Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Adam Krajewski, LWOWSKIE PRZEDMIEŚCIA

JANOWSKIE
Janowskie przedmieście nie miało nigdy dobrej sławy. Od awanturników aż się tam roiło, a archiwa lwowskich sądów karnych mogłyby wiele o nich powiedzieć. Wiadomo było, że część bandy słynnego opryszka Neczyporowicza na Janowskiem miała siedzibę. Bliskość lasu Biłohorszczy i błonia oraz derby na gruntach zw. Pilichowskie, ciągnące się aż ku Kortumówce i Kleparowu, stanowiły kryjówki bandyckie, a zarazem utrudniały pościg za rabusiami i awanturnikami. Jeszcze żywo stoi w pamięci napad na dom akcyzowy przy rogatce janowskiej, a także pożar siana przed rogatką, gdzie kilkudziesięciu tych włóczęgów życie straciło.
Lewa strona przedmieścia była martwa, od czasu gdy na niej pobudowano gmachy wojskowe. Po prawej stronie ostatnim był młyn parowy Thoma. Poza nim już tylko małe domki i dworki, wśród nich resztki dworku Łozińskiego nie raz przebudowywane. Oprócz trzech, gdzie są ślady stylowych okien, próżno dziś szukać tam resztek dawnego gościńca, zaczynającego się od kościoła św. Anny, a wiodącego do Janowa, Jarosławia i na Kraków.
Na wzmiankę przy tej ulicy, na którą zawiózł cywilizację ostatni tramwaj, zasługuje jeszcze staw Hellebrandów, gdzie z reguły (brak dozoru) musiał się ktoś utopić. Staw zresztą istnieje do dziś jako zaniedbane, zapuszczone bagnisko.

KLEPARÓW
Sąsiadujący z Janowskiem bezpośrednio Kleparów, dawniej sławny czerechami kleparowskimi, był raczej wsią niż przedmieściem. Po względem zachowania się przeciętnego kleparowianina nie ma różnicy w porównaniu z janowskim sąsiadem. Zajęciem tych przedmieszczan było dawniej ogrodnictwo i sadownictwo, ale od dawna porzucili je dla korzystniejszej, jak sądzą, mularki. Co prawda kolej i łatwość dowozu wszelkich produktów warzywnych i owocowych stanowią dla nich konkurencję, nie­łatwą do zwalczenia.
Przy omawianiu przedmieścia Żółkiewskiego będzie sposobność wskazania, co właściwie wpłynęło na pewną deprawację północno-zachodniej i północnej strony Lwowa.
Dom przy ul. Czackiego na Przedmieściu Żółkiewskim. Wg O. Czerner: Lwów na dawnej rycinie..., 1997
ZIELONE I STRYJSKIE
Jako część ogromnie rozległego przed wiekami przedmieścia Halickiego, nie odgrywało Zielone wybitniejszej roli we Lwowie. Martwa to była dzielnica i jedynie obszerne podwórza zajezdne przy niektórych domach wskazują do dzisiaj, że ulica ta była niegdyś jednym z traktów do Rohatyna, Stanisławowa, Kołomyi i dalej na wschód. Z dawnych podmiejskich dworków magnackich stoją jeszcze pałacyki Zamoyskich i Dzieduszyckich.
To samo da się powiedzieć o Stryjskiem, dziś nie do poznania zmienionym od czasu wystawy w r. 1894.

ŻÓŁKIEWSKIE
Przedmieście Żółkiewskie, ów ogromny obszar zamknięty z jednej strony ulicami Szpitalną i Źródlaną, z drugiej górą Zamkową i dobrami pod Łysą Górą i Kisielką, a od południa placami Gołuchowskiego i Krakowskim, nosiła na sobie od wieków cechy wybitnie żydowskie. I jeżeli zważymy, że na tym miejscu rozsiedli się Żydzi już od XIV stulecia, a nawet dawno przed zajęciem Czerwonej Rusi przez Kazimierza Wielkiego, to dziwić się istotnie nie należy, że tylokrotne napady tatarskie, kozackie i tureckie nie starły bez śladu tego przedmieścia, niczym nieufortyfikowanego, a zupełnie po miejsku i gęsto zabudowanego. Jest to tym dziwniejsze, że inne przedmieścia, a szczególnie Halickie, niemal przy każdym najeździe padały ofiarą ognia, rzezi i jasyru.
