Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020 | 2021

Aleksander Świstuń, WSPOMNIENIA PODOLSKIE (2)

I Wojna Światowa
28 czerwca w Sarajewie – stolicy Bośni i Hercegowiny – został zamordowany austriacko-węgierski następca tronu, arcyksiążę Franciszek Ferdynand Habsburg. Po miesiącu, 28 lipca Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii. Następnie Niemcy ogłosiły stan wojny z Rosją i Francją. Po kilku dniach Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Rosji, a także Wielka Brytania i Serbia – Niemcom. Wielka Brytania i Francja ogłosiły 12 sierpnia stan wojny z Austro‑Węgrami. Wojna trwała ponad 4 lata i zakończyła się porażką państw centralnych. Wzięły w niej udział 33 państwa, z tego 29 po stronie Ententy – porozumienie między Francją, Rosją i W. Brytanią.

Siostra moja Maria, zamężna za Arturem Friedrichem, doktorem prawa, który był urzędnikiem Starostwa Skałackiego, wyjechała z dzieckiem Tusiem i moją mamą (Heleną) do Tarnopola. Natomiast ojciec z bratem moim i ze mną został na gospodarce we wsi Poznanka. Fala uciekinierów przechodziła przez Tarnopol. Ktoś poinformował matkę, że my z ojcem uciekliśmy do Wiednia. Wobec tego matka z córką i wnukiem też wyjechały do Wiednia, o czym my nawet nie myśleliśmy.
Pamiętam, w czwartek, po 8 dniach od wypowiedzenia wojny, stałem z bratem przed stajnią końską w Poznance, a obok drogą ciągnęły oddziały straży państwowej, policji i żandarmerii, jakieś oddziały wojskowe i setki fur żydowskich. Kilku Żydów wstąpiło do ojca, wszyscy przestraszeni. Pytają I co? Pan doktor nie jedzie? Nie! – ostro odpowiedział ojciec. Żydzi „szu szu” między sobą i powiedzieli To my się tu u pana doktora zatrzymamy. Dobrze, powiedział mój ojciec, a Wam tymczasem porabują sklepy, bo zamiast handlować uciekacie. To słówko „handlować” zrobiło swoje. Jeden z nich – najodważniejszy – krótko powiedział zurück, a za nim reszta i setki różnych żydowskich zaprzęgów kłusem jechało z powrotem do domów. Nagle słyszymy, że gdzieś młóci maszyna. O tej porze, w takim dniu odwrotu i paniki? Wtedy zobaczyliśmy pierwszy dwuskrzydłowy aeroplan. Leciał nisko i obserwował. Bohaterzy nasi chowali się gdzie mogli i strzelali z karabinów i rewolwerów, ale aeroplan odleciał i nagle zrobiła się cisza zupełna, nawet wiatru nie było.

Pierwsze spotkanie z wrogami
Był cudny, letni, upalny dzień. Robota na folwarku nie szła. Wróciliśmy do domu pełni jakiegoś oczekiwania. Na noc ponabijaliśmy nasze karabiny, dubeltówki, rewolwery, ale noc minęła spokojnie i cicho. Poszliśmy z dobrą lornetką Zeissa na strych domu i zobaczyliśmy, że z Miodoborów po serpentynie jadą furgony, kuchnie polowe, a polami płynie falą jak rzeka piechota rosyjska. Do pokoju wpada sołdat z naszywką na ramieniu 357. Rabuje zegarek ojca z szafki, bierze rewolwer, pieniądze i ucieka. Za chwilę przyjeżdża oficer konno z dwoma żołnierzami. Chce „podsolniecznoho masła”. Myślałem, że chodzi o topione masło. Nieporozumienie, dopiero później dowiedziałem się, że to miał być olej słonecznikowy. Korzyść jednak z tej wizyty była taka, że gdy ojciec opowiedział o rabunku i o cyfrze 357, to 2 godziny później wpadł ten sam żołnierz, oddał zegarek, rewolwer i pieniądze oraz błagał na wszystkie świętości, aby go nie wskazać, bo śmierć czekałaby go za to. I potem już nigdy nie mieliśmy żadnych napadów i szkód, aż do wybuchu rewolucji. Huk artylerii dochodził do nas coraz słabszy. W końcu dowiedzieliśmy się, że matka wyjechała do Wiednia z siostrą i małym Tusiem. Zostaliśmy rozdzieleni.
