Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Jan Perkowski, MOJE WSPOMNIENIA Z PIERWSZYCH MIESIĘCY WOJNY

Harcerze z RP na Cmentarzu Obrońców Lwowa, zdjęcie zbioroweLwów zaistniał w mojej – jako 5-letniego chłopczyka – świadomości po raz pierwszy, gdy wieczorem około 13-15 września 1939 r., gdzieś między Tomaszowem, Sokalem, Poryckiem lub pod Brodami, zobaczyłem żołnierzy polskiego oddziału – nie wiem – plutonu czy kompanii, stojących w szyku pod drzewami wysokopiennego lasu obok drogi, którą przejeżdżał wiozący mnie z Mamusią i niespełna 2,5-letnim braciszkiem samochód, wypełniony ponad miarę wojennymi uciekinierami. Żołnierze stali w polowym rynsztunku, wydaje mi się – jestem prawie pewny, że byli w hełmach. Chyba odpoczywali. Widać ich było w resztkach dziennego światła, a może padł na nich przyciemniony promień reflektora samochodu na jakimś skręcie drogi? Mama zapytana o zaobserwowaną scenę odpowiedziała, że są to żołnierze idący na odsiecz Lwowa. Obraz ten i nazwę Miasta zapamiętałem na zawsze.
Potem były następne dni ucieczki, aż na południe do Trembowli do miejscowości Zwiniacz, do której dotarliśmy wczesnym rankiem w sobotę 16 września. Zatrzymaliśmy się w należącej do Stanisława Reya pokaźnej leśniczówce, znajdującej się na skraju rozległej przyleśnej polany. Na niej oraz na łąkowym płaskowyżu koło pobliskiego folwarku Antonówka między Zwiniaczem a Budzanowem, niespodziewanie wylądowało po południu kilka polskich samolotów myśliwskich P-111. Prawdopodobnie były to 3 eskadry. Samoloty kołowały na brzeg lasu, gdzie niezwłocznie zostały przez lotników okryte gałęziami dla zamaskowania. Przyczyną lądowania było kończenie się paliwa. Przybyłym do leśniczówki pilotom, obecni tam cywile – głównie kobiety z dziećmi – spontanicznie dały absolutne pierwszeństwo w wyżywieniu i wypoczynku.

17 września 1939 r. nastąpił zbójecki napad bolszewicki na Polskę. Wiadomo, że był to tamtego września pierwszy dzień niepogody. Było pochmurno i padał deszcz. W chmurach nad leśniczówką od rana słychać był przeloty samolotów ze wschodu na zachód! Nasi piloci lornetowali niebo i w końcu wypatrzyli na skrzydłach rozpoznawcze znaki – czerwone, pięcioramienne gwiazdy. Telefonistka z Czortkowa także przekazała wiadomość o bolszewickiej agresji. Lotników ogarnęło przerażenie. Pozlewali resztę benzyny ze wszystkich samolotów do wybranych maszyn. Zdaje się, że zdecydowali lecieć po dwóch w samolocie, o ile to było w ogóle możliwe w kabinie myśliwców P-11? Jeszcze dzisiaj widzę ten start, chyba dwóch samolotów, po rozbiegu wznoszących się nad łąką, a następnie ciągnących nisko nad lasem i niknących na zachmurzonym niebie. O ile mi wiadomo, 5–6 pilotów, którzy nie odlecieli, jakimś zdobytym samochodem próbowało ucieczki, aby nie dostać się w ręce agresorów. Nie powiodła się ona i słyszeliśmy potem, że jednak zgarnęli ich sowieci2. Wzięci do niewoli znaleźli się zapewne w Kozielsku lub Starobielsku, dzieląc los jeńców tych obozów na wiosnę 1940 r. Co stało się z lotnikami, tymi którzy odlecieli, nie wiadomo. Jeżeli udało im się dolecieć do Rumunii, to następnie prawdopodobnie dotarli do Francji, a potem do Anglii, gdzie walczyli w polskim lotnictwie. Zapewne nie przeżyli, ponieważ z latającego personelu lotnictwa polskiego ocalał zaledwie jeden na pięciu w latach wojny3.
