Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Aleksander Świstun, WSPOMNIENIA PODOLSKIE (4)

Babka z Żerebek miała ośmioro dzieci, cztery córki, w tym moją matkę i tyleż synów, a wśród nich dwóch moich ukochanych wujów – Włodzimierza i Bolesława. Wuj Włodzimierz wysoki, bardzo przystojny brunet, atletycznie zbudowany mężczyzna, służył we Wiedniu, w arystokratycznym pułku białych dragonów1. Oficerowie tego pułku byli odkomenderowani na bale dworskie, cesarskie, gdzie stali pod ścianą, a różne młodsze i starsze arcyksiężniczki posyłały swoich adiutantów do wskazanych przez siebie delikwentów i kazały siebie prosić do tańca. Taka hiszpańska etykieta obowiązywała na dworze Habsburgów. Wuj wychowany na wsi, od dziecka świetnie jeździł konno, był nauczycielem jazdy w wiedeńskim instytucie konnej jazdy „Reitlehreinstitut”. Absolwenci tej uczelni rozjeżdżali się po całej Austrii i jako nauczyciele byli zatrudniani. Widziałem go nieraz jeżdżącego konno. Z surowego konia po godzinie musztry robił konia na pokaz. Wuj kupował sobie konie, jednak konie miał średnie, skromne środki nie pozwalały mu na zakup bardzo drogiego.
Brat stryjeczny Włodzimierza – Władysław Fedorowicz jedynak, syn Adriana z Okna, magnat, mieszkał w pałacu i miał 10 tys. morgów ziemi oraz 4 tys. lasów, dał w prezencie Władysławowi wspaniałego konia, kupionego za niesłychaną, jak na owe czasy, cenę 4 tys. guldenów, tj. 2 tys. dolarów, aby ród Fedorowiczów mógł godnie reprezentować. Władysław Fedorowicz należał do Austriackiej Izby Panów2, gdzie należeli świetnie prezentujący się, wybierani przez cesarza, przedstawiciele najwyższej arystokracji. Podarowany koń był rzeczywiście wspaniały, na wyścigach bywał pierwszy, na przeszkodzie też pierwszy, a w ogóle cudo! Pewnego razu, na polowanie wyjechał Cesarz Franciszek Józef (1830–1916), na wspaniałym, specjalnie ujeżdżonym koniu. Do cesarskiej asysty wybrano 10-ciu najlepszych na koniach oficerów, w tym wuja Włodzimierza. Cesarz jechał na przedzie, a za nim w odległości 10-ciu metrów oficerowie i pod żadnym warunkiem nie wolno było wyprzedzić Cesarza. Raptem wyskoczył lis, Cesarz wspiął konia i ruszył galopem za nim. Wówczas wuj poczuł, że koń jego zaczyna ponosić i mimo swej atletycznej siły nie jest w stanie zatrzymać go. Dopędził Cesarza, który oglądnął się zdziwiony, co to za śmiałek tak blisko jedzie, ale zorientował się w sytuacji i wolno zatrzymał swego konia, a koń wuja leci dalej i dalej aż w pełnym galopie wpadł na podwórze koszarowe na przedmieściu Wiednia. Zatrzymał się dopiero w stajni przed żłobem i kiedy zmęczony zszedł z konia, nadjechał Cesarz ze świtą. Wszedł do stajni, poklepał konia i z miną znawcy powiedział „Dumkoller” (koń, który dostaje szału i jest nie do powstrzymania). Wszystko skończyło się dobrze, bez raportu karnego, a wieczorem na balu wuj był rozchwytywany przez różne arcyksiężniczki i musiał mniej lub bardziej udane odrośla rodu Habsburgów obtańcowywać. Temu nauczycielowi konnej jazdy też przytrafił się przykry wypadek. Wuj w 1910 roku przeniesiony został do Lwowa jako rotmistrz ułanów. I kiedy wracał z niedzielnego spaceru do domu, w centrum miasta, pod hotelem George’a, koń przestraszył się chmary wróbli, która raptem frunęła z pod kopyt. Koń skoczył w jedną stronę, a wuj zwalił się w drugą, wprost do kałuży. Publika zaśmiewała się, ale flegmatyk wuj, wstał poklepał konia po szyi, podał mu wyciągnięte z kieszeni kostki cukru i przy oklaskach widzów wsiadł na konia i odjechał dalej. Świadkowie tego zdarzenia spodziewali się, że wuj ze złością będzie ćwiczył konia, a nie takiego dżentelmeństwa. W 1939 roku wuj zginął tragicznie na Łyczakowskiej we Lwowie. Zaczepili go Rosjanie, wuj zaczął się z nimi szarpać, ale było ich kilku, obrabowali i pobili go tak dotkliwie, że po paru dniach w szpitalu zmarł.
