Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021 | 2022

Aleksander Świstun, WSPOMNIENIA PODOLSKIE (3)

DRUGA WOJNA ŚWIATOWA
1 września rozpoczęła się wojna, a 17 dni później nastała okupacja sowiecka. Pracowałem w Państwowym Banku Rosyjskim. Po prawie 5 miesiącach, w styczniu, zwolniono mnie za sabotaż, ale jaki to miał być, do dzisiaj nie domyślam się. Pracowałem uczciwie, a wyrzucono mnie. W marcu dostałem pracę tłumacza w Salinach, a po miesiącu w Kasie Oszczędności gdzie pracowałem aż do wybuchu wojny rosyjsko-niemieckiej1. W czasie okupacji niemieckiej pracowałem tam dalej, ale już w banku niemieckim i na głodowych warunkach. Potem przeniosłem się do Legienschaftu na zarządcę majątku Czyszki pod Lwowem, a dzieci pojechały do Włodka, do Pleśnej koło Tarnowa. Dyrektorem został jakiś Ukrainiec i gdy dowiedział się, że jestem Polakiem, zwolnił mnie. Przeniosłem się wtedy do Krasówki2, a następnie do leżącego obok majątku w Draganówce3. Mieszkaliśmy tam do listopada 1943 roku. W czasie mordów dokonywanych przez bandy UPA wyjechaliśmy do Pleśnej koło Tarnowa, gdzie mieszkał brat mój Włodek. Tam dostałem posadę kasjera w mleczarni.
W grudniu 1944 roku wkroczyli Rosjanie. Na Podolu zaczął się okres ponownej okupacji sowieckiej, następne represje i prześladowania NKWD, napady i mordowanie Polaków przez bandy spod znaku tryzuba, no i w końcu ekspatriacja ludności polskiej.

PO WOJNIE
W maju 1945 roku w Pleśnej zostałem dyrektorem w przedsiębiorstwie zajmującym się mieniem poniemieckim, a w lipcu zostałem powołany z powrotem do Banku Gospodarstwa Krajowego w Katowicach, zaś następnie przeniesiono mnie na stanowisko prokurenta do oddziału BGK w Wałbrzychu. W 1951 roku zwolniłem się, gdyż ówczesny dyrektor oddziału Czesław Fabian, którego w czasie okupacji niemieckiej ukrywałem u siebie, zaczął mną pomiatać. Przeniosłem się do pracy w uzdrowisku w Szczawnie koło Wałbrzycha. Tu pracuję do chwili obecnej, tj. grudzień 1956 rok.

W tym miejscu Aleksander Świstuń zakończył pierwszą część wspomnień wynikających z przeżyć ojca i swoich własnych. Określić je można, jako wspomnienia rodu autora „po mieczu”. Druga część wspomnień dotyczy przeżyć wynikających z kontaktów rodzinnych „po kądzieli”, czyli ze strony matki – Heleny Fedorowiczówny.

RODZINA FEDOROWICZÓW
Dzieje rodziny Fedorowiczów sięgają bardzo dawnych czasów, ale zacznę je opisywać od mego pradziadka Andrzeja. Pradziadek Andrzej Fedorowicz (1778–1855) mieszkał w Żerebkach koło Tarnopola. Był właścicielem wielu okolicznych majątków. Były to czasy napoleońskie. Gospodaro-wanie było intratne, a pradziadek głowę do interesów miał dobrą. W czasie napoleońskich wojen, od uciekających ziemian, za bezcen kupował sterty zboża i sprzedawał je z ogromnym zyskiem armii napoleońskiej, będącej w pochodzie na Rosję. Chociaż miał już kilka majątków, to w czasie wojny i później dokupił jeszcze kilka i w sumie miał około 30 tys. mórg ziemi, lasów itp. Był magnatem całą gębą. Miał córkę i czterech synów, w tym Antoniego – dziadka Wiśki, i mego dziadka – Alojzego. Synom zostawił ładne majątki. Alojzy otrzymał Żerebki, Magdalówkę i Mytnicę – razem około 3900 mórg ziemi, w tym 600 mórg lasów. Antoni dostał Hałuszczyńce i Kokoszyńce razem około 3 tys. mórg. I tak każde z dzieci dostało wystarczającą ilość ziemi, która zapewniała im wytworne życie.