Po wtargnięciu do leśniczówki w Zwiniaczu, bolszewiccy napastnicy omal nie rozstrzelali natychmiast mojego wuja Włodzimierza Skarbek-Borowskiego, ponieważ miał przy sobie broń. W czwartym dniu po sowieckiej agresji, 20 września przenieśliśmy się ze Zwiniacza do niedalekiego Budzanowa nad Seretem, gdzie pozostaliśmy 10 dni. Mieszkaliśmy najpierw u państwa Reperowiczów, a potem koło zamku u pp. Gumowskich. W tym czasie na skrzyżowaniu szos w miasteczku zobaczyłem wolno sunące czołgi z ponuro wyglądającymi załogami. Przeląkłem się i uciekłem do Mamy. Z Budzanowa wczesnym rankiem w niedzielę 1 października, wyjechaliśmy furmankami zapewne do odległej o około 12 km stacji w Dereniówce, a może do oddalonej o 20 km Trembowli. Pamiętam ten przejazd przez rozświetlone porannym słońcem, mieniące się rosą i szronem, łąkowo-stepowe równiny Podola, z rozsnutymi na nich nitkami babiego lata. Stamtąd pociągiem, w towarowych wagonach, trawersem na południe od Tarnopola przez Chodorów, dojechaliśmy o godzinie 6-tej rano, w poniedziałek 2 października, do Lwowa. Pociąg nie dojechał do stacji. Zatrzymał się na torach, wydaje mi się, że około kilometr od widocznego w poświacie zamglonego poranka, ciemnego masywu dworca. W oczach mam, widziane z oddali, pewno od strony wjazdu pociągów, zarysy krytej hali peronów i może kopuły dworcowego budynku. Szliśmy do niego piechotą przez zryte lejami po lotniczych bombach i artyleryjskich pociskach torowisko z powyginanymi, skręconymi przez wybuchy szynami. Dotarcia do zabudowań dworcowych i przejścia przez nie, nie pamiętam. Obchodząc zapewne z zewnątrz stacyjne budynki, wyszliśmy do miasta. W mieście zobaczyłem wtedy kościół z wielką dziurą, wybitą armatnim pociskiem w jednej z bocznych ścian. Zrobiło to na mnie bardzo przykre, wstrząsające wrażenie. Czy był to, znany z pieśni, kościół św. Elżbiety? Wtedy, we Lwowie pierwszy raz usłyszałem Marsz strzelców lwowskich – W dzień deszczowy i ponury z cytadeli idą z góry szeregami lwowskie dzieci, idą tułać się po świecie … i pieśń ta zapadła mi w serce i w pamięć na całe życie.

We Lwowie przyjęli nas do siebie i inne jeszcze osoby z rodziny Ludwikowie Horochowie. Mieszkali oni przy ulicy Adama Chmielowskiego, ówcześnie pod 9-tym numerem. Izabela Horochowa była cioteczną siostrą mojej Matki.
Jako dziecko mało wychodziłem z domu do miasta będącego pod sowiecką okupacją. Przemawiały za tym względy bezpieczeństwa i moje wylęknienie, gdyż drugiego dnia wojny przeraziło mnie zbombardowanie w Przecławiu przez niemieckie samoloty pobliskiego mostu na Wisłoce. Pewnego więc razu, gdy szliśmy z Mamą ulicą i nisko przelatywał wielki sowiecki samolot transportowy, wyrwałem się z maminej ręki, uciekłem i w panice wpadłem do piwnicznego zejścia w podwórzu któregoś z domów. Mama jakoś mnie tam odnalazła. Z tych powodów miasto mało pamiętam. Przypominam sobie jednak, że w którejś, chyba znajdującej się na wzgórzach dzielnicy, ogromnie podobały mi się poprzerastane białymi żyłkami kwarcytów różowe kamienne płyty, którymi tam wyłożone były uliczne chodniki.
Już podczas październikowej bytności we Lwowie docierały do nas informacje i mówiło się o heroizmie wrześniowej obrony Polski. Pamiętam bezimienną wieść o żołnierzu – zapewne artylerzyście, który zniszczył w walkach kilkanaście, mówiono zdaje się, że 11 a może więcej niemieckich czołgów. Widzę także sylwetkę wuja Antoniego Jaroszyńskiego, ubranego jeszcze w polski wojskowy płaszcz już bez dystynkcji, bo ukrywającego się przed NKWD, żeby uniknąć aresztowania przez bolszewików.
Po ustaniu wrześniowych walk, we Lwowie znalazła się ogromna liczba przybyłych zewsząd uciekinierów z terenów ogarnianych niemiecką, a potem także sowiecką agresją. Poznałem wtedy córkę Henryka Sienkiewicza, Jadwigę Korniłowiczową i także jej czternastoletnią wówczas córkę Marię, zwaną w rodzinie Medzią. Były same. Mąż – zięć pisarza, pułkownik Tadeusz Korniłowicz już wtedy znajdował się w sowieckiej niewoli, o ile wiem pod specjalnym nadzorem z powodu, bezzasadnego zresztą, podejrzenia o przynależność i funkcje w polskim wywiadzie wojskowym. Był rodzonym bratem ks. Władysława Korniłowicza, znanego m.in. z podwarszawskich Lasek. Więziony następnie w obozie w Kozielsku, płk Korniłowicz od początku podlegał z wymienionych powodów szczególnemu represjonowaniu i odizolowaniu od pozostałych jeńców w oddzielnej części obozu. Został prawdopodobnie zamęczony lub zamordowany już wcześniej, jeszcze przed dokonaniem zbrodni katyńskiej.
