Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Aleksander Świstuń, WSPOMNIENIA PODOLSKIE

Często tak bywa, że gdy czegoś szukamy lub gdy robimy porządki w naszych szpargałach, to przypadkowo trafia w nasze ręce coś, co nas w tym momencie może szczególnie zaciekawić. Zapominamy wtedy o poszukiwanej rzeczy, a skupiamy się nad znaleziskiem i jeśli jest to jakaś książka lub nawet tylko luźne kartki zapisanego papieru, to i tak nasza uwaga jest całkowicie pochłonięta, przeważnie do chwili aż do skończymy czytać. Tak też to było w przypadku naszej koleżanki pani Aleksandry Jenner, która po śmierci męża przeprowadziła się do domu swoich rodziców, gdzie w czasie porządkowania biblioteki natrafiła na spisany pamiętnik nieżyjącego już ojca.
W czasie pobytu na XXIV Ogólnopolskim Koleżeńskim Zjeździe Tarnopolan (20–24 czerwca 2010) w Dobczycach dowiedziałem się o istnieniu tego pamiętnika – napisanego przez tarnopolanina, pana Aleksandra Świstunia. Po przeprowadzeniu potrzebnych uzgodnień, wybrane zapisy pamiętnika wraz ze wstępem pani Aleksandry Jenner – córki autora, przekazałem do zamieszczenia w kwartalniku „Cracovia–Leopolis”.
Henryk Kleinrok

W grudniu 1998 roku, dwa lata po śmierci mego męża Adama Jennera, przeprowadziłam się do Szczawna do domu, w którym od 1950 roku mieszkali moi rodzice. Byliśmy ze wschodnich terenów Polski leżących za Bugiem. Zaczynaliśmy wszystko od początku. Ale mimo to rodzice moi byli tu bardzo szczęśliwi. Zawsze mieli wielu znajomych i przyjaciół oraz utrzymywali bliskie kontakty z rodziną, która po wojnie rozsypana była po całej Polsce. I teraz też obie, tzn. moja matka i ja, cieszymy się, gdy odwiedzają nas bliscy nam ludzie.
Po przeprowadzce, przy porządkowaniu i układaniu książek w bibliotece, natrafiłam na gruby zeszyt, podpisany przez mego ojca z datą 10.12.1956 rok, zatytułowany „Moje prywatne sprawy”. Ojca mego zawsze bardzo kochałam i podziwiałam. Był dla mnie wzorem ojca i męża, był wspaniałym człowiekiem.
Z ogromnym zainteresowaniem, jednym tchem przeczytałam jego zapiski. Przybliżyły mi one jego postać. Ciekawsze opowiadania czytałam wnukom i prawnukom ojca, znajomym i dla wszystkich były one ciekawe i wzruszające.
Aleksandra „Lela” Jenner
 
 
Tak sobie czasem myślę, jaka to szkoda, że nasi dziadkowie nie opisywali swoich przeżyć, myśli, że nie zostawili pisemnych pamiątek, abyśmy mogli teraz więcej wiedzieć o ich życiu, o ich miłościach, zawodach, itd. Ale cóż? Żyli – przeszli – po sobie zostawili tylko kilka epizodów ze swego życia, które podawane ustnie z pokolenia na pokolenie przetrwały do moich czasów.
Toteż ja postanowiłem sobie pisać o całej naszej rodzince, wszystko to, co mi na myśl przyjdzie, tak bez składu i ładu, bez żadnego planu, bez chronologicznego porządku, bez poprawek, brulionów. Toteż nic dziwnego w tym, że będzie w tej pisaninie mnóstwo uchybień stylistycznych, może mylnie przedstawionych niechcąco scen. No, ale trudno – to, co napiszę, to w najlepszej intencji wiernego przedstawienia tego, co przeżyłem lub co usłyszałem od swoich Dziadków, Babek, Wujków i Cioć.
