Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Tadeusz Olszański, JAK STANISŁAWÓW STAŁ SIĘ ZNOWU POLSKĄ

Dokładnie 25 maja 1919 roku! Po 146 latach austriackiego panowania oraz 7 miesiącach ukraińskiej władzy. Różne to były czasy dla Stanisławowa i całej Małopolski wraz z Pokuciem, nazwanej przez Austrię Galicją i Lodomerią. Nie tylko rozbudowy i rozkwitu, ale upokorzeń i zniszczeń, zwłaszcza w latach I wojny światowej. Nade wszystko jednak obcych rządów, które skutecznie zwaśniły zamieszkujące tam narody, braku wolności i własnego państwa.
Gmach TG „Sokół” w Stanisławowie, 1893.  Zdjęcia wg książki Ż. Komar, Trzecie miasto Galicji
Potoccy nie podporządkowali się jednak szybko zaborcy. Byli właścicielami Stanisławowa – grodu i całego klucza ziem. Habsburgowie w ramach wdzięczności za odsiecz Wiednia i uratowanie ich tronu przed osmańskim naporem, w którym tak istotną rolę odegrała właśnie polska husaria, w tym chorągwie Potockich, stali się współtwórcami pierwszego rozbioru Polski i w 1772 roku zagarnęli ziemie Korony Polskiej. Nie odważyli się jednak naruszyć włości rodu Potockich. Katarzyna z Potockich Kossakowska, która rządziła wtedy Stanisławowem, była i zbyt można, i zbyt znana w świecie europejskiej arystokracji, aby pozbawić ją własności. Więcej niż paradoksem, wręcz cudem, było więc tolerowanie prywatnej twierdzy z własnym polskim garnizonem i artylerią w cesarstwie Habsburgów. Jedyną ich bronią w walce z Potockimi były zwiększane nieustannie podatki. Dopiero w 1801 roku, a więc po 29 latach, wskutek narastających zaległości podatkowych, rząd austriacki wszedł wreszcie w posiadanie Stanisławowa i mianował pierwszego burmistrza.
W czasie wojen napoleońskich Stanisławów na bardzo krótko, bo zaledwie na 2 miesiące, powrócił do Polski, to znaczy do Wielkiego Księstwa Warszawskiego. W 1809 r., kiedy wojna przeniosła się na teren Galicji, jeden ze szwadronów ułańskich wojsk księcia Józefa Poniatowskiego przebiegłym manewrem zmusił do poddania się austriacki garnizon Stanisławowa. Nasi ułani wysłali parlamentariuszy z dwóch różnych stron. Austriacy przekonani o otoczeniu miasta opuścili twierdzę i ludność Stanisławowa entuzjastycznie powitała niewielki oddział ułanów. Było ich zaledwie 26, pod wodzą sierżanta Antoniego Szumlańskiego, co odnotowały pieczołowicie kroniki miasta! A mimo to potrafili zdobyć miasto! Kiedy Austriacy wrócili, z zemsty za ten wstyd wysadzili mury obronne, zniszczyli twierdzę. Zastosowali identyczny manewr jak po stłumieniu powstania Franciszka Rakoczego na początku XVIII wieku na Węgrzech, kiedy wysadzili wszystkie fortyfikacje i zamki opanowane przez jego wojska. Aby nie były ostoją powstań.
Paradoksem wszakże Austriacy przyczynili się tym do rozwoju Stanisławowa. Już bowiem Katarzyna z Potockich Kossakowska zaczęła burzyć fragmenty umocnień, głównie po to, aby sprzedać uzyskane tym sposobem grunty, powiększać miasto i spłacać podatki. Dzięki Austriakom Stanisławów ostatecznie przestał być fortecą, więc ludności systematycznie zaczęło przybywać, miasto rozrastało się. Do ponad 50 tysięcy mieszkańców w przededniu wybuchu I wojny światowej. To wtedy na przełomie XIX i XX wieku Stanisławów awansował do miana liczącego się ośrodka handlu, przemysłu i kultury trzech nacji – Polaków, Rusinów i Żydów. Trzeciego po Lwowie i Krakowie miasta Galicji. Dokładnie o tym rozdziale w dziejach miasta, a zwłaszcza ogromnej roli burmistrza Ignacego Kamińskiego, który odbudował miasto po pożarze w 1868 roku, pisałem w swojej poprzedniej książce Kresy Kresów, Stanisławów.
