Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Romana Link-Machowska, CZTERY POKOLENIA INŻYNIERÓW (2)

Włodzimierz Link, ojciec autorki;  obok jego syn, również Włodzimierz.  Przemyślany, lata międzywojenne
Mój Ojciec, Włodzimierz Link, ukończył studia w roku 1920 na Wydziale Inżynierii Lądowej Politechniki Lwowskiej (sekcji mierniczej). Studia te dawały ogólne podstawy nauk inżynierskich, ponieważ nie było wówczas jeszcze tak ścisłego rozgraniczenia specjalności. Trudno było sobie wyobrazić budowę drogi, mostu czy budynku bez umiejętności wykonania pomiarów w terenie, następnie opracowania planu, na podstawie którego budowę projektowano, a w końcu realizowano.
Ojciec po ukończeniu studiów osiedlił się w Przemyślanach, gdzie początkowo pracował w majątku hr. Potockiego. Wybudował dom na fundamentach starego domu, spalonego w czasie I wojny. Nowy dom był parterowy, obszerny 5-pokojowy z kuchnią, spiżarką i łazienką, w stylu dworku z dwuspadowym dachem, dwiema kolumienkami, niewielkim pokojem mansardowym i balkonikiem. Razem z dużym ogrodem i budynkiem gospodarczym stanowił nasz dom rodzinny, przez lata urządzany, ulepszany, ogród upiększany. To wszystko, po dwudziestu kilku latach, trzeba było opuścić na zawsze...
Ojciec po zdaniu odpowiedniego egzaminu otworzył własną kancelarię „mierniczego przysięgłego”, której zadaniem było wykonywanie map oraz innych dokumentów geodezyjnych, stanowiących podstawę do dokonywania zmian własności ziemi, budynków itp. (jako sprzedaży, darowizny, spadków itp. przez sąd, względnie notariusza). Ojciec bardzo dbał o wyposażenie techniczne swego biura i inwestował w nowo­czesne instrumenty: teodolit, niwelator, sprzęt pomocniczy do pomiarów, obliczeń i kartowania oraz inne urządzenia pomocnicze. Ojciec zawsze lubił „nowinki”, w latach trzydziestych zakupił nawet najnowszy model teodolitu z mikrometrem optycznym firmy Zeiss, który zapewniał wysoką dokładność pomiarów kątów – nie­koniecznie potrzebną w wykonywanych tutaj pracach. W kancelarii zatrudniał studentów praktykantów, którzy czasem mieszkali w naszym domu. W kancelarii zatrudniony był na stałe mieszkaniec Przemyślan, Żyd, do prac obliczeniowych i kreślarskich.
Na pomiary wyjeżdżał Ojciec sam lub z asystentem – czasem mu towarzyszyłam, częściej starszy brat Włodzimierz. Ojciec wykonywał też czasem pomiary terenów, przeznaczonych do parcelacji przez właścicieli dużych majątków ziemskich.
Ojciec miał żyłkę społecznikowską, a także był entuzjastą postępu technicznego w różnych dziedzinach – nie tylko „dla siebie”, ale także dla swojego miasteczka. Był inicjatorem i organizatorem budowy wodociągów i kanalizacji miejskiej, także elektrowni (węglowej), dostarczającej prądu elektrycznego od zmierzchu do godziny 22. W spółce miejsko-prywatnej budował halę targową. Te inwestycje przy Ojca łatwowierności były nieraz powodem kłopotów finansowych, na które narzekała Matka, „administrator i skarbnik” rodzinny. Pamiętam, że Mama na zakupy domowe otrzymywała pewnego rodzaju „bony” do zrealizowania w sklepach, których właściciele byli dłużnikami funduszu budowy hali targowej.
Ojciec był ciekaw wszelkich nowinek technicznych – jako jedni z pierwszych mieliśmy radio, oczywiście na baterię, potem gdy wybudowano elektrownię, podłączone do sieci, ale tylko od zmierzchu do godziny 22. Ojciec był pierwszym posiadaczem motocykla firmy DKW, a potem używanego samochodu firmy Praga – dopiero za nim poszli inni: lekarze, adwokaci, sędziowie. Ojciec był inicjatorem i częściowo organizatorem kursu samochodowego dla uczniów gimnazjum – instruktor przyjeżdżał ze Lwowa, a do nauki zakupiono stary, używany samochód marki Citroen, który po zakończeniu kursu został odsprzedany. Ojciec był zamiłowanym ogrodnikiem i stale wprowadzał różne nowe warzywa i kwiaty, ale aby pogłębić swoją i innych wiedzę w tym zakresie, zorganizował kurs ogrodnictwa, prowadzony przez profesjonalnego ogrodnika, szczególnie w zakresie uprawy winorośli, szczepienia drzewek owocowych, itp. Jeszcze jedno osiągnięcie na niwie kulturalnej to zorganizowanie prywatnej wypożyczalni nowości beletrystycznych na zasadzie składek miesięcznych, z których zakupywano określoną ilość książek, które po „obejściu” wszystkich czytelników – były losowane przez nich na własność.