Mój dziadek Alojzy z Żerebek był dobrym gospodarzem, powszechnie szanowanym obywatelem, a nawet wybrany był marszałkiem powiatu skałackiego. Marszałkiem powiatu zostawał zawsze niezależny, bogaty i mądry człowiek. Urząd był bezpłatny, a wybierali go mieszkańcy powiatu. Marszałek był gospodarzem powiatu, pod którego opieką były szkoły wiejskie, gościńce powiatowe, mosty, szpitale. Dziadek był też bardzo gościnny, założył orkiestrę w Skałacie. W owych czasach nie było radia ani gramofonów, a często odbywały się różne zjazdy, kuligi, wesela, imieniny, na które muzyków sprowadzać trzeba było aż z Tarnopola. W Skałacie była taka „echt” żydowska kapela, ale grała jedynie żydowskie kawałki. Dziadek mój jednego z członków tej kapeli (nazywał się Nusym) posłał na naukę muzyki, a potem na studia do Lwowa. Płacił na utrzymanie, a po paru latach sprowadził Nusyma do Skałatu i kazał mu założyć orkiestrę. Gdy dziadek usłyszał, jak gra ta nowa orkiestra, powiedział: Słuchaj, Nusym – jak długo ja będę żył i po mojej śmierci też, masz zawsze przyjeżdżać do Żerebek i w dzień wigilii grać kolędy. Jak pamięć moja sięga – Nusym zawsze w dzień wigilii stawiał się o piątej po południu ze swoją orkiestrą i cichutko zaczynał – W żłobie leży, a potem przez cały wieczór grał inne kolędy, których z zachwytem słuchaliśmy. Po śmierci dziadka i babki w Żerebkach został wuj Aloni (Alojzy), który musiał je sprzedać. Ale w dzień wigilii, gdy w domu był już tylko sam wujek, przyjechał Nusym i zagrał W żłobie leży. Kiedy wuj powiedział, że już nic nie ma i nie może mu zapłacić, Nusym ze łzami w oczach odrzekł: Pan marszałek tak mi kazał i to dla niego grałem! Ja nic nie chcę, zagram tylko W żłobie leży i wrócę do Skałatu. Więcej nie mam tu, po co przyjeżdżać. Zagrał, zapłakał i odjechał. Syn jego Dudio założył drugą orkiestrę w Podwołoczyskach, a wnuki byli znanymi muzykami. Wolfsztalówna to pierwsze skrzypce w orkiestrze operowej we Lwowie.
Żerebki! Wieleż to wspomnień z dziecinnych lat wiąże się z tą nazwą. Żerebki to wieś koło Skałatu, położona u stóp pasma górskiego Miodobry albo Toutry, które wznoszą się nad Płytą Podolską 80 do 100 metrów, a najwyższy szczyt ma wysokość 400 m npm. Dawniej rosły tam wspaniałe dęby i lipy, stąd nazwa Miodobory. Potem, już za mojej pamięci, ziemianie ratując finanse wycinali lasy i pozostały tylko golizny, chociaż niektóre partie zachowały się jeszcze, zwłaszcza w okolicy Zbaraża i Grzymałowa. Skały wapienne potworzyły fantastyczne formy, liczne pieczary, a że przez te okolice wyznaczony był jeden z trzech głównych szlaków najazdów tatarskich, nazywany Czarnym Szlakiem, toteż w tych pieczarach natrafiano na duże ilości znalezisk ze średnich wieków.