W Skałacie starostą został graf Bielecki-Żukowski, jakiś morganatyczny syn (potomek panującego lub następcy tronu z kobietą nie z rodu królewskiego) wielkiego księcia Romanowa, człowiek bardzo kulturalny, światowiec. Polowaliśmy przez cały sezon 1914 do 1915 roku. Żyliśmy jak u Pana Boga za piecem. Ruble płynęły strumieniem. Sprzedawaliśmy bydło, słomę, owies, było tanio, kucharka dobra, jedliśmy smakołyki i doprowadziliśmy się do ciężkiej wagi. Ojciec zawsze był gruby i doszedł do 150 kg! Ja z bratem po 90 kg z hakiem. Brat atletycznie zbudowany, martwił się, że uda ma o parę centymetrów cieńsze od Cyganiewicza1, ale to nie przeszkadzało mu brać 100 kg pszenicy pod jedno ramię, drugie 100 kg pod drugie ramię i tak niósł je do wozu. Tam lekko podnosił worek w dwóch rękach i wrzucał jeden po drugim na wóz. Ja tego nie potrafiłem, chociaż też nic mi nie brakowało. Mieliśmy wielkie poszanowanie, bo wszyscy parobcy wiedzieli, że jesteśmy silni. W takiej idylli uczyliśmy się języków: francuskiego i rosyjskiego, aż do września 1915 roku, kiedy to rozpoczęła się ofensywa austriacko-niemiecka pod Gorlicami2.
Moskale nie mieli amunicji i cofali się na łeb, na szyję. Ojciec nie chciał, abyśmy z bratem dostali się do armii austriackiej. Zapakowaliśmy 4 wozy najdroższymi rzeczami i dwoma powozami wyjechaliśmy z Poznanki przez Gilatyńce, Ploskorów, Starokonstantynów i Chmielnik do Konstantynówki, gdzie zatrzymaliśmy się u pana Rudzkiego. On, inżynier chemik, miał majątek przeszło 1000 hektarów ziemi, gorzelnię i wspaniały browar, z którego krociowe dochody przerwała wojna. Tam siedzieliśmy do listopada. Potem z ojcem pojechaliśmy do Kijowa, gdzie wstąpiłem na Akademię Handlową. Wkrótce brat z ojcem powrócili do Poznanki. W sierpniu 1916 roku, po zdaniu egzaminu i ja wróciłem, ponieważ front zatrzymał się pod Tarnopolem. W kontrofensywie odepchnięto Niemców o dalsze 30 km na zachód, tak że front walk oddalony był od nas o jakieś 60 km. W 1917 roku, po zamachu na Rasputina3 i po abdykacji cara, rewolucja przekreśliła naszą sielankę w Poznance.
Gazety codzienne przynosiły płomienne przemówienia: Aleksandra Kiereńskiego4, Pawła Nilukowa5 oraz Michaiła Rodzianki6, jednak na froncie nic one nie pomagały.
Dyscyplina w armii przestała w ogóle istnieć, zapanował chaos. A tymczasem austro-niemiecka armia posuwała się na wschód i we wrześniu 1917 r. linia frontu przebiegała 5 km od Poznanki, w Sorocku7, potem koło Mytnicy, tak że od Magdalówki byliśmy oddzieleni rowami i zasiekami linii frontowej. Jednego dnia Rosjanie zaczęli rabować. My z ojcem uciekliśmy na wieś do chłopów. Rosjanie rzucili się na dom, podpalili cały folwark, dom zrabowali i dopytywali się Hdie pomieszcziki, jednak nikt nas nie zdradził. Następnego dnia przyszli do nas Niemcy. Byliśmy zrezygnowani i zdecydowani na pójście do wojska niemieckiego. Tymczasem w nocy Niemcy cofnęli się do Poznanki. Przyszli znowu Moskale i ewakuowali wszystkich młodych w wieku poborowym. Wśród ewakuowanych byłem ja z bratem. Zatrzymaliśmy się dopiero za Dnieprem w Pryłukach. Tam siedzieliśmy aż do listopada, gdyż front ustabilizował się. Brat na fałszywy paszport wrócił do domu do Poznanki, natomiast ja zostałem w Pryłukach. Na rynku nie można było kupić żadnego jedzenia, nawet chleba.

