Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Kornel Makuszyński, MÓJ PIERWSZY WIERSZ

Godzi się to opowiedzieć, jak z miłego i po­rządnego chłopca za podszeptem szatana i wskutek tego, że go w chłopięctwie za wszy­stko bijali, rzadko zaś za to, co było zapowie­dzią nieszczęścia – wyrasta człowiek zgubiony, zmarnowany i niepożyteczny, taki, jednym słowem, co pisze wiersze i książki. Opowiadam to ze zgrozą ku nauce innych, których najpierw czart kusi, a wydawca potem obdziera ze skóry. Opowiem tedy, jak i kiedy przywiedziony zo­stałem do zguby, nieszczęsny człowiek, którego teraz wytykają palcami z litościwym szeptem:
– Patrz, patrz! to ten, co tak pisze...
Za pierwszy wiersz uważam ten, od które­go się liczy datę potrzebną do jubileuszu, to znaczy do tej uroczystości, kiedy człowieka odziewają w stary frak, gadają niemądre mo­wy i ofiarują jeszcze jeden pamiątkowy, ale za to tandetny kałamarz ze statuetką kolegi Ho­mera. Zabawne jednak są terminatorskie lata szewca poezji, należy więc wielkie zdarzenie w poetyckim żywocie poprzedzić wstępem krót­kim, lecz nudnym.
Pierwszy w życiu wiersz napisałem, mając lat równo jedenaście. W owym czasie ludzie no­sili jeszcze włosy i ja też, ulegając temu nawy­kowi bez sensu, miałem czuprynę godną buszmana. To widocznie przywiodło mnie do zbro­dni. Byłem uczniem pierwszej klasy gimna­zjum w słynnym mieście S..., dlatego słynnym, że była tam fabryka zapałek, która się paliła do fundamentów co pół roku; było to zajmu­jące i szczerą budziło we mnie radość. Innych powodów do sławy miasto to nie miało nigdy. To, że ja się tam urodziłem, nie poprawiło mu opinii.
W tym to mieście i w jego gimnazjum nauczał miłości Boga srogi ksiądz, który w imie­niu wszystkich potęg niebieskich walił w kark twarde głowy, co było przyjmowane z pokorą wobec nieba. Jednego dnia jednak, kiedy po pogodnej nocy lód na stawku był jak szkło i kiedy dusze rżały z radości wspomniawszy łyżwy, srogi ksiądz pod karą piętnastu milio­nów lat piekła zakazał chodzić na ślizgawkę.
Ha! To było straszne...
Szukaliśmy w szkolnym katechizmie o tym wzmianki, czy Mojżesz przypadkiem nie zaka­zał swoim Żydkom ślizgawki. Nigdzie ani śla­du, ani słowa o tym. Więc się nam stała nie­sprawiedliwość. Dusza moja, która miała wte­dy jeszcze włosy na młodym, zapalczywym łbie, zapłonęła jak zapałka. Uśmiechnąłem się jak szatan... Nie będzie ślizgawki? Dobrze! – ale będzie wiersz! Nie! Nie wiersz, lecz satyra, taka, jakiej jeszcze świat ani miasto S... nie widziały; satyra krwawa jak trzydziestoletnia wojna, jak rzeźnia miejska, satyra pełna żółci, octu, jadu, trucizn i klątwy.
Oblizałem pióro, umaczałem je w kałama­rzu, a ponieważ nadziała się na nie mucha, sa­mobójczyni, otarłem je o włosy i jak szpon wparłem je w kajet.
Jęknęła sroga dusza srogiego księdza. Ja nic. Na twarzy śmiertelny spokój, śmierć i mar­mur, w sercu burza, w ustach język, wywalo­ny na zewnątrz, gdyż to pomaga bardzo w tym wieku przy pisaniu.
Powstała w ten sposób jedna z najbardziej gorzkich satyr tego wieku. Ksiądz został spo­niewierany. Rymy były takie:

Na próżno jędza
w ubraniu księdza
z lodu nas spędza!
W pierwszej b klasie
w zimowym czasie
nikt mu nie da się!!!

Druga zwrotka była jeszcze potężniejsza, ale jej już nie pamiętam. Nazajutrz dwie klasy pierwsze, oddziały a i b – oszalały. Patrzono na mnie z podziwem, jak na bohatera. Osiem­dziesięciu młodych idiotów powtarzało wspa­niałe moje rymy z upojeniem i z zachwytem.