Drugi wuj – Bolesław, był zupełnie innym typem człowieka. Kiedyś, gdy miał 7 lat przypatrywał się w Żerebkach jak chłopi robili zapasy lodu na lato. Do głębokiej jamy, wykopanej w cieniu drzew, korytem zsuwano duże bryły lodu, a po napełnieniu jej, przykrywano grubą warstwą słomy. W ten sposób lód trzymał się całe lato. Jesienią jamę czyszczono, wyścielano gałęziami i w zimie wkładano nowy lód. Obaj wujowie Bolesław i Włodzimierz przyglądali się jak to się odbywa. Ich domowym nauczycielem był Ignacy Daszyński3, wówczas biedny student prawa lwowskiego uniwersytetu. Ignacy Daszyński, aby lepiej widzieć wszedł do koryta i zaglądał do środka lodowni. Wtedy Bolek i Włodzio chwycili bryłę lodu i spuścili po pochylni koryta. Bryła podcięła nogi nauczycielowi i była szalona frajda. Gdy dziadek dowiedział się o tym zdarzeniu, sprał ich obu, a panu Daszyńskiemu kupił nowe spodnie. Wuj Bolesław po latach pokazywał mi ten długi cybuch, którym dostał lanie. Cybuch ten ustawiony na specjalnym stelażu, wraz z ukochaną własnej roboty laską i obok starej strzelby jednorurki nabijanej od góry, dla tradycji po śmierci dziadka, stał na honorowym miejscu. Strzelby tej nikt wcześniej nie ruszał, bo nie wiedziano, czy w środku jest nabój z prochem czy nie. Była ona marzeniem każdego z nas – małych chłopców. Kiedyś jeden z kochanych wnuczków chwycił strzelbę i straszył nią babcię, na co ona powiedziała, aby nie mierzył do niej, ale by strzelał sobie do pieca. Posłuszny wnuczek skierował długą jednorurkę w kierunku pieca, pociągnął za cyngiel, huknął strzał i piec rozleciał się na drobne kawałki. Babka zemdlała, wnuczek pchnięty siłą odrzutu upadł, a jednorurka z tryumfem dymiła po ostatnim swoim wystrzale.

 

W 1900 roku, kiedy miałem siedem lat, do Tarnopola przyjechał wuj Bolesław i kazał mi zwolnić się ze szkoły i jechać z nim do Żerebek. Poszedłem do dyrektora, pana Michałowskiego4 – dziadka prof. Kazimierza Michałowskiego5, sławnego archeologa z Warszawy i powiedziałem: „Wujcio Bolcio kazał mi zwolnić się i jechać do Żeberek”, a na to dyrektor „Aaaa – jak wujcio mówi, to trzeba słuchać wujcia, więc jedź”. Przygotowania do wyjazdu trwały krótko i po obiedzie wyjechaliśmy. Parą gniadych koni, zaprzężonych w porządne półszorki (rodzaj uprzęży skórzanej lub parcianej) ciągnęły lekki żółty wózeczek i szybko minęliśmy Smykowce i za Borkami Wielkimi wjechaliśmy w gęsty las. Podolska gleba rozmiękła po wiosennych deszczach i pod górką w lesie konie znarowiły się i mimo razów batogiem, aż do złamania biczyska, konie nie chciały ruszyć dalej. Wuj wpadł w pasję i zawołał: „Michał, dawaj