Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021 | 2022

Adam Krajewski, LWOWSKIE PRZEDMIEŚCIA (4)

OGRÓDKI DAWNEGO LWOWA
Jak długo stary gród był miastem zam­kniętym murami i gdzie wieczorem bramy i furty miejskie zamykano na głos dzwonu ratuszowego, były dla mieszczan tylko piwnice i browary. Ceniono własne ogniska domowe, gdzie siadywano nad gąsiorem miodu lub dzbanem piwa.
Zwyczaj ogródków restauracyjnych przyszedł do nas z Zachodu, wraz z niemieckimi urzędnikami. Po pół wieku zwyczaj ten tak się u nas przyjął, że jak grzyby po deszczu wyrastały różne miejsca zabawy towarzyskiej. Tak inteligencja, jak i ludek przedmiejski skupiał się w niedziele i święta w ogródkach przedmiejskich, będących wyłącznie w rękach chrześcijańskich. Każde przedmieście miało je dla siebie.
Prym zawsze między przedmieszczanami trzymał Łyczaków i w tym temacie też miał pierwsze miejsce. Cywilizacja kończyła się z kościołem św. Antoniego, dotąd tylko mogli się bezkarnie zapuszczać lowelasi miejscy. Dalej ciągnął się szereg ogródków, gdzie bawiło się przedmieście, a przygodnie i mieszczuchy. Były więc ogródki w browarze Hübnera „Pod gołąbkami”, „u Otawichy”, „Kijaka” i w dziś jeszcze istniejącym „Hotelu de Laus”*.
Podawano tam głównie piwo i plucery w kamionkach, Dla zabawy służyła kręgielnia i huśtawki. Ludziom to wystarczało. Ostatni ogródek był u Weissmana, już za rogatką na drodze gliniańskiej.
W najbliższym sąsiedztwie Łyczakowa, „Na Rurach” (ul. Kochanowskiego), prócz starej i tradycyjnej Pohulanki, służył rozrywce ogródek Makolondry.
Zielone przedmieście podupadło, gdy przestało być jednym z traktów; tam nie było ogródków, mieszkali ludzie biedni. Szczęśliwiej było na Stryjskiem, gdzie były ogródki na uroczej Żelaznej Wodzie i na Zofiówce u Cieślewicza i Jaworskiego, nie licząc mniejszych. Tam pojono się raczej nabiałem tak świeżym i niefałszowanym, o jakim już nie mamy pojęcia. Na jednym z takich miejsc, w okolicy dzisiejszej Stillerówki, wyobrażoną była na szyldzie „Opatrzność”, a pod nią napis: Ja żyję z Bożej Opatrzności, niech Bóg da temu, co mi zazdrości…
Po drugiej stronie miasta też bujnie powstawały ogródki i miejsca zabawy. Słynnym był ogród Prochaski (w górze dziś ul. Kopernika) przy browarze tego samego właściciela, a dalej na Wulce tzw. „Kasyno panieńskie”. Do tej samej kategorii należał tzw. „Hunergarten” przy ul. Gołębiej i Kaleczej, gdzie dziś willa Zacisze.
Ulica Gródecka miała jeden, ale bardzo ładny ogródek „Pod różą”, gdzie dziś stoi szereg kamienic ul. Głowackiego.
Najsilniej kupił się ludek około Wysokiego Zamku i z każdej strony. Na stokach góry od strony ulicy Zamkowej był ogród Florka, duży i ładny, z drzewami równymi wiekiem zamkowym. Była tu wysoka na kilkanaście łokci huśtawka i karuzela z końmi (drewnianymi) na łańcuchach. W niedziele i święta roiło się tam od dzieci małych i wielkich. Ogródek ten podupadł po nieszczęściu, które przydarzyło się na wysokiej huśtawce. Dziś po ogródku Florka zostały tylko stuletnie drzewa.
Na innym stoku Zamkowej Góry, koło browaru Kisielki, stoi jeszcze jedna szopa z dachem na słupach. Tu w niedziele do późnej nocy grała hałaśliwa orkiestra, przy której tańczyły służące z żołnierzami. Ile tam głów rozbito, ile żeber połamano, ile podarto sukien, kto zliczy? Dziś sterczy szopa, służąca za schronisko rycerzom nocy.
Od strony Teatyńskiej, gdzie była realność Jaegermana, było miejsce, szumnie zwane „salą do tańca”, gdzie odbywały się zabawy, też smutnie kończące się parowy, których miejsce zajęły potem plantacje wiodące na Kopiec Unii Lubelskiej, były świadkami niejednej zbrodni.
Całkiem już blisko miasta, w ulicy Kurkowej, gdzie dziś nr 7 i 9, był ogródek z salą do tańca p. Tuerra. Niemcy nazywali go „Veteranische Hoehle” z racji, że pewien p. Veterani zainstalował tam kasyno dla oficerów i beamterii. Z upadkiem niemieckości we Lwowie padła „jaskinia Veteraniego” i zeszła na zwykłą żołnierską tancbudę.
Dziś to wszystko poznikało. Lwów ucywilizował i wyparł z miasta to co mało europejskie. Nowoczesne miejsca spacerowe przestały być tym czym dawniej. Są dziś rodzajem salonów na wolnym powietrzu, dla wystawy strojów i flirtu.