Ach! ach! jak krótką jest sława, jak marny los gotuje swojemu wybrańcowi! Znalazł się zdrajca, brzydki chłopiec, maminsynek, który ten cudowny poemat przepisał i zaniósł pod­czas przerwy do księdza. Ksiądz nie poznał się na wzniosłości poematu: wziął mnie na kolano i trzecią strofę wypisał mi rytmicznie tam, gdzie nikt nigdy nie zagląda, aby czytać wier­sze. Obok stała Muza i płakała. Ja zaciąłem usta, choć ksiądz był mocny. Rozmyślałem po­tem, że nie powinni pozwolić, aby ksiądz był tak mocny w ręku.
Ha! ha! Ksiądz pobił mnie, ale nadaremne były jego wysiłki; nie zabił mojej sławy. Cho­dziłem w niej jak w słońcu. Ba, nauczyciel ma­tematyki uśmiechał się do mnie, choć byłem straszliwy w tej dziedzinie bałwan, ale matematyk i ksiądz – nigdy nie są w komitywie. Łajdak, który wiersz zaniósł do księdza, skoń­czył marnie; jak rok długi nikt mu nie podpo­wiedział słowa, nikt mu nie dał odpisać pisem­nego zadania, bez czego nawet geniusz nie może przejść do wyższej klasy. Mnie podpowiadali wszyscy, wszyscy dawali do odpisywania zada­nia rachunkowe męczennikowi.
Kiedy miałem lat dwanaście, napisałem wierszy bardzo wiele; uwielbiałem tematy hi­storyczne, którym dawałem wspaniałe, dostoj­ne olbrzymie tytuły – po łacinie. Wiersz Vindobona (o, młody idioto!) był haniebnym zdemaskowaniem cesarza Leopolda, które­go Sobieski wziął na kawał z udanym ukło­nem.
... Cesarz się bardzo po niemiecku dąsa,
Że Sobieski nie do czapki, lecz sięgnął do wąsa.
Więc na przyszłość, cesarzu, popamiętaj o tem,
Że najpierw się masz kłaniać, a król polski potem!
Czy to nie piękne wiersze? Cesarz w grobie zakrył rękoma twarz. Wstydził się.
A wiersze miały powodzenie niesłychane. Pisane były pismem kaligraficznym i zawsze – zawsze! mówię – czerwonym atramentem.
Wielkim i o wielkiej sławie poetą stałem się w trzeciej klasie gimnazjum IV we Lwo­wie. Miałem trzynaście lat i byłem straszliwie „bity” jako znawca literatury, w klasie trze­ciej bez konkurencji. W matematyce zawsze bęcwał.
Sławę moją na niwie gimnazjum ugrunto­wało niebywałe zdarzenie.
Kolega mój jeden – wielki dandys, gdyż do mundurka miał zawsze białe rękawiczki, za­kochał się. Oblubienica miała lat czternaście, była trochę zezowata i miała piegi. Podobno oświadczyła, że „wyjdzie” tylko za „poetę”. Młodzieniec groził samobójstwem i z ponurą miną pokazywał nam scyzoryk, który wciąż ostrzył o szkolną ławę i który w najbliższy czwartek (?) miał sobie zatopić w sercu. Już to miejsce, w które miał ugodzić, zaznaczył czer­wonym ołówkiem na skórze. Napawało nas to niepokojem i zgryzotą. O cóż szło? O wiersz? Więc niech kto napisze wiersz, a on powie, że to jego. W szkole się przecież zawsze odpisuje.
Ale nie tak zrobiono. Zakochany kolega ogłosił – konkurs. Najbardziej prawidłowy konkurs poetycki. Nagrody były niesłychane: zwycięzca miał dostawać na koszt fundatora konkursu przez dni dziesięć parę kiełbasek z bułką podczas wielkiej pauzy, ten ci bowiem niebiański przysmak sprzedawano w gimna­zjum.
Obejrzałem się niespokojnie po klasie. Dwóch jeszcze oprócz mnie pisało wiersze, po­za tym w klasie czwartej był jeden poeta, bar­dzo mocny. Leopold Staff i Józef Ruffer byli w innym gimnazjum, były to zresztą wielkie potęgi już coś z ósmej klasy, tak że do smarkaczów dochodziły tylko głuche o ich istnieniu wieści.
Wzięto miarę na poemat; zakochany idiota pokazał nam z daleka na ulicy swój ideał, ze­zowaty i z piegami.