Z córką i wnuczką Henryka Sienkiewicza jesteśmy spokrewnieni. Z tego powodu obie panie odwiedzały nas w mieszkaniu przy ul. Chmielowskiego. Wtedy, w październiku we Lwowie dojrzewały piękne kasztany i mnóstwo ich leżało wśród liści na ulicach. Był to jeden z nielicznych, dostępnych wówczas dla nas przedmiotów zabawy. Bardzo chciałem je mieć. Umówiliśmy się więc z Medzią, że pójdziemy wspólnie nazbierać dla mnie kasztanów. Gdy jednak trzeba było wyjść z domu na ulicę, przeważył mój wojenny lęk i nie odważyłem się na wyprawę z panienką. Więc wymyśliłem nie bardzo elegancką propozycję, aby poszła sama po kasztany i mi je przyniosła. Ona jednak, zapewne kierując się pedagogiką, odmówiła zebrania ich dla mnie bez mojego w tym udziału. Zostałem więc bez upragnionych do bawienia się kasztanów.
Inną spotkaną we Lwowie rodziną byli państwo Krzysztoporscy. Pan Zygmunt Krzysztoporski do końca 1938 r. był polskim Najwyższym Inspektorem Celnym w Wolnym Mieście Gdańsku. Mieli oni dwie córeczki, starszą Annę i moją rówieśniczkę Jadwigę – „Dzigę”, dziecinną partnerkę zabaw w Gdańsku, ponieważ nasze rodziny utrzymywały przyjacielskie kontakty. W 1939 r. pp. Krzysztoporscy przenieśli się do Lwowa. Z początkiem lata urodziło im się trzecie dziecko – synek Wojtuś. We Lwowie zastała ich wojna. Chyba dwa razy odwiedziliśmy rodzinę Krzysztoporskich w ich lwowskim mieszkaniu. Pamiętam, że bardziej niż zabawa z dziecinną przyjaciółką zauroczył mnie leżący w wózku maleńki, około 3-miesięczny chłopczyk, swoimi drobniutkimi paluszkami chwytający mnie za palec. Te jego paluszki tak mi się podobały i mnie wzruszały! Państwo Krzysztoporscy zostali w okupowanym Lwowie. W czerwcu 1940 r. sowieci wywieźli ich na Ural. Uwolnieni, przez Orsk i Buzułuk, dotarli do Buchary. W wyniku deportacji, jesienią 1941 r. zmarli najpierw w październiku Wojtuś, a potem w grudniu Anna. Córka Jadwiga ocalała dzięki odstępowaniu dla niej przez Jana Piłsudskiego racji żywnościowych i z rodzicami wydostała się w 1942 r. z Armią Polską do Persji (Iranu)4. Po wojnie osiedlili się w Anglii i Jadwiga została tam lekarzem.

Bardziej niż samo miasto, pamiętam epizody pobytu w okupowanym przez sowietów Lwowie. Już w październiku 1939 r. okupacja ta budziła grozę. Przypominam sobie jak moja Mama paliła w piecach wspaniałe, pięknie oprawne książki z domowej biblioteki Ludwika Horocha. Wiele lat potem Mama mówiła mi, że czyniła to ze ściśniętym sercem na prośbę gospodarza, obawiającego się nieobliczalnych represji za posiadanie tych „wrogich”, pewnie istotnie krytycznych względem komunizmu i bolszewizmu książek. Widać już wtedy odbywały się w polskich domach sowieckie najścia, rewizje i aresztowania bez możności ratunku.
Mieszkając prawie do wojny w zniemczonym wówczas Gdańsku, nie stykałem się z ludnością żydowską. Na podwórzu kamienicy, w której mieszkaliśmy we Lwowie, jedyny raz w życiu słyszałem nawoływania podwórkowych handlarzy żydowskich: handełe, handełe, handełe. Ich, akcentowane przeciągłym zaśpiewem na pierwszej sylabie brzmienie, nagle milknące, gdy dochodziło do jakiejś transakcji, pamiętam do dzisiaj.
