Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

NA CÓŻ KRZYK ORLĄT...

Homilia ks. prof. Józefa Wołczańskiego w dniu 22 listopada 2010 r. w Bazylice Mariackiej w Krakowie
 
Ks. Józef Wołczański podczas mszy św. w Bazylice Mariackiej w Krakowie 22 XI 2010Koniec roku liturgicznego – bo za kilka dni Adwent – prowadzi nas do tematów ostatecznych, eschatologicznych, gdzie Pismo Święte przypomina nam o sensie życia, o istocie życia, o naszym celu – nie tu na ziemi, ale o celu ostatecznym – u Boga. Przed chwilą św. Jan Apostoł w Apokalipsie przypomniał nam o swojej wizji, którą ujrzał w niebiosach. Baranek królujący na górze Syjon, a z Nim 144 tysiące mających Jego imię i Jego Ojca na czołach swoich wypisane. Co więcej, ta mnogość stojących ludzi wokół Boga to symbol całych pokoleń, wieków, które niczym rzeźby wpływają w wieczność, doczesność, nieskończoność.

Dalej Jan pisze: Ci Barankowi towarzyszą, dokądkolwiek idzie. Zostali oni wykupieni na pierwociny dla Boga i dla Baranka, a w ustach ich kłamstwa nie znaleziono. Są nienaganni. Ta kategoria nienaganności, dziś tak trudno funkcjonuje w naszych umysłach. Nie ma dzisiaj autorytetów ani też ludzi nienagannych. Prześwietla się każdego w jego prywatności, odziera czasem z intymności, po to aby ujrzeć w zasadzie najczęściej taką zupełną nagość człowieka. Ta nagość czasem oznacza zażenowanie, a czasem tropienie winnych. Tymczasem chodzi tu o to, aby w oczach Boga być nienagannym, przezroczystym, bez zarzutu. Aby Bóg nas za takich uznał.
Dzisiaj gromadzimy się tu w Kościele Mariackim, w tej bazylice, aby naszymi myślami i naszą pamięcią powrócić do odległych lat, do początku XX wieku, do genezy wolnej, niepodległej Ojczyzny, kiedy kształtowały się owe postawy nienaganności, heroizmu, bohaterstwa, patriotyzmu. Kiedy najwyższą miarą było poświęcenie się dla idei. Nie samemu sobie, nie prywatnym interesom, karierze, prywacie, egoizmowi, tak jak i własnym gustom, ale właśnie w służbie Ojczyzny. Bóg i Ojczyzna – to jedno. Ta wojna, która zaistniała, wojna ukraińsko-polska 1918–1919 r. dobrze jest nam znana z kart historii. Nie ma więc powodu, aby przytaczać poszczególne daty, wyliczać ludzi, zjawiska i konsekwencje.