Dom rodziny Linków w Przemyślanach
Moi wujowie Józef i Jan Mieczysław Amonowie po ukończeniu studiów w latach dwudziestych rozpoczęli pracę jako kierownicy wydziałów komunikacji w urzędach państwowych: Jan Mieczysław w Samborze, potem w Baranowiczach, Mieczysław – w Ostrowie Mazowieckim, potem w Lublinie. Józef był kawalerem, spotykaliśmy się na zjazdach rodzinnych we Lwowie i na wakacjach. Mieszkał zawsze w dużym domu, który prowadziła gosposia, mieliśmy zatem zapewnione dobre warunki do spędzania wakacji. Z drugim wujem, Janem Mieczysławem i jego rodziną spotykaliśmy się na wspólnie spędzanych wakacjach, ostatnie w 1939 roku w Kosowie.
Wszyscy moi cioteczni bracia i siostry mieli w planie wyższe studia, naturalnie we Lwowie, śladem swoich ojców. Powstała w rodzinie idea – zrealizowana w roku 1937 – zakupienia wspólnie domu-willi na ul. Gipsowej, z przeznaczeniem na rodzinny „Dom Studencki”. Najstarszy z naszej ósemki kandydatów na studia, Tadeusz, rozpoczął studia na Politechnice Lwowskiej w roku 1936, mieszkając wówczas na stancji. W roku 1939 zdali maturę: mój brat Włodzimierz, a także nasz cioteczny brat Jerzy Korczowski. Obydwaj wybierali się na studia na Wydział Mechaniczny Politechniki Lwowskiej. Po ukończeniu w sierpniu kursu przygotowawczego i zdaniu egzaminu wstępnego mieli odbyć jednoroczną służbę wojskową w podchorążówkach (mój brat w wymarzonej podchorążówce lotniczej) i po roku wrócić na uczelnię, na pierwszy rok. Wybuch wojny oczywiście pokrzyżował te plany. Brat studia inżynierskie odbywał dopiero w Dundee w Szkocji, po zwolnieniu z wojska (lotniczego). Jerzy, jego rówieśnik, rozpoczął po wojnie studia na Wydziale Mechanicznym Politechniki Śląskiej.
17 września 1939 do Polski wkroczyła armia sowiecka i skończył się okres beztroskiego dzieciństwa. Biuro Ojca oczywiście zostało zamknięte, dom zajęty przez dwie rodziny wojskowych sowieckich, nam pozostawiono jeden pokój z kuchnią. Przed Ojcem stanął problem zapewnienia bytu rodzinie, obecnie już tylko trzyosobowej. Mój brat Włodzimierz wyjechał do Rumunii, zgłosił się jako ochotnik do wojska lotnictwa polskiego i ostatecznie znalazł się w Anglii.
U nas początkowo panował handel wymienny: za odzież, bieliznę itp. dostawało się żywność. W pustym garażu ulokowano dwie krowy, które uratował znajomy leśniczy z pobliskiej wsi, było więc dużo mleka – nauczyliśmy się wówczas robić masło, potrząsając butelką wypełnioną śmietaną. Ogród, który oczywiście należało samemu uprawiać, dostarczał nam też niewielkich dochodów za sprzedane jarzyny i owoce. Ojciec dorywczo pracował, ale dopiero w czasie okupacji niemieckiej wyłoniła się możliwość konkretnej pracy: wykonywania planów majątków ziemskich, z których właścicieli wygnano w czasie okupacji sowieckiej, a które znajdowały się pod zarządem niemieckiej administracji. Operaty znalazły uznanie i przyniosły dalsze zlecenia.
