Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021 | 2022

NOWE KSIĄŻKI

• Niezwykle ważna – dla nas szczególnie – praca historyczna ukazała się w wydawnictwie Ośrodka „Wołanie z Wołynia” (jako tom 72): Arcybiskupi haliccy i lwowscy (Biały Dunajec-Ostróg 2010). Biogramy kolejnych arcybiskupów autorstwa Krzysztofa Rafała Prokopa (niegdyś i naszego autora) były wcześniej drukowane w czasopiśmie „Wołanie z Wołynia”, a teraz zebrane i wydane jako księga o 450 stronach, z wieloma ilustracjami.
Książka obejmuje życiorysy 45 arcybiskupów, poczynając od Macieja z Egeru (od 1375), arcybiskupa halickiego, posiadającego co prawda rezydencję we Lwowie, ale tytułowanego halickim. Dlaczego? Oto wcześniej, mniej więcej od połowy XIV wieku, rezydowało w Haliczu kolejno kilku łacińskich biskupów misyjnych, usadowionych tam jako w byłej stolicy Rusi halickiej (powstałej po najeździe Włodzimierza, księcia kijowskiego w 981 r.), a zarazem siedzibie metropolii prawosławnej. Jednak Halicz stał się oficjalnie stolicą nowej archidiecezji rzymsko-katolickiej w r. 1375. Postacie i statusy poprzedników Macieja, jego samego i jego następcy Bernarda – jak wyjaśnia autor – nie są dotąd całkiem jasne. Wiadomo tyle tylko, że przysłani przez króla Ludwika Węgierskiego mieli za zadanie działać na rzecz przyłączenia tamtych ziem do Węgier.
Wszystko zmieniło się, gdy na polskim tronie zasiadła Jadwiga, córka Ludwika Węgierskiego i żona Władysława Jagiełły, dziś ­święta. Węgrzy zostali usunięci, a kolejnymi arcybiskupami zostali św. Jakub Strepa (Strzemię), oraz Mikołaj Trąba, później arcybiskup gnieźnieński. Byli to ostatni arcybiskupi haliccy, znakomite postacie historii Polski.
W 1412 r. arcybiskup Jan Rzeszowski przeniósł – już oficjalnie – siedzibę arcybiskupią do Lwowa. Lwów, obok Gniezna, stał się na paręset lat stolicą drugiej metropolii łacińskiej w Polsce. Kolejne metropolie wydzielono po 1918 roku.
I tak trwało do 1946 r., kiedy to władze sowieckie zmusiły bpa Eugeniusza Baziaka do opuszczenia Lwowa. Upłynęły 534 lata…
Czasy współczesne znamy. Biskup Baziak został administratorem archidiecezji krakowskiej, nie obsadzonej od śmierci kard. A.S. Sapiehy Zmarł nagle w na kilkanaście dni przed oficjalnym ingresem do Archikatedry wawelskiej (1962).
Równocześnie archidiecezja lwowska, której skrawek pozostał wokół Lubaczowa, była tam formalnie reprezentowana przez wikariuszy kapitulnych, księży: M. Orlińskiego, J. Nowickiego, M. Rechowicza, a w końcu Mariana Jaworskiego. Ten ostatni został biskupem, a po zmianach politycznych na przełomie lat 1980/90 mógł odbyć ingres do Archikatedry lwowskiej (1984), stając się metropolitą lwowskim, obejmującym całe państwo ukraińskie z 7 diecezjami. W 2008 r. arcybiskupem-metropolitą lwowskim został ks. Mieczysław Mokrzycki.

• Pan Bogdan St. Kasprowicz zaszczycił nas nowym zbiorem swoich wierszy. Tytuł: Lwów zawsze i wszędzie* (wyd. „Małe Wydawnictwo”, Kraków 2011). Jego wcześniejszy tomik omawialiśmy w CL, a wybrane wiersze prezentowaliśmy w CL 3/07. W omawianym tomiku przedmowę napisał ks. T. Isakowicz-Zaleski. Znalazło się tu ponad 30 wierszy, ujętych w trzech częściach: Krajobrazy, Ludzie, Myśli.
Bogdan Kasprowicz pochodzi z rodziny lwowskiej (o ormiańskich korzeniach po mieczu), ale urodził się na Górnym Śląsku i mieszka przez całe życie w Bytomiu. Dlatego we wszystkich jego wierszach zawierają się jakieś refleksje z różnymi stronami jego życia, z przeszłością, z ludźmi bliższymi i dalszymi, ze Lwowem i Śląskiem, z Paryżem i Włochami. Ze zbioru wybraliśmy wiersz Repatrianci – sądzimy, że czytelnicy go właściwie zrozumieją…

A na Górnym Śląsku

trzecie pokolenie
biega z etykietką
szyderczą
kłamliwą

no bo kto my som

spytajcie autonomicznego
Gorzelika
od narodu śląskiego…

Ale proszę bardzo
ja się nie oburzam
bez protestu
ten weksel przyjmuję

tylko niech się stanie
Panie Boże dopuść
spraw, aby
ujrzał nas świat
wreszcie
repatriantami

*    To dość zabawne: VIII książeczka Biblioteki „Cracovia-Leopolis” ma ten sam tytuł, tyle, że po łacinie: Leopolis ubique praesens.