Tajemnicę tej pewnego rodzaju samoobrony wyjawi może kiedyś jakiś historyk Lwowa. Wygląd tej dzielnicy prawie się nie zmienił w ciągu pół wieku, chyba że gdzieniegdzie miejsce małych domków zajęły kamienice, nawiasem brudne jak i ich poprzedniczki. Dzielnica to handlowa, jak dawniej, z małą zmianą obyczaje w niej – im dalej na przedmieście, tym gorsze, np. na Zamarstynowie.
Dr Majer Bałaban w swym znakomitym dziele Żydzi lwowscy na przełomie XVI i XVII wieku tak pisze o tym przedmieściu:
Mieszkali tu Żydzi luzem między chrześcijanami. Tu też mieszkały szumowiny społeczeństwa żydowskiego, jak koniokrady, zbóje i różne zawalidrogi, jak chrześcijański mob na gliniańskim szlaku. Tutaj mieszkał zbój Dawid, zwany Konfederat: zebrał on bandę zbójów w rodzaj konfederacji i rozbijał przejeżdżających na drodze ku Glinianom w lesie pod Biłką.
Tutaj też mieszkali słynni rozbijacze Abraham Dankowski i Heszel Juśko, którzy byli postrachem przedmieścia i 2 maja 1591 w biały dzień zamordowali Żyda Salomonowicza. Oto obraz, który w dzisiejszych czasach należy przesunąć kilometr dalej…
Jak Żyd z gminy miejskiej niechętnie idzie na przedmieście Krakowskie (chyba że w interesie handlowym), tak samo przeciętny mieszkaniec Lwowa. Wielka część tzw. lepszej lwowskiej publiczności nie zna właściwości tego przedmieścia, leżącego pod bokiem, a tak bardzo dlań obcego. Charakterystyczne jest i było tu lwowskie ghetto. Leży ono tuż obok śródmieścia, a zna go przede wszystkim plebs, który dla braku środków znajduje na tzw. ulicy Smoczej cały przyodziewek za tanie pieniądze. Wszelkie rzeczy „przechodzone”, jakie handałesi skupują po różnych domach miasta i przedmieść, mają tu swoje stacje zakupu i sprzedaży.
Drugą specjalnością lwowskiego ghetta są tzw. „Opałki” Dzielą się one na dwie części. Jedna na straganach rozłożonych nad brzegami niewonnej w tym miejscu Pełtwi, przekupnie z różnymi materiałami na suknie i bieliznę, chustkami itp. Tu zaopatrują się przeważnie sługi i gospodynie z przedmieścia. Co tanie, to dobre, byle najwięcej utargować na cenie – bo bieda po jednej i po drugiej stronie. Druga część „Opałek” odbywa się na bruku, na brudnej płachcie. Tu znajdzie się wszelkie rupiecie, które handełesy po zmarłych kupują. Mają tu też rynek wszelkie artykuły przed laty wyszłe z mody. Można tu dostać tuzin kołnierzyków i mankietów albo parę rękawiczek fioletowych lub purpurowych.
Dawną specjalnością tego przedmieścia była garkuchnia pod gołym niebem, zwana „pod sikawką”. Tu klientami byli tragarze, wodonosy, posługacze dzienni, ludzie czekający na jakikolwiek zarobek.