Postanowienie ucieczki do Ameryki
Postanowiłem emigrować przez Syberię do Ameryki. Decyzja była krótka: dworzec kolejowy, kupno biletu i w drogę. Jazda w wagonie towarowym była wystarczająco wygodna. Ale masy powracających do domów, rozwydrzonych sołdatów psuły nastrój. Po kilku dniach podróży, po obopólnym zaznajomieniu się, jako tako się zżyliśmy. Opowiadałem banialuki, tłumaczyłem im różne zjawiska fizyczne i przyrodnicze, co spowodowało, że w Samarze8, po przejechaniu przez Wołgę, do wagonu wpadli jacyś sołdaci z krzykiem: Zdieś Austryjec jest’, jednak moi towarzysze podróży zatrzasnęli im przed nosem drzwi mówiąc nie tu. Teraz dopiero zdaję sobie sprawę, że blisko byłem jakiegoś samosądu, ale Bóg mnie uratował.
Na Syberii za Uralem władza była jeszcze w rękach generała Kołpaka (białego), był względny porządek i dojechaliśmy szczęśliwie do Czelabińska9. Wyszedłem na rynek i zobaczyłem sterty białego chleba, ogromne bochny czterokilogramowe po 6 rubli. Kupiłem 2 sztuki. Pociąg ruszył i aż do Omska10 jechaliśmy równiną. Jeziorka, laski brzozowe, step, rodzaj 800-kilometrowego parku angielskiego. Potem Omsk, Krasnojarsk11 i Irkuck12. Po 20 dniach podróży zatrzymałem się w Irkucku, bo chciałem odszukać teścia Wołodii Świstuna, pułkownika, lekarza w armii rosyjskiej, który ożenił się z panną Stojanowską albo Strojnowską, zaś ojciec jej podobno miał fabrykę mydła w Irkucku. W „Domu Polskim” nikt nie mógł mi nic powiedzieć. Postanowiłem pojechać przez Władywostok do Ameryki, zwłaszcza że i na Syberii zaczynały się rozruchy oraz słyszało się pogłoski o mającym lada chwila nastąpić przewrocie. Nająłem dorożkę i pędem przez most na Angarze pojechałem na stację, kupiłem za 60 rubli bilet do Władywostoku, spytałem o pociąg, odpowiedziano mi wot won stoit, wskoczyłem do ruszającego już pociągu i w tej chwili zaczęły walić armaty. Most na Angarze został zerwany. Pociąg zatrzymał się dopiero 70 km za Irkuckiem. Na drugi dzień dojechaliśmy do stacji Bajkalsk nad Bajkałem. (Jezioro Bajkał straszne! Czarne, wzburzone, szumiące. Na horyzoncie gubi się jak morze, tylko w wąskim miejscu słabo widać przeciwny brzeg, wysoki, zalesiony, górzysty). Cały dzień jechaliśmy nad Bajkałem przez 42 tunele. Fale co chwila oblewały bryzgami wagony, był silny sztorm. Po kilku dniach wjechaliśmy do Mandżurii. Zaczynał się kraj Ussuryjski13. Po 16 dniach podróży dojechaliśmy do Władywostoku. Na dworcu wysiadam i przed sobą widzę zakończenie torów kolejowych i morze – Ocean Spokojny! Dworzec kolejowy piękny, poczekalnia też. Jem, piję herbatę i raptem słyszę Jurek – no chodź już, bo tam mama czeka z wigilią. Z wigilią? Zaczynam przeliczać kalendarz starego stylu, i tak: dzisiaj 24 grudnia 1917 roku, to wigilia. Ja tu, a gdzie moi najbliżsi? Wracam do hotelu, po drodze kupuję kiełbasę, zamawiam samowar, półliterek w kieszeni i przy basowych sygnałach okrętowych, zły na los, z lekkim rauszem kładę się spać. Po kilku dniach idę do konsulatu amerykańskiego, pokazuję swoją legitymację uniwersytecką ze Lwowa i mówię, że chcę jechać do Ameryki. Dobrze, ale dzisiaj jest sobota, okręt odpływa w poniedziałek o 10-tej, proszę przyjść o 8-ej, sprawę załatwimy. Taką odpowiedź dał mi sympatyczny urzędnik. Przychodzę w poniedziałek i ten sam sympatyczny pan z uśmiechem mówi Niestety, wczoraj Austria wypowiedziała nam wojnę, jesteśmy wrogami i wyjechać pan nie może. Pożegnaliśmy się serdecznie i wyszedłem na ulicę.

