Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Mirosław Żuławski, DALEKO I WYSOKO

Ktoś, kto opisuje swoje życie, zaczyna zwykle od wspomnień z dzieciństwa, a potem zgodnie z chronologią brnie da­lej, poprzez młodość do wieku dojrzałe­go i dalej aż do czasu, w którym spisuje swe dzieje, najchętniej doszedłby do opi­su własnego zejścia, ale to się jeszcze ni­komu nie udało i pewnie już nie uda. A mnie się zawsze wydawało, że zgodne z logiką, choć nie z kalendarzem, byłoby sięganie od chwili dzisiejszej wstecz, opisywanie najpierw czasów najbliż­szych, a później dopiero wcześniejszych, i tak do młodości, a potem do dzieciń­stwa, tak że pierwsze wspomnienia zna­lazłyby się na ostatniej stronie, a nie – jak to zwykle bywa – na pierwszej.
Gdybym kiedykolwiek zdecydował się na pisanie własnej biografii i napraw­dę do tego się zabrał, postąpiłbym właśnie w ten, a nie inny sposób. Uważam bowiem, że choć nie jest to zgodne z me­todą pisania i uczenia historii, zgadza się z naszym wewnętrznym poczuciem na­stępstw czasu, które ustawia wszystko w odniesieniu do dnia dzisiejszego, a nie odwrotnie. Książka o czyimś życiu może kończyć się tym, że wtedy to a wtedy do­biegło ono kresu, o życiu własnym winna skończyć się tym, żem wtedy a wtedy się urodził.
Jest jeszcze drugi sposób, który nie­zwykle sobie cenię: rodzaj taszyzmu. Tak jak taszyzm w malarstwie, polega on na rozsiewaniu małych lub dużych pla­mek i plam, z których w końcu wyłania się jakiś obraz. Można wtedy powiedzieć wszystko, co się ma o sobie do powie­dzenia, rozrzucając zdarzenia, epizody i przeżycia bez składu, ładu i chronologii po wszystkim, co się kiedykolwiek napi­sało, pisze i pisać będzie, i każdy, komu tylko zechce się to wszystko przeczytać, będzie miał w rezultacie obraz całości. Wymaga to jednak od czytelnika nad­ludzkich cnót, więc nikt tak nie postępu­je, szkoda, bo być może jest to najlepsze ze wszystkiego, co na ten temat można wymyślić.
Takem sobie dumał, bo czas mnie go­ni, a wszyscy dookoła uważają, że powi­nienem wreszcie zdać jakieś sprawozda­nie. Tylko, że ja nie cierpię sprawozdań i nigdy ich nie znosiłem. Na szczęście przyszła bratowa i uwolniła mnie od tego dumania, przynajmniej na jakiś czas.
Bratowa studiowała za młodu sztuki piękne i przed samą wojną brała udział w inwentaryzacji zabytków i rzemiosła artystycznego na Huculszczyźnie, więc pomyślałem, że będzie mogła orzec au­torytatywnie, czy ocalały z rodzinnego domu żony wazon jest jugosłowiański, jak chciała domowa legenda, czy też hu­culski, jak mi się wydawało. Bratowa przychyliła się do mojego zdania, a po drodze pochwaliła liżnyk na moim tap­czanie.
Połonina Łabieska.  Fot. Kacper Gierlach, 2003
– A wiesz, jak Huculi uzyskiwali tę pu­szystość i gęstość? Utkaną wełnę owczą umieszczali na pół roku pod wodospa­dem młynówki, aż się zupełnie sfilcowa­ła. A widziałeś ich zamki z drewna do grażd, wykonane bez jednego gwoździa, bez skrawka metalu? Tego podhalańscy górale nie umieli!
Bratowa już dawno zabrała się i po­szła, a ja ciągle siedziałem dalej na tej hu­culskiej połoninie.
Są wspomnienia, od których niełatwo się opędzić. Jeszcze podczas studiów odbyłem z bratem i przyjacielem dwie całomiesięczne wyprawy w Karpaty Wschodnie, pierwszą przez Arszyce, Wysoką, Sywulę w Gorganach, a dalej granią Czarnohory w dolinę Czeremoszu – drugą też przez Gorgany, ale Grofą, Busztulem, Świdowcem, Doboszanką, a potem już na Howerlę i Popa Iwana, i znowu w głęboką dolinę Czarnego Cze­remoszu do Burkutu, nad którym odkry­liśmy Połoniny Hryniawskie, gdzie spę­dzaliśmy potem z żoną trzykrotnie lato – ostatni raz przed wybuchem wojny. Była to za każdym razem prawdziwa wypra­wa, bo od najdalszej stacji kolejowej szło się jeszcze górami przez dwa dni do schroniska w Burkucie, a stamtąd jesz­cze zygzakowatą ścieżką przez pralas na połoninę leżącą o osiemset metrów po­wyżej, ale warto było, bo z progu koliby widziało się ogromny świat górski. W dole srebrzysty przełom Czeremoszu wśród czarnych lasów, naprzeciwko urwiste wierchy Karpat Marmaroskich, z prawej wschodnie granie Czar­nohory, z lewej wysokie stoki Czywczyna, a w dali, na południu, szczyty Karpat Rodniańskich. Wieczorami i rankami chmury słały się poniżej w dolinach i wówczas wydawało się, że połonina płynie jak okręt po morzu usianym wy­spami.