• Często namawiamy naszych Czytelników, by spisywali swoje wspomnienia – własne i rodzinne, ale zawsze związane z opuszczonymi Ziemiami Wschodnimi. Coraz mniej takich, którzy mogą to uczynić, bo coraz mniej tych, którzy tam żyli, albo zapamiętali relacje swoich rodziców, dziadków, krewnych czy przyjaciół. I zachowali jakieś dokumenty…
Książka – raczej księga (o 800 stronach), która niedawno się ukazała, jest niezwykłym dokumentem co najmniej 100, czy nawet 150 lat, a w tablicy genealogicznej sięgającym 250 lat! I nie są to bynajmniej dzieje historycznej rodziny arystokratycznej – tam takie zapisy nie byłyby dziwne – lecz rodziny mieszczańsko-inteligenckiej, której gniazdem w większości był Lwów.
Książka ta, to dzieje rodziny Krzyżanowskich, spisane przez ojca i córkę, co czytamy już w tytule: Według ojca, według córki. Historia rodu. Autorami są Jerzy Krzyżanowski oraz Magda Krzyżanowska-Mierzewska (Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010).
W książce pojawiają się w istocie dwie rodziny o tym samym nazwisku: lwowska, z której pochodzi współautor „ojciec” Jerzy, oraz wileńska, skąd jego żona Olga z Krzyżanowskich Krzyżanowska (sic!). Tym samym współautorka „córka” Magda wywodzi się z obu rodzin.
Skomplikowane. Jednak książka dotyczy głównie rodziny lwowskiej, w której autorzy – dla ułatwienia orientacji sobie i czytelnikom – wydzielili kilka linii, dziś szeroko rozrodzonych. Oznaczyli je wedle imion ich seniorów, bądź wedle najczęściej powtarzających się imion. W tablicach genealogicznych doliczyliśmy się około 200 osób nie tylko o nazwisku Krzyżanowski, także innych, spokrewnionych w różnych czasach (Krugowie, Wimmerowie). Autorzy opisują historie ich życia, losy, a także miejsca, gdzie się przenosili jeszcze w latach przedwojennych. To jasne – głównie w zachodnie i północne rejony kraju, gdzie niedostatek polskiej inteligencji dawał możliwości rozwoju czy kariery (Górny Śląsk, Wielkopolska, Pomorze), szybszej niż Lwów, który po I wojnie przestał być stolicą kraju – Galicji. Autorzy skupiają się głównie na swojej najbliższej rodzinie – rodzicach: Jerzym, lekarzu, i Jadwidze (z Krugów), którzy w 1929 r. przenieśli się do Gdyni i tam, z przerwą na II wojnę, mieszkali i wychowali synów Jerzego jun. i Bogdana.

W tym miejscu wypada jeszcze wyjaśnić, że żona Jerzego jun. Olga Krzyżanowska jest córką Aleksandra Krzyżanowskiego z Wilna, słynnego generała „Wilka”, dowódcy operacji „Ostra Brama w 1944 r. W latach 90-tych Olga była wicemarszałkiem Sejmu III RP.
O wielu Krzyżanowskich piszą autorzy szeroko, my jednak musimy szczególnie zwrócić uwagę na rozdział Z apteki Mikolascha do Krakowa, gdzie mowa o „linii Marianów”, czyli właścicielach słynnej apteki Mikolascha przy ulicy Kopernika we Lwowie. W aptece tej pracował w XIX w. Ignacy Łukasiewicz i tu skonstruował pierwszą na świecie lampę naftową. Marian Krzyżanowski odkupił tę aptekę od potomka rodu Piotra Mikolascha, Henryka, znanego fotografika, całkiem nie zainteresowanego aptekarstwem. Marian Krzyżanowski prowadził tę aptekę do II wojny, czyli 26 lat.

Ekspatriacja rzuciła go z najbliższą rodziną do Krakowa. Tu kolejno zmarli Marian, jego syn Alfred i ostatnio wnuczka, Anna, o której śmierci pisaliśmy w CL 2/11. Dla tych, którzy nie przeczytają książki o rodzie Krzyżanowskich, warto by przedrukować opowieść Pani Hanki o tym, co przeżyli w Krakowie w latach powojennych.
Książka jest doskonale napisana, styl i język do pozazdroszczenia. Oba teksty dają znakomicie odmalowane obrazy życia i współżycia w sferze przedwojennej inteligencji, jej obyczaju, zainteresowań, wychowania dzieci, kontaktów rodzinnych. Dowiadujemy się wielu interesujących szczegółów o zajęciach zawodowych i społecznych, o nauce szkolnej, wakacjach i rozrywkach – z czasów dawnych, przedwojennych, a potem tych powojennych, w których dawny styl nie został zapomniany. Taka właśnie była lwowska inteligencja…
Piszmy wspomnienia!