Na wschodniej stronie placu „rybnego”, zw. dziś „Starym Rynkiem”, widzieć było można codziennie około godz. 11 kobiety z ogromnymi tłumokami na plecach, dążące od strony Sieniawszczyzny. Po chwili zajmowała każda swe miejsce na placu, podścielała na bruku szarą płachtę i z tłumoków ukazywały się ogromne garnki, poowijane grubo szmatami, aby jadło nie wystygło. Obok tych garnków stawiała gospodyni stos miseczek glinianych i drewnianych łyżek; do mycia tej „zastawy” nabierała wody ze studni do szaflika. Siadała na stołku nad garnkami i już była gotowa.
Menu tej ruchomej jadłodajni składało się z czterech potraw: barszczu, kapuśniaku, kartofli i kaszy hreczanej, a w dni świąteczne z pierogów.
Po chwili zaczynały sunąć sznurkiem postacie w łachmanach. Gość siadał po turecku na ziemi i zmiatał ten obiad, aż mu się uszy trzęsły.
Wielce oryginalną specjalnością tego przedmieścia, już poza rogatką, na terytorium gminy Zniesienie, są ludowe kąpiele, nawet „lecznicze zakłady”, istniejące odkąd rafinują wódkę za Żółkiewską rogatką, czyli od 120 lat. Wita gości szyld na dwu słupach z wymalowaną prymitywnie wanną i napisem „kompiele lótrynkowe” (dosłownie). Znajdujesz się u wrót zakładu. Trzeba przejść przez dziedziniec, przeskakując przez kupy gnoju i śmieci, aby dostać się do budynku, skąd uderza w nos woń „fuzlu” wódczanego. Tu lutruje się, czyli oczyszcza wódkę pitną.
 Pohulanka. Rys. Antoni Lange, litografia. Wg. O. Czerner: Lwów na dawnej rycinie…, 1997
Ze względu na dużą ilość gorącej wody, zbywającej przy tej produkcji, pozakładali przemyślni żydkowie wanienne kąpielisko dla prostego ludu. Leczniczym elementem w tych kąpielach jest anyż. Dwie konewki tej substancji wlanej do kąpieli mają mieć cudowne właściwości na wszystkie choroby. Ale intencje lecznicze mają szerszy handlowy zakres.
Nie ma prawie domu za rogatką żółkiewską, gdzie nie byłoby szynku ze sprzedażą mocnej wódki. I oto biedak po kąpieli nie ma nic lepszego do roboty, jak upić się porządnie.
Żydowscy przedmieszczanie szukali odpoczynku, choć raz na rok, w sąsiedztwie, więc za rogatką zamarstynowską lub w graniczącym z Zamarstynowem Hołosku. Tak więc letnią ludność Zamarstynowa stanowili buchalterzy, subiekci i średnio zamożni Żydzi przedmiejscy z żonami. O wygodzie czy jakimkolwiek komforcie nie było tu mowy. Żydowskie liczne rodziny dusiły się w ciasnych chałupach chłopskich. Używanie owego „świeżego powietrza” polegało więc na siedzeniu godzinami, a płci pięknej w najniemożliwszym negliżu, lub na chodzeniu ciężkim krokiem po lesie.
Sytuacja zmieniała się tylko przez dwa dni w tygodniu, w wieczór szabasowy i w niedzielę, kiedy Zamarstynów robił wrażenie stacji klimatycznej. Lecz zamiast kur­hausu była tu karczma z połamaną huśtawką i prymitywną kręgielnią. Plac przed karczmą, przeznaczony dla spaceru, był też pastwiskiem dla koni i krów.
W niedzielę las na Hołosku roił się od gruchających par. Na gościńcu prowadzącym przez wieś lub na pastwisku widać uganiających się na oklep na chłopskich szkapach elegantów.
Takie i tym podobne rozrywki, jak łapanie ryb na wędkę w stawie, gdzie prócz żab nie ma innych istot, wypełniały letnikom żydowskim czas, niewiele zresztą wymagającym od otaczającej ich przyrody.