 
Młodzieńcze lata nauki
A zatem zacznę od siebie. Urodziłem się 4 marca 1893 roku w Tarnopolu, ówczesnej Galicji, kraju należącego do monarchii austro-węgierskiej. Ojciec mój Anastazy był lekarzem wolno praktykującym i, jak pamiętam, mało praktykował. Gospodarował we wsi Magdalówka na dzierżawie 700 morgów dzierżawionych od księżnej Czartoryskiej. Magdalówka, nieduża wieś na granicy powiatu skałackiego i tarnopolskiego, położona na stepie równym jak stół, gdzie wzrok od północnego wschodu zatrzymywał się dopiero na paśmie gór Miodoborów, około 20 km, od południa widok zasłaniała wieś, a od północy i zachodu widać było wzgórza nad Tarnopolem, które w prostej linii są odległe koło 17 km. Moje pierwsze wspomnienia łączyły się zawsze z Magdalówką, gdzie spędzaliśmy święta i wakacje. Matka moja Helena, z domu Fedorowicz, córka Alojzego, właściciela Żerebek Szlacheckich, wsi położonej 10 km od Skałata i 20 km od Tarnopola.
Do szkoły zacząłem chodzić od szóstego roku życia, a po czterech latach do gimnazjum. Moja nauka w gimnazjum to jedno wielkie pasmo udręczeń. Byłem zawsze silnym chłopcem, biegałem najlepiej w całym gimnazjum, byłem najsilniejszy, więc nic dziwnego, że organizm mój wymagał ruchu, ruchu i jeszcze raz ruchu. Tymczasem moja matka (ojciec rzadko bywał w domu i nie zajmował się naszą nauką), chora na jakieś ataki wątrobowe, zawsze poważna i obolała, pędziła nas – mnie i mojego brata Włodzimierza – do nauki, a na zapewnienie, że już się nauczyłem jej jedyną stałą odpowiedzią było: „To idź i powtórz sobie poprzednie lekcje”. Korepetytor też nas pilnował, a skutek tego był taki, że siedziałem nad książką, ale pod stołem wbijałem złamane stalówki na różne głębokości, stroiłem wg gamy i cichutko wygrywałem zasłyszane piosenki albo wycinałem piękne monogramy na stoliku w różnych wielkościach i zapuszczałem je kolorowymi farbami. W końcu robiła się 12. w nocy, wszyscy ziewaliśmy i szliśmy spać, aby na drugi dzień wstać o 7., ubrać się, siedzieć w klasie, zbierać często dwóje, potem o 1. lub 2. obiad w domu i znów to samo. Nauka nie szła do głowy, a duża ilość korepetytorów zupełnie nie pomagała. Swoją drogą z niektórych przedmiotów, jak np. przyrodnicze nauki, matematyka, fizyka czy geografia, miałem – co prawda – dostatecznie, ale geografię umiałem najlepiej w klasie. Profesor nawet nie pytał mnie, z fizyki tak samo, a tajemnicę tego dostatecznego dopiero zrozumiałem. Profesorowie nasi „klepali biedę”, a że ojciec uchodził za bardzo dobrze sytuowanego, więc chodziło im o „łapóweczki” – o udzielanie lekcji, które udzielane były nam w domu, za dobre pieniądze. Kiedy miałem 14 lat, byłem w czwartej gimnazjalnej, moi rodzice przenieśli się na stałe do Poznanki Gniłej położonej 6 km od Skałata i 10 km od Magdalówki, a ja poszedłem na „stancję” do cioci Hali Trzcińskiej z domu Kopczyńskiej. W szóstej klasie „rypnąłem” sobie i przeniosłem się do Lwowa do V gimnazjum. Po roku wróciłem do Tarnopola na stancję u pani Gottliebowej oraz do tego samego gimnazjum. Pani Gottliebowa później powróciła do panieńskiego nazwiska – Michałowska. Kiedy już miałem 17 lat, to zmądrzałem, zacząłem się uczyć, świadectwa miałem już dobre, a nawet bardzo dobre, maturę zaś zdałem w 1912 roku z postępem „jednogłośnym” (były też „większością głosów”), a ja o mały włos miałbym świadectwo z wynikiem „celująco”. Sprzeciwił się temu katecheta, ksiądz