Ale zwróćmy dzisiaj uwagę na kilka szczególnych znamion tamtego czasu. Oto wojna zawsze rodzi zło, zniszczenie, zawsze sieje zgubę i śmierć. Tam na Wschodzie, w Małopolsce Wschodniej, było to przecież logiczne, że polskość, patriotyzm zawsze łączyły się z Kościołem rzymskokatolickim. Funkcjonowało pojęcie, które nie było wcale stereotypem: Polak-łacinnik. Polak obrządku rzymskiego. Ukraińcy wiedząc o tym, że to Kościół na prowincji, zwłaszcza na wsiach, jest ostoją polskości, zwrócili swoje ostrze nienawiści przeciw świątyniom rzymskokatolickim, duchowieństwu i wiernym. Jeden z senatorów pisał, że oficer ukraiński zwrócił się do księdza rzymskokatolickiego: Gdyby ciebie tu nie było, nie byłoby też Polaków. Przy braku szkół, przy braku oświaty, na wsiach, w tej malej czasem grupce rodaków – to Kościół budził poczucie tożsamości, to wiara rzymskokatolicka była nośnikiem więzi z Zachodem, cywilizacją kultury zachodniej, nie Bizancjum, nie Wschodu, ale Zachodu. Dawała tym ludziom zakotwiczenie w wielowiekowej spuściźnie cywilizacji kultury Zachodu, Europy Zachodniej. Stąd ostrze wymierzone w niszczenie tego, co łacińskie, co rzymskokatolickie, wreszcie – co polskie. I na samym początku zamordowano sześciu duchownych rzymskokatolickich. Dziesięciu padło próbom zamachu, 85 internowano, 44 sądzono przed sądem. W samym Lwowie zniszczono osiem kościołów, ostrzeliwanych często w momentach zawieszenia broni. To właśnie w czasie zawieszenia broni podczas świąt Bożego Narodzenia w roku 1918 ostrzelano katedrę i kościół św. Elżbiety. Z kolei w czasie Wielkanocy w roku 1919 padły na kościoły Dominikanów i Karmelitów również pociski artyleryjskie. Na prowincji z kolei 37 kościołów łacińskich całkowicie zniszczono. W ślad za niszczeniem kościołów, świątyń – ostoi patriotyzmu, religii i wolności – niszczono również elementy kultury łacińskiej. Na pierwszy rzut poszły pomniki, które pokazywały pewien pietyzm dla kultury zachodniej. W Tarnopolu, w Złoczowie, w Stanisławowie usunięto pomniki Mickiewicza. Słowacki padł pod ciosami siepaczy w Tarnopolu, Żółkiewski i Sobieski w Żółkwi, a Kiliński w Stryju. W ich miejsce stawiano bohaterów nowego czasu. To niszczenie kultury miało niezwykle wymowny swój sens. Jeśli człowiekowi odbierze się język, kulturę, wolność, słowo, staje się niewolnikiem. Ale równolegle do tych działań prowadzono również prześladowanie ludzi świeckich, katolików. Powstawały okrutne obozy dla internowanych w Złoczowie, w Kołomyi, w Jazłowcu, w Czortkowie, w Mikulińcach, w Strusowie i w Żółkwi. Tam przez kilka miesięcy prawie 40 tysięcy Polaków poddanych zostało gehennie. Brak leków, brak żywności, szerzący się tyfus, choroby – dziesiątkowały więźniów. Trzy polskie sanitariuszki ze Lwowa: Teodozja Dzieduszycka, Maria Opieńska i jeszcze jedna – Maria Dulębianka udały się z misją sanitarną, aby pomóc tym internowanym w Mikulińcach. Dwie z nich – Dzieduszycka i Dulębianka przypłaciły swą misję życiem. Pochowane są dziś w grobowcach na Cmentarzu Orląt we Lwowie. Ocalała jedna. Jej relacje są wstrząsające. Wiadomo było, że nie ma stamtąd powrotu. Bóg chciał, że ta wojna dość szybko się skończyła, niecały rok, dziewięć miesięcy, ale wszyscy powtarzali, że gdyby trwała dłużej, nie byłoby mowy o zachowaniu polskiej substancji etnicznej na Kresach. To wszystko rozumieli również polscy dowódcy. Jeden z nich – generał Rozwadowski pisał do metropolity Szeptyckiego 3 I 1919 r.: Dowództwo stwierdza, że ze strony duchownych – kierowników Ukraińców w ciągu całego trwania walk zbrojnych nie padł ani jeden głos protestu przeciwko gwałtom i okrucieństwom. Ani jeden nie został podjęty krok zmierzający do położenia kresu bezmyślnemu pastwieniu się nad cywilną ludnością – jeńcami polskimi. Moralną za to odpowiedzialność, za tę okoliczność, te gwałty ponosić musi między innymi także i duchowieństwo greckiego obrządku, pozostające w stałym kontakcie i porozumieniu z kierującymi czynnikami ukraińskimi. Duchowieństwo unickie winno hamować, a nie jak wielokrotnie stwierdzano – rozjudzać sztuczną nienawiść Ukraińców do Polaków.