Na przykład u dziadka w Żerebkach na Skałce pod ogromnym głazem była pieczara, do której wchodziło się na czworakach. Zaraz za wejściem była wykuta w kamieniu studnia głęboka na około 20 m i o średnicy 3 do 4 metrów. W sklepieniu nad otworem studni, po lewej stronie był otwór o takiej średnicy, że mężczyzna mógł wczołgać się tylko na brzuchu. Takim korytarzem trzeba było czołgać się ponad 4 metry i nagle otwierała się przestrzeń, sala o wysokości kilku metrów, szeroka około 6 do 10 metrów, i nie wiadomo jak długa? Mówią, że aż do zbaraskiego zamku. Mój wuj, który tam wchodził, ze świeczką, szedł przez godzinę, ale wrócił, w obawie, że świeczka się wypali. Bał się wracać w ciemności, bo chociaż podłoże wyrównane ręką ludzką, zawalone było głazami. W jaskini tej wuj Włodzimierz Fedorowicz znalazł pudełko ze srebrnymi pieniążkami z wizerunkiem bogini orła z datami 1543 i 1569, kilka złotych talarów z trudno czytelnymi napisami oraz jakieś pordzewiałe miecze, topory, kości zwierzęce, wszystko to widocznie z czasów, gdy ludność chowała się tam przed Tatarami. W ogóle pod Miodoborami często natrafiano na różne znaleziska, np. chłop w czasie orki za skibą wydobył kilkanaście złotych talarów polskich, a gliniany garnuszek rozbił lemieszem. Dziadek na folwarku stawiał ogrodzenie z kamienia, bo kamień był swój, darmowy i przy kopaniu fundamentów robotnicy natrafili na sklepienie z kamienia. Donieśli o tym dziadkowi. Dziadek popatrzył, podumał i powiedział: a może tam ktoś kiedyś został pochowany, nie ruszajmy go. I stare sklepienie, które może kryło jakieś historyczne pamiątki, zasypano. Na górze na skałkach były głazy wykute w kształcie ławek, a na dwóch głazach były wykute tabliczki, na których znajdował się jakiś napis nieznanymi literami.
Pewnego razu, gdy dziadek siedział na górze i patrzył jak w dole na łanie robotnicy siali i bronowali, przystąpił do niego jakiś Niemiec i zaproponował kupno tych tablic. Dziadek nie zgodził się, ale na drugi dzień rano już nie było ani Niemca, ani tablic. W ogóle widać, że historia toczyła się przez te stepy i znaczyła swą drogę „czarnym szlakiem tatarskim”, kopcami orientacyjnymi sypanymi na najwyższych miejscach w okolicy, aby z jednego kopca widać było drugi, z drugiego trzeci itd. Były to punkty orientacyjne dla czambułów tatarskich napadających lub powracających z napadów. Dużo też łez musiało być wylanych na tych ziemiach i dużo krwi przelanej, bo bławatków i maków nie brak po polach i miedzach. Wiele śladów tatarskich, być może dezerterów, którzy zostali na tych ziemiach i zachowali swoje nazwiska, można znaleźć wśród chłopów pod Miodoborami, jak np. Kich, Mormol, Bachmaj, Czantaj i inni.
Ale nie tylko tatarskie ślady ta ziemia na sobie nosiła, niejedna zawierucha wojenna w Polsce rozgrywała się na tych bogatych „mlekiem i miodem płynących” ziemiach. Opowiadała mi matka o wydarzeniu, które może trochę koloryzowane, było w efekcie prawdziwe. Śniło się dziadkowi, że jakieś trzy postacie, raczej szkielety, proszą o pochówek ich na cmentarzu. Sen mara, dziadek nie reagował na to, ale gdy sen powtórzył się drugi i trzeci raz, dziadek zawołał dwóch chłopów i poszedł kopać w miejscu wskazanym we śnie. Po odrzuceniu kilku warstw ziemi, odkopali trzy skute szkielety, dobrze zachowane, jakiś hełm i kilkanaście pieniążków szwedzkich. Podejrzewano, że jeszcze w czasie Potopu (szwedzkiego) jacyś żołnierze aż tu zjechali, tu ich chłopi zatłukli, że to „niewierne Lutry”, i w rowie przy starym cmentarzu pochowali. Na cmentarzu tym nie było już śladu mogił ani żadnych krzyży, ale że ziemi było dosyć, a cmentarze u ludności były w poszanowaniu, miejsce to ogrodzono głębokimi fosami, aby bydło grobów nie paskudziło. Może to bajka – fantazja, ale faktem jest to, że wykopano trzy skute szkielety i pochowano je na cmentarzu, a pieniążki odesłano do muzeum we Lwowie.