grekokatolicki, ponieważ nie byłem Ukraińcem. Na lekcje religii chodziłem z kolegami wyznania rzymskokatolickiego, a to go irytowało i zemścił się przy maturze. Ale czort z nim, zdałem i to było najważniejsze. Platona wyrzuciłem, bo nie znosiłem greki, ubrałem strój cywilny i obowiązkowo wziąłem do ręki laskę. Poszedłem do hotelu Puncherta, gdzie matka z bratem oczekiwali mnie. Gdy powiedziałem im, że zdałem maturę, nie chcieli uwierzyć mi, a ich zdziwienie było tym większe, gdy powiedziałem im, że z wynikiem jednogłośnie. Załatwiliśmy jeszcze różne sprawunki, następnego dnia pociągiem pojechaliśmy do domu. Ojciec, gdy dowiedział się, że zdałem i pokazałem świadectwo, poczęstował mnie papierosem i wtedy pierwszy raz zapaliłem przy ojcu, choć dobrze wiedział, że od trzech lat palę.

Dom rodzinny
Dom w Poznance (1260 mórg wraz z gorzelnią), dzierżawa od hrabiego Baworowskiego z Ostrowa, stał na wysokiej gołej i łysej górze, dlatego na lato wyjeżdżaliśmy do Magdalówki, bo tam był sad, mnóstwo drzew i dwa małe stawy. Były to beztroskie wspaniałe wakacje, dom był obszerny, dużo drzew, kręgielnie, tenis, strzelanie, polowanie, miłe towarzystwo (do Magdalówki na wakacje przyjeżdżało dużo osób). Zdrowie i młodość była, były też dziewczęta,a ja do dyspozycji miałem strzelbę i wózek z konikiem.
Magdalówka, majątek ziemski 1400 mórg cudownej czarnej ziemi, należał dawniej do mego dziadka (ojca matki) – Alojzego Fedorowicza – marszałka powiatu skałackiego. Oprócz tego majątku dziadek Alojzy miał Żerebki Szlacheckie, Mytnicę i jeszcze jakieś lasy oraz majątki, ale nie wiem które.
Po śmierci dziadka babka została sama z ósemką dzieci, w tym cztery córki, a te, gdy dorosły i zaczęły wychodzić za mąż, trzeba było odpowiednio wyposażyć, dlatego postanowiła sprzedać Magdalówkę. Czasy były ciężkie, nikt nie miał pieniędzy, dopiero memu ojcu udało się namówić księżnę Czartoryską z Jabłonówki do kupna tej posiadłości wraz z 700 morgami ziemi. Księżna jednak zagwarantowała sobie, że ojciec wydzierżawi od niej ten majątek, ponieważ jest „na uboczu jej dóbr”. Ojciec po długich naradach z mamą zdecydował się na dzierżawę, częściowo zrezygnował z praktyki lekarskiej i z zapałem oddał się gospodarowaniu. Z praktyki lekarskiej pozostali mu tylko: ks. Czartoryska, hr. Baworowscy z Ostrowa i drudzy z Sołocka, Lamenzanowie, Borkowscy, Pinińscy, Badeni, Potocki z Krakowa oraz inne domy ziemiańskie. Ponadto za darmo leczył też okolicznych chłopów. Od arystokracji też nie brał za wizyty – ale na Nowy Rok każdy z nich przysyłał pieniężną kopertę albo w prezencie jakiegoś drogiego ogiera czy jakieś bydło importowane itp. Jednym z takich prezentów była dzierżawa drugiego majątku o powierzchni 1260 morgów wraz z gorzelnią – Poznanka Gniła, od hr. Baworowskiego z Ostrowa. Była to bardzo korzystna dzierżawa, gdyż tenutę dzierżawną (czynsz) ustalono po 14 guldenów za morgę i było to po 4 guldeny mniej od ceny ogólnie stosowanej. Dla orientacji podaję, że 100 kg pszenicy kosztowało wtedy 10 guldenów. Wiele dowcipów opowiadano o pieniądzach austriackich – mówiono, że „gulden to floren, a floren to reński, zaś reński to 2 korony” i „szóstka to 10 centów, ale napisane 20 halerzy”. Rubel carski kosztował wtedy jednego guldena albo dwie korony z groszami, dolar zaś kosztował 5 koron. Wobec tego pomniejszona tenuta o 5040 guldenów stanowiła na owe czasy nie lada zysk.
