lwowa – warszawianki, pani Danuty Łomaczewskiej.
Następnym dyrektorem Zakładu na kolejne 2 lata został dawny lekarz, wspomniany już dr Józef Bednarz – podobno wprowadzał nowe metody leczenia – elektrowstrząsy. Zapamiętałam go w jakiejś okrągłej czapce, mówiącego trochę z rosyjskim akcentem – urodził się na Kaukazie w 1879 r. Zmarł bohaterską śmiercią, nie opuszczając swoich chorych ze Świecia, gdzie był do wojny dyrektorem – idąc razem z nimi na rozstrzelanie przez Niemców we wrześniu 1939 roku (wg dr. Zdzisława Jaroszewskiego).

I teraz wkraczam już w czasy mi bliskie i lepiej zapamiętane. Przez 10 lat (1929–39) dyrektorem był poważny i nienarzucający się niczym dr Władysław Sochacki. Zginął też w 1939 roku zamordowany w jakimś sowieckim więzieniu i jest wykazany na tzw. liście ukraińskiej.
W latach trzydziestych mieliśmy 3 prymariuszy w starszym wieku. Dr Woszczyński szczepił mnie jako małe dziecko przeciwko ospie, tak że ciężko chorowałam, leżałam i przestałam umieć chodzić – dwie duże blizny na lewym przedramieniu mam do dzisiaj – a moja Mama nigdy mu tego nie zapomniała! Od drugiego prymariusza zaś, dr Mańkowskiego, pożyczała do przeczytania kolejne tomy Biblioteki Laureatów Nobla w wydaniu Jakuba Mortkowicza, bo już w podeszłym wieku, pilnie ją gromadził dla swoich 3 bardzo małych dzieci w małżeństwie z byłą pielęgniarką, o zupełnym braku urody. Najstarszy ich syn Mietek, bardzo obiecujący, zginął we Lwowie we wrześniu 1939 r.
Wiekowa już dr Bronisława (?) Neufeldówna leczyła naszą Mamę, chwaląc ją za trafne określenia niewielkich nawet objawów każdej swojej choroby. Zmarła natychmiast po zażyciu trucizny, gdy Niemcy po nią przyszli, by ją aresztować.
Średnia kadra lekarska stanowiła zgrany zespół. Dr Bronisław Kostkiewicz, powojenny szef Polskiego Czerwonego Krzyża, przystojny brunet z wąsikami i czerwonymi rumieńcami, naraził się Mamie, uchylając się od pomocy w jej powojennych staraniach o jakąś rentę po Ojcu. Młody, dowcipny, z grzywą jasnych włosów, dr Stefan Cwynar z dr Mieniewskim zamienili się ponoć żonami – od córki dr. Hipolita Latyńskiego, starszej ode mnie (Nusi mieszkającej we Wrocławiu), dostałam kiedyś kilka fotografii grupowych ówczesnych lekarzy. Zdjęcia te „wykorzystał” ode mnie autor książki, dr Tadeusz Nasierowski, pod tytułem Zagłada osób z zaburzeniami psychicznymi w okupowanej Polsce (Warszawa 2008).
I jeszcze o dr. Jakubie Erlichu, wesołym i zaprzyjaźnionym z nami, wspomnę też dlatego, że gdy lecząc Ojca po jakimś małym zawale, mdlał prawie sam przy robieniu zastrzyków z obawy o reakcję chorego pacjenta. A myśmy się trochę z Mamą z tego śmiały. Zginął prawdopodobnie uciekając w popłochu przed Niemcami. Takie krążyły wieści.
Po wojnie dotarłam do dr Diaczek w Krakowie, gdzie jeszcze pracowała w szpitalu – a w Londynie spotkałam się specjalnie z żoną dr. Oberca i z jej siostrą, kierowniczką naszej dzielnicowej ajencji pocztowej – Lwów 22, by wysłuchać ich powtarzanych słów żalu, gdy nas wywożono, i radości, gdyśmy powróciły z Kazachstanu, choć już w tak niepełnym rodzinnym składzie. Te prawie wszystkie wymienione osoby i członkowie ich rodzin, a także wiele innych, brały czasem udział we wspólnych karnawałowych zabawach, z kotylionami własnej roboty, i w przedstawieniach amatorskich kilku niewielkich sztuk teatralnych – wtedy odkrywały się małe aktorskie talenty lub inne, ważne, organizatorskie.
Świętowaliśmy też wspólnie różne rocznice czy uroczystości państwowe. Kiedyś i mnie tam noszono jako rekwizyt teatralny, a raz deklamowałam nawet sama wiersz Józefa Relidzyńskiego Listopad – a kiedyś także byłam akompaniatorką dla młodego skrzypka, brata Ireny J. To wszystko działo się na sali widowiskowej XII Oddziału, tzw. „kobiecej inteligencji”, gdzie Ojciec zbudował ze swoimi specjalistami małą scenę z kulisami. Za co też dostał podziękowanie Dyrekcji.