GALERIA ZAPOMNIANYCH LWOWSKICH ORYGINAŁÓW
Każde miasto ma swe odrębne właściwości, ma też swoje oryginalne typy, jakich się nie znajdzie gdzieindziej. Ma swe rozmaite figury brukowe, tak popularne, że sława ich nie tylko z pokolenia na pokolenie, ale i do tradycji przejdzie, a nawet niekiedy sięgnie i poza rogatki naszego grodu.
Kilkanaście takich figur typowych przesunęło się na bruku lwowskim w przeciągu ostatnich lat czterdziestu.

Łucyk
Pierwsze miejsce należy się temu, który diogenesowską manierą bawił Lwów w latach 60. i 70. Był to Jan Łucyk. Niski, krępy, z gęstą brodą, z obliczem spotykanym na ikonach bizantyjskich, z rozkołysanym chodem. Przeszłości nikt dobrze nie znał, wiadomo było, że jest synem ruskiego księdza na Podolu. We Lwowie zjawił się jako uczeń szkoły medyczno-chirurgicznej, wydającej studentom dyplomy.
Łucyk szkoły tej nie ukończył, ale nie mogąc być lekarzem, został… szarlatanem. W związku z tym zmienił swoją powierzchowność, przypinając do ubrania mistyczne gwiazdy i koła mosiężne, na ramieniu przewieszony nosił futrzany zarękawek, a w nim żywego węża grzechotnika. Na szyi zwieszał mu się naszyjnik, złożony ze szkiełek z kościelnego pająka. Czasem widziano go w biały dzień z zaświeconą latarnią w ręce, a zapytany o to odpowiadał: Szukam człowieka.
Mieszkał na przedmieściu, ale i w mieście zaciekawiał ludzi swym wyglądem, a wielu uważało go za bardzo zdolnego lekarza. Zapisywał chorym pigułki własnego wyrobu, nakazując popijać je kieliszkiem wódki. Dochód z takiej działalności przynosił mu wystarczające do przeżycia dochody.
Czasem nasz „lekarz” popadał w konflikty z policją, wreszcie przy takiej okazji wysłano go na leczenie na oddział obłąkanych u Pijarów. Po zbadaniu uznano, że nie jest niebezpieczny, ale zakazano „praktyki lekarskiej”. Z biegiem lat Łucyk z czasem uspokoił się i nawet ożenił: za leczenie pewnej starszej kobiety zażądał córki.
Ślub odbył się u św. Mikołaja i była to nie lada sensacja dla całego Lwowa. Po ślubie Łucyk wziął się do gospodarki, gdyż w tym czasie odziedziczył mały folwareczek poza Lwowem. Po latach wrócił, osiadł na dalekim przedmieściu i leczył znów uniwersalnymi pigułkami.