W Magdalówce dom był lepiony z gliny, gontami kryty, z belkami na suficie, ot taki stary duży dwór. W grubie były paleniska do czterech pieców, w których rano o 5. chłop palił słomą, której na Podolu było mnóstwo. Przynosił na plecach „wiązankę” słomy, głośno tupał nogami, grzebał pogrzebaczem w piecu i wtedy dopiero najlepiej się spało. Było jakoś bezpiecznie, bo był tam Michał czy jakiś Pietro i absolutnie nic złego stać się nie mogło. Dom otoczony był gęstymi krzakami, które jak w dżungli rozrastały się i ściskały dwór zwłaszcza od zachodu, tj. od pola. Dzięki tym krzewom dwór był osłonięty od wichrów podolskich, za to zimą śniegu nanosiło równo z dachem. Wiosną, gdy ruń się zazieleniła, ciągnęły się nad stepami stada czajek, kulonów i tysiące żurawi, które po kilkudniowym wypoczynku ruszały dalej na Pańszczyznę i dalej na lęgi. Zimą zaś, gdy śniegi wyrównały miedze i drogi, robiło się „białe morze”, powstawały wówczas zimowe drogi, a jedynymi drogowskazami były z rzadka, ustawione latem, przydrożne krzyże i figury świętych. Zdarzało się, że ludzie w bezksiężycowe noce błądzili, a nawet zamarzali razem z końmi. U nas, w jednej stajni z oknami od strony stepu, stróż nocny w oknie stawiał zapaloną latarnię, której światło jak z latarni morskiej wskazywało drogę zbłądzonym. Bywało, że chłopi wjeżdżali do ciepłej stajni i błogosławili tę lampę, której światło widać było ze złowrogich, zimnych i strasznych w nocy stepów. Za to wiosną, gdy jechało się wąską polną dróżką, a po obu stronach dwumetrowe ściany żyta, pszenicy albo miodny zapach hreczki, a do tego jeszcze szaleńczy śpiew skowronków, wtedy zawsze nasuwało się pytanie – czy jest gdzieś piękniejszy kraj niż to nasze kochane Podole? Czy jest gdzieś milszy wiatr, który hulał po tych nieobjętych wzrokiem przestrzeniach? Czy było gdzieś czyściejsze powietrze niż tam? Ta urodzajna, czarna ziemia ze swoim kontynentalnym klimatem była też czasem i niewdzięczna, zwłaszcza zimą, gdy przychodziły straszne wichury, które przy silnym mrozie i bez pokrywy śnieżnej powodowały, że piórka ozimin wymarzały i na wiosnę trzeba było dosiewać. Latem po upalnym dniu czasem przychodziła druga klęska – gradobicie. Grad siekał i młócił wykoszone zboża. Często chłopi kosili niedojrzałe, pomierzwione zboże na swoich poletkach i ponownie zasiewali je hreczką, bo ozimy dawały słomę. Żadne sztuczne nawozy nie były potrzebne, najlepsze przeciętne zbiory dawały poletka nawożone obornikiem i gęsto zasiewane. Wielkie było umiłowanie ziemi, cena dochodziła 1000 koron za morgę, co stanowiło równowartość 10 krów, nic też dziwnego, że brat bratu rozbijał głowę za zaoranie kilku centymetrów miedzy. Wracał z Ameryki z ciężko zarobionymi tam dolarami i nie patrząc na nic kupował kawał ziemi. Obsiewał, zbierał i odpoczywał po lecie, by wiosną znów ruszyć w pole. Po latach odchodził, a syn jego wstępował w ojca ślady… i tak ciągnęło się przez wieki. Kroniki metrykalne w cerkwiach i kościołach notowały rodziny, które od 400 lat w tej samej wsi żyły i żyją. Dla naszego chłopa ziemia była warsztatem pracy, tylko pracy, bez względu na to czy płatnej czy nie. Miał on we krwi umiłowanie tej ziemi, na wiosnę czuł jej zapach, a jesienią rozkoszował się bogactwem plonów.