Pobyt na Syberii
Co robić? Postanawiam zmienić drogi hotel. Jadę do Siedanki, 17 km od Władywostoka, tam dostaję pokój za 20 rubli miesięcznie. Szukam posady. W bankach nigdzie. W sklepach nic, i tak mija styczeń i luty. Dopiero w marcu siedzę sobie na werandzie i słyszę jakieś krzyki – Ryba idiot – idzie ryba. Co to znaczy? Lecę nad strumyk, a tam ludzie łapią sitami, siatkami rybki moskaliki. Nazywają je koroczka (mały śledzik przyrządzany zwykle w occie). Od znajomego rybaka – Polaka dostałem 2 metry kwadratowe siatki, kabłąk zrobiłem, przymocowałem żerdź i po chwili wyciągam za jednym zamachem 3 kg ryb. Złowiłem ich bardzo dużo i sprzedawałem je Chińczykom. Część rybek uwędziłem, resztę sprzedałem i wyjechałem do wsi Korolewec, odległej od Władywostoku około 42 km. Kupiłem konia bułanka i kiepski wóz, nająłem chatę z ogrodem, 3 ha i rozglądam się, co robić dalej? Ogród zasialiśmy, kurki biegają, są sianokosy, lipiec 1918 rok. Tymczasem gen. Kołczak został pobity. Wszędzie są bolszewicy, wojna jest skończona, można wracać. Likwiduję wszystko i idę na stację. Czekam na pociąg, godzinę, dwie, to tutaj nic nie znaczy. Po 10 godzinach zaczynam się niepokoić i nagle zobaczyłem na torze jakichś żołnierzy, ale nie rosyjskich. Zapytałem, co i jak? Okazuje się, że są to czeskie legiony wracające z Syberii. Jednak jechać nie wolno, bo gdzie niegdzie toczą się jeszcze walki z Rosjanami, nie wiadomo jakimi. Zostaję wobec tego w miejscowości Nadieżdinska odległej o 30 km od Władywostoku. Najmuję u Kazacha pokój z kuchnią i czekam, co będzie dalej.
W Domu Polskim we Władywostoku prezeska pani Bielikiewiczowa oddaje mi pod opiekę pana Jana Makowskiego z Poznańskiego, który w nostalgii dostawał nerwowego rozstroju. – Proszę się nim opiekować, bo pan taki spokojny. I pan Maksio zamieszkał u mnie. Okazało się, że mój Maksio, żołnierz pierwszego pułku gwardii Wilusia w Berlinie jest z zawodu kaflarzem – zdunem. Zaczynamy we dwójkę stawiać piece. Sława „awstryjskich mastierow” prędko rozniosła się i wiele roboty nam przybyło. Jako zapłatę dostajemy tu słoninę, tam mąkę, mleko, pieniądze, i można żyć.