– Jak jej jest na imię? – zapytałem krót­ko.
– Jadwiga!
– Dobrze jest! – rzekłem.
Napisałem poemat o Jadwidze, tak cudow­nej piękności, tak rzewny i pełen miłości tak wielkiej, iż jej zezowate oczy zaszły łzami. W poemacie tym naprostowałem jej oczy, oczy­ściłem twarz, dodałem jej włosów. Konkurenci odpadli, jak gruszki z drzewa, i odeszli we wstydzie. Wiersz mój, w zamkniętej wprawdzie kopercie, lecz osobiście wręczony „sądowi kon­kursowemu”, który zagroził pobiciem każdemu uczestnikowi turnieju, gdyby się nie zgodził na jego wyrok – dostał pierwszą nagrodę. Mu­siał dostać! Rozdrapałem sobie serce i dwa ry­my ukradłem Słowackiemu, ale uczciwie dopi­sałem z gwiazdką „ze Słowackiego”, co tylko wzbudziło podziw i nadało wierszowi poloru.
Tryumf mój był niesłychany. Poeta z czwar­tej klasy złożył mi powinszowanie i mówił do mnie „kolego”. Był to mocny – jak rzekłem – poeta. Jest teraz ginekologiem.
W klasie czwartej byłem już poetą całą gę­bą, rzec można – od ucha do ucha. (W mate­matyce wciąż jeszcze bałwan!) Dzień w dzień byłem w teatrze i umiałem na pamięć, co kto chciał. Zamyśliłem napisanie wielkiego poema­tu – „filozoficznego”. Ale to wszystko nic! Tego roku, kiedy miałem lat czternaście, zosta­łem po raz pierwszy w życiu wydrukowany.
Wydrukowany! Czy rozumiecie to słowo, początek obłędu?
Tego to roku po raz pierwszy w życiu ujrza­łem Henryka Sienkiewicza, kiedy zjechał do Lwowa. Lwów bowiem, miasto jak brylant wprawione w Trylogię, miłowało go bardzo swo­ją miłością gorącą i impulsywną, a pogłaskane w swojej hardej mieszczańskiej dumie przez opis gotowania się do obrony, chciało to mia­sto, ten lew wśród polskich miast, uczcić go tak jak żadne.
Kraków umie czcić umarłych, Lwów tylko żywych; czyni to takim gestem Wierzynka, nie trwożącego się królów, z taką serdecznością ry­cerską i piękną, że tylko serca tego miasta zażą­dać, a odda swoje serce. Tak czyni zawsze, cóż dopiero, kiedy chce uczcić Sienkiewicza albo potem Konopnicką.
Przyjęcie Sienkiewicza we Lwowie było urządzone w stylu sienkiewiczowskim. Nie mógł godniej i wspanialej przyjąć Jana Kazi­mierza ks. Lubomirski w Lubowli, niż Sienkie­wicza przyjął Lwów, lwowskie mieszczaństwo, kolorowe, przy karabelach chodzące, trzęsie­niami u kołpaków błyszczące, spinające kontusze guzami wielkich korali lub turkusów. Gdzie był wówczas jaki kontusz w tym arcymieście, wtedy wystąpił do parady razem z niesłycha­nym bogactwem delij i sobolów arystokracji galicyjskiej. Ale szewc lwowski czy książę Lubomirski, czy Potocki hrabia – byli sobie wte­dy równi: miną, gestem i karabelą, a przede wszystkim zupełnie zachłanną miłością do te­go, który prostą, uczciwą, a tak cudownie bo­haterską duszą tego miasta z kronik wyczytał i na nowo opromienił błyskami armatniego ognia pana generała Arciszewskiego i słowy swoimi, grzmiącymi jak spiżowa surma Gra­dywa.
Dzień ten pamiętam jako wielką, bajeczną wizję, która mi się na sercu odbija. Byłem sztu­bakiem, tego dnia jednakże jednym z tysiącz­nych aktorów wielkiego, wspaniałego widowi­ska, którego bohaterem był Sienkiewicz.