słomę”. Michał zeskoczył z wozu, zerwał snopek suchych traw i czeka. Wtedy wuj polecił podłożyć koniowi pod brzuch słomę, podpalić i szybko wskoczyć na wóz. Michał spełnił rozkaz wuja. Do dziś widzę wpierw ten żółty dymek, potem płomyk coraz większy i większy, poczuliśmy swąd spalonej sierści, koń przysiadł i wierzgnął, ale gdy go dobrze przypiekło skoczył, porwał wózek jak piórko i galopem nie tylko wjechaliśmy na górę, ale i dalej, na równej drodze długo wuj mocował się zanim zatrzymał rozhukane konie. Później, gdy tylko koń chciał znarowić się, wystarczyło wiecheć słomy położyć pod brzuch, a koń ze strachu ruszał jak szalony. Wieczorem dojechaliśmy do Żerebek. Wtedy gospodarował tam wuj Bolesław z babcią. Była jeszcze w domu najmłodsza ciocia Julia, więc ja opływałem we wszystko, bo byłem „hercpinkiel” babci. Stary służący Feliks zawsze rano dawał mi śniadanie, pyszną kawę i domowe bułki, a też spełniał moje chłopięce życzenia – sznurek, gwoździe, czy nożyk. Było mi tam bardzo dobrze, a chcąc jeszcze sprowadzić tam siostrę Mimę, napisałem kartkę: „Kochana Mimo, przyjedź koniecznie, babcia ma małe dziecko” i pomimo tak frapującej wiadomości dopiero za miesiąc, na Wielkanoc zobaczyłem się z rodzeństwem.
Wiosna była ciepła i piękna, po wielkanocnym śniadaniu całe liczne towarzystwo wyszło na ganek, a brat babci – dziadek Kazimierz Stopczyński, będąc „pod dobrą datą”, poszedł na wprost przez gazon do oficyn, gdzie w gościnnych pokojach spali mężczyźni. Po drodze idąc zygzakiem potknął się i upadł. Ciocia Julia podbiegła chcąc swego wuja podnieść, ale dziadek Stopczyński ważył 130 kilogramów, więc 18-letnia Julia na darmo szarpała i próbowała go podnieść, pomimo uwag dziadka: „Nie podnoś mnie, nie natężaj się dziecko, ja jestem ciężki”. Ale uparta ciocia nadal szarpała. Skutek tej szarpaniny był do przewidzenia. Po świątecznym obżarstwie i piciu coś bardzo głośnego „wypsnęło się” dziadkowi, który swoim basowym głosem powiedział: „Mówiłem ci dziecko, nie natężaj się, a nie chciałaś słuchać”. Ma się rozumieć całe towarzystwo w śmiech, a ciocia z okrzykiem: „To nie ja, to nie ja” uciekła zapłakana do swego pokoju.
Tego samego dnia, w pierwszy dzień Wielkanocy, przy wtórze dzwonów kościelnych, cichaczem porwałem flobert wuja, nabiłem kulą i z ganku do wróbla strzeliłem. Wróbel jak gruszka spadł z drzewa, a ja poleciałem do babci z tryumfem i zamiast spodziewanego zachwytu, babcia powiedziała: „Fe, przecież ten wróbelek także chciał żyć”. Zrobiło mi się żal, więc wykopaliśmy z siostrą piękną mogiłkę i uroczyście, w obecności księdza, którym był nasz brat, pochowaliśmy wróbelka.
