Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

T.F. [Tadeusz Fabiański], SWASTYKA I BATIARY

„Dziennik Żołnierza” – Forfar – Szkocja 1941 r.
 
Dziwne rzeczy dzieją się dziś we Lwowie. Wszędzie swastyki, niemieckie flagi i sino‑żółte prapory. Hotel George’a – ośrodkiem życia niemieckiego, po Akademickiej, Legionów, po Hetmańskich Wałach spacerują Szwaby, rycerze słowaccy i wyszkoleni w Berlinie Ukraińcy. Lwów nazwali Lembergiem, Małopolskę Galicją, a pruscy architekci odnajdują w zaułkach „prastare niemieckie budowle”.
Pewni są mili goście, że ich dekoracje i malunki przetrwają wieki.
Nie znają Lwowa. Ale Lwów dobrze zna takich malarzy.
Pierwszą malarką była Maria Teresa. Płakała biedaczka, gdy zabierała Lwów. Nie chciała, ale musiała, bo Lwów – to prastare … węgierskie miasto Lemberg, więc jako austro-węgierska monarchini musiała go odzyskać. Przez sto lat próbowali z lwowian zrobić czarno-żółtych lembergerów. Zamykali ich w Kufsteinie, w Brigidkach, bombardowali miasto z Cytadeli, stawiali szubienice na Hyclowskiej Górze. Gdy nie skutkowały groźby, uderzyli w prośby, a gdy prośby nie pomogły, wracali do szubienic.
Cała ta praca dała takie wyniki, że batiarów lwowskich na Austriaków nie przerobili, a za to z nasłanych tam Austriaków porobiły się lwowskie batiary.
Ich małoletni potomkowie, zupełnie tak samo jak lwowianie z dziada pradziada, krzyczeli „szpagat” za przedstawicielem władzy, który z bączkiem na czapce, półksiężycem na piersi i „bajonetem” u boku czuwał przed hotelem George’a nad porządkiem w monarchji. A ten sam szpagat, wyzwiskami rozżalony, zwierzał się po kilku bombach piwa, że jest przecie „swój chłopaka”, we Lwowie się urodził, we Lwowie do normałki chodził, a całą cesarsko-królewską monarchię ma… i tu łyknął piwa.
Po austro-węgierskich malarzach przyszli dekoratorzy z Moskwy i z Petersburga. Na Gródku i Łyczakowie, na Wulce i na Żółkiewskiem pojawiły się sztyki, rubachy, papachy i izwoszczyki. Zapachło dziegciem i machorką. Lwowianie oczy wytrzesz­czali na te cuda i kichali od dziwnych woni. Goście ze wschodu głosili, że Lwów to już nie Lwów, lecz „Lwow – istinno ruskij gorod” i że złączon będzie z Rosją-matuszką na wieki wieków, aż do końca świata. Przez miasto ciągnęły armaty, kozaki, baszkiry, czeczeńcy, całe mrowie – siła, potęga. Czyżby naprawdę Lwów w Kazań miał się przemienić?
Lecz batiary mają zdrowy rozum. Orzekli stanowczo, że Moskale mają „świrka” i że nigdy nie uda im się ta „russka” sprawa. Przecież batiar nie zamieni sztybletków na sapogi, surduta na rubaszkę i nie zapuści brody po pas. Wszystkie lwowskie konie z niego by się śmiały. Wysokiego Zamku też nie przerobią na góry Kaukazu, a z Pełtwi nie zrobią Wołgi.
Stwierdziwszy to, czekali cierpliwie – co dalej będzie.
Doczekali się. Moskale poszli tam, skąd przyszli. Ale wrócili Austriacy. Wymietli rosyjskie dekoracje i zaczęli upiększać miasto po swojemu. Znowu Lwów przechrzcili na Lemberg. Na narożnych kamienicach poprzybijali tabliczki z nazwiskami ck generałów, a na placach i przecznicach stanęły drągi z niemieckimi napisami: Do Sammelstelle, ‘Do Komendy Miasta’ i ‘Do Odwszalni’. Chcieli tego ponastawiać jeszcze więcej, ale im czasu zabrakło, bo się rozlecieli razem z całą monarchią.
A wtedy wypełzły jak spod ziemi ukraińskie wojska. „Lwów – to Lwiw – prastare miasto ukraińskie” – orzekli i zaczęli stroić miasto w sino-żółte prapory. Tego już wszystkim za dużo było. Wiadomo, jak się sprawa skończyła – lwowskie dzieci i batiary pobiły na głowę zastępy ukraińskiej armii.
Przez dwadzieścia lat spokój był we Lwowie.
A po dwudziestu latach wszystko zaczęło się znowu od początku. Przyszli Niemcy – nie doszli, bo ich powitały flaszki z benzyną i stare armaty z Gródka. Przyszli Rosjanie, posiedzieli dłużej niż wtedy, ale tak samo i z takim samym skutkiem cuda batiarom opowiadali … i tak samo odeszli. Po nich znów zjawili się Niemcy, na odmianę razem z Ukraińcami.
Jeszcze tam są ci goście, jeszcze malują, swastyki rozwieszają. Mówią, że Lwowa już nie ma, że jest Lemberg i Galicja.
Pan gubernator Frank wzywa lembergczyków, by wraz z wszystkimi galicjanami „beztrosko wrócili do pracy”, bo minął już „bezmyślny samowolny reżim warszawskiej kliki”, mówi, że Hitler zasyła im swe pozdrowienia i ma ich w opiece.
– Widział ty coś takiego? – mówi batiar do batiara.
– Trumnę dla Lwowa rychtuje, na niemiecko ją maluje i jeszcze cieszyć się każe.
– Trumnę… My już takich Kurkowskich z trumnami dla Lwowa widzieli.
I w odpowiedzi Frankowi zanuciły batiary starą lwowską piosenkę:
… Pan Kurkowski robi trumny, a ja jemu … guzik* umrę.

*    W tym miejscu stosowano inne słowo…