Teraz coś o „życiu duchowym” mieszkańców wspólnoty. Od początku już w statucie Zakładu przygotowano dwa etaty dla księży. W moich czasach naszym kapelanem był ksiądz Michał Rękas (1926–1933). Zasłynął na całą Polskę po zorganizowaniu i prowadzeniu specjalnych audycji dla chorych pod hasłem Apostolstwa Chorych i ta akcja, w formie też własnego miesięcznika, przetrwała jeszcze kilka lat po wojnie, po śmierci ks. Michała przy katedrze w Katowicach. Byłam tam kiedyś w pokoju dawnej, bardzo bogatej różnojęzycznej biblioteki księdza Rękasa, którą likwidowano z konieczności (ale czy z sensem?). Do mnie dotarł po latach tomik lwowskich wspomnień Józefa Wittlina, dedykowany księdzu Michałowi, a uratowany przez moją bratową Marysię, mieszkającą w Katowicach, współpomagającą w tej smutnej likwidacji pamiątek po słynnym lwowiaku.
Dawni mieszkańcy Lwowa może pamiętają jeszcze z lat 30. słynną rywalizację między akcją i audycjami ks. Rękasa a popularną też w pewnych kręgach „lewicowo‑postępowych” działalnością charytatywną pani Haliny Górskiej i jej młodzieży – w organizacji, którą nazwała „Błękitni”.
Oni to, po gorących jej apelach, w których nawoływała do pomocy materialnej głębokim, przejmującym głosem, wypowiadanymi też przez radio lwowskie, roznosili całymi dniami rozliczne paczki z żywnością dla bezrobotnych i ubogich, pod ustalone adresy.
Pamiętam, że niektórym się to nie podobało – nawet moim rodzicom, bo Jadwiga, moja dużo starsza siostra, też przepadała na kilka godzin w każdym tygodniu. Córka pani Haliny była moją młodszą koleżanką w gimnazjum im. Królowej Jadwigi – a sama pani Halina została aresztowana we Lwowie przez Niemców i 4 VI 1942 r. rozstrzelana, jako może aktywny członek Związku Sowieckich Pisarzy Ukrainy, narodowości żydowskiej. W 1930 r. wydała wspaniale napisaną i ilustrowaną książkę O księciu Godfrydzie, rycerzu gwiazdy wigilijnej i tą i innymi pozycjami (Druga brama, Nad czarną wodą) zostawiła swój ślad i w polskiej literaturze.
A wracając jeszcze do księdza Rękasa – był przyjacielem wszystkich dorosłych, młodzieży i dzieci, wykształcił wielu ministrantów, z których nieliczni po wojnie robili partyjne kariery. Jednym z nich był Tadeusz, z sześciorgiem rodzeństwa i bardzo zapracowaną matką, która robiła wspaniałe ciasto na strudel. Ta umiejętność chyba zanikła, choć kiedyś, w młodości, nawet my razem z Jerzym mieliśmy w tym naciąganiu pewne sukcesy.
Tadeusz był znanym piłkarzem, chyba „Czarnych” we Lwowie. Wojna zatrzymała go na terenie Rosji, trafił do szkoły lotniczej w Zawiałówce, na Ukrainie, gdzieśmy się nieoczekiwanie spotkali w 1944 r., i zaczął nam tam też pomagać. Po skończeniu jakiejś rosyjskiej wojskowej akademii szybko awansował, aż do stopnia generała brygady, był szefem jakiejś misji w Korei, coś miał też wspólnego z wywiadem – niestety ciężko chorował. Pogrzeb jego na Wojskowych Powązkach w Warszawie był dużym zgromadzeniem wciąż wdzięcznych i serdecznie Go żałujących lwowiaków, bo zapisał się w naszej pamięci jako bardzo przyzwoity człowiek i dlatego teraz i ja tak ciepło Go wspominam, jako krajana z Kulparkowa.