Mój dziadek – Alojzy i Wiśki dziadek – Antoni mieli też brata Jana6. Jan Fedorowicz był właścicielem majątku w Oknie koło Grzymałowa miał dwóch synów Kazimierza i Tadeusza, którym zostawił ogromny majątek. Starszy, Tadeusz, mieszkał w Klebanówce 10 km od Podwołoczysk7. Był świetnym gospodarzem. Natomiast Kaziuńcio był jednym z tych kawalerów, którzy posiadali szlachecką fantazję. U siebie w Szlachcicach koło Tarnopola, powystrzelał wszystkie koty, bo jak twierdził, lubił wiosną słuchać śpiewu słowików. Poza tym, dzielnie poprawiał rasę miejscową, a kochał się i to nie tylko kochał w swej bratowej, hrabiance z domu Pankratiew. Kochany Kazio był niezwykle przystojny, konno jeździł jak nikt, pięknie śpiewał, a na balach był wspaniałym aranżerem. Jedną figurę w mazurze zaaranżował: „Panowie czwórką na koniach!” I czterech panów pod wodzą Kazia konno wjechało na pierwsze piętro hotelu Puntscheta, a potem każdy pił szampana z pantofelka swej tancerki. Panny szalały za Kaziem, a Kazio nurzał się w szaleństwach młodości. Ale raz brat Tadeusz przyłapał go ze swoją żoną na gorącym uczynku. Odbyła się krótka rozmowa, a że Kazio swój majątek stracił, więc dostał coś na drogę i pojechał do Australii. Tadeusz ze względu na dzieci nie rozwiódł się z wiarołomną żoną. Mieszkali nadal pod jednym dachem, a sam z tym większym zapałem pracował. Był jednym z najlepszych gospodarzy. Dokupił dwa majątki. Stawiał piękne budynki, zbudował gorzelnię. A też był wzorem uczciwości i pracowitości.
Po kilku latach powrócił z Australii odmieniony Kazio, z obietnicą, że już nigdy więcej nie będzie widywać się z bratową. Osiadł we Lwowie, gdzie zaczął pracować jako inspektor hodowlany w Towarzystwie Kredytowym Ziemskim. Napisał książkę – 42 dni okrętem z Australii do Europy. Pensję miał dobrą, a że stary nie był, więc i fantazja powoli wróciła. Żyła we Lwowie pani Stefania tertio voto Górska, która gdy pochowała trzeciego męża została jeszcze młodą, ponętną i bardzo bogatą wdówką. Nigdy nie była ładną, ale miała w sobie coś pikantnego. Można się o tym przekonać oglądając portret stryjenki Tefuni namalowany przez Witolda Pruszkowskiego. Portret ten eksponowany jest w krakowskim muzeum z napisem „Portret pani F”. Wkrótce Tefunia została panią Fedorowiczową i przyniosła Kaziowi w posagu kilka kamienic we Lwowie (na Chorążczyźnie, boczna ulicy Akademickiej), ładną gotówkę w banku oraz jeszcze ładniejszą biżuterię, a zwłaszcza parę butonów (kolczyki) niewidzianej przeze mnie wielkości i blasku. Były to brylanty o średnicy 1-go centymetra każdy o wspaniałym niebieskim odcieniu. Pewnego razu, gdy wujostwo przechodzili ulicą w Karlsbadzie8, jakiś opryszek nagłym ruchem wyrwał z ucha jeden kolczyk i zaczął uciekać, ale wujek Kazio złapał złodzieja, dał mu porządne lanie i oddał w ręce policji. Uszko Tefuni zarosło, ale kolczyki nosiła już tylko od święta i nigdy na ulicy. Mieszkali przy ulicy Chorążczyzny w swojej kamienicy, gdzie mieli 5 pokoi: jadalny, salon, salonik Tefuni, sypialnię i gabinet wuja. Każdego roku tapicer wykładał podłogi nowym zielonym suknem, drapował firany, portiery itd. Malarze malowali ściany, a potem zawieszało się ogromne obrazy jej kuzyna Witolda Pruszkowskiego: „Wiosna”, „Pochód na Sybir”, „Spadająca gwiazda”, „Portret psa” oraz wiele innych. Płótna te po śmierci wujostwa oddane zostały do muzeum we Lwowie. Z wyjątkiem portretu wujenki Tefuni, gdzie są teraz pozostałe obrazy – nie wiem.