Tymczasem zrobiła się zima i święta za pasem. Za radą Maksia wzięliśmy po 500 rubli i pojechaliśmy 200 km do stacji Pogranicznaja na stronę chińską. Tam zrobiliśmy zakupy wódki, cukru, kart do gry i postanowiliśmy przeszwarcować to przez granicę. Maksio był też chłop jak ja, więc z bagażem po 35 kilogramów na plecach o 12 w południe raźno ruszyliśmy za miasto. Przed pierwszymi posterunkami skręciliśmy w zarośla w góry i górami, dołami, brnęliśmy po bezdrożach w śniegu około 25 kilo­metrów. Tymczasem zrobiło się ciemno. Aby odszukać tor kolejowy, zeszliśmy z gór i na równinie wśród gęstych krzaków łoziny znaleźliśmy się na krętej drożynce. Umęczeni, bez treningu, zrzuciliśmy z ulgą nasze bagaże, rozbiliśmy jedną blaszankę wódki (1/2 litra), wypiliśmy i zakąsiliśmy kiełbasą. Chcemy iść dalej, a tu przed nami jak spod ziemi staje żołnierz rosyjski. Czerwony, czy z oddziału białych? Mówimy mu, że niesiemy wódkę na święta dla kolegów, że jesteśmy Polakami. Nasz sołdat okazał się ludzkim człowiekiem, wziął wódkę i kiełbasę i jeszcze doradził, aby iść dalej krzakami, bo niedaleko jest most kolejowy pilnowany przez 20 żołnierzy, którzy mogą wszystko odebrać. Żołnierz odszedł, a my ruszyliśmy w zarośla. Nagle usłyszeliśmy gdzieś daleko przeciągłe wycie wilków. Nieprzyjemnie nam się zrobiło, ale mieliśmy spirytus i zapałki, więc tylko powycinaliśmy odpowiednie maczugi i ruszyliśmy dalej. Po chwili przeszliśmy przez jakiś strumień. Domyśliliśmy się, że nad nim jest ten most kolejowy, tak pilnowany. Po przejściu jeszcze kilka kilometrów skręciliśmy znów na południe. Nagle Maksio mówi, że już widać semafor kolejowy. Gdy przypatrzyłem się dobrze, zorientowałem się, że to jakieś wilczysko świeci ślepiami. Cisnęliśmy nasze maczugi i „semafor” uciekł. Po pół godzinie dalszego marszu, w szczerym polu, zobaczyliśmy słup z tablicą 42 wiersta rozjezd. Po godzinie nadjechał pociąg. Ja wskoczyłem gładko, a mój Maksio był pewnie zmęczony, wskakując przycisnął worek do ściany, tak że bańka ze spirytusem pękła i zapach wódki rozszedł się po całym wagonie. Wszyscy zaczęli krzyczeć daj wodku, prodaj. Pociąg stanął na stacji Grodkowo. Do wagonu wszedł żołnierz i zaprowadził nas na posterunek. Maksio dawał mi znaki, aby mu kark skręcić, było ciemno, jednak go powstrzymałem. Odebrali nam połowę zakupów i po powrocie do domu co nieco zarobiliśmy. Tak skończył się mój pierwszy i zarazem ostatni występ kontrabandzisty. Nadmiar mleka zacząłem wozić do amerykańskiego szpitala, zarobek był dobry. Na wiosnę pojechałem do Omska z myślą przedarcia się do domu. Ponieważ dalej nie można było jechać, więc wróciłem do Władywostoku. Tam podjąłem pracę jako kamerdyner u konsula amerykańskiego, u tego, który wcześniej odmówił mi wizy do Ameryki. Było mi tam dobrze. Uskładałem około 100 dolarów i ten właśnie konsul pomógł mi wydostać się z Rosji małym chińskim, drewnianym statkiem. Znalazłem się w Szanghaju. W ciągu mego trzymiesięcznego pobytu tam miałem różne propozycje, dopiero polski konsul, pan Horodyski namówił mnie na wyjazd. I francuskim statkiem „Cordyliere”, przez Hongkong, Sajgon, Singapur, Kolombo na Cejlonie, Dżibutti w Afryce, Suez, Port Said, Marsylię – i po 42 dniach pływania znalazłem się w Europie, a po następnych 10 dniach w Tarnopolu.