Wojna, napływ uciekinierów, a zwłaszcza działania sowieckiego okupanta niezwłocznie spowodowały coraz dotkliwsze braki żywności i trudności aprowizacji. Pamiętam, że gdy z bratem budziliśmy się rano, często wywoływała w nas lęk nieobecność Mamy, która znając miasto, wczesnym rankiem wychodziła do otaczających Lwów wsi po mleko dla nas i dla innych przebywających w gościnie u wujostwa Horochów wojennych lokatorów, zwłaszcza dzieci. Mama przynosiła mleko w bańkach czy dzbankach – nie pamiętam już, ale bywało wracała z pustymi naczyniami. Przypominam sobie także przygotowywanie zapasów na „czarną godzinę” – sucharów z chleba oraz jaj konserwowanych, zdaje się przez zatopienie w roztworze szkła wodnego.
Na ulicach przed sklepami ustawiały się kolejki kupujących, o których mówiło się wtedy „ogonki”. W sklepach mało było spożywczych produktów. Pamiętam worki z białą, czerwonobrązową i pstrokatą czerwono-czarnobiałą fasolką. Stojąc przy Mamie, usiłującej kupić potrzebne, czy raczej jeszcze dostępne produkty żywnościowe, ukradkiem podbierałem – podkradałem te fasolki, zwłaszcza pstre, bo mi się bardzo podobały i można było się nimi pobawić. Miałem jednak z tego powodu wyrzuty dziecięcego sumienia.
Mijał październik. Dni stawały się zimne i dżdżyste. Zauważałem, i jako zjawisko frapowało mnie pojawianie się na ulicznych kałużach tęczowo lśniących interferencyjnych pierścieni, tworzonych przez pokrywające wodę cienkie warstewki ropy i smarów obficie wyciekających z krasnoarmijnych pojazdów. Coraz częściej ulicami przechodziły w brudnych szarych szynelach, budzące niepokój oddziały sołdatów, nieodmiennie śpiewających ponurą sowiecką pieśń Jeśli zawtra wajna …
Czując narastające zagrożenie, Mama wraz z resztą rodziny postanowiła jak najszybciej uciekać spod sowieckiej okupacji do części kraju zajętej przez Niemców, mimo czyhających także i tam wielkich niebezpieczeństw. Tropiony przez NKWD wuj Antek Jaroszyński przedostał się najpierw sam pod okupację niemiecką, przepływając gdzieś wezbrany i zimny już, „graniczny” San. Był przy tym przez bolszewików ostrzeliwany. A my ponurym rankiem, w sobotę 28. października wynajętą skądś, roztrzęsioną ciężarówką wyjechaliśmy wszyscy na zawsze ze Lwowa. Jechaliśmy na zachód przez Janów i Jaworów. Samochód dowiózł nas do miejscowości Surochów na prawym brzegu Sanu, na wschód od Jarosławia. Przejście stąd do niemieckiej strefy okupacyjnej było niemożliwe. Zbrodniczy okupanci już uszczelniali linię podziału. Przenosząc się kolejno przez Sobiecin (30 X), Szówsko (31 X – 3 XI), 4 listopada dotarliśmy do Mołodycza. Między nim a odległym o około 10 km na północ Cewkowem biegła w leśnym terenie lądowa granica rozbioru Polski. Przekroczyliśmy ją w niedzielę 5 listopada po północy, jakoś między 4 i 6-tą godziną, całkowicie po ciemku, przeprowadzeni przez tę „zieloną granicę” przez umówionych miejscowych ludzi – przewodników, znających dobrze ukryte w lesie dukty. Mama niosła na ręku 2,5 letniego brata – jak się okazało już chorego na szkarlatynę, mnie prowadząc za rękę. Chwilami niósł mnie jeden z przewodników. W trakcie przeprawy była chwila, kiedy przewodnicy nakazali nam całkowitą ciszę. Szczęśliwie sowieckie straże nas nie spostrzegły i nie złapały. Do przysiółka Wola Cewkowska koło samego Cewkowa przyszliśmy dobrym już ranem, około 8-mej godziny. Po odpoczynku, następnego dnia dojechaliśmy wozem do Kuryłówki, napotykając w drodze pierwszych niemieckich żołnierzy. Z tej miejscowości podjechaliśmy w pobliże częściowo zwalonego mostu na Sanie pod Leżajskiem. Uzyskawszy po kilku godzinach zgodę posterunków niemieckiej żandarmerii, przeszliśmy na zachodnią stronę mocno wezbranej, gliniasto zabarwionej rzeki po drewnianej kładce, zastępującej dla pieszych zerwane przęsła. Dotarliśmy na dworzec kolejowy w Leżajsku. Z niego pojechaliśmy pociągiem do Przeworska, z którego w towarowym wagonie odbyliśmy podróż przez Rzeszów do Dębicy, i tam spędziliśmy noc w ogrzewanej rozpalonym żeliwnym piecykiem budce dróżników. W końcu, 9. listopada przybyliśmy do Ocicki koło Przecławia. Obaj chorowaliśmy na szkarlatynę. Tam też, w pierwszych miesiącach okupacji, bezpiecznie obchodziliśmy Boże Narodzenie 1939 r. wśród dobrych, serdecznych ludzi w ich istniejącym jeszcze wtedy dworze. Również tam, w grudniu 1939 r. znalazły nas pierwsze listy Ojca, który po katastrofie wojennej dotarł na Litwę i przebywał w swoim rodzinnym domu w Dżiuginianach koło Telsz na Żmudzi.