Do takiej Magdalówki, do takich okolic biegnę często myślami teraz, gdy wszystko kończy się dla mnie, bo zaczyna się starość. Magdalówka została po drugiej stronie nowej granicy na Sanie, ale czy na zawsze? Wątpię! Bardzo wątpię!

Rodzice moi
Ojciec mój po ukończeniu medycyny w Krakowie dostał posadę lekarza kolejowego w Podwołoczyskach. Przekorny los chciał inaczej. Gdyż jadąc tam pod samym Tarnopolem wydarzyła się katastrofa kolejowa, dużo osób było rannych, a w pociągu tylko mój ojciec był lekarzem. Zaraz zorganizował pierwszą pomoc; tamował krew, prowizorycznie składał połamane ręce i nogi, że gdy przyjechała specjalna pomoc z Tarnopola, to już większa część ciężej rannych była jako tako opatrzona. Na udzielaniu pierwszej pomocy nie skończyło się, bo wiele rannych ulokowało się w tarnopolskim hotelu, prosiło o odwiedziny i dalszą opiekę. Ma się rozumieć wyjazd do Powołoczysk został odłożony, a kilkudniowy pobyt w Tarnopolu i zawarte tam znajomości zrobiły swoje. Faktorzy żydowscy znaleźli mieszkanie, a nawet pożyczyli pieniądze na kupno powozu, parę siwych koni, na wynajęcie furmana i lokaja uważając, że: „jak pan doktor przyjdzie piechotą, dostanie guldena, a jak przyjedzie swoim powozem, to zapłacą pięć razy tyle, a zaciągnięty dług to pan doktor odda jak będzie miał”. Szczęście dopisało ojcu zaraz na wstępie, bowiem w tym czasie zachorował „cudowny” rabin (rabin – nauczyciel judaizmu, znawca prawa religijnego oraz jego świętych ksiąg) z Zarwanicy. Sprowadzono wówczas wielu lekarzy, profesorów ze Lwowa, którzy dniem i nocą siedzieli koło chorego. Parę tysięcy Żydów z Zarwanicy i okolicy zebrało się na modły i na spodziewany pogrzeb umierającego rabina-cudo­twórcy. Wreszcie profesorowie pewnego dnia oświadczyli, że nie ma ratunku. Rebe musi umrzeć, a oni wracają do Lwowa. Poradzili też, niech sprowadzą jakiegoś młodego lekarza, który będzie czuwał i ulży choremu. Wielce zaniepokojeni Żydzi sprowadzili mego ojca, który po dokładnym zbadaniu chorego stwierdził tyfus – puls słaby, serce kiepskie, gorączka krytyczna. Profesorowie odjechali, a Żydzi w płacz i proszą „Ratuj pan naszego rebego”. Zrobił się wielki gwałt – młody lekarz chce jeszcze ratować naszego rebego. Wtedy ojciec kazał wszystkim wyjść z pokoju, a dwóch poprosił o wniesienie wanny z zimną wodą, do której polecił włożyć chorego w celu obniżenia gorączki, a po jej obniżeniu puls nabierał lepszego tętna, a wtedy wyjmowano chorego z kąpieli. Gdy temperatura ponownie zanadto wzrosła, zabieg powtarzano i tak to leczenie trwało przez całą noc. Ojciec przez całą noc nie spał, a tysiące Żydów na ulicy cmokało „aj waj, żyje, kąpi się, już in bed pod kołdrę powrócił, aj waj, to wielki doktor, on znów do wody rebego”. I rzeczywiście, Bóg dał, że kryzys minął i na drugi czy trzeci dzień ojciec, który pił tylko czarną kawę, powiedział: „Dajcie mi jeść, rebe będzie żył”. „Rebe będzie żył, gwałt! Profesorowie powiedzieli, że umrze, a tu młody, nieznany lekarz mówi „Silit, będzie żył”; to wielki doktor.
