Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Jan Parandowski, WSPOMNIENIA OSSOLIŃSKIE

Profesor Stanisław Łempicki  (1886–1947)Pod tym tytułem wyszła pośmiertna książka Sta­nisława Łempickiego, który po latach kariery nauko­wej w uniwersytecie lwowskim umarł przed rokiem [1947] jako profesor wszechnicy jagiellońskiej.
Cóż to był za miły i dobry człowiek! Kto go nie znał osobiście, może się o tym przekonać ze Wspo­mnień Ossolińskich, gdzie z każdej stronicy patrzy je­go szczere, przyjazne spojrzenie i każde zdanie okrąża jego serdeczny uśmiech. Mając w sobie tyle dobroci, widzi ją we wszystkich, nie umie o nikim wyrazić się uszczypliwie lub choćby z lekkim przekąsem. Świat jego pamiętnika jest zamieszkany przez ludzi zacnych, uprzejmych, zgodnych, ludzi najlepszych chęci: jeśli mieli jakieś wady, on ich albo nie dostrzegł, albo je od razu rozgrzeszył. Lecz może i nie dopuszczał myśli, by potrafiły się zalęgnąć jakieś błędy ludzkie pod błogo­sławionym dachem Ossolineum.
Przywiązanie do tej instytucji było ogromne u każ­dego, kto do niej wchodził. Mogę coś o tym powiedzieć, ponieważ zawarłem z nią przyjaźń w siedemnastym roku życia i umacniałem ją w rozległej skali etapów, od nieśmiałego bywalca czytelni aż do autora, zwią­zanego różnymi sprawami z Dyrekcją. Stąd wspomnie­nia Łempickiego brzmią dla mnie jak urywki z własnego pamiętnika – ci sami ludzie, te same sprzęty, te same kąty, te same uczucia.
Biblioteka może być nagromadzeniem druków, zaw­sze bardzo użytecznym, ale i bezdusznym, na to zaś, aby się stała tym, czym jest Ossolineum, potrzeba wie­lu rzeczy nie dających się opisać, skatalogować, zin­wentaryzować. Jeśliby wierzyć z pitagorejczykami, że w pewnych miejscach unoszą się w postaci pyłków subtelnych dusze tych, co je niegdyś zamieszkiwali, atmosfera Ossolineum byłaby utkana z takich pyłków po ludziach, którzy w ciągu pokoleń oddawali tym mu­rom swoje życie, oddawali najlepsze, co mieli w ży­ciu – swoje szlachetne namiętności. Kochali namięt­nie Polskę, wiedzę, poezję, książki, tradycję.
To obywatelstwo duchowej ojczyzny, te uczucia przechodziły z pokolenia na pokolenie. I nie było tu różnicy między dyrektorem a woźnym. Rozdział, po­święcony we Wspomnieniach Łempickiego woźnym Ossolineum, należy do najpiękniejszych kart w histo­riografii bibliotek. Tylko stare instytucje, które przeży­ły lata niedoli i glorii, tworzą taką wspólnotę duchową.
Czytelnik, nie znający sekretów Ossolineum, nie potrafi ocenić, jak na to zasługują, stronic, w których Łempicki podejmuje rycerską obronę swojego przyja­ciela Alfreda Tęczarowskiego, dzielnego dyrektora wy­dawnictw Ossolineum. Był on i moim przyjacielem. Stronice, które czytałem z wielkim wzruszeniem, odno­wiły we mnie tyle wspomnień, odwołały z niepamięci tyle chwil, że w ciągu lektury tworzyłem we własnych myślach długi rozdział, pełny zdarzeń i słów.
Niejedno z nich było nie znane Łempickiemu. Nie był mu z pewnością znany ów kwadrans, jaki w pe­wien dzień wiosenny, jeszcze chłodny i cierpki, spędziłem na bryczce Tęczarowskiego, który mię nieraz podwoził do domu. A właśnie z rozmowy, jaką prowa­dziliśmy wówczas, jadąc w górę Kopernika i Leona Sapiehy, pod groźbą dzwonków tramwajowych, które się otrząsały na naszego flegmatycznego konia, właśnie z tej rozmowy wynikła decyzja, że Tęczarowski po­stawi i przeprowadzi kandydaturę Stanisława Łempickiego na stanowisko doradcy Wydawnictwa w spra­wach naukowych i literackich.