Spisana przeze mnie relacja jest całkowicie prawdziwa. Wszystkie zdarzenia i doznania wydobyłem po 61 latach z własnej pamięci, nic do nich obecnie nie dodając. Jedynie ścisłe daty i nazwy niektórych miejscowości zaczerpnąłem z robionych wtedy na gorąco przez moją heroiczną Matkę codziennych zapisów w zeszycie, który jest po dzień dzisiejszy w naszym posiadaniu.
Moje kontakty ze Lwowem nie ograniczyły się tylko do epizodu bytności w mieście zajętym przez sowietów po katastrofie 1939 r. Związki ze Lwowem i jego mieszkańcami, a było ich wiele, dotyczą dalszej i bliższej przeszłości.

Przypisy
1 Uzyskana w 2004 r., uzupełniająca relacja naocznego świadka opisywanego epizodu, pana Mieczysława Rogowskiego, ur. w Budzanowie w 1932 r. i zamieszkałego w nim do lutego 1945 r. Po ekspatriacji, a następnie za konspiracyjną i niepodległościową działalność ojca, doznaniu represji przez wcielenie w latach 1950. do wojskowego batalionu górniczego, pan Rogowski mieszkał i żyje obecnie na emeryturze w Kędzierzynie-Koźlu.
2 Z datowanego 5 marca 2004 r. listu dra Czesława Medeckiego, mieszkańca Budzanowa, świadka wydarzeń we wrześniu 1939 r.: Odnośnie do naszych pilotów, którzy z powodu braku benzyny zmuszeni byli wylądować na polu, w miejsce wykoszonej koniczyny hrabiego ze Zwiniacza. Po wylądowaniu spuścili paliwo ze wszystkich samolotów do jednego, żeby dać możność jednemu odlecieć. Byli w Budzanowie, szukali transportu, lecz nikt nie mógł im pomóc. Benzynę miał tylko Niedzielski ze Skoromosz, administrator gospodarstwa rolnego ks. Ufryjewicza. Odmówił im pomocy, ponieważ benzyna będzie mu potrzebna do młócenia zboża. Po przyjściu sowietów nakazano młócić i odwieźć do skupu. W dniu 17 IX 1939 r. wkroczyły wojska sowieckie i w tym samym dniu uciekła nasza policja. Nasi piloci byli w Budzanowie, szukali pomocy, lecz nikt im nie pomógł. Niedzielski miał beczkę benzyny, lecz im odmówił. Nikt z Polaków nie chciał jechać, ponieważ na rogatkach miast stali ukraińscy nacjonaliści, którzy rozbrajali naszych żołnierzy. Było to 18–19 września, stojąc przy moście widziałem jak prowadzono naszą policję i pilotów ze Zwiniacza. Znałem naszą policję doskonale, ponieważ nasza szkoła była zbudowana naprzeciw budynku sądowego, gdzie mieściła się policja. W pierwszej czwórce na przedzie szedł plut. Markiewicz, następnie kom. Kierepka, Kozerski, Kropidłowski, Gościło. Następnie w czarnych beretach szli nasi piloci, których nazwisk nie znałem; pamiętam, że dwóch było niskiego wzrostu.
… Opowiedziałem to co wiem, ponieważ czas zaciera naszą przeszłość, ale tyle pamiętam, starałem się odpisać.  Czesław Medecki (zamieszkały: 58-260 Bielawa k. Wałbrzycha, ul. Wolności 159/13)
3 W. Urbanowicz: Początek jutra, wyd. Znak, Kraków 1966
4 M. Krzysztoporska: Ze wspomnień tułaczych, Veritas, Londyn 1981