Wieść o uzdrowieniu rebego-cudotwórcy obiegła niczym telegraf całą okolicę. Po czterech dniach rebe siedział już w fotelu jako rekonwalescent. Znowu pełno ciekawskich Żydów napchało się do pokoju, gdy ojciec żegnał się z rebem, któremu już opowiedziano, jak to lekarze ze Lwowa wy­dali wyrok śmierci na niego, a młody lekarz uratował go. Jak go na zmianę wkładali do zimnej wody i pod koc, cztery razy w ciągu nocy. Za uratowanie życia rebe dał ojcu 5 złotych florenów (10 koron) i powiedział: „Panie doktorze, to od rabina z Zarwanicy na szczęście”, podał rękę, podziękował i zakończył ceremonię pożegnalną. Ojciec uważał, że za te trzy czy cztery nieprzespane noce to trochę mało, ale te słowa starca – „na szczęście” – zrobiły swoje. Jednak już na progu jakiś adwokat za ten pieniążek dawał ojcu 50 koron, a na dworcu kolejowym Żydzi oferowali już 200 guldenów! Para bucików czy korzec pszenicy kosztował 7 guldenów (korzec – jednostka obj. ciał sypkich, w XIX w.: 1 k=128 l). Żydzi nie dawali ojcu spokoju, chcieli odkupić ten pieniążek, ofiarowany wobec tłumu Żydów „na szczęście” przez rabina „cudotwórcę”. Zanim dojechał do Tarnopola, już Żydzi tarnopolscy wie­dzieli o wszystkim. Pełno ich czekało na stacji i dotykało płaszcza mojego ojca, żeby to szczęście i na nich też spłynęło.
I tak zaczęła się ogromna praktyka, zaczęli wzywać ojca do dworów i pałaców. Jednak po kilkunastu latach nie ordynował już w ogóle, tylko gospodarował na wsi, dojeżdżając czasem do starych pacjentów jako lekarz. Pieniążek miał stale przy sobie, a umierając dał memu bratu. Bezwzględnie moneta ta przynosiła pieniądze, bo i ojciec, i brat mieli szczęście w interesach, a kredyt był zawsze nieograniczony. Tak to los czasem płata dziwne figle.

Moje dzieciństwo
Jedno z pierwszych moich wspomnień z dzieciństwa to, gdy dostałem pieska za to, że nie pojechałem z rodzicami do Lwowa. Rodzice wrócili wieczorem i w koszyczku przywieźli mi małego szpica z czerwoną kokardą. Gdy zobaczyłem, że piesek biega, zawołałem „piesio bizia”, co miało znaczyć biega. Piesio został Biziem. Po latach tego Bizia – bezzębnego, parszywego staruszka – razem z bratem musieliśmy zastrzelić z dwóch dubeltówek. Nawet nie pisnął. Ale długo śnił mi się po nocach i ciekawe, że bratu też pokazywał się w snach. Następne wspomnienia sięgają już czasu, gdy miałem 4 lata i nasza bona Frau Marie nauczyła mnie chować kciuk i pokazywać 4 palce „du hast 4 jahre”. Pamiętam też lampę na żelaznej podstawie ze smokiem i trzema dziewicami, z białą umbrą i nie wiem dlaczego – ze szkiełkiem zalepionym przepalonym papierkiem. To było w tej Magdalówce, gdzie po zimowym magazynowaniu zboża mimo gruntowego pobielania ścian w pokojach zawsze pachniało specyficznym myszowato-zbożowym zapachem. Co było szczególnie odczuwalne przez pierwsze dni, gdy przyjeżdżaliśmy na wakacje.