W owym kwitnącym wtedy mieście, gdzieś w tym czasie, w rodzinie o francuskich korzeniach, bodaj z napoleońskich czasów, ale już na wskroś polskiej, urodził się Antoni Deblessem. Człowiek wielkiej rozwagi, postać niemal zapomniana, mimo że właśnie on odegrał olbrzymią rolę w odzyskaniu Stanisławowa dla wybijającej się na niepodległość Polski. Po studiach na lwowskiej Politechnice w pierwszej dekadzie XX stulecia podjął pracę jako inżynier w stanisławowskiej gazowni i czynnie włączył się w niepodległościową działalność.
To był czas dojrzewania narodowej świadomości i przygotowań do odzyskania państwa. W politycznej atmosferze Europy wyczuwano potrzebę zmian i możliwość wojny. Polska społeczność pod trzema zaborami przygotowywała się do tego, mając za sobą doświadczenia przegranych powstań. Naprzód był „Sokół”, towarzystwo gimnastyczne, w zasadzie sportowe, ale przecież jednoczące swoich członków na zasadzie narodowych uczuć, patriotyzmu. Potem już ściśle polityczny Związek Młodzieży Niepodległej „Zarzewie”. Wreszcie Harcerstwo i Związek Strzelecki ze swoimi paramilitarnymi drużynami pod wodzą Józefa Piłsudskiego. Ale w Galicji nie tylko Polacy szukali w tym czasie dróg do wolności. Rusini i Żydzi również. Rusini mieli swój „Sokił”, swoje oświatowe organizacje „Proświta” i „Besida”, wreszcie drużyny siczowych strilców. Żydzi – organizację syjonistyczną i własny skauting zwany „Menorą”. Wszyscy – własne, legalne i nielegalne partie polityczne, a nawet organizacje paramilitarne.
W Stanisławowie, na wzór założonej we Lwowie organizacji, „Sokół” powstał już w 1886 roku i wysiłkiem polskiej społeczności wzniósł istniejący do dziś potężny gmach w centrum miasta, u zbiegu ulicy Gosławskiego z placem Mickiewicza. Z piękną wieżą, ogromną salą gimnastyczną, drugą równie wielką balową i pokojami klubowymi. W 1908 roku założono „Zarzewie”, które rozpoczęło organizowanie wojskowych drużyn ćwiczebnych. Jedną z wybijających się postaci w tym ruchu był Stanisław Sosabowski – nie kto inny, a przyszły świetny oficer Legionów Piłsudskiego, a potem generał, dowódca dywizji spadochronowej, jeden z naszych bohaterów II wojny światowej! Stanisławowiak z krwi i kości. Wśród kilkuset młodych ludzi w tym ruchu był również Deblessem. Poznał Piłsudskiego, który przed wybuchem I wojny światowej kilkakrotnie przyjeżdżał do Stanisławowa. Ale oficjalnie tylko dwa razy, w 1908 i 1909 roku, kiedy w kasynie mieszczańskim wygłaszał płomienne przemówienia o konieczności przygotowania się do walki o niepodległość. Pozostałe przyjazdy, zwłaszcza gdy wizytował swoje przyszłe wojsko, były konspiracyjne, o czym zresztą będzie mowa gdzie indziej.
W Stanisławowie działały aż trzy drużyny strzeleckie, skupiające blisko 200 młodych ludzi. Jedną z nich – „Belwederską” – dowodził właśnie Deblessem. Kiedy w sierpniu 1914 zaczęła się wojna, część stanisławowskich strzelców dała początek Legionom Polskim.
Deblessem nie zdążył. Był porucznikiem rezerwy armii austriackiej i natychmiast został zmobilizowany. Trafił na jeden z głównych odcinków wojny z Rosją, do twierdzy Przemyśl, która poddała się dopiero po wielu miesiącach głodnego oblężenia. A stamtąd na blisko 3 lata do obozu jeńców w Carycynie. Poznał najgorsze strony wojny i dopiero we wrześniu 1918 roku, kiedy w Rosji już szalała rewolucja, a monarchia austro-węgierska chyliła się ku upadkowi, udało mu się jakimś cudem zdobyć cywilne papiery i uciec z pilnowanego już przez Czerwoną Armię obozu, w którym panował większy głód niż w oblężonym Przemyślu i codziennie chowano zmarłych. Wydostał się z Carycyna ostatnim statkiem na Wołdze, nim to miasto zostało oblężone przez carskie wojska generała Denikina. Okrężnymi drogami, koleją i głównie piechotą, kompletnie wyczerpany dotarł do Stanisławowa 1 listopada 1918 roku – w dniu upadku imperium Habsburgów i początku austriackiej rewolucji. Pierwsza i to błyskawicznie rozpadła się armia. Żołnierze, obojętnie na tyłach czy na froncie, rzucają broń i wracają do domów. Oficerowie początkowo są bezradni, a potem idą w ich ślady. Panuje coraz większy chaos.