Kolibę wynajmowaliśmy u starego ga­zdy Atanazego Hryzdaka, miał on mło­dziutką żonę Warwarkę i choć posiadał w Żabiem piękną grażdę, nie schodził nigdy z połoniny, nawet w najsroższą zi­mę. Nie sposób go było zawiadomić, kie­dy przyjedziemy, ale za każdym razem, jak wspinaliśmy się z początkiem lata na połoninę, gazda oczekiwał nas w od­świętnych czerwonych spodniach, świe­żej koszuli i z wysmarowanymi masłem, starannie przyczesanymi włosami. Kie­dy jednego roku nie przyjechaliśmy, nie oczekiwał nas, nie wdział czerwonych spodni ani świeżej koszuli. Jak Warwarka chciała przygotować izbę dla nas, to tylko patrzyła, czy już się przyodział, usiadł na przyzbie i spogląda na połaj, do­póki na nim nas nie dojrzy.
Nasza połonina nazywała się Łukawica. Nieco dalej wznosiły się Szekierówka i najwyższa i najrozleglejsza Michajłowa. Tam, u skraju lasu, żeby było blisko po drzewo na ogień, były rozsiane staje pasterskie, w których zaopatrywali­śmy się w owczy ser, masło i mleko. Z buncu wyrabialiśmy sami znakomitą bryndzę. Warwarka nauczyła nas, jak z mąki kukurydzianej i słodkiej śmietany przyrządzać pyszną kuleszę: w kolibie była nalepa, na niej żelazny trójnóg na garnki, dym szedł prosto pod dach, bo chata była kurna. Kiedy wiał wiatr, dym cofał się i gryzł w oczy. W kolibie gaz­dów stała u wejścia beczka pełna żentycy, chłodnej i kwaśnej. Mięsa nie jadali­śmy w ogóle, chyba że ktoś przyniósł kawałek skłusowanej sarniny. Myliśmy się w wydrążonym ze smrekowego pnia korycie, do którego spływała woda ze źródełka i nagrzewała się w słońcu. Byli­śmy bardzo szczęśliwi i z rozpaczą myśleliśmy o chwili, kiedy przyjdzie stąd zejść w dół.
Mirosław Żuławski
Któregoś lata czekaliśmy o dwa dni za długo w Worochcie na spóźnionego to­warzysza i nieszczęśliwym trafem odkry­liśmy żydowski sklepik, w którym sprze­dawano wyborne lody pistacjowe. Ach, cóż to były za lody! Po dziś dzień zresztą lody pistacjowe to moje ulubione. Cho­dziliśmy po parę razy dziennie na te lody, tak że przejedliśmy masę pieniędzy i za­brakło nam ich nieco na połoninie, zaczął się chlebuś bez masła, bez wurdy, bez buncu, ledwie starczyło na kukurydziankę i mleko. Aliści dnia pewnego Warwar­ka przydybała moją żonę na stawianiu pasjansa i zaciekawiła się, co ona takiego robi. – Wróżę sobie – powiedziała moja żona, bo nie wiedziała jak jej wytłuma­czyć co właściwie robi. Warwarka pa­trzyła jak urzeczona. Minęło jeszcze parę dni o chlebie i mleku, aż tu pewnego ran­ka, o bladym świcie, gdzieś koło czwartej nad ranem budzi mnie jakieś dziwne uczucie: otwieram oczy i widzę kolibę pełną siedzących pod ścianą ludzi – w kiptarach i zapaskach, z kierpcami na nogach, z zawiniątkami między stopami. Święty Józefie, patronie rodziny, co tu się dzieje! Ano to, że rozniosło się po połoni­nach i dolinach, że tu na górze duże cikawaja panią wróży z kart, więc przyszli po wróżbę. Zaczęli wyjmować z zawiniątek a to osełkę masła, a to garnek śmietany, a to łubiankę leśnych poziomek, a to płótniankę pełną żółciutkiego buncu. Dla mojej żony skończyły się wakacje, wysypianie się aż do oporu: już do końca naszego połonińskiego lata budzona o świcie stawiała kabałę za kabałą, wysy­łając dzieci do lekarza, kobiety do szpita­la, odradzając głupie pomysły i zamiary. Ale za to opływaliśmy we wszystkie połonińskie i leśne dobra, choć od czasu do czasu skóra mi cierpła na plecach ze stra­chu, bo przecież moja żona nie miała poję­cia o wróżeniu z kart. Kiedy jej to powie­działem, spojrzała na mnie z pełną wyższości pewnością siebie i rzekła: – A cóż ty możesz o tym wiedzieć...
Prawda, wszystkie kobiety to po trosze czarownice. Któregoś dnia odkryliśmy na Szekierówce w zawalonym okopie z pierwszej wojny całą masę niewystrzelonych naboi karabinowych. Wysypywa­liśmy z nich proch strzelniczy do pudełka po papierosach, a łusek i pocisków uży­waliśmy do robienia strzał do łuku. Ten proch moja żona postawiła na belce pod dachem i tak został, kiedy odjechaliśmy. Ale gdy zjawiliśmy się znów po roku, uderzyła nas tajemnicza mina gazdy. Na­gabywany, wreszcie wyjawił, o co chodzi. Pełno tam było kłusowników, więc zro­biono rewizję po kolibach i w naszej zna­leziono ten proch w pudełku. Gazda po­szedł siedzieć w Kołomyi. – Ale ja nie zdradziłem jejmostki lubej – powiedział z dumą. – Gazdo, a jak wam tam było? – zapytała zatroskana. – Duże menia tam poważieły... – odparł z powagą.
Może nadejdą czasy, kiedy znowu bę­dzie można pojechać w tamte strony, zejść w dolinę Czeremoszu i wspiąć się na połoniny.
Ale to już dla mnie za daleko i za wy­soko.