Chcąc opisać to wszystko, co widziałem po drodze, to nie zmieściłbym w jednym tomie. A widziałem i wyzysk kapitalistyczny, i nędzę kolorowych, i wstrętne panoszenie się Anglików. Cóż mówić? Czy może o tym, jak kilka tysięcy Chińczyków, na chińskich taczkach o jednym dużym kole, kamiennym chodniczkiem wozi po 600 kg węgla na odległość 20 km do portu morskiego? A drugą stroną ścieżki wraca tysięczna rzesza tych, którzy już swój węgiel dostarczyli na miejsce i teraz śpieszą do domów, aby jutro znów w morderczym wysiłku powtórzyć przewóz węgla do portu. Ta katorżnicza praca jest wynikiem tego, że opłata kilku tysięcy Chińczyków jest tańsza niż koszt budowy kolei. Czy może napisać, że robotnik w Singapurze zarabia 20 centów, to jest tyle, ile kosztuje jedna paczka najgorszych monopolowych papierosów? Czy może o rikszarzu, który w Szanghaju od 6 rano do późnej nocy, za 8 dolarów chińskich (60% amerykańskich) woził swego pana? A może o dzieciach w wieku 4–8 lat, które w ogromnych piwnicach, jaskrawo oświetlonych, siedziały przy stołach i małymi paluszkami przebierały każdy listek herbaty, a pilnujące stare Chinki biły po palcach każde, które na chwilkę zagapiło się w czasie 10-godzinnej pracy? Nieopłacalny był zakup sortownika, dzieci taniej kosztują; to nic, że większość z nich umrze przed czasem. Wreszcie czy może o tym, że na budowie 6-piętrowej kamienicy zawalone rusztowanie grzebie 14 Chińczyków, a na ich miejsce czeka już nowych, głodnych czternastu, jednak aby być zatrudnionym, muszą wpierw uprzątnąć trupy poprzedników. Rzucają na riksze po kilka trupów i biegną 10 km za miasto, by je tam wyrzucić, a sami biegiem z powrotem, aby inni nie ubiegli ich w podjęciu pracy. Zaś trupy i tak zostaną pożarte przez świnie z psami do spółki. Wiele widziałem i wiele przeżyłem w tej mojej tułaczce po świecie. Miałem wtedy 27 lat, byłem zdrowy jak koń, silny jak byk i gdy w Szanghaju rikszarz przyczepił się do mnie i prosił, abym pojechał z nim – to pojechałem do Polskiego Domu, jednak z wielkim niesmakiem i wstydem! Dałem mu dużo więcej centów, niż chciał, i uciekłem, a on stał i długo patrzył za mną. Chyba myślał, żem bardzo bogaty albo wariat. W końcu odjechał uśmiechnięty.

Rodzinny dom
Teraz, gdy znalazłem się w domu rodzicielskim w Tarnopolu, wśród zupełnie innych warunków społecznych, wszystko to, co przeżyłem, wydało mi się koszmarem, widzianym może w jakimś złym śnie. Ale tam wtedy tak było.
W Tarnopolu 6 stycznia 1921 r. na ulicy spotkałem ojca. Ucałowaliśmy się serdecznie, a w domu z matką i bratem, który przyjechał z Magdalówki na święta. Ojciec tradycyjnie obchodził wilię rzymskokatolicką i greckokatolicką, która według starego kalendarza wypada 13 dni później. W naszej kamienicy na piętrze mieszkali wujostwo Jadwiga i Bronisław Kopczyńscy. Było dużo młodzieży i opowiadaniom nie było końca. Po świętach pojechałem z bratem do Magdalówki i pierwsze rozczarowanie. Dom wzniesiony, ale stajnie, stodoły popalone, drzewa powycinane, tylko te dwie stare topole zostały na straży. Brat początkowo mieszkał na wsi, bo nowy dom jeszcze nie był wykończony. Potem w jednej połowie umieścił konie, a w drugiej, w dwóch izbach zamieszkał. Siostra, Maria Friedrichowa, była w tym czasie starościną w Nisku nad Sanem. Ojciec kazał mi uszyć frak, ubranie, palto, bo za dwa tygodnie miała być wielka zabawa. Ojcu zależało na tym, abym był na tym balu, bo ja wciąż chciałem wyjechać do Ameryki. Papcio był chytry, wziął mnie na haczyk, mówił: Wstąp do banku, ożeń się, tyle masz kuzyneczek, ja wam pomogę, ale myśl wyjazdu do Ameryki ciągle mnie nurtowała.