U wujostwa, co jakiś czas były urządzane przyjęcia, a ich nieodmienny porządek był taki: co najmniej dwa dni wcześniej przychodził lokaj Michał z biletem zapraszającym na sobotę. Szło się o piątej, oczywiście w gali. Michał zdejmował palta i otwierał drzwi do salonu. Tam bawiono się rozmową. Wiśka obowiązkowo musiała coś zagrać na wspaniałym Steinway’u, a ja śpiewać. Po komplementach, że mam bardzo dobry głos, że powinienem uczyć się i zostać śpiewakiem, Michał otwierał drzwi do jadalni z sakramentalnym „Podano do stołu”, a tu kawa z czekoladą, domowe bułeczki, wspaniały tort. Potem szło się do pokoju wuja i zasiadało się do labeta. Zawsze staraliśmy się, aby wuj wygrał choćby jednego czy dwa złote, bo gdy przegrywał to tracił humor. Natomiast, gdy wygrał, to w swoim gabinecie, na stojąco częstował cytrynówką sprzed dwudziestu czy trzydziestu lat. Musieliśmy też zachwycać się kotką, a wujenka zawsze mówiła nam, że małych kociaków nikomu nie oddałaby, ale nam da. Wymówić się nie było można, więc wracaliśmy do domu z kotkiem. Po jakimś czasie kotek gdzieś znikał, a my byliśmy wolni. I znów kolejna wizyta, labet, zachwyty, stwierdzenie, że nikomu nie da, ale nam da i wracaliśmy do domu z nowym kotkiem. Jednak wszystko ma swój kres. Kiedy Tefunia szła do kuchni zadysponować obiad, upadła na progu i zanim kucharka ją podniosła, ona już nie żyła. Po 3-ch miesiącach zmarł też wuj, na jakieś zapalenie i tak miły dom przestał istnieć. Cały majątek odziedziczył syn – Sasza Fedorowicz.
Podole to piękny kraj, który mimo wielkiego ogólnego zacofania ludności, swoim pięknem przyciągał i przygarniał w swoje stepy, różnych rozbitków w tym też powstańców z 1831 i 1863 roku, uciekinierów politycznych z carskiej Rosji i wszystkich innych, którzy chcieli ukryć swoją polityczną czy narodową tożsamość. Jednym z takich był Piotr Dulski uczestnik powstania z 1831 roku. Miał majątki w Królestwie9, ale musiał uciekać z Rosji i tu w Małopolsce, był zarządca majątku, potem siedział na małej dzierżawce, gdzie usługiwała mu stara gosposia. Był kawalerem i dżentelmenem w każdym calu, świetnie tańczył, strzelał, pił, a przy tym był bardzo gościnny, to też na spotkaniach u pana Dulskiego nie jedna butelczyna pękła, a zabawiano się za zwyczaj przez kilka dni z rzędu. Do wszystkich nowobogackich, którzy posługiwali się językiem francuskim, gdyż po polsku było nieelegancko, wysyłał wizytówki z napisem „Pierre Dulski”, a kiedy po nagłej chorobie zmarł, gosposia dała znać sąsiadom i w dzień pogrzebu cała okolica zjechała się, aby oddać ostatnią cześć zmarłemu. Goście hucznie zabawiali się w jadalnym pokoju, a w salonie na katafalku wśród zapalonych świeczek leżał pan Dulski. Dla pewności, aby się coś nie zapaliło, przy zwłokach siedziało czterech chłopów, którym aby przez cały czas czuwali, dano pieniądze i karty do gry. Jednak w nocy pan Dulski obudził się, bo okazało się, że był w letargu. Szybko zorientował się, co stało się, zlazł cichutko z katafalku, czego rozgorączkowani grą chłopi nie zauważyli, stanął nad nimi i zapytał: „Komu szczęście sprzyja?” Wystraszeni chłopi przez okno wyskoczyli, a on otworzył drzwi do jadalni i stanął. Stojący we drzwiach umrzyk we fraku, zrobił niesamowite wrażenie i wtedy stypa zmieniła się w bal. Tańczono i pito trzy dni! Po latach Piotr Dulski umarł naprawdę, ale nie uwierzono mu – mówiono, że teraz też udaje. Takich wygnańców jak pan Dulski wielu było na Podolu. Wżyli się w społeczeństwo i w drugim, czy trzecim pokoleniu zapominano gdzie są ich rodzinne strony.