Wakacje! Czy jest piękniejsze słowo dla ucznia? W ostatnim dniu nauki biegło się do szkoły po świadectwa, zawsze ze strachem, potem kupowało się naszywki do kołnierza o jeden pasek więcej (paski srebrne do 4 klas niższych, złote do 4 wyższych) i galopem do domu. Miałem zawsze szlacheckie świadectwa, tzn. z religii bardzo dobry, a potem dost, dost, dost. itd. – aż dopiero z gimnastyki i śpiewu bardzo dobry, ale grunt, że przechodziłem do klasy wyższej. Wbiegałem na podwórze do domu przy ulicy Kościelnej, a tam już fury wymoszczone słomą, chłopi znoszą poduszki, materace, pełno jakichś tajemniczych pak i pakunków, a tymczasem jeszcze trzeba czekać do obiadu, po którym dopiero mamy wyjechać.

Jazda przez Tarnopol, przez ulicę Mikuliniecką obok cerkwi i żydowskiego cmentarza i już jesteśmy za miastem. Potem pomost kolejowy na Brzeżany, pod górę i dojeżdżamy do pierwszej wioski Gaje 4 km długiej (tu w dniu 27 marca 1945 roku bojówki UPA napadły na polskie zagrody, mordując 68 osób). Dalej otwiera się widok, jaki tylko na Podolu. Na lewo widać dwa białe domy na tle parku – to Borki Wielkie. Przed nami widać topole Magdalówki, jeszcze dalej podsmykane drzewa Mytnicy i wieża kościelna Skałatu (w 1963 roku kościół ten wysadzony został w powietrze, obecnie w pobliżu tego miejsca wybudowano nowy kościół pw. św. Anny). Wzrok spoczywa na długim paśmie Miodoborów (na południowy wschód od Zbaraża ciągnie się na przestrzeni blisko 60 km aż po przełom Zbrucza między Satanowem a Liczkowcami). Po następnym kilometrze zatrzymujemy się – rogatka. Stara Żydówka odbiera myto – 4 centy. Jedziemy dalej, przed nami głęboki jar, w dole rzeka Gniezna i jedna za drugą wsie: Borki, Dyczków, Krasówka (kościół pw. św. Anny z końca XIX wieku, w 1992 roku został przebudowany na cerkiew pod tym samym wezwaniem), Toustoługa, Białoskóra, a tam dalej Grabowiec i Baworów (b. miejscowość letniskowa, od 1540 roku uznany jako miasteczko, własność rodu Baworowskich, w dniu 2 listopada 1943 roku bojówka UPA napadła na miejscową plebanię mordując proboszcza i organistę, zaś wikaremu ks. Ludwikowi Rutynie udało się przez okno uciec; później po 1990 roku był pierwszym powojennym proboszczem w parafii tarnopolskiej). Przejeżdżamy obok cmentarza i zawsze zażenowani czytamy na nagrobku napis „Tu spoczywa Marcin Dupa”. Wąwozem pod górę jedzie się drogą powymulaną deszczami, z głębokimi rowkami, o różnych przechyłach, na których matka krzyczała ze strachu, a my zeskakiwaliśmy i wskakiwaliśmy z wozu. Przejeżdża się obok mogiły z grubym, niezdarnie ciosanym krzyżem, ze starosłowiańskim napisem, który głosi, że „ tu spoczywa pan Oleg ze swoim sługą, który zginął w walce z niewiernym”. Dalej po lewej stronie figura świętego Jana Chrzciciela w czerwonych szatach, który leje wodę na głowę Chrystusa. Następna to figura z czterema słupami kamiennymi, a sam Chrystus z główką większą niż cały korpus z nogami. Po prawej stronie na stepie, wśród rzadkich drzew, domek i stajnia, to Czahary i folwark z Grabowca. Potem z góry na dół i mostek, specjalny, podolski, który w czasie śnieżnych zawiei było dobrze widać. Wreszcie widać białą figurę świętego Antoniego, cel wieczornych spacerów z Magdalówki. Ładna figura z napisem Na Twą cześć Św. Antoni dla przestrogi błędnej braci stawiam tę figurę, iż Bóg siódme przykazanie kazał czcić – poszkodowani z gminy Magdalówki w roku 1877. Memento – nie kradnij – wyryto na przestrogę, po kradzieży dużej ilości koni, drobiu i kożuchów, dokonanej przez będący w pobliżu obóz cyganów. Koło figury skręt na prawo i przed nami w odległości 600 metrów Magdalówka.