Zaczęła się era wielkiego rozmachu, a zamiarów było jeszcze więcej niż dzieł dokonanych, których ka­talog tak zdumiewa swoim bogactwem. Łempicki zgo­dnie ze swoją naturą uskromnił, ściszył swój udział w tym bujnym rozkwicie, odtwarzając go w swoich Wspomnieniach. Naprawdę zaś wszystko od niego bra­ło początek. Sprowadzał autorów, nawiązywał pertrak­tacje, podsuwał tematy, rzucał plany nowych serii i ko­lekcji. Był niewątpliwie szczęśliwszy w stosunkach z uczonymi niż z pisarzami: sam o tym mówi, jak nie­wielkie było powodzenie Ossolineum w zjednywaniu literatów.
Zapewne, czuł się w tym świecie mniej swojsko, ale nie to było przyczyną pewnej oziębłości, z jaką literaci odnosili się do Ossolineum. Wiem coś o tym. Odstręczał ich najpierw sam charakter Wydawnictwa, gdzie podręczniki i prace naukowe przygniatały beletrystykę, obawiali się, że wypadnie im rola kopciu­szka. Nawet znak Ossolineum budził niepokój – „i po­chowają cię pod kopułką szecha” – żartowali.
Nie zachęcał ich również Tęczarowski, który rozma­wiał z nimi językiem zbyt handlowym i jego zwrotów nie zdołała zatrzeć ta trochę łyczakowska wesołość, jaką objawiał przy ewentualnym kieliszku. Zanim go lepiej poznano, wyrobił sobie opinię „wydławcy”. Tu właśnie Łempicki miał wiele do zrobienia, zawsze uwa­żałem, że Ossolineum jest przeznaczone na jedną z naj­poważniejszych firm literackich i Łempicki zdołałby przełamać „lody”. Nie starczyło jednak czasu, wszyst­ko poszło w rozsypkę w niespodziewanym kryzysie dy­rektorskim. W następnym okresie Ossolineum wy­cofało się na swe tradycyjne, obronne pozycje oświaty szkolnej i nauki uniwersyteckiej.
W tym zakresie dokonano pewnej rzeczy, która zdobyła sobie zasłużoną sławę – myślę o cyklu pod­ręczników do nauki języka polskiego, wydanym z ini­cjatywy i pod redakcją Juliusza Balickiego i Stanisła­wa Maykowskiego. Wróciłem właśnie z Grecji na wios­nę 1925 i od razu, jak to było moim zwyczajem, za­szedłem do Ossolineum. Tam zastałem zebranie obradu­jące nad nowymi podręcznikami. Nie było ono ani pierwsze, ani jedyne, takie obrady zdarzały się często, bo wszystko w tych książkach było obmyślane do naj­drobniejszych szczegółów.
Dziś niewielu pamięta te tomy, z których każdy no­sił odrębny tytuł: Kraj lat dziecinnych, Będziem Pola­kami i inne, każdy był odrębną kompozycją czytanek i rycin. I jedne, i drugie były zamawiane specjalnie u pisarzy i artystów, co było wielką nowością: dotych­czasowe wypisy do nauki języka polskiego posługi­wały się materiałem czerpanym z książek, utworami dawnymi, często przestarzałymi w formie i treści, tu zaś młodzież dostawała do rąk książki świeże, mówią­ce językiem jej czasów, tematycznie bliskie jej uczu­ciom i wyobrażeniom.
Spotkały się one z entuzjastycznym przyjęciem. Przez długi czas, ilekroć zachodziłem do Ossolineum, podawano mi teczkę z wycinkami prasowymi, wiele z nich pochodziło z czasopism zagranicznych, które nie miały dość słów pochwały, i każdy artykuł kończył się apelem do pedagogów danego kraju, by wzięli sobie przykład z Polski.