Ale nie zawsze ta wieś była wesołą, zieloną oazą na Podolskim stepie. Szczególnie zimą, gdy śniegi zakryły miedze i drogi zasypały, inaczej kochane Podole wyglądało. Nikt z domu nie wyjeżdżał na noc, bo błądzenie po stepach, przy mrozie i wichurze nie było bezpieczne i nie należało do przyjemności. Każdego roku ktoś gdzieś zamarzał wraz z końmi na śmierć. Już lekki wiaterek powodował ruch cząsteczek śniegu, który sunął i natychmiast zasypywał wszelki ślad. Nawet w księżycową noc nie można było swoim śladem wrócić, a jednostajna biel śnieżnej pokrywy łudziła, nużyła i dezorientowała każdego. Czasem widoczny gdzieś daleko wielki czarny przedmiot okazywał się małą grudką ziemi wrzuconej przez kreta, a zeschły badyl na miedzy wydawał się drzewem. Jeździło się wtedy małymi konikami, bo duże, ciężkie zapadały się w śniegu po brzuchy. Małe konie miały jeszcze dodatkową przewagę, że jako tamtejsza rasa z natury swojej, głowy trzymały nisko i swoje ślady węchem, jak psy rozpoznawały. Trzeba było wtedy lejce puścić wolno, a te poczciwe stworzenia zawsze gdzieś do ludzi trafiły. W taką to porę do mojego dziadka w sobotę przyjechał ksiądz na wista. Grali do późna i około północy ksiądz pożegnał się i swoimi sańmi, małymi konikami odjechał. Przy pożegnaniu furman chciał wyciągnąć źdźbła słomy z sań i zaczął coś mamrotać pod nosem. Ksiądz zorientował się, że to jakieś zabobony i nie pozwolił na żadne czary, i do woźnicy powiedział „ nie wstyd ci Iwanie, przecież wieziesz duchowną osobę” i odjechali. Tymczasem dziadek rozebrał się, położył się do łóżka i przy świeczce czytał książkę, aż tu raptem słyszy dzwonki sań. Ktoś zajechał przed dom. Wyskakuje z łóżka, wybiega na ganek i patrzy, kto przyjechał? – Ksiądz, który przed pół godziną odjechał. „Panie marszałku, ten głupi Iwan zbłądził. Mamy 4 kilometry do domu, a on zbłądził, ale już jedziemy, dobranoc panie Marszałku”. I odjechali. Na dworze ciemna, grudniowa noc i gęste chmury na niebie. Dziadek wrócił do ciepłego pokoju, zgasił świece i zasnął. Po jakimś czasie znów zbudził go dźwięk „dźyń, dźyń”. Poznał, że to sanie księdza. Znów wychodzi na ganek, a wściekający się ksiądz mówi: „Taż to znów Żerebki, Marszałku proszę nie gniewać się, znów zbłądziliśmy. Ty głupi Iwanie, wyrzuć sobie te swoje trzy słomki, to może do domu trafimy”. Iwan z siedzenia wyciągnął, coś mamrotał pod nosem i z udobruchaną osobą duchowną, wywijając batem nad zmęczonymi konikami, odjechał. Jak się później okazało już bez przeszkód, dowiózł księdza do domu. Następnego dnia dziadek pojechał sprawdzić którędy to Iwan błądził z księdzem proboszczem. Okazało się, że koniki księdza kręciły się w kółko utartą w ciągu dnia drogą, którą parobcy wywozili nawóz na pole.
Innym razem, byłem już wtedy po maturze, mieliśmy polować w lasach pod Tarnopolem. Brat mój Włodzimierz, znany i zapalony myśliwy, był w tym czasie łowczym powiatu skałackiego. Brat miał przyjechać z Magdalówki swoimi końmi, a ja dojechałem z Tarnopola ze znajomymi. Czekamy i czekamy, aż w końcu doszliśmy do przekonania, że on nie przyjedzie, więc pojechaliśmy do lasów bez niego. Po skończonym polowaniu, gdy już siedzieliśmy w salonie u gościnnych państwa Romanowskich i omawialiśmy szczegóły dnia, jakieś sanie zajeżdżają pod ganek. Przyjechał mój brat, który od 7-mej rano błądził po stepach do godziny 4-tej po południu! Na 12-tu kilometrowej przestrzeni, w gęstej mgle po nocnej zadymce śniegowej. Ledwo żywe konie odstawiono do stajni, a my zostaliśmy na noc, bo strach było po nocy wracać. Takim potrafiło być nasze kochane Podole porą zimową, albo późną jesienią, gdy rozmokłe polne drogi niczym nie różniły się od pól zaoranych.