Baronek
Lat temu parę dziesiątek nie koncentrowało się życie Lwowa na placu Mariackim, zwanym wówczas „placem Ferdynanda”. W miejscu, gdzie dziś kamienica ze sklepem Seyfartha, był zwyczajny drewniany parkan, okalający pracownię kamieniarską, a lewy róg ulicy Akademickiej nad brzegiem płynącej Pełtwi „ozdabiał” stary hotel „Pod tygrysem” w sąsiedztwie aresztów w ulicy Krzywej. Na prawym rogu stał „Hotel de Russie” (potem „Hotel George’a”, ale innej wtedy struktury). Ten za sąsiada miał kamienicę frontem do placu, a w niej szynk „Pod góralem”, czyli kasyno fiakierskie.
Na tym rogu ulicy Krętej stał od rana do wieczora, nieruchomo, okryty płaszczem, w kapeluszu na oczy „Baronek”. Niski, okrągły jak kula, na cienkich nogach, z twarzą nalaną i rybimi oczami, przeważnie zamkniętymi, potrafił stać tak godzinami. Po drugiej stronie hotelu, na przeciwnym rogu, stał tak samo nieruchomo, na jednej nodze, oswojony bocian marabut. I tak te dwie figury stróżowały po obu stronach hotelu Żorża.
Kim był Baronek? Za młodu miał majątek, podobno spory, ale przehulał go po kawalersku. Baronkiem nazywali go w dobrych czasach wdzięczni kelnerzy i portierzy hoteli w kraju i za granicą, kokoty i towarzysze od zielonego stolika. Przy hulaszczym życiu rozum się pomieszał i zasoby wyczerpały.
Wstyd się zagubił, ale pozostały znajomości z tamtych czasów, które umiejętnie wykorzystywał, czatując pod hotelami. Chodziło o dyskretne usługi towarzyskie, za które otrzymywał marne grosze, które pomagały mu przeżyć. Zarobki przepijał natychmiast w pobliskim szynku. Pewnego dnia zniknął – poszedł chory do szpitala, z którego już nie wrócił.

Doktor
Oryginałem wśród inteligentów był „doktor”. Stałą jego siedzibą był plac Gołuchowskich, a ściślej narożnik ulicy Furmańskiej. Wyróżniał się wśród tamtejszej zgrai nieco staranniejszym ubiorem, a podartą garderobę ozdabiał nawet łańcuszkiem, oczywiście bez zegarka. Był spokojny i milczący, ale gdy sobie podpił, potrafił godzinami gadać do siebie po niemiecku, zaciągając z żydowska i wtedy stawał się pośmiewiskiem żydziaków, setkami zaludniających plac Gołuchowskich.
Za młodych lat był wojskowym lekarzem, przebył nawet dwie kampanie wojenne. Załamał go konflikt z żoną i jej niewierność. Gdy odeszła, stoczył się zupełnie. Napędzono go z wojska, jako lekarz cywilny nie znalazł praktyki. Staczał się coraz niżej, wreszcie leczył proletariat na placu, wystawiając recepty za jałmużnę. Rozpił się, ataki delirium były coraz częstsze, aż zmarł nagle na „swoim rogu” przy ulubionym szynku.
Profesor
Podobną figurą brukową był „profesor”, zwany też „filozofem”. Znano go jeszcze z czasów, gdy uczył w którymś gimnazjum. Widywano go na Zamku na Wałach, jak deklamował poetów lub odczytywał teksty łacińskie. Przebywał chętnie w towarzystwie młodzieży, której pomagał w nauce za skromny poczęstunek.
Z latami gimnazjaliści nie mieli już z czym do niego przychodzić i „profesor” przeniósł się na mniej wymagające przedmieście. Tam dla dzieci rzeźników i krupierzy był wystarczającym autorytetem. Sława jego za rogatkami dotyczyła wierszy, które układał na różne okazje. Pisał dla zakochanych, na różne okazje, przeważnie przy kieliszku.
I tu powodem wykolejenia się „profesora” była niewierna żona, która go opuściła.