Stanisławów przed I wojną światową. Zdjęcie lotnicze
Do Stanisławowa docierają wieści o ogłoszeniu niepodległości Polski. Ale gdzie i jak, brak wiadomości. Na ulicach Stanisławowa mnóstwo żołnierzy, włóczą się pojedynczo i całymi grupami. Na austriackich mundurach pojawiają się żółto-niebieskie, ukraińskie naszywki. Tu będzie Ukraina, a nie Polska. Deblessem jest zdumiony, na ulicach swego polskiego miasta wszędzie widzi ukraińskie flagi. Włącznie z najwyższym punktem, na wieży ratusza. Ostatni austriacki burmistrz Stanisławowa Nimhin 2 listopada oddaje władzę Rusinowi Petrowi Czajkowskiemu, a ten natychmiast każę wywiesić flagę. Cała broń i amunicja oraz wszystkie koszary zostają oddane nowej, ukraińskiej władzy. Nie tyle dziwnym, co przemyślanym przez Austriaków zbiegiem okoliczności w okolicach Stanisławowa zostały zgrupowane jednostki wojskowe, w których większość stanowili żołnierze miejscowego pochodzenia: Rusini, którzy coraz mocniej czują się Ukraińcami. We Lwowie było nieco inaczej. Wprawdzie i tam większość stacjonujących pułków była rusińska, ale w koszarach było też sporo Węgrów, a ci zachowali neutralność i sympatię wobec Polaków. W niektórych przypadkach nawet oddawali Polakom broń. Bardzo dokładnie opisał to węgierski oficer Jeno Szentivanyi w swojej wydanej w 1937 roku powieści Polskie Orlęta, niestety nieprzetłumaczonej na polski. Szentivanyi zresztą pozostał we Lwowie aż do końca walk. Doczekał zwycięstwa Polaków i dopiero wtedy wrócił do swego Budapesztu, aby napisać powieść o bohaterstwie polskich dzieciaków, swoistą, lwowską wersję słynnych Chłopców z placu Broni Ferenca Molnara. Polacy we Lwowie dali się kompletnie zaskoczyć Ukraińcom, którzy 1 listopada przejęli władzę nad miastem. Lwów jednak był na wskroś polskim miastem, o ogromnej przewadze liczebnej nad ludnością rusińską. Polacy błyskawicznie zorganizowali samoobronę, szybko odbili dworzec kolejowy, na którym stały transporty z bronią oraz amunicją.
Do Stanisławowa docierają wieści o obronie Lwowa i Przemyśla przed Ukraińcami. Co robić? Z dawnych drużyn strzeleckich jest na miejscu może ze stu strzelców i kilku oficerów. Reszta rozproszona, dopiero wraca do swego miasta. Polacy nie mają broni. 3 listopada zbiera się jednak tych kilku oficerów i powołuje sztab Polskiej Organizacji Wojskowej. Swoim komendantem wybierają porucznika Antoniego Deblessema, bo to on był chyba głównym inicjatorem spotkania. Jego zastępcą zostaje Czesław Hofmokl, adiutantami Gustaw Dobrucki i Emil Henisz, szefem wywiadu Tadeusz Dyńko. Oni przejmują dowództwo.
Główny cel – podjęcie walki z Ukraińcami o odzyskanie Stanisławowa. Ale jak? W siedmiu kompaniach udaje się zgrupować około 300 ochotników, głównie młodzieży, gimnazjalistów. Chcą się bić i to natychmiast! Ale nie mają broni. POW dysponuje w sumie 100 karabinami, 90 broni krótkiej, 5 magazynkami na sztukę broni oraz jednym karabinem maszynowym. Austriacy, szykując oddanie Galicji Ukraińcom, znacznie wcześniej ulokowali w Stanisławowie cały pułk piechoty złożony z okolicznej, rusińskiej ludności. Ukraińcy błyskawicznie przejęli wszystkie koszary, jest ich nie tylko wielokrotnie więcej, ale są lepiej zorganizowani i uzbrojeni po zęby. O tym wszystkim dokładnie wiemy ze wspomnień Antoniego Deblessema Z prac i walk o wolność Stanisławowa wydanych w 1934 r.