W styczniu 1907 roku, byłem wtedy w 4-tej gimnazjalnej, umarła moja babka z Żerebek. Pojechałem z rodzicami na pogrzeb. Zjazd był ogromny, samej rodziny było około 100 osób. Na cmentarzu grobowiec był już otwarty, więc podszedłem obejrzeć go z bliska. Składał się z dwóch pomieszczeń. W jednym pochowany był już dziadek Alojzy i przygotowane miejsce dla babci, a w drugim znajdował się grób księdza Fedorowicza i jeszcze kilka starszych grobów. Starzy ludzie nie pamiętali, kiedy i kto ten grobowiec postawił. Obok była stara drewniana cerkiewka uznana za zabytek. Nową murowaną cerkiew postawiono w innym miejscu jednak tak, że grobowiec Fedorowiczów był pod wielkim ołtarzem. Zobaczyłem rozsypane trumny, z niektórych tylko próchno zostało. Widziałem tam rozsypane kości, czaszki, a u jakiejś babki dobrze zachowane długie włosy i kawałek czarnej, jedwabnej sukni oraz podeszwy bucików. To moje pierwsze, naoczne zetknięcie się ze śmiercią i jej skutkami wywarło na mnie wielkie wrażenie. Przecież Oni kiedyś wszyscy żyli, bawili i smucili się, pracowali, chorowali i nic!… Tylko garstka prochu została po nich. Może nie byli wielkimi, sławnymi, ale z pewnością byli to uczciwi ludzie, a życiem swoim na miarę swoich możliwości kładli podwaliny bytu narodu. Przetrwali, zostawili swoje potomstwo, które jak miliony innych cicho rozsypie się w proch. A prawnuki i praprawnuki coś niecoś będą wiedzieć o nich, ale nie dużo, bo wszystko mija chciało by się dodać – jak sen!

Materiał opracował i komentarzem opatrzył Henryk Kleinrok, tarnopolanin

Przypisy
1 rodzaj piechoty dokonującej przemarsze na koniach
2 Izba Wyższa w parlamencie Austrii od 1861–1918 r.
3 Ignacy Daszyński (1866–1936) pseud. Żegota, przywódca PPS, działacz II Międzynarodówki, wicepremier, marszałek sejmu, po przewrocie majowym w 1936 roku – przeciwnik Józefa     Piłsudskiego
4 Emil Michałowski (1891–1919), dyrektor CK Seminarium Nauczycielskiego w Tarnopolu, poseł do Sejmu galicyjskiego, od 1915 roku – burmistrz Tarnopola
5 Kazimierz Michałowski (1901–1981), egiptolog, historyk sztuki, prof. UW, członek PAN, dr h.c. Uniwersytetu w Cambridge i Strasburgu, kierownik wielu ekspedycji archeologicznych w Azji i Afryce
6 Jan Fedorowicz jako uczeń Jezuickiego Gimnazjum w Tarnopolu wraz z kilkoma kolegami, a było ich 18-tu, brał udział w Powstaniu Listopadowym w 1830/31. W 1848 roku za przynależność w latach 1838–41 do „tajnych związków” został aresztowany oraz umieszczony w austriackiej „Tabella Criminalis” z 1848 roku. W 1857 roku w znaczny sposób przyczynił się do wybudowania nowego szpitala w Tarnopolu
7 Podwołoczyska, dawniej nazywane Chlebanówka, tutaj 28 kwietnia 1831 roku generał Józef Dwernicki  wraz ze swym korpusem – 712 oficerów i ponad 3,5 tys. żołnierzy, złożył broń przed austriackim generałem Fiodorem Rudigerem
8 Karlowe Wary – miasto w zachodnich Czechach, słynne zdrojowisko z gorącymi źródłami mineralnymi, osada założona przez Karola IV prawa miejskie w 1370 roku
9 Królestwo Kongresowe, Kongresówka 1815–1915, utworzona z ziem Księstwa Warszawskiego, po powstaniu listopadowym pod zaborem rosyjskim