Dziadek Alojzy z Żerebek dobrze gospodarował, dorobił się majątku, kochał przyrodę i mimo że miał na Miodoborach kilkaset morgów lasów, to jeszcze na gorszych gruntach sadził nowe lasy. Jeden z nich nazywany był Czołhańszczyzną, liczył około 20 ha i w tym lesie jeszcze ja zbierałem grzyby i maliny. Potem, po śmierci dziadka, synowie lasy wyrąbali, zostały gołe skały i gdzieniegdzie stare, pokrzywione dęby, które nie nadawały się na materiał do przeróbki, bo pełno było na nich guzów, narośli i sęków, które nie zachęcały do wycięcia ich nawet na opał. Zachowały się te stare dęby i świadczyły, że był tu kiedyś las, w którego cieniu grasowały wilki i dziki. Chłopi pługami podpychali się coraz wyżej, ale na skalnej ziemi zbierali tylko kiepski owsik, wreszcie pola te na pastwiska zamieniono, które spalone słońcem też nie przedstawiały żadnej wartości i tylko rude pasmo gór było widoczne ze znacznej odległości. Gdzieniegdzie zostały jeszcze resztki pięknych lasów, zwłaszcza na południu, koło Rasztowic4 za Oknem nad Zbruczem5. Tam Miodobory miały już charakter dzikich gór. Kompleks lasów mierzyło się na tysiące hektarów, a brak dróg nawet partie prastarego lasu zachował. Przez te lasy prowadziła jedynie stara droga, którą wyrąbał Sobieski, gdy szedł na Kamieniec Podolski, a nawet zachował się most przez niego zbudowany i do dzisiaj używany. W górach, w bloku skalnym była wyrąbana chatka z kamienną pryczą, robiła na nas wrażenie, w niej przed wiekami żył pustelnik, a potem mniej świętobliwi jego naśladowcy. Ostatni z nich, który leczył ziołami i udzielał porad młodym, ładnym dziewczętom, jagody i korzonki zamieniał na śmietanę i kury.
W tych to lasach, w okolicy Rasztowic, z moim bratem byłem na jednym z polowań na dziki. Było to pod koniec lutego 1912 roku. Dzień był piękny, prawie wiosenny. Zboczami płynęły strugi wody, śniegu już prawie nie było, ptaszki śpiewały. Stanęliśmy na stanowiskach. W rogu miotu ja stałem, a 50 kroków obok, na linii stał mój brat, potem starosta rzeszotarski i inni myśliwi. Strzelać było wolno tylko do dzików i lisów. Z bratem mieliśmy dobre dubeltówki i oprócz tego manlichery myśliwskie. Po chwili ruszyła nagonka, a po paru minutach usłyszałem trzask łamanych gałęzi i z gęstwiny krzaków wysunęła się długa morda dzika. Przeczuwałem, że jest ich więcej, ale nic nie widziałem prócz tego jednego ryja, który zza grubego dębowego pnia fukał, węszył i badał. Ścisnąłem swego manlichera i już w myśli widziałem tę jatkę, którą za chwilę razem z bratem sprawimy. Brat strzelał sprawnie, ja też nie najgorzej, ale dzik chyba mnie zwęszył, dość, że w sekundzie zawrócił i galopem ruszył wzdłuż linii. Słyszę strzał brata, ale nie z manlichera, potem strzelał starosta i Bortnik i po chwili widzę, jak w odległości około 200 metrów przez linię przeskakuje ogromny dzik, a za nim sypie cała chmara, mniejszych i większych warchlaków. Trwało to kilka sekund. Po minucie zapanowała cisza, nadal śpiewają ptaszki i jest wiosna! Schodzimy ze stanowisk. Okazało się, że wszyscy strzelali do największej sztuki. Brat zmienił manlichera na 16-calową dubeltówkę, a pozostali myśliwi strzelali 12-calowymi. Szukamy farby. Jest! I 100 kroków za linią leży ogromna samura. Oglądają i orzekają, że śmiertelna kula jest z szesnastki, więc przyznali memu bratu honorowe trofeum, bo upolowaną zwierzynę zabierał gospodarz. Ja w ogóle nie strzeliłem, jednak wrażenie zostało na całe życie. Ojciec, który nie był myśliwym, zawsze mówił: że też wam chce się jechać 50 kilometrów i albo zabić, albo nie zabić zająca, wolałbym kupić wam tego zająca niż męczyć siebie i konie. Jednak nigdy nie żałował na naboje czy na kupno broni, której mieliśmy cały skład, i to broni pierwszorzędnej, z lunetami, specjalnie ostrzelanej i z pedanterią pielęgnowanej.