W środowisku literackim redaktorzy wywołali wiel­kie poruszenie. Zamówienia na wiersze i opowiadania spadały nieoczekiwanie na starych i młodych autorów, wielu z nich nigdy nie myślało, że mogą się podjąć takiej pracy, niejeden przyjmował to z zakłopotaniem albo wręcz kwaśno i z dąsem, że to niby tak nie można, że się nie godzi tak obcesowo wpadać do pracowni pi­sarza z urojonymi żądaniami, powoli jednak swary ucichały, podnieceni redaktorzy zapewniali, że słyszą skrzypienie piór w domach autorów, rozsianych po ca­łej Polsce. Rzeczywiście rękopisy potulnie układały się w ich tekach, na co niemały wpływ miały i przeka­zy Ossolineum na honoraria wcale nie do pogardzenia.
Lecz w gruncie rzeczy rozstrzygała myśl, że tworzy się coś nowego i pięknego dla nowej szkoły polskiej. Dawne podręczniki tego rodzaju układano przeważnie w ten sposób, że wybierano lub pisano rzeczy w możli­wie najprostszym stylu bezbarwnym, banalnym, omija­jącym każdą przenośnię, każde rzadsze słowo. Tutaj nie krępowano nawet najkunsztowniejszych stylistów. Oni sami rozumieli, że nie wolno im przemawiać baro­kiem zdań wykręconych i cudacznych, ale ile mieli za­sobu słownictwa, ile znali rozmaitości i odmian naszej cudownej mowy, tyle ich użyli do tych opowiadań dzie­cinnych, które przez to nabrały dziwnej siły i rozma­chu. Od pierwszej klasy mógł uczeń poznać lub przeczuć bogactwo polskiego języka i sromotną nędzę tej „mowy potocznej”, którą wieloletnie niedbalstwo wypełniło śmieszną czeredą obcych wyrazów. Zdaje mi się, że to było planowo zrobione, albowiem już w Kraju lat dziecinnych znalazła się prześliczna próba wprowadze­nia młodych czytelników nawet w najświętsze tajemni­ce języka – w jego rodzenie się, dobę powstawania słów. – Zboże Rostafińskiego zawierało kilka przy­kładów dojrzewania wyrazów, wyrosłych wprost z zie­mi. Bez pedanterii, z okiem zwróconym jakby tylko na samo zjawisko przyrodnicze, wpośród szumiących ła­nów, poddawało się dziecku myśl o zmiennym życiu słów, którymi przywykło posługiwać się jak czymś ko­niecznym, dokonanym i wiadomym.
Niektórzy z autorów tak się w tych wypisach za­domowili, że z biegiem lat uzbierały się im całe zbiory opowiadań, tak było u Kadena, tak było i u mnie: po latach wydałem tom pt. Trzy znaki Zodiaku, złożony w całości z opowiadań przeznaczonych do wypisów Balickiego i Maykowskiego. Nie miały one już wtedy swej pierwotnej kompozycji: uległy gwałtownej zmia­nie wskutek zmiany programu gimnazjum i liceum, który sprzągł język polski z historią. Trzeba było cały materiał, tak umiejętnie dobrany i ułożony, rozbić na cztery tomy pod wspólnym tytułem Mówią wieki. Znów odbywały się narady, znów szły listy i zamówienia do pisarzy, bo trzeba było wypełnić luki, jakie powstały przy tej przebudowie. Podręczniki wyszły i z tej próby zwycięsko, Mówią wieki zdobyły sobie trwałe uznanie. Myślę o ich powstawaniu ze wzruszeniem, bo niewiele rzeczy z zakresu książek szkolnych może się poszczy­cić tak szlachetną historią, gdzie wiedza, doświadczenie i zapał tworzyły szczególną atmosferę, godną Ossoli­neum i jego tradycji.


*    Tekst pochodzi z: Jan Parandowski, Wspomnienia i sylwety, wyd. II, Ossolineum, Wrocław 1969.