Lwów jest zawsze rojnym ulem, w którym coś się dzieje, bo gorący temperament tego miasta jest zawsze w stanie wrzenia. Cóż się dopiero działo, kiedy miał w gród ten wjechać imć pan Sienkiewicz, hetman bez buławy, wo­jownik wielki, choć bez miecza! Oszalała na poły dusza Lwowa. Jeśli tak rzec można: mia­sto dostało gorączki i wypieków. Ale też urzą­dziło przyjęcie – miły Boże! Kwiaty, dywany, festony, bramy tryumfalne – to nic. To każdy urządzić potrafi. Ale żeby do białości rozpalić duszę miasta, to tylko Lwów potrafi. Życie ca­łe stanęło, właściwie zaś wyszło na ulicę, w do­mu zostali chyba tylko ciężko chorzy. Sienkie­wicz miał przyjechać o ósmej wieczorem – od trzeciej zaś wzdłuż ulic stał tłum, głowa przy głowie. A u brzegu, tworząc szpalery nieskoń­czonej długości, stały najdumniejsze w tej chwili istoty na świecie – my, sztubaki w mun­durkach, zdenerwowani, przejęci, a dostojni i marsowi, w trosce wielkiej, aby był porządek, aby nas tłum nie załamał i nie zepsuł linii. Mą­drzy ludzie nas tam postawili; niech ujrzy tych, co temu miastu w sercach chłopięcych przysię­gli miłość dozgonną.
O godzinie ósmej padł na miasto głęboki mrok. Tłum szemrał jak spokojne morze. Na­gle się zakołysał, bo tam w oddali coś się stało. Dreszcz stu tysięcy ludzi zdobył się wreszcie na jedno słowo: „Przyjechał!” Wtedy się stało coś dziwnie pięknego: tysiąc czy dwa tysiące mło­dzieży zapaliło pochodnie smolne, krwawe, bły­skotliwe, migające i syczące: dodawszy do te­go ten blask, który bił z młodych rozognio­nych oczu, można sobie wyobrazić, jak się stało jasno na wielkiej ulicy, wiodącej od dworca kolei. Efekt był jak z bajki, niewidziany. Ale nawet w bajce chór największy olbrzymów nie wydaje takiego grzmotu z gardzieli, jak ten grzmot okrzyków, który wystrzelił piorunem z chmury tłumu, krwawo oświetlonej pochod­niami. Głos ten potężny, urodzony gdzieś w od­dali, zaczął się toczyć jak lawina i grzmiał co­raz wspanialszy. Gwiazdy poczęły drżeć, prze­rażone. A to Lwów krzyczał: „Niech żyje!”
W ten szał burzy, w ten krzyk radości, w to huczne morze wjechał Sienkiewicz. Siedział w powozie z jakimiś pięknymi Polakami w kontuszach; dwa siwe araby w zaprzęgu wyrzu­cały dumnie głowami i tańczyły pięknie, jakby wiedząc, kogo wiozą. Sienkiewicz się uśmiechał jakoś dziwnie, rzewnie i tak, jakby się tym uśmiechem ratował od łez. Kłonił wciąż głowę i ręką posyłał pozdrowienia. Kiedy nas mijał powoli, płuca dobyły z siebie ostatka sił. Nikt nikomu za żadną cenę nie chciał się dać prze­krzyczeć, bo jakżeż inaczej mógł lichy sztubak okazać mu swoją miłość, większą niż miłość Bohuna do Heleny.
Tłum się chwiał, wył, szalał, wołał, klaskał, huczał i grzmiał; matki podnosiły dzieci na rę­ce, starcy patrzyli z zachwytem. Dusza Lwo­wa była szczęśliwa, pyszna, dumna i wniebo­wzięta.
Miasto huczało tak do późnej nocy; tłumy ludzi, które niedawno machnęły ręką na szacha perskiego, oczekiwanego tylko przez wyrost­ków przed hotelem, nie ustępowały sprzed okien Sienkiewicza.
Wspaniałe się potem odbyły uroczystości, o których nic już nie wiem, gdyż nie potrzeba było przy nich trzymać pochodni; w żakow­skiej duszy został na zawsze tylko ten obraz: morze światła, siwe, pyszne araby i uśmiech Henryka Sienkiewicza.
Oczarowany tym uśmiechem, napisałem wiersz na cześć Sienkiewicza i oto ten wiersz (oj!) został przyjęty i wydrukowany na pierw­szej stronie pisma „Polonia”, wydawanego dla młodzieży szkolnej. Mam ten wiersz do dziś w oczach, szczególnie podpis, który błyska, jak­by był wybity diamentami: Kornel Makuszyński, uczeń IV klasy gi­mnazjalnej.