Polowania te bardzo krytykował mój „zimny” dziadek Kazimierz Stopczyński, stary kawaler, brat mojej babki z Żerebek, doktor prawa i jak na owe czasy był bardzo mądrym człowiekiem. Był właścicielem majątku Dorofijówka nad Zbruczem, nigdy nie gospodarował, hodował tylko piękne konie, polował, dużo jadł i potrafił wypić morze wódki czy piwa. On to właśnie mówił, że jesteśmy tylko rzeźnikami, bo strzelamy po 100 zajęcy, a dawniej… i opowiadał jak szło się do lasu, to każdy stawał na przesmykach, gajowi zapuszczali gończaki (psy), a myśliwi tymczasem schodzili się grupkami i dla rozgrzewki z rąk do rąk podawali sobie pełne manierki. A kiedy usłyszeli gon psów, to każdy leciał na swoje stanowisko. Wtedy sypał proch do lufy, potem konopne pakuły przybijał „pucsztokiem”, z woreczka sypał miarkę śrutu, znów pakuły i kapiszonówka była gotowa do strzału. Dużo strzelali i w końcu tryumfalny okrzyk: Jest! Wtedy łapało się psy i całe towarzystwo schodziło się na jednego głębszego, na trupa. Biedny zajączek nawet nie przypuszczał wiele manierek wypito na jego cześć, a przy wypróżnianiu manierek opowiadano przeróżne historie. W tym czasie gajowi zapuszczali psy na nowe rewiry. Po kilku opolowanych rewirach, zabitych było 5 zajęcy, czasem lis, ale za to nasłuchało się wiele dowcipów, opowiadań i w jakich humorach panowie wsiadali do sań. Wracało się do gościnnego gospodarza, gdzie myśliwych oczekiwały piękne panie i jeszcze piękniejsze zakąski i kolacyjki. To były polowania! Ej, chłopcy! – zwracał się do nas – wy to jeszcze chłopy, ale inni? Do mnie, gdy przyjeżdżało dziesięciu panów, to kupowało się 10 kg mięsa i 10 litrów wódki, a teraz na dziesięciu kilogram mięsa i litr wódki za dużo. Co tu gadać, inne czasy były. Ale idę już modlić się – i przy tych słowach wstawał od stołu, podnosił opadające portki, bo schudł, a ważył około 130 kg i szedł do swego pokoju.
Jednak był dobrym politykiem, pogląd miał trzeźwy i w 1914 roku po bitwie nad Marną powiedział od razu: Niemcy wojnę przegrały, bo jeżeli całą potęgą ruszyli i nie wygrali Marny, to już koniec z nimi i Polska musi powstać, dlatego lżej mi będzie umierać. W 1915 roku zachorował, leżał w szpitalu w Skałacie, gdzie miał zapewnione miejsce. Gdy budowali szpital, dziadek ofiarował 10 tys. koron z zastrzeżeniem, że przyjmą go na leczenie za darmo i na tak długo, jak długo będzie trzeba. Po dwóch tygodniach spokojnie umarł i tam na cmentarzu w Skałacie został pochowany. Wieczorami dużo nam zawsze opowiadał: o moim dziadku z Żerebek i dziadku mojej żony Antonim z Hałuszczyniec, o różnych swoich przeżyciach oraz o epizodach, które charakteryzowały podolskich szlagonów (typowy przedstawiciel prowincjonalnej szlachty).
