Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Jolanta Flach, LWOWIACY W ZAKOPANEM

Beztroskie dzieciństwo we Lwowie
Zakopane to miasto, w którym po wojnie swe miejsce znalazło wielu lwowiaków. Do nich należy Kamila Brzeczka z domu Radziszewska. Lwów opuściła w 1939 roku jako piętnastoletnia dziewczyna i nigdy już do niego nie wróciła.
Pani Kamila urodziła się przy ulicy Badenich i tam mieszkała do wybuchu drugiej wojny światowej. We Lwowie zdążyła ukończyć szkołę powszechną. – Chodziłam do szkoły Marii Magdaleny. Byłam dumna z tej szkoły, bo została odznaczona Krzyżem Virtuti Militari za obronę Lwowa – opowiada. – W tym czasie mój przyszły mąż uczęszczał na Politechnikę Lwowską i na pewno musieliśmy się w drodze mijać, ale poznaliśmy się dopiero tutaj. Gdyby ktoś mi powiedział, że kiedyś będę mieszkała w Zakopanem, to bym mu odpowiedziała, że jest durnowaty. Ta ja wolałam do Worochty jechać niż do Zakopanego – podkreśla.
Kamila Brzeczka zapamiętała Lwów z czasów swojego dzieciństwa i wczesnej młodości. Do dzisiaj wspomina szkolne wycieczki do biblioteki i muzeum Dzieduszyckich. – To mi zostało na całe życie – twierdzi.
Ulica Badenich znajdowała się blisko katedry św. Jura, gdzie na placu przed kościołem odbywały się słynne jarmarki. – Lubiłam tamtejsze odpusty, bo były dla mnie wielką atrakcją – zapewnia moja rozmówczyni. – Obchodzono wtedy jakieś ruskie święta. Była zabawa, grała muzyka. Pamiętam, że za pięć groszy można było nakupić dużo kolorowych pierników. Później w domu dostawałam lanie, bo buzię miałam czerwoną albo zieloną od lukru. Mama bała się, żebym się nie zatruła. Ale żyję do dziś – żartuje.
Pani Kama, przeglądając album z lwowskimi fotografiami, przypomina sobie beztroskie dzieciństwo. Jak twierdzi, był to dla niej najpiękniejszy okres życia. Po wojnie spośród swoich koleżanek miała kontakt jedynie z Danutą Schiele, córką zakopiańskiego wytwórcy nart, która we Lwowie uczęszczała do szkoły. Teraz przebywa w Genewie.
Na wakacje Kamila Radziszewska wyjeżdżała do ciotki, która w Zaleszczykach prowadziła pensjonat, lub do Jaremcza na Huculszczyźnie. – Bardzo miło wspominam Hucułów – mówi. – Ubierali się w piękne stroje. Do dzisiaj zapamiętałam kąpiel w Prucie i jazdę na konikach huculskich – dodaje.

Za pan brat
Lwów to miasto wielu kultur. Obok siebie mieszkali Polacy, Rusini, Żydzi. – Kolegowałam się ze wszystkimi – podkreśla. – Kiedyś przyszła do mnie koleżanka Żydówka, abym dała jej do zjedzenia kotleta, bo była ciekawa, jak smakuje wieprzowina. Ja wtedy nie wiedziałam, że ich religia im tego zabrania. U nas w domu przez wiele lat służącą była Rusinka – dodaje. Lwowianka twierdzi, że najlepsze wyroby nabiałowe produkowała ukraińska spółdzielnia mleczarska „Sojuz”. A najlepsze śledzie kupowało się w żydowskim sklepie u Szrajberki.
„Czy bogacz, czy dziad tu są za pan brat” mówi jedna z lwowskich piosenek – z sentymentem wspomina pani Kama. – W naszej kamienicy mieszkał rektor Uniwersytetu Lwowskiego, prof. Bulanda. Miał córkę, która uczyła się w Sacre Couer, najbardziej ekskluzywnej szkole, gdzie językiem wykładowym był francuski. A mój ojciec pracował jako urzędnik w dyrekcji kolei, więc w stosunku do pana rektora – zdawać by się mogło – był niczym. Nie robił jednak żadnych różnic, a z jego córką byłyśmy dobrymi koleżankami, tak jak w piosence – mówi.