Grupa młodzieży z gimnazjum w Przemyślanach. Romana Link druga od lewej
Nadszedł rok 1944, dookoła naszego miasta płonęły wsie, a bandy UPA mordowały Polaków. Sytuacja ta zmusiła nas do wyjazdu i opuszczenia na zawsze naszej „małej ojczyzny” – rodzinnego domu, właściwie całego dorobku życia Rodziców. Wyjechaliśmy z przysłowiową walizką. Ojciec, który absolutnie nie chciał wyjechać, opuścił Przemyślany cztery miesiące po nas, prawie bezpośrednio przed wkroczeniem wojska sowieckiego do Lwowa w lipcu 1944 roku.
W Nowym Sączu, gdzie zatrzymaliśmy się u rodziny, Ojciec na początku nie mógł znaleźć pracy, natomiast ja pracowałam w polsko-niemieckiej firmie budowlanej, a nawet Mama przez krótki czas przy kopaniu okopów. Po „wyzwoleniu” (my ludzie ze wschodu wiedzieliśmy, jakie to będzie wyzwolenie) Ojciec został zatrudniony w Urzędzie Ziemskim przy pomiarach dla celów parcelacji i regulacji rolnych (tzw. reforma rolna). Ja jeszcze w czasie okupacji niemieckiej pracując, uczęszczałam do Białego Klasztoru, w którym Siostry Niepokalanki prowadziły gimnazjum i liceum wraz z internatem, chodziłam tylko na lekcję języka niemieckiego i łacinę, a resztę przedmiotów przerabiałam sama z pożyczonych mi podręczników. Małą maturę zdałam w lipcu 1945 roku i postanowiłam jak najszybciej zdać maturę „dużą” oraz rozpocząć studia w Krakowie. Ojciec po paru latach zmienił pracę jako geodeta w Urzędzie Miasta. Zmienił zakres prac z rolnych na miejskie, ale zawsze reprezentował wysoki poziom fachowości i solidności, co zjednywało mu powszechne uznanie. Chociaż uczyłam się bardzo intensywnie do dużej matury, którą chciałam zdawać eksternistycznie, zabrakło mi czasu. Postanowiłam skorzystać z dość nietypowej drogi, jaka wyłoniła się w lecie 1945 roku według zasady „nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera” (złośliwi zamieniali w tym miejscu na „inżyniera”), tzn. zdawanie egzaminu przed komisją kwalifikacyjną z wybranych przedmiotów, zależnie od kierunku studiów. Najbliższa komisja była w Tarnowie, ale aby móc składać egzamin przed nią, trzeba było uzyskać zezwolenie od sekretarza powiatowego PPR (rzecz jasna ani ja, ani Ojciec nie należeliśmy do partii). Musiałam odbyć rozmowę (czy raczej przesłuchanie) z owym dygnitarzem partyjnym, który ostatecznie orzekł, że jestem „demokratycznych przekonań” i zasługuję na umożliwienie mi studiów na tej „ulgowej” drodze, przeznaczonej w zasadzie dla młodzieży robotniczej i chłopskiej. Oczywiście egzamin zdałam bez trudności i w jesieni 1945 r. rozpoczęłam studia na utworzonych właśnie Wydziałach Politechnicznych AGH. Dość przypadkowo, idąc śladami Ojca, wybrałam kierunek studiów na Wydziale Inżynierii Lądowo-Wodnej, Oddziale Mierniczym. Maturę zdałam w trybie eksternistycznym w Liceum im. J. Kochanowskiego w roku 1946, będąc już na drugim roku studiów. Nie dowierzałam wartości egzaminu kwalifikacyjnego, co okazało się słuszne, bo przed samym egzaminem dyplomowym zażądano ode mnie świadectwa dojrzałości, o które nikt mnie nie pytał przez kilka lat.
Zajęcia początkowo odbywały się na AGH (bardzo trudne warunki, ławki – deski nieheblowane, notatki trzymane na kolanach), potem krótko na Oleandrach, w końcu w budynkach koszar przy ul. Warszawskiej, które zostały przekazane przez marszałka Rolę-Żymierskiego na siedzibę organizującej się Politechniki Krakowskiej, w którą przekształciły się Wydziały Politechniczne – jedynie katedry obsługujące Oddział Mierniczy (Geodezyjny) zostały przeniesione na AGH. Moimi profesorami, jak również młodszymi pracownikami naukowymi byli w większości pracownicy naukowi Politechniki Lwowskiej, którzy zostali zmuszeni do wyjazdu ze Lwowa na wiosnę 1945 r.