• W Wydawnictwie „Wołanie z Wołynia” ukazała się książka (2010 r.) ks. Zygmunta Chmielnickiego pt. Kartki wspomnień. Jest to udostępnienie współczesnemu czytelnikowi wspomnień autora z lat 1919–1928, które drukowane były w diecezjalnym tygodniku „Życie Katolickie” w Łucku w okresie 1930–1934.
Kartki Wspomnień dotyczą przeżyć ks. Chmielnickiego w czasie jego pracy duszpasterskiej w rejonie Żytomierza najpierw przed ustaleniem granicy wschodniej (ciągłe zmiany władzy), a od 1921 r. na terenie przyznanym Związkowi Sowieckiemu. Cały wspominany okres to czas różnych zagrożeń i niepewności dla księdza katolickiego w parafii małomiasteczkowej lub wiejskiej, na terenie zamieszkałym przez kilka narodowości. Od roku 1923 był przez bolszewików kilkakrotnie aresztowany i więziony w ramach walki reżimu z Kościołem Katolickim. Lata 1926, 1927 do stycznia 1928 spędził w więzieniach oraz w łagrze na Wyspach Sołowieckich. W r. 1928 znalazł się w Polsce w ramach wymiany międzypaństwowej więźniów politycznych, i wtedy rozpoczął pracę w Łucku.
Mimo licznych bardzo niemiłych doświadczeń, wspomnienia pisane są rzeczowym pogodnym stylem z uwzględnieniem także sytuacji humorystycznych. Podane są obserwacje z życia ludu poleskiego, np. chaty kurne, ubrania samodziałowe, obuwie lipowe-postoły, wierzenia (zabobony), obyczaje… Osoby, z którymi autor się stykał, omawiane są bez podania nazwiska, znaczone tylko inicjałem. Wyczuwa się cały czas autocenzurę, aby osobom, które zostały za kordonem w ZSRS nie zaszkodzić (bo szpiedzy czuwali!). Dla współczesnego czytelnika, aby tekst był zrozumiały, bardzo cenne są przypisy i wprowadzenie opracowane przez Marię Dębowską z KUL. Pozwalają one na ocenę sytuacji, w jakiej pracowali nasi kapłani w ZSRS.
Uważam, że cofnięcie zainteresowania czytelników do lat bezpośrednio po I wojnie światowej i w skrótowej formie pokazanie obrazków z tamtego życia kresowego jest bardzo cenną inicjatywą Wydawnictwa WzW. (DTS)
• Nieżyjący już Zygmunt Kural, pochodzący z Korca znad przedwojennej granicy wschodniej, zebrał i przygotował materiał dotyczący ukochanego przez niego miasta. Obecnie ukazała się książka opracowana przez Lilianę Narkowicz pt. Korzec na Wołyniu, a tak pisze o niej K. Hanus („Gazeta Krakowska” z 5 VII ’11):
Życie i skandale w Korcu na Wołyniu. Żółte Wody, Korsuń, Piławice, Zbaraż, Zborów, Beresteczko. Recytujemy bezbłędnie, ale co – to nie do końca wiemy. Historia Kresów i jej znaczenie są zapomniane. Jak wyglądał świat twierdz broniących przed Tatarami? Jak to możliwe, że sąsiadem Polski była Turcja? Dlaczego Kozacy się buntowali? Kresy przybliżyć stara się w swojej książce „Korzec na Wołyniu” Liliana Narkowicz.
Dzieło powstało dzięki badaniom Zygmunta Kurala – malarza, rysownika, ale też społecznika i patrioty, który przez całe życie skrupulatnie zbierał materiały o rodzinnych Kresach.
Na przykładzie Korca, jednego z wołyńskich miast, dowiadujemy się, jak funkcjonowali ludzie na tych terenach. Czytamy o życiu gospodarczym, politycznym, ale też o nieobyczajnych aferach i towarzyskich skandalach. Najwięcej miejsca autorka poświęca koreckim Czartoryskim i prowadzonej przez nich fabryce ceramiki. Dowiemy się na przykład, jakie składniki należy z sobą połączyć, by powstała filiżanka i jak ozdobić obiadowy serwis. Poznamy postać księcia Józefa, który miał wielki talent do rozwijania przemysłu. I choć jego zawodowe życie było usłane pasmem sukcesów, rodzinne okazało się zupełną porażką (pasjonujący wątek niechlubnego romansu jego żony).
„Korzec na Wołyniu” to dzieje specyficznego miejsca – opowieść o walce z zapomnieniem. Lekturę książki umilają umieszczone w niej obrazy zatrzymane na fotografiach, pocztówkach i malunkach. Wreszcie „Korzec na Wołyniu” to historia o historii, która jednakże – aby się wypełniła – musi zostać opowiedziana. (DTS)