Na Łyczakowie
W dzień Wszystkich Świętych mała Kama wraz z rodzicami chodziła na cmentarz Janowski, bo tam byli pochowani jej dziadkowie. Za to w Zaduszki cała rodzina Radziszewskich – a był to dzień wolny od nauki i pracy – odwiedzała groby na Łyczakowskim. – Pamiętam jak w pewien Dzień Zaduszny lało jak z cebra, więc włożyłam kalosze – przypomina sobie. – Nie wiem, kiedy to się stało, ale jeden z kaloszy został w błocie na cmentarzu, a ja wróciłam do domu tylko w jednym bucie. Bardzo lubiłam chodzić na Cmentarz Łyczakowski, bo rodzice opowiadali mi o artystach, którzy rzeźbili nagrobki – opowiada.

Na ratunek
Po chwili śmieje się i mówi: – A teraz opowiem, jak potrafi zachowywać się dziewczynka z dobrego domu. Przed wojną we Lwowie było wielu hyclów. Pewnego razu taki rakarz zatrzymał się koło naszego domu i gonił z lassem jakiegoś psa. Tymczasem podbiegłam do wozu i zwolniłam wszystkie zwierzęta. Psy wybiegły z jazgotem, a ja w nogi, aby zdążyć schować się w bramie. Ile później usłyszałam przekleństw!

Ucieczki
Pani Kama wraca pamięcią do 1939 roku. Kiedy zaczęła się wojna, razem z ojcem – matka już wtedy nie żyła – przebywała w Zaleszczykach u ciotki. Przy sobie miała jedynie niewielką walizeczkę. –17 września do pensjonatu przyszedł jakiś pułkownik i oznajmił, że rano wkroczyli bolszewicy – wspomina. – Nie mieliśmy przy sobie paszportów, a trzeba było uciekać. Nie wróciliśmy już nigdy do Lwowa. Chociaż ojciec urodził się w Czerniowcach i do tego czasu została tam babcia i wujek, to nie mogliśmy się u nich zatrzymać. Musieliśmy się udać do rdzennej Rumunii. Przez dwa lata chodziłam tam do gimnazjum i uczyłam się rumuńskiego – twierdzi. Później los rzucił ich do Francji, skąd ponownie wrócili do Rumunii. A kiedy i stamtąd trzeba było uciekać, zatrzymali się w Łupkowie, gdzie ojciec pani Kamili pracował w charakterze zawiadowcy stacji kolejowej. W 1944 roku Niemcy próbowali ich wywieźć, lecz udało im się zbiec z transportu i nieoczekiwanie znaleźli się na Słowacji, ale po wkroczeniu Niemców wrócili do Polski.

Droga do Zakopanego
– Później zaczęłam pracować na kolei, musiałam zdać maturę i rozpocząć studia w Krakowie – pani Kamila opowiada dalsze swoje losy. – Przypadkowo natrafiłam na zdjęcie Danusi Schiele i napisałam do Zakopanego. Był to list pisany trochę na wariata, bez dokładnego adresu. Po jakimś czasie dostałam odpowiedź od jej matki z zaproszeniem do Zakopanego. Przyjęłam je, bo lubiłam chodzić po górach – wspomina. Po jakimś czasie pani Kamila przeniosła się z Krakowa do Zakopanego. Zaczęła pracować w PKL-u i zamieszkała w służbowym pokoiku. Później założyła rodzinę i w Zakopanem mieszka do dzisiaj.
Pani Kamili nie pozostały żadne pamiątki ze Lwowa. Fotografię matki dostała od wuja. Od 1939 roku nie widziała Lwowa. – Nie takie rzeczy się traci – stwierdza na koniec.