Na pierwszych, a potem na wyższych latach studiów spotkałam się ze wspaniałymi postaciami profesorów Politechniki Lwowskiej (W. Nikliborc – matematyka, A. Wereszczyński – ostatni rektor Politechniki Lwowskiej, M. Kamieński – geologia, J. Andruszewicz – zarys nauk inżynieryjnych, E. Wilczkiewicz – fotogrametria; A. Plamitzer – geometria wykreślna, J. Michalski – minister skarbu w latach 1921–22, ekonomia polityczna, A.S. Karpiński – rolnictwo i gleboznawstwo, M. Czerwiński – melioracje rolne, J. Ryzner – astronomia. Młodsi pracownicy naukowi, absolwenci PLw, inżynierowie, którzy uzyskali tytuły naukowe już w Krakowie: J. Cisło, T. Kalisz, M. Wrona, T. Lanc).
Prorektorem Wydziałów Politechnicznych (rektor był wspólny z AGH) był prof. K. Stella Sawicki, dziekanem – prof. W. Roniewicz – obydwaj z Politechniki Lwowskiej. Sławną postacią, autorem rachunku krakowianowego) był prof. T. Banachiewicz z UJ – astronom. Znanym profesorem był M. Poczobutt-Odlanicki z Wilna – wykładał geodezję, był wieloletnim dyrektorem Instytutu Geodezji Górniczej i Przemysłowej, prorektorem AGH.

Moje studia geodezyjne w latach 1945–50 odbywałam w okresie pracy zawodowej Ojca. Ułatwiał mi odbycie praktyki wakacyjnej z regulacji rolnych, gdy pracował w Urzędzie Ziemskim, oraz z pomiarów miejskich, gdy pracował w Wydziale Geodezyjnym Urzędu Miasta. Stan wiedzy geodezyjnej i techniki nie odbiegał wówczas zbytnio od poziomu przedwojennego, więc mogliśmy się łatwo porozumieć w tematach fachowych, a w Ojcu znalazłam nauczyciela praktyki geodezyjnej. Po ukończeniu studiów rozpoczęłam pracę jako asystentka w Katedrze Geodezji Górniczej AGH. Mój Mąż – geodeta górniczy, pracujący w tej samej Katedrze, był moim przewodnikiem w poszerzaniu mojej wyniesionej ze studiów wiedzy. Biorąc udział w pracach naukowych katedry, zapoznałam się z nową dla mnie dziedziną geodezji górniczej, co w końcu zaowocowało pracą doktorską z tej dyscypliny. W wykonaniu prac obserwacyjnych w kopalni bardzo pomógł mi Mąż.
Nabyte doświadczenia w pracy naukowej i dydaktycznej mogliśmy przekazać naszemu Synowi już na „starcie”, gdy po wyborze kierunku studiów na AGH – telekomunikacja, przygotowywał się do egzaminu wstępnego. W czasie studiów, a także w jego dalszej pracy nad doktoratem na Politechnice Krakowskiej, nie mogliśmy być partnerami merytorycznymi, ponieważ reprezentował różną od naszej dziedzinę. W przeciwieństwie do nas nie znalazł w swoim zakładzie wszechstronnego kierownictwa w zakresie prowadzenia pracy naukowo badawczej. Dodatkowo Wydział nie miał prawa doktoryzowania, więc pracę doktorską musiał wykonać na Politechnice Warszawskiej, a promotorem był profesor z tamtej uczelni. Jednakże wszystko zakończyło się terminowym uzyskaniem tytułu doktorskiego. Tak więc nasz syn, przedstawiciel trzeciego pokolenia rodziny inżynierskiej, a nawet drugiego z tytułem doktora, podtrzymał tę tradycję.
Teraz patrzymy na naszego 22-letniego wnuka Krzysztofa, który kończy studia na Wydziale Fizyki w Imperial College w Londynie. Bardzo cieszymy się, że także i on poszedł śladami swojego Ojca, Babci i Pradziadka i reprezentuje już czwarte inżyniersko-techniczne pokolenie naszej rodziny.

1999–2011

ERRATA. W pierwszej części wspomnień Romany Link-Machowskiej (CL 1/2011) znalazły się błędy w nazwiskach. Na str. 22 (3 wiersz od dołu, lewa szpalta) wydrukowano: Margasińska, a ma być: Argasińska (to ewidentny błąd komputera, sprawdziliśmy. O tego typu błędach już pisaliśmy). Na str. 22 (prawa szpalta) i 23 (lewa szpalta) trzykrotnie wydrukowano Koczorowski, a ma być Korczowski (to błędy w przepisywaniu tekstu). Autorkę i Czytelników serdecznie przepraszamy.