Wiersza już nie pamiętam. Były w nim i ła­ny, i kurhany, i hetmany, i blizna, i Ojczyzna. Głupi wiersz, z całą pewnością głupi, ale napisany całym sercem, z patosem, ze wzruszeniem, z czym kto chce. Ja byłem zadowolony.
A w matematyce byłem wciąż przeraźliwy bałwan. Matematyki nauczał pewien starej da­ty ksiądz, przezacna dusza, udający z pasją okropnego tyrana. Nie było sposobu, aby mnie nauczyć wyciągania pierwiastków i innych ma­tematycznych mądrości. Toteż poczciwy ten ksiądz patrzył na moją tępość matematyczną przez palce. Czynił mi życie ciężkim aż do zda­nia matury, wygadywał niestworzone rzeczy, ale machnął na mnie ręką. Ocalała mnie zawsze poezja.
„Pomnik ci postawią, a ja ci dam pałę!” – groził zacny ksiądz.
Nikt się wprawdzie z pomnikiem nie kwa­pił, ale należy mi się on za ten strach, który mnie dręczył zawsze na lekcji matematyki.
Dotąd jednak to wszystko drobiazgi i grze­chy dzieciństwa. Wśród nich minął mój rok piętnasty żywota, cielęcy żywot. Kiedy jednak dusza nieco przejrzała, kiedy zaczęły oczy pa­trzeć szerzej, wiersze się stawały jakieś inne; kulawe – cudem odzyskiwały prostość człon­ków, głupie – mądrzały, nieforemne – stawały się foremne. Nędza była, aż skwierczało, a już nie było takich, co rozpisywali konkursy z dziesięcioma parami kiełbasek. Minął wiek złoty.
Wiersze jednak pisało się zawsze. Miałem wonczas profesora literatury, który musiał przenikliwie spojrzeć w młodą duszę, choć nie umiała matematyki. Daj Boże każdemu młode­mu człowiekowi, co potem ma pójść w literatu­rę, takiego profesora. Na każdej mojej książce chciałbym – gdyby wypadało – jemu napi­sać dedykację, prof. Wojciechowi Grzegorzewiczowi. Jeśli go te słowa dojdą, niech się do niego uśmiechną. Ten człowiek mi pokazał światłość literatury, wybijał w młodej duszy okno, aby dojrzało piękno. On mnie wypraszał u profesora matematyki i u Greka, i u histo­ryka, i u innych. Kiedy mnie na lekcji religii przyłapali z Szekspirem pod szkolną ławą, on staczał srogie boje, aby mnie nie „wylali”. Zacny człowiek.
Kiedy miałem lat szesnaście – stało się coś, co uradowało najpierw jego, potem dopiero mnie. Tego to roku zostałem wydrukowany po raz drugi, ale już „naprawdę”. Muszę się po­chwalić szczegółowo.
Wychodził wtedy we Lwowie wielki dzien­nik „Słowo Polskie” pod redakcją Zygmunta Wasilewskiego. Każdej niedzieli dawało „Sło­wo” dodatek literacki na wysoką miarę pod ty­tułem „Tygodnik Literacki”, w którym na na­czelnym miejscu drukowano pierwszorzędne wiersze. Redaktorem tego dodatku był tylko... Jan Kasprowicz.
Ludzie, zastanówcie się! Jan Kasprowicz! Cóż robię ja – młody żak? Wybieram ze stu dwa sonety i z listem, który miał minę ponad stan, posyłam je Kasprowiczowi z tą samą na­dzieją ujrzenia ich w druku, co ujrzenia ludzi na Marsie. Mija jeden tydzień – nic... Jest wiersz Staffa – śliczny! Mija drugi tydzień. Jest wiersz Maryli Wolskiej – przepiękny.
Jak mogło być inaczej? Moje sonety wiją się w mękach na dnie kosza, ciśnięte ze wzgar­dą przez Kasprowicza.
A jednak było inaczej.
Przechodząc w niedzielę obok redakcji „Sło­wa Polskiego” – zatoczyłem się jak pijany. U wejścia do redakcji wywieszono numer ga­zety. Boże jedyny! Na pierwszym miejscu w dodatku literackim jaśnieje, błyszczy się, promie­nieje, krzyczy, wrzeszczy na cały świat mój wiersz, moje dwa sonety. Jan Kasprowicz uznał je za godne druku. Jan Kasprowicz kazał je wydrukować.