– Straciwszy wszelki kontakt z władzami zwierzchnimi, byliśmy po prostu jednostką samodzielną, kierującą się własną intuicją. Najwyższą władzą była dla nas Komenda Okręgowa, którą tworzyliśmy my sami – zapisze w swych wspomnieniach Deblessem. I tylko on jeden na szczęście ocalił te fakty od zapomnienia. I to on ze swoim sztabem podejmuje heroiczny wysiłek powstrzymania na razie zbrojnego wystąpienia, które zakończyłoby się masakrą i represjami wobec całej polskiej ludności. Bo w Stanisławowie proporcje sił są zupełnie inne niż we Lwowie. A geograficznie miasto jest położone znacznie dalej od budującej się niepodległej Polski, Krakowa, Warszawy, Lublina.
Sytuacja w Stanisławowie z dnia na dzień jest coraz trudniejsza. Rząd Zachodniej Ukrainy po wyzwoleniu Lwowa przez polską odsiecz w grudniu 1918 roku przenosi się do Stanisławowa. Na 6 miesięcy tu będzie stolica! Swoimi ludźmi obsadzają wszystkie kierownicze stanowiska. Eliminują polską inteligencję. Żydowska społeczność udziela nowym władzom wydatnego finansowego wsparcia, dzięki czemu szybko powstaje dobrze wyposażona 100-tysięczna ukraińska armia siczowych strzelców. Rząd Ukrainy żąda złożenia przysięgi wierności przez wszystkich urzędników. Wielu Polaków zatrudnionych w austriackiej administracji odmawia i zostaje aresztowanych. Na mieszkańców Stanisławowa zostają nałożone różne kontrybucje. Jak choćby oddanie jednego kompletu bielizny męskiej dla powstającej policji i armii. W tej sytuacji przy kompletnym braku informacji o postępach polskich wojsk w wojnie z Ukrainą pozostaje jedynie w głębokiej konspiracji czekać na właściwy moment. A młodzież, takie same dzieciaki jak Lwowskie Orlęta, chcą natychmiast dokonać powstania, podjąć walkę. Udało się we Lwowie, uda i u nas. POW powoli rośnie w siłę. Jest już pół tysiąca członków tajnej organizacji i 22 oficerów. Przybywa kupowanej od Ukraińców broni. Ale też zaczyna się odpływ. Wbrew rozkazowi – czekajcie, bo będziecie potrzebni – mnóstwo peowiaków opuszcza Stanisławów i przez Karpaty przedostaje się do formującej się w Besarabii dywizji generała Lucjana Żeligowskiego. Deblessem wydaje rozkaz: czekamy do maja i jeśli sytuacja się nie zmieni, wszyscy przedrzemy się do polskiego wojska! To uspokaja nastroje.
Pod koniec maja ofensywa polskich wojsk nabiera siły. Do Stanisławowa zbliża się od strony Lwowa dywizja generała Aleksandrowicza. Ukraińcy szykują odwrót, w ich szeregi wkrada się popłoch. 25 maja o 6 rano Deblessem zbiera swój sztab i wydaje rozkaz: przejmujemy miasto. Peowiacy wkładają przygotowane wcześniej białe opaski z czerwonymi inicjałami POW, wyjmują broń. Pod wodzą porucznika Hofmokla błyskawicznie zajmują koszary przy ulicy 3 Maja, gdzie jest mnóstwo broni. Żołnierze ukraińscy, przeważnie chłopi z okolic Stanisławowa, rzucają karabiny. A ukraiński komendant – jak odnotuje to Hofmokl – oświadcza: Pane lejtnant, my kydajemo orużje, a oddajte nam perepustku do doma! Podobnie dzieje się we wszystkich strategicznych miejscach, z dworcem kolejowym włącznie. Ginie tylko jeden ukraiński żołnierz!
Deblessem z kolei udaje się do komendanta miasta, austriackiego podpułkownika Bema, który oddał się w służbę Ukrainie. Oficer o przypadkowej zbieżności z nazwiskiem polskiego bohatera Wiosny Ludów generała Józefa Bema, przyjmuje warunki kapitulacji. O godzinie 16 Stanisławów jest znów polski! W całym mieście rozwieszone zostają błyskawicznie, wykonane w polskiej drukarni Władysława Chowańca, plakaty z rozkazem nr 1 o przejęciu władzy przez Polski Komitet Powiatowy podpisanym przez komendanta miasta porucznika Deblessema! Bez przelewu krwi, nie licząc tej jednej jedynej ofiary. 25 maja 1919 roku Stanisławów znów jest Polską!