W czasie wybuchu I wojny światowej wtedy, gdy moja mama z siostrą wyjechały do Wiednia, ja z ojcem i bratem zostaliśmy w Poznance. Był tu stojący na pagórku nieduży, murowany dom, kryty blachą, a 50 metrów poniżej była oficyna, w której zazwyczaj mieszkałem z bratem. Jednak dla bezpieczeństwa przenieśliśmy się do górnego domku, chociaż różnego kalibru broni mieliśmy bardzo dużo, dwa manlichery z lunetą, dubeltówki, sztucery, floberty itp. Jednego dnia po obiedzie, kilka dni po wybuchu wojny, zjawił się u nas brat babki Kazimierz Stopczyński, który z Podwołoczysk piechotą przyszedł do nas, a miał już wtedy 74 lata! Był wysoki, barczysty, czarny jak kruk, z ogromnymi faworytami i bardzo inteligentny. Całe życie spędził na swojej wsi Dorofijówce, w swojej bibliotece, nie bardzo zajmując się uprawą ziemi. Następnie sprzedał majątek, długi spłacił, a za resztę kupił domek w Podwołoczyskach i przeżywał swój skromny kapitalik. Ten to dziadek, gdy pierwsza potyczka miała miejsce nad granicą w Podwołoczyskach, wziął z piwnicy 5 glinianych gąsiorków z pitnym miodem po swoim dziadku, kufereczek z bielizną, wszystkie inne rzeczy pozostawił i przyszedł do nas. Ojciec bardzo ucieszył się, bo politykowaniu nie było końca, a że słowianofilami byli obaj, więc rozbijali Austrię i Niemcy, wskrzeszali Polskę, a losy wojny i zmienne koleje przeżywali całym sercem. Do ojca zwracał się konsyliarzu (przestarzały, dziś żartobliwie lekarz), a ojciec do niego wuju. Obaj ważyli po ponad 130 kilogramów, to nikt się nie dziwił, że w chwilach wolnych od polityki układali jadłospis na obiad. Wieczorami zaś, gdy wszyscy siedzieliśmy przy stole, opowiadał rodzinne epizody, miłostki, interesy, a że miał dar wymowy, to chętnie go słuchaliśmy. Pamiętam takie opowiadanie:
Dziadek mój lubił przyrodę, zimą karmił zające i sarny, nie tyle dla celów myśliwskich, ale raczej z ambicji dla podkreślenia, że w jego lasach jest dużo zwierzyny. Pewnego razu, gdy w słońcu siedział na ganku i palił fajkę na wiśniowym, długim co najmniej na pół metra cybuchu, przyszedł chłop i mówi: Sława Bohu, a dziadek odpowiada Sława na wiki i pyta, czego chce. Chłop wyciąga z worka małe sarniątko, dopiero co urodzone i prosi, aby dziadek dał mu na „mohorycz” tzn. na piwo. Dobrze, dobrze, chodź do mieszkania, a gdy chłop wszedł, zbił go tym cybuchem za to, że zabrał takie maleństwo, które jeszcze chodzić nie umie. Jednak po chwili pożałował chłopa, więc dał mu koronę i kazał odnieść sarniątko do lasu. Chłop był zadowolony, bo za koronę cały dzień musiałby pracować. Brat mojego dziadka Alojzego, a dziadek mojej żony – Antoni, także dobrze gospodarował, skromnie żył, ale miał swoje dziwactwa. Jednego roku zauważył, że ktoś systematycznie kradnie zboże ze stodoły, Mimo poszukiwań złodzieja nie znaleziono, a zboża w zasieku wciąż ubywało. Wówczas dziadek postanowił sam zadziałać. Schował się w krzaki koło stodoły i wkrótce zauważył, jak ktoś ukląkł pod ścianą stodoły i przez mały otwór wsypuje do worka zboże. Dziadek po cichu wyszedł i z krzykiem skoczył na kark złodziejowi: Mam cię draniu! Złapany ukląkł na kolana i woła: Proszę wielmożnego pana, ja dla swoich dzieci, a mam tak jak wielmożny pan ośmioro, a teraz na przednówku głodują. Wtedy dziadek kazał mu schylić się, zarzucił mu worek na plecy i pokazał mu, którędy ma cicho iść, aby go stróż nocny nie złapał.