Ta bratobójcza wojna dobiegła końca, ale jej rany i skutki pozostały do dzisiaj. Dzisiaj czcimy pamięć tamtych czasów. Rodaków, młodych naszych rodaków, Polaków stamtąd, których bohaterstwo i heroizm uratowały miasto. Ale również zastanawiamy się, co dzisiaj dla nas wynika z tej lekcji patriotyzmu. Jaką wynosimy naukę z tamtej lekcji, tamtych epok. Czy to tylko pełne nostalgii wspomnienie? Czy tylko pełne zadumy liturgiczne przywołanie bohaterstwa i męstwa? Z całą pewnością dziś nie jest łatwo kultywować tamte ideały. Widzimy, że szeregi naszych wschodnich rodaków tu w Polsce topnieją. Kresowiacy w zasadzie odchodzą w przeszłość. Starzeją się, tracą siły, pamięć i tracą wreszcie życie. Taki jest tok normalnej ludzkiej egzystencji. Ale przecież zostaje coś najcenniejszego, poza pamięcią pozostaje przecież kultywowanie tradycji. Warto więc się zapytać, co w naszych domach zostało z tamtych czasów. Czy nasze dzieci, nasze wnuki są zakotwiczone w tradycji kresowej? Czy rozumieją ideę kultywowania pamięci, tradycji? Czy nasze pamiątki rodzinne są w dobry sposób zabezpieczane? Kilka miesięcy temu odwiedziłem pewną krakowską organizację kombatancką, która narzekała, że posiada bardzo bogate archiwum, a jej członkowie są w zasadzie bliscy śmierci. Poszukiwali miejsca depozytu swoich zbiorów. Wskazałem im, że na naszym Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II funkcjonuje od kilku lat Wydział Historii i Dziedzictwa Kulturowego. Prowadzimy studia wschodnie, które również kultywują pracę naukowo-badawczą nad tymi problemami. Przybyła delegacja owych kombatantów, obejrzała wszystkie sale, wyraziła nawet uznanie dla ich wyposażenia i nadzieję, że będą spełniać swoją rolę, ale po kilku tygodniach usłyszałem lakoniczną odpowiedź: Właściwie nie ma sensu, bo jeszcze my sami możemy się tym zająć. A ich praca polega na tym, że przychodzą trzy starsze panie, piją herbatę, oglądają te kartki, opowiadają o swoich wspomnieniach, zamykają biuro na klucz i wracają do domu. Jaki będzie los tych materiałów za rok, za dwa, za pięć? Czy nie podzielą losu archiwaliów, które lądują na śmietniku, albo makulatury nikomu niepotrzebnej? Czy nie czas myśleć o zabezpieczaniu takich zbiorów, pamiątek, materiałów z przeszłości, które same w sobie są świadectwem życia. Czy nie warto szukać instytucji, osób, ludzi, które mogą te dokumenty zdeponować. Kilka lat temu w środowisku krakowskim kresowiaków powstała idea powołania do życia kresowego instytutu. Świetna idea, świetna inicjatywa, ale jak się okazuje – pozostała w sferze marzeń. Nie było ani pomysłu, co robić z tą ideą, ani pieniędzy, ani ludzi, ani też wreszcie środowiska, które zajęłoby się badaniem, gromadzeniem, zabezpieczaniem dokumentów prawnych. Popatrzmy, co robią Niemcy. Popatrzmy na wypędzonych Niemców – ile w nich jest inwencji, ile pomysłów, ile werwy, ile pomysłowości na co dzień. Przecież wystarczy popatrzeć na bibliografię najnowszej historii niemieckiej: ile jest wspomnień publikowanych o ich kresach wschodnich, a nawet o pobycie Niemców w Rosji, nad Wołgą. Opasłe tomiska, często jednego autora, z dokumentacją, z fotografiami, z przypisami. Czy możemy się z nimi równać? Czy nie stać nas na taką postawę pamięci o tamtych czasach? Czy mamy pozwolić, żeby przeszłość zmarła z nami? Czy mamy zgodzić się, żeby wieko historii zamknęło się wraz z naszym odejściem? Przecież za lat kilkanaście, kilkadziesiąt tamte obiekty na Wschodzie zostaną całkiem przebudowane, przetworzone, nie będzie śladu po kulturze łacińskiej, zachodniej. Już dziś pokazują się we Lwowie publikacje pod tytułem Barok ukraiński, Gotyk ukraiński, Renesans ukraiński. Nikt nie polemizuje z tymi książkami, bo trudno jest walczyć z wiatrakami, ale jeśli my zaniedbamy tę ideę dokumentowania, zbierania, w zasadzie uznamy się za zwyciężonych. Na cóż wtedy krzyk Orląt? Na cóż wtedy ich bohaterstwo, ich zmaganie, ich nieustępliwość, ich heroizm? Czy warto było walczyć? Czy warto było ginąć za Lwów? Czy warto było oddać życie za ideę polskości? Te pytania są smutne, ale jednak powinny nas jakoś zainspirować do myślenia dojrzałego o dziedzictwie naszych przodków, o kultywowaniu pamięci, która nie jest tylko nostalgią, dawnym wspomnieniem, jakąś reminiscencją przeszłości, ale jest dojrzałym budowaniem tu i teraz naszych losów – tam biorących początek, ale niedokończonych, niespełnionych, które mogą wydać owoce wielkiej kultury, szlachetności i piękna.

Boże Wszechmogący spraw, abyśmy nauczyli się mądrze oceniać dni nasze, bo przecież one tu wracają. Pozwól nam zdobyć się na odwagę budowania tego, co wartościowe. Daj nam ochotę na pracę u podstaw, aby nie zaprzestać myśleć o tym, co wielkie, aby nie przespać chwili dzisiejszej, bo przecież jutro zaczyna się już dzisiaj. Panie, naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zdobyli mądrość serca. Amen.