W końcu nadszedł dzień zabawy. Frak gotów, matka przygotowała sztywną koszulę, ja jestem w trakcie ubierania się, mam na sobie kalesony i chcę wciągać spodnie, a tu drzwi otwierają się i widzę – jakaś okrąglutka dziewczynka z aureolką złotych włosów na główce. Zatrzasnąłem drzwi, narzuciłem prędko frak, włożyłem lakiery i idę przywitać się ze wszystkimi. Wciąż nie wiem, kto to był. Dopiero po chwili ojciec przedstawia mnie tej pannie i objaśnia, że to kochana Wisia Fedorowiczówna, córka Leopolda. Jej dziadek po ojcu – Antoni, a mój dziadek po matce – Alojzy Fedorowicz, byli rodzonymi braćmi. Jakoś dziwnie wpadła mi od razu w oko. Tymczasem trzpiotka coś nagadała, coś napaplała i już uciekła do Kopczyńskich na pierwsze piętro. Jeszcze dzisiaj widzę ją w tej sukience, jak w półukłonie wita się z rodzicami – całuję rączki, dobry wieczór, a potem widzę ją znów, jak uśmiechnięta wybiega z zapytaniem: Ale ty będziesz na zabawie?. A potem cudna zabawa w Sali Magistrackiej. No i walce! Wiśka tańczyła świetnie, a ja, jak ona mówiła, też dobrze. Z tobą najlepiej mi się tańczy. Zabawa minęła, a ja wpadłem. Na drugi dzień rano poszedłem do wujostwa Kopczyńskich, gdzie Wiśka coś grała na fortepianie, a grała pięknie. Spytała, czy ja coś śpiewam? Odpowiedziałem, że tak, więc spróbowaliśmy. Ona grała bardzo dobrze, a ja śpiewałem różne romanse cygańskie. Patrzyliśmy się na siebie i kilka dni jej pobytu w Tarnopolu minęły jak chwila, a ja pafnięty na całego zostałem sam. Posłuchałem ojca i podjąłem pracę w Akcyjnym Banku Hipotetycznym. Zacząłem od praktyki we Lwowie. Ucieszyłem się bardzo, bo umówiliśmy się z Wiśką, że odwiedzę ją na ulicy św. Zofii 56 a, gdzie mieszkała z matką. Jej kuzynka Julia Kopczyńska od razu zorientowała się, że wpadłem, dlatego zwróciła uwagę Wiśce, która zawsze miała wielu galopantów, aby mi głowy nie kręciła. Jednak było już za późno. Pojechałem do Lwowa zupełnie bez głowy i przez trzy miesiące byłem codziennym gościem u cioci Stasi – matki Wiśki. Czas mijał szybko, 30 września musiałem wrócić do pracy w Tarnopolu. A 15 października była następna zabawa w magistracie i wtedy otrzymałem od niej oczekiwane słowo „tak”. Byłem zaręczony!

Założenie rodziny
Ojciec bał się mego wyjazdu do Ameryki, a wiedział, że ja z sercem nie wygram, dlatego ciągle powtarzał żeń się, na co będziesz czekał. Wiśka zerwała swoje zaręczyny z Kazikiem Pietkiewiczem i 22 lutego 1922 roku w kościele św. Zofii we Lwowie o 11 godzinie odbył się nasz cichy ślub. Po ślubie przeszliśmy przez szpaler jej 12 galopantów i po kilku dniach byliśmy już w Tarnopolu, w kamienicy rodziców przy ulicy Kościelnej. W następnym roku urodziła się nam córeczka Aleksandra. Lela – tak ją nazywaliśmy – kiedy była mała, często chorowała, ale potem wyrosła nam na piękną dziewczynkę. W 1924 roku zacząłem pracę we Lwowie, wpierw w Polskiej Spółdzielni Kredytowej przy ulicy Skarbkowskiej 5, a po 2 latach w Banku Gospodarstwa Krajowego. Było nam bardzo ciężko, jednak nic nie mąciło naszego szczęścia. W 1927 roku urodził się nam Zbyszek z długimi czarnymi włosami i gdy miał dwie godziny życia, Lelusia dała mu kawałek szynki, która mu bardzo smakowała, bo ssał z zapałem.