Specjalna kompania techniczna naprawia i uruchamia w ciągu kilku godzin wszystkie telefony i uszkodzone tory kolejowe. Intendentura POW zabezpiecza magazyny z żywnością, uruchamia piekarnie, mleczarnie, rzeźnie, dostarcza żywności dla szpitali, ludności i przemianowanego z POW polskiego wojska. Nazajutrz po wyzwoleniu z ukraińskiej okupacji miasto zaczyna normalnie funkcjonować. Podobnie jest w pobliskim Chryplinie, gdzie ocalono most kolejowy na Bystrzycy, tak jest w Pawełczu, Tłumaczu i Tyśmienicy. Dopiero w dwa dni później dochodzi do Stanisławowa tragiczna wieść o śmierci 7 peowiaków okrutnie zamordowanych przez Ukraińców w Pałachiczach.
Tego samego dnia 27 maja od strony Kałusza wkracza kompania regularnego Wojska Polskiego pod wodzą kapitana Stanisława Maczka, również przyszłego generała, dowódcy słynnej dywizji pancernej w czasie II wojny światowej. Po południu już przez most na Bystrzycy wjeżdżają ułani, a potem długie kolumny piechoty i artylerii dywizji generała Aleksandrowicza, entuzjastycznie witani i obsypywani bzem przez ludność Stanisławowa. A na ratuszu wreszcie łopocze biało-czerwona flaga.

Taki a nie inny przebieg wydarzeń w Stanisławowie miał istotny wpływ na wzajemne stosunki zamieszkującej całe województwo polskiej, żydowskiej i już uważającej się nie za rusińską, lecz ukraińską ludności. Okrzepnięte po wojnie, również i tej z bolszewikami w 1920 roku, państwo polskie nie wyciągnęło na terenie Pokucia większych konsekwencji ani w stosunku do Żydów zaangażowanych we współpracę z rządem Zachodniej Ukrainy, ani społeczności ukraińskiej. W Stanisławowskiem nie było takich zaognień jak we Lwowie, Tarnopolu czy na Wołyniu. Zastosowano taktykę wybaczenia i tolerancji. Dwaj wybitni żydowscy politycy, którzy wsparli Ukraińców: prezesi kahału dr Bienenstock oraz dr Halpern zostali w 1922 roku wybrani do Senatu i Sejmu II RP. Wielu dowódców i działaczy ukraińskich z wojny w latach 1918–19 pozostało na stanowiskach w mających duże znaczenie swoich organizacjach społecznych, kulturalnych, gospodarczych, otrzymało mandaty do Senatu i Sejmu, reprezentowało swój naród we władzach miejskich i wojewódzkich, a prezes Sądu za czasów ukraińskich w Stanisławowie Metela również po 1919 roku pozostał prezesem Sądu Okręgowego w Stanisławowie.
Nie mam wątpliwości, że w tych trudnych dniach ogromną rolę odegrała tak rzadka u Polaków roztropność – głównie porucznika inż. Antoniego Deblessema. Nie doczekał on jednak należnego mu uznania. Znamienne, że po uzyskaniu wolności w Stanisławowie zaczęły się swary między peowiakami, legionistami i nowo powołaną strażą miejską o to, kto położył większe zasługi. Podobnie zresztą było we Lwowie. Nie tylko w tym mieście, ale i w całej Polsce szybko zapomniano o kapitanie Czesławie Mączyńskim, który faktycznie dowodził obroną Lwowa. Bo wszedł w konflikt z legionistami! Podobnie było z Deblessemem. Gdy wreszcie nastał pokój, wrócił do gazowni i przez pewien czas nią kierował. W końcu jednak opuścił Stanisławów. Odszedł w zapomnienie. I dlatego, kiedy w 1946 roku trafiłem w Opolu do I gimnazjum im. Mikołaja Kopernika, pojęcia nie miałem, że chodzący o klasę niżej, też pochodzący ze Stanisławowa Kazik Deblessem to bliska rodzina (Antoni był jego stryjecznym dziadkiem) bohatera mojego miasta. Ale mój syn Michał, który jest dziennikarzem III programu Polskiego Radia, już doskonale wie, z jakiego rodu wywodzi się Janusz Deblessem, który w tej samej rozgłośni prowadzi programy muzyczne. Takie są styki życia!

Tekst pochodzi z książki Tadeusza Olszańskiego pt. „Stanisławów jednak żyje”, wydanej we wrześniu 2010. Autor udzielił swej zgody na przedruk rozdziału.