Ałte sziker
Postać to charakterystyczna dla Zarwanicy lwowskiej. Wysoki, chudy, o semickim typie, w chałacie po pięty i szapoklaku, z profesji był szewcem, łatającym buty. Był pijakiem. W tym stanie stawał się wesołkiem. Brał się pod boki i wykonywał ucieszne tańce na ulicy. Lubił w podskokach wołać przed odwachem: Habt Acht! i nawet policjanci dawali mu spokój. Najbardziej dokuczali mu żydowscy ulicznicy. Wtedy krzyczał na nich, że jest katolikiem i bluźnił rabinom i żydowskiej wierze.
Podobno był niegdyś właścicielem ładnej kamieniczki. Alkohol pozbawił go żony i majątku. Zmarł gdzieś w szynku.
Ałte sziker miewał jaśniejsze chwile. Bywało, siądzie na kamieniu pod Wałami Gubernatorskimi, podeprze łysą głowę i zapatrzy się w dal. Gdy go w takiej chwili najdzie chłopak swawolny i nad uchem zakrzyknie Ałte sziker, oblicze starego pijaka smutnieje i żałośnie odpowiada na zaczepkę: Nu, za co lubciu „ałte”, za co „sziker”, ja gorszy od pies, ja nie ma co jeść, ja nie ma gdzie spać … Ale rychło wstawał, przybierając wyzywającą postawę i krocząc ku Zarwanicy wykrzykiwał: Szlag na Żydy, ja katolik!, po czym znikał w czeluściach knajpy pijackiej przy ulicy Blacharskiej, zwanej w gwarze ulicznej „Pod Zwei-und-vierzig”.

Jaśko hułan
Był postrachem przedmieścia, czy trzeźwy, co zdarzało się rzadko, czy pijany. Nie lubił, gdy mu w drogę wchodzono. O ułańskim pochodzeniu wiedziała jedynie matka, a ojca nie znał. Był majstrem od wszystkiego, ale trzeba go było długo prosić o usługę. Głównym jego zajęciem było robienie szopek przed Bożym Narodzeniem i chodzenie z „wertepą” od świąt do Gromnicznej. W tym czasie zmieniał się nie do poznania. Gromadził wkoło siebie chłopaków i zakładał u siebie istną fabrykę. Pod okiem mistrza rosły wieże i gmachy z kolorowego papieru, tak do stajenki podobne jak lwowski ratusz do arcydzieł architektury.
Najwięcej czasu poświęcał mistrz „wertepie”. Tak nazywano na przedmieściu olbrzymią szopę ze sceną i kurtyną, z mechaniczną podłogą i mnóstwem korb i kółek, przy pomocy których można było poruszać figurki. Figurki kupowało się pod katedrą i strojono jak potrzeba do sztuki jasełek własnego pomysłu. Sam grał za wszystkie figurki i za suflera, gdy występował chór pasterzy. „Wertepa” Jaśka rozweselała dni Bożego Narodzenia, a niedziele aż do Gromnicznej.
Trzeba było, że sławy Jaśkowi pozazdrościł podobny mu wykolejeniec z innego przedmieścia, zwany „łysy Wojtek”. Ten zdobył się na jeszcze większą „wertepę” i jeszcze wyposażył ją w pożyczoną od Żyda katarynkę. Tak wkroczył na terytorium Jaśka.
„Baworówka” pod cmentarzem Łyczakowskim była w owe czasy pustkowiem. Na olbrzymim terenie, gdzie stały nieliczne domki zamieszkałe przez podejrzane indywidua, można było toczyć boje, bez narażenia się na przeszkody ze strony stróżów bezpieczeństwa. Nikt nie policzył, ile zasadzek i wypadków zdarzyło się na przepaścistej ścieżce, którą wożono „golców” ze szpitala na cmentarz, a która dziś jest szeroką ulicą Pijarów.
Na tejże drożynie, wieczorem zasiadł Jaśko ze swoimi stronnikami, gdy od Mazurówki wracał Wojtek ze swą kompanią. Obie partie starły się na rogu „Baworówki”, popłynęła krew, a wertepa Jaśkowa została doszczętnie zniszczona.
Nazajutrz w „diabelskim młynie” na Łyczakowskich piaskach znaleziono powieszonego na bancie Jaśka. Wisiał na pasku od spodni.

* W pierwszym odcinku (CL 2/10) wyjaśniliśmy, że niniejszy tekst został wydany w 1909 r. W ciągu kolejnych 30 lat w polskim Lwowie zmieniło się wiele…