Zeskakujemy z powozu i z dużym przejęciem rozglądamy się wokoło, a myśli i plany pchają się i migają w główkach dziecięcych. Biegamy z siostrą zobaczyć, czy znajdziemy zakopane koło kręgielni nasze pisma pożegnalne z wakacji zeszłorocznych, to znów oglądamy, czy monogramy z datą wyrżnięte wysoko na lipie jeszcze są widoczne? A w sadzie nad stawkiem – czy czółno dobre? Czy mój konik jest w stajni? Gdzie mój wózeczek? Po kolacji wielkie mycie i pełni wrażeń idziemy spać. Ale coś spać nie mogę. Słyszę jakieś kroki, otwieram oczy i co to? Już dzień! Tak to mijały noce wakacyjne i tak samo dni leciały. Rachowało się, wiele jeszcze tych dni zostało do końca wakacji, niestety coraz mniej. I znów pisało się listy pożegnalne, misternie pakowane i chowane w ziemi. Ryło się jeszcze monogramy na lipie i następował smutny dzień odjazdu. Zostawiało się huczącą maszynę do młócenia zboża, zostawiało się wysokie sterty świeżo omłóconej słomy, dwie ogromne topole – ostatni rzut oka na naszą Magdalówkę i przed nami Tarnopol i cały rok szkoły!
Tak mijały lata, aż w 1912 roku zdałem maturę i zapisałem się na medycynę w Krakowie. Uczył mnie Kostanecki (Kazimierz, 1863–1940, profesor anatomii, rektor UJ – zginął w obozie koncentracyjnym w Sachsenhausen), Marchlewski (Leon Paweł, 1869–1944, profesor chemii lekarskiej na UJ – autor podręcznika „Chemia organiczna”), Bujwid (Odon Feliks Kazimierz,1857–1942, bakteriolog i immunolog, profesor UJ, działacz społeczny – założył Uniwersytet Ludowy) i wielu innych. Niektórzy z nich to tytani nauki – sławy europejskie. Z zapałem uczyłem się anatomii i dzisiaj po 40 latach jeszcze pamiętam jakieś tam: clavicula, musculus sterocleidomastoideus, wyrostek kruczodzioby i inne. Ale na święta wielkanocne ojciec mój zaczął mi odradzać medycynę i mówił, że gdy będę chciał mieć dom i rodzinę, to nie będę miał z czego żyć, a jeśli będę miał z czego, to nie będę mógł być w domu z rodziną z powodu braku czasu. Byłem usposobienia rodzinnego, mieliśmy wszyscy zaufanie do ojcowskich rad. Przeniosłem się na prawo. Studiowałem prawo polskie, rzymskie, kościelne. Egzamin miałem zdawać w 1914 roku. Niestety wybuchła wojna światowa.