Świat się ze mną zakręcił. Chciałem krzy­czeć i śpiewać z radości, chciałem ściskać każ­dego przechodnia, każdemu powiedzieć: „Pa­nie! To moje wiersze!”
Chwilę tę pamiętać będę zawsze i zawsze ją sobie na pamięć przywodzę i to słodkie wspomnienie wydobywam z serca, ile razy dziś do mojego gabinetu w redakcji, szurgając moc­no nogami, wchodzi półżywy ze strachu i z emocji młody chłopak, rumieniący się jak panna, i podaje mi zwitek papieru – wiersze. Śmiało, śmiało, młody, kochany chłopcze! Ja znam to wzruszenie, ja ci powiem sumiennie, czy co siedzi w twych wierszach...
Proszę sobie teraz wyobrazić, co się naza­jutrz działo w gimnazjum. W ulu nie ma nigdy takiego poruszenia. Smarkacze obchodziły mnie z daleka, z niemym podziwem w błyszczących oczach. Stałem się dumą całego gimnazjum.
Wisiała jednak nade mną chmura. Austriac­kie przepisy szkolne groziły srogą karą za druk bez pozwolenia dyrekcji. Nigdy jednak nie było o tym mowy, bo nikt nie drukował ze sztuba­ków.
Za chwilę wołają mnie do dyrektora. Au! Siwy człowiek patrzy na mnie długo, a pode mną trzęsą się nogi. Patrzę nieśmiało w chmu­rę jego oblicza... Co to jest? Ten człowiek się do mnie uśmiecha... Pogładził mnie po głowie i powiada:
– Niech ci Bóg dopomaga, drogi chłopcze, ale pamiętaj, że nie wolno! Już nie będziesz?
– Będę, panie dyrektorze!
– No, to dobrze!
Tak uczciwy Polak ukarał młodego wierszo­kletę.
Po tej audiencji zrobiliśmy sobie z moim profesorem literatury porozumiewcze „oko”, jak dwaj wspólnicy literackiej zbrodni.
Najprzyjemniejsza zabawa zaczęła się jed­nakże dopiero później. Piszę ja do Kasprowicza list, którego każde słowo było promieniem słońca, i nieśmiało zapytuję w przypisku, czy mi gazeta czasem cokolwiek jeszcze wydrukuje?
Nazajutrz czytam w rubryce „Odpowiedzi redakcji”:
„Najchętniej. Proszę się zgłosić po odbiór honorarium”.
„Honorarium”? Co to jest? Boże drogi! To jakieś dziwne ludzie w tej gazecie: robią smar­kaczowi niebotyczną przyjemność i chcą jeszcze za to płacić.
Robię tedy naradę z kolegami.
– Musisz iść! – powiadają.
– Boję się! – mówię ja.
– Nie bój się, wariat! Kasprowicz to po­dobno byczy chłop! – powiadają oni.
Wobec takiej informacji rozpoczynam przy­gotowania. Dziurę w bucie zaszyłem białą nit­ką i posmarowałem atramentem. Mydłem i szczotką wyczyściłem mundurek, który mógł służyć za lustro u fryzjera w małym mieście. Na kołnierzu dwa złote paski (szósta klasa!), cokolwiek wyrudziałe, jednak dodają splendo­ru. Plunąłem na dłoń i misternie przygładzi­łem czuprynę. Poszedłem z wizytą do Jana Ka­sprowicza. Odprowadziło mnie szesnastu za­ufanych kolegów i czekało niecierpliwie na ulicy.
Moje biedne, głupie serce tłukło się w piersi jak oszalałe. Byłem blady jak skruszały nie­boszczyk.
Ze strachem pytam cerbera:
– Pan Kasprowicz jest?
– A jak jest, to co?
– Chciałem się zobaczyć...
– A kawaler z listem?
– Nie! – mówię grzecznie – ale pan Ka­s­prowicz kazał mi przyjść.
– To wal pan w te drzwi.
Pukam we drzwi cicho palcem, a głośno sercem. Wchodzę. Pokój wiruje razem ze mną. Widzę straszliwy osełedec na cudownej głowie wielkiego poety; broda zacna; potężne guzy na czole; kark byka, spojrzenie dziecka, uśmiech na ustach.
– Czego tam?
– Pan kazał mi tu przyjść...
– Ja? Panu? Po co?
– Po pieniądze...
Nie wyglądałem na brodatego Żyda, prze­śladowcę, więc Kasprowicz spojrzał na mnie wesoło, jak na obiecującego wariata, który piękną w tym kierunku mieć będzie karierę.