Pamiętam jeszcze jeden z tych licznych epizodów opowiadanych przez dziadka. Opowiadał, mój brat, świętej pamięci Piotr, był wyższy ode mnie o głowę i odpowiednio silny. Pewnego dnia zimą, ubrany w ciężki kożuch, jechał sańmi do Tarnopola. Szosy wtedy nie było, jeździło się polnymi drogami, a zimą drogami na przełaj. Droga wiodła przez lasy, w których było wiele wilków i dzików, a w dodatku liczne bandy rabusiów. Za wsią, za karczmą wyskakują rabusie z krzykiem Dawaj pieniądze! Piotr odpowiedział, że pieniądze ma w bluzie i musi zdjąć kożuch. Wylazł z sań, zdjął kożuch i futerko, został tylko w bluzie i jak nie wyrżnie jednego w pysk, ten w rowie wylądował, wyrżnął też drugiego, który też do rowu wpadł, trzeciemu wywinął rękę, a czwarty jak zobaczył, co się dzieje, to uciekł do lasu. Piotr ubrał się i już spokojnie dojechał do Tarnopola. Po kilku miesiącach wracał z jarmarku i znów banda opryszków zatrzymuje konie krzycząc: Dawaj pieniądze, ale w tym momencie jeden z poszkodowanych w zimie rabusiów poznał Piotra i zawołał: Uciekajcie chłopcy, to Petryk jedzie, a Piotr bez wypadku wrócił do domu. Ale to był mężczyzna – na obiad jadł kurę albo kilo mięsa, nie to, co dzisiejsi chłopcy. Tak zawsze kończył swoje opowiadania twierdząc, że kiedyś było inaczej.
O Piotrze opowiedział nam jeszcze jeden epizod, jak to pewnego razu końmi dwa dni jechał do Lwowa na karnawał. Kolei jeszcze nie było. Żelazna kolej zaczynała się dopiero od Lwowa w kierunku na Kraków. Po balu wracał przez lwowski rynek i koło jednej studni zatrzymuje go dwóch batiarów z pytaniem, która godzina. Piotr odpowiada, że druga w nocy. A oni na to – Pokaż, czy masz zegarek? Wtedy Piotr już nie czekał na nic, tylko złapał jednego i wrzucił do basenu, koło studni. Widząc to drugi batiar uciekł wołając: A niech ci dunder ściśnie. Tak to czasami siła fizyczna przydaje się, ale wtedy byli inni ludzie, nie to, co dzisiejsza młodzież. I tym sloganem, jak zwykle zakończył swoje opowiadanie.
PRZYPISY

1    Niemiecki atak na Związek Radziecki bez wypowiedzenia wojny w dniu 22 czerwca 1941 roku był początkiem tzw. operacji „Barba­rossa”
2    Wieś w powiecie tarnopolskim, znana od 1565 roku, tu w kwietniu 1945 roku banderowcy zamordowali 4 Polki.
3    Wieś 4 km na południowy zachód od Tarnopola, do II wojny światowej w zdecydowanej większości zamieszkała przez Polaków, tu w 1945 roku zostało zamordowanych 8 Polaków bezpośrednio po kazaniu księdza greckokatolickiego Iwana Diducha, który denerwował się, że nic się we wsi nie dzieje, a powinno paść przynajmniej 100 Polaków
4    Wieś Rasztowice, tu urodziła się młodopolska poetka ze środowiska krakowskiego Kazimiera Zawistowska z domu Jasieńska (1870–1902), pisała melancholijne wiersze, sławiące między innymi uroki podolskiego krajobrazu, publikowała pod pseud. Ira,
5    Wieś znana od 1440 roku, w 1850 roku majątek w Oknie nabył Jan Fedorowicz, działacz społeczny, uczestnik powstania listopadowego, później deputowany do wiedeńskiej Rady Państwa. Po Janie Fedorowiczu majątek objął jego syn Władysław (1845–1918).



* WYJAŚNIENIE DLA CZYTELNIKÓW
Stosowaliśmy dotąd nazwisko autora Wspomnień podolskich w wersji Świstuń. Zwrócono nam jednak uwagę, że prawidłowo brzmi ono Świstun. Od tego więc numeru stosujemy poprawną wersję.