Na Boże Ciało sypałam w procesji kwiatki z koszyczka, ale do Dzieci Marii nie należałam, choć jestem jako kilkuletnie dziecko utrwalona na zbiorowej fotografii, zrobionej przez księdza Rękasa, twórcę tego stowarzyszenia w Zakładzie. I otóż stoi tam również wśród innych panienek, ze słodką buzią, Irenka, córka naszego zakładowego greckokatolickiego kapelana. A ksiądz Jarosiewicz, grzeczny i cichy duchowny, mało się chyba udzielał innym, poza swoimi obowiązkami.
Irena [Renata Bogdańska – Irena Andersowa, przyp. red.] wyrastała wśród nas, łatwo się uśmiechała i wypełniała swoje szkolne obowiązki. Utalentowana muzycznie, zaczęła szkolić swój głos. I to zadecydowało o jej dalszej karierze. Późniejsze jej sukcesy i zawrotna osobista rola osoby powszechnie znanej, wręcz historycznej, dla tego rozdziału wojennych i późniejszych dziejów Polski, mogła nieco szokować i nie u wszystkich budziła entuzjazm.
Kiedyś w Londynie po wojnie, odwiedzili ją Jadwiga i Zbyszek i zostali serdecznie przyjęci. Ja, młodsza, nigdy się z nią nie przyjaźniłam, ale również po nawiązaniu kontaktu w Londynie w 1986 r. dorosłam do roli właściwego słuchacza jej zawsze żywych i ciepłych wspomnień z czasów kulparkowskiej, wspólnej młodości. Spotykałyśmy się potem kilkakrotnie w Warszawie i wtedy znów opowiadała o swojej wizycie w Zakładzie, w ich tam dawnym mieszkaniu i o swoich wzruszeniach, gdy odszukała grób swoich rodziców na Janowskim Cmentarzu, i o kwiatach, które tam często leżały. Tym, przyznam się, że mnie ujmowała i stąd ta otrzymana fotografia z dedykacją i książka Ewy Berberyusz, mocno przez nią krytykowana. Obiecywała mi kiedyś, że spisze swoje wspomnienia, ale nie zdążyła. Wobec tego ja włączyłam ją do galerii moich kulparkowskich Osobliwości, a już przyszła historia ją oceni. Choć przyznam na zakończenie, że to wspólne z mężem Monte Cassino wielce mnie zaskoczyło.
Wiele by jeszcze można pisać i mówić o lwowskim Zakładzie dla umysłowo chorych.
Mam tu bardzo zniszczoną książkę Szymona Spunda Miasto obłąkanych – fotomontaż z Kulparkowa (Lwów 1939), szukającego sensacji – bo w swoich relacjach opisuje szczegółowo różne wstrząsające sceny i widoki z poszczególnych pawilonów, które odwiedzał z dyrektorem S. (więc Sochackim) i doktorami K. (Kostkiewiczem) i E. (Erlichem). Mimo całej jaskrawości tych obrazów może to być dosadne uzupełnienie moich ogólnych i rzeczowych informacji.
Ale najgorsze stało się później. Doszło prawie do zupełnego wyniszczenia Zakładu i chorych, głodem i represjami, które objęły i personel medyczny, w czasie obu okupacji. Istnieją już różne opracowania na ten temat.
A my, wywiezieni ze Lwowa w 1940 roku do Kazachstanu, wysłuchiwaliśmy od tamtejszych władz słowa gniewnych wymówek, że to im właśnie zawdzięczamy uratowanie od „najgorszego.”
No cóż, na każdą rzecz można spojrzeć z różnej strony. Ja już nigdy nie wróciłam do Zakładu i Lwowa, a jeszcze żyję i teraz cieszę się, że mogłam Wam o tym opowiedzieć.

Pisane w Warszawie, w sierpniu 2011 r.



Notka biograficzna Autorki zawarta jest w CL 2/08.
 
Zakład kulparkowski