– Kto pana przysyła?
– Nikt... to ja sam... proszę pana...
– Ziemia drży pode mną. Uciec, uciec, za wszelką cenę uciec!
– Słodki panie – mówi Kasprowicz, uży­wając ulubionego swego wyrażenia – nie za­wracaj pan głowy. Jak się pan nazywa?
– Kornel Makuszyński...
– Jak?!
Powtarzam z cichym jękiem.
– To pan napisał te dwa sonety? Nie­możli­we.
– To ja, proszę pana.
Kasprowicz powstał, obszedł mnie dookoła, obejrzał i uśmiechnął się. I ja się uśmiechną­łem. Lew poezji jest – widać – dobry jak dziecko. Pogadał ze mną, wypytywał, pochwa­lił, zachęcił. Podał mi rękę i serdecznym gło­sem pożegnał. Miałem łzy w oczach.
W administracji wypłacili mi za dwa sonety dwie korony, halerzy osiemdziesiąt. Byłem bo­gaty!
Ha! wiele miłych rzeczy opowiadaliśmy so­bie z Kasprowiczem, lecz ile spotkaliśmy się razy, przypominaliśmy sobie nieodmiennie tę chwilę, kiedy olbrzym wziął karzełka w po­tężną swą dłoń i cisnął go w literaturę. Ja tej chwili, genialny, umarły przyjacielu mój, nie zapomnę – nigdy, nigdy...
Niedługo potem drukowałem wiele wierszy w doskonałym piśmie młodzieży akademickiej „Teka”, gdzie Staff drukował swój arcywiersz, genialny wiersz pt. Kowal. Wspaniałą redakcję „Teki”, redakcję, która się mieściła w jednym pokoiku, gdzie spało czasem pięciu przybyszów z fałszywym paszportem z Warszawy, a spa­ło na starych gazetach, two­rzyli: Stanisław Stroński, Edward Dubano­wicz, Przemysław Mączewski, Stanisław Zabielski, Bolesław Bator, Antoni Sadzewicz, Kazimierz Jarecki i je­szcze siedemdziesięciu kilku młodych zapaleń­ców. Mówili mi „kolego” i nic nie płacili. Za sonet można się było napić herbaty; łyżeczkę zastępowała obsadka pióra.
Chodziłem „w sławie, jak w słońcu”. Gębę upozowałem w śmiertelną powagę. Trzy pa­nienki z pensjonatu, dokąd niezmierna sława moja dotarła, kochały się we mnie. Biedne, bo kochały się beznadziejnie... Głowę miałem za­przątniętą czym innym, nie marnymi roman­sami. Na czole miałem chmurę, w duszy boskie szaleństwo. Toteż dostojnie i wspaniale brzmiał dialog podczas przerwy w gimnazjum. Dziś słynny uczony, wówczas kolega mój z szóstej klasy, Juliusz Kleiner, zawsze i wtedy nie­zmiernie poważny, zapytał mnie:
– Nad czym kolega teraz pracuje?
– Piszę poemat filozoficzny pod tytułem Dusze.
– Strofy?
Tak, oktawy. To forma, którą najbar­dziej lubię...
Gdzie jesteś, młodości, młodości!
„W tym miejscu łza miast kropki padła...”

Tekst pochodzi z książki Bezgrzeszne lata, rozdział 3.


KORNEL MAKUSZYŃSKI (1884 Stryj – 1953 Zakopane), syn pułkownika armii austriackiej. Ukończył IV Gimnazjum we Lwowie, 1904–08 studiował polonistykę i romanistykę na Uniwersytecie Lwowskim. Jako poeta debiutował w 1902 r. 1905–14 był sekretarzem redakcji i recenzentem teatralnym „Słowa Polskiego” we Lwowie. Kilka lat spędził w Kijowie, był tam m.in. kierownikiem literackim Teatru Polskiego. W 1918 osiadł na stałe w Warszawie, gdzie działał jako felietonista, recenzent literacki i teatralny; został członkiem Akademii Literatury. II wojnę spędził w Warszawie, a w 1944 zamieszkał w Zakopanem.
Makuszyński najchętniej wypowiadał się w prozie, wydał kilkadziesiąt książek, charakteryzujących się dyskretnym dydaktyzmem, prostolinijnością i humorem. Wybitną pozycję zyskało jego pisarstwo dla dzieci i młodzieży.