W 1930 roku, w czasie mego urlopu, gdy byliśmy w Poznance, zmarł mój ojciec. Poczułem się osamotniony i zrozumiałem, że od teraz ja jestem głową mojej kochanej rodzinki. Po roku przeniesiono mnie do banku w Poznaniu, następnie już sam przeniosłem się do Łucka. Tam mieszkaliśmy na Kolonii Oficerskiej w domku z dużym ogrodem. Było nam tam bardzo dobrze i trzy lata minęły nam szybko. Niestety oddział w Łucku zlikwidowano, a mnie przeniesiono do banku w Drohobyczu. Zostałem tam kierownikiem Działu Wekslowego, a w 1939 roku mianowano mnie pełnomocnikiem banku, ale nominacja utknęła w drodze.

PRZYPISY
1 Jan Stanisław Cyganiewicz, pseud. Zbyszko (1880–1967), zawodowy zapaśnik, mistrz świata w walce klasycznej w 1906 i wolnoamerykańskiej w 1921 i 1925.
2 Ofensywa podjęta w maju 1915 pod Gorlicami spowodowała przełamanie frontu rosyjskiego, wskutek tego władze carskie rozpoczęły ogólną ewakuację całych zakładów przemysłowych wraz z wszystkimi pracownikami, oszacowano na około 150 tys. wysiedlonych osób. Ponadto 50 tys. kolejarzy polskich oraz ponad 700 tys. chłopów wraz z ich rodzinami zostało wywiezionych w głąb Rosji.
3 Grigorij J. (1864–1916), mnich i awanturnik, faworyt carycy Aleksandry, doradca cara Mikołaja II, zamordowany przez grupę zamachowców monarchistycznych.
4 A. Kiereński (1881–1970), polityk rosyjski, minister wojny w rządzie koalicyjnym, jeden z inicjatorów i organizator krwawej akcji przeciw wystąpieniom rewolucyjnym w Piotrogradzie.
5 P. Nilukow (1859–1943), prof. historii, przewodniczący KC kadetów, jeden z inspiratorów kontrrewolucji.
6 M. Rodzianko (1859–1923), polityk rosyjski, przewodniczący Dumy, współorganizator kontrrewolucji.
7  Dobra królewskie w 1549 król Zygmunt August nadał Baworowskim. Do 1939 jedna z najładniejszych rezydencji ziemskich na Podolu. 23 listopada, podczas pochówku Polaka zamordowanego przez banderowców, silna bojówka UPA napadła na uczestników pogrzebu, zabijając ok. 100 osób, w tym księdza Adama Drzyzgę.
8 Miasto nad Wołgą w europejskiej części Rosji, w latach 1935–1990 Kujbyszew.
9 Miasto nad rzeką Miass, dopływem Obu, jeden z największych ośrodków przemysłowych Uralu.
10 Miasto w azjatyckiej części Rosji, port nad Irtyszem, duży ośrodek przemysłowy Syberii.
11 Miasto na wyżynie środkowosyberyjskiej, port nad Jenisejem, ważny węzeł komunikacyjny przy Kolei Transsyberyjskiej; w pobliżu największa w Rosji Krasnojarska Elektrownia Wodna.
12 Miasto w azjatyckiej części Rosji, port nad Angarą, od XVIII wieku miejsce zsyłek. Duże zasługi zesłańców polskich dla rozwoju kultury i ekonomii miasta.
13  Ussuryjsk, do 1935 Nikolsk Usuryjski, później Woroszyłow, miasto na Dalekim Wschodzie w Kraju Nadmorskim nad rzeką Sujfun.


Ciąg dalszy w następnym numerze