Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Adam Trojanowski, WSI SPOKOJNA (2)

Gospodarka dworska w Kochanówce była dość prymitywna i sprowadzała się zasadniczo do reprodukcji ziarna zbożowego oraz sprzedaży mleka i to bez uprzedniej przeróbki. Chyba tylko trzodę chlewną sprzedawano w miarę jej rozrostu i to na pewno po niskich cenach. W Kochanówce nie było młyna, nie mówiąc już o gorzelni czy olejarni. Tartaku także nie było, a to ze względu na małą ilość lasów. Gleby niskiej jakości poprawiano gnojeniem oraz sianiem żółtego łubinu i seradeli. W takiej sytuacji ciężko było tam gospodarzyć, zwłaszcza że majątek był odległy od większych miejscowości.
W nieco dalszej odległości znajdowały się inne majątki, stanowiące własność lub dzierżawę. Najbliżej było Porudno, gdzie gospodarzyli państwo Balazsowie. Głowa rodziny była rodowitym Węgrem, który podczas polowania doradzał zaproszonemu księciu stanowiska: Księdza, księdza! Pod ta brzoza! Mieli syna Janka, który przebywał we Lwowie w Korpusie Kadetów nr 1. Drugim synem był Pista, który przedstawiał wrodzony węgierski temperament oraz wolność w traktowaniu świata. Jedyna córka była żoną oficera Wojska Polskiego. Kontakt wujostwa z tą rodziną, jak i z innymi był raczej rzadki. Sprowadzał się raczej do spotkań młodzieży na balach lub towarzysko wystawianych wspólnie w Krakowcu miernej jakości sztuczek teatralnych. W zimie w Porudnie były tradycyjnie polowania, w których uczestniczył nieraz mój ojciec.
Drugą rodziną byli państwo Karczewscy w majątku Morańce. Mieli syna Kazika, rówieśnika Zbyszka, który używał wraz z nim za młodu na podobnym koniu arabskim. W Morańcach odbywały się czasem zbiorowe kąpiele w tamtejszej rzece Szkło, na które duże, wesołe towarzystwo przybywało z Kochanówki wozem drabiniastym, odpowiednio przysposobionym. To była zabawa i radość! Była jednak raz i chwila grozy, kiedy Eros z siedzącym na oklep Zbyszkiem ewidentnie topił się na naszych oczach. Uratował się w ostatniej chwili, kiedy natrafił na zbawczą mieliznę.
W Kochanówce była tylko niewielka rzeczka Reteczyn, dopływ wspomnianej rzeki Szkło. Na niej to, za sprawą mojego pełnego zawsze różnych pomysłów ojca, zbudowana została ziemna tama, spiętrzająca wodę. Umożliwiło to naszą skromną kąpiel. Przy tej okazji ojciec odkrył, że Reteczyn jest pełen raków i wtedy to nastąpiły okresowe łowy tych biednych – z powodu swej smakowitości – skorupiaków. Kolejnym odkryciem ojca było stwierdzenie, że w dworskim, prowadzonym po angielsku parku znajduje się na wysokich drzewach wiele dużych, starych i suchych gałęzi. Sporządził długą żerdkę zakończoną tzw. kluczką i w ten sposób zrywał je i dostarczał paliwo do dworskiej kuchni. We wspomnianym parku była ciekawostka, a mianowicie bardzo wysoki świerk, który na swoim pniu miał śrubowy, idący ku ziemi ślad, najprawdopodobniej pochodzący od uderzenia pioruna.
Niedaleko mostu na drodze w stronę Moraniec, na skraju lasu rosło dziwne drzewo. Były to ciasno oplecione i wzajemnie się przenikające grab oraz brzoza. Pod nim siadywała czasem stara kobieta, zwana Wróżką, jako że zajmowała się przepowiadaniem przyszłości, w razie potrzeby rozdawała korę z tego dziwnego pomnika żywej natury, celem sporządzenia naparu przynoszącego pozytywne zmiany, zależnie od potrzeby. Mówiono, że była oskarżona swojego czasu o rzekome zabójstwo męża. Może nie odpowiadało to prawdzie, jednak jakoś pasowało do tej dziwnej postaci, jak z czasów pogańskiej ciemnoty oraz przesądów.
Na wschód od dworu znajdowała się duża stodoła oraz tereny, na których były ustawiane sterty zboża do młócenia, a później słomy. Zbiór zbóż odbywał się, zależnie od ich rodzaju, bądź koszeniem ręcznym kroczącego rytmicznie szeregu kosiarzy, bądź wykonywany był przez przykurczone kobiety, koszące owies sierpem. W dogodnych warunkach atmosferycznych wyruszały także w pole żniwiarki ciągnione końmi, które wirującymi malowniczo ramionami kładły skutecznie pokos na ziemi. Wiązanie i układanie snopów wykonywały ręcznie dziewczęta, plotąc na bieżąco powrósła. Po zakończonych żniwach następowała młócka za pomocą młocarki napędzanej archaiczną lokomobilą spalinową. Na ten czas sprowadzany był z sąsiedztwa specjalista, niemieckiej narodowości, pan Müller, i pod jego nadzorem odbywała się tak ważna dla dworu końcowa faza satysfakcjonująca trud rolniczych zabiegów. Napęd na młocarnię był przenoszony z lokomobili za pomocą długiego, szerokiego pasa skórzanego, który często spadał lub się urywał. Lokomobila także okresowo odmawiała posłuszeństwa. W takim przypadku rymarz zabierał się na miejscu do działania, pan Müller zaś grzebał w lokomobili i za jakiś czas całość zaczynała działać na nowo. Michajło Łoza, pełniący rolę pierwszego polowego i prawa ręka wuja, wołał: Dawaj, dawaj! Marszyna ide! Młocarka wydawała charakterystyczne wycie, w momencie gdy snop przedostawał się na wirujący bęben, które do dzisiaj budzi u mnie charakterystyczne skojarzenia, nawet te dla ucha.
Na terenie gumna znajdowała się jeszcze jedna charakterystyczna budowla, chyba najstarsza z tamtejszych. Był to murowany, grubościenny lamus, w którym przechowywano wymłócone ziarno. W jego piwnicy panował stale chłód i była przeto wykorzystywana jako magazyn łatwo psujących się produktów. Obiekt ten był dla mnie bardzo tajemniczy i nie budził mojej sympatii.
Do Kochanówki przybywali czasami z wizytą goście, a to wuj Stanisław Piotrowski z rodziną, szwagier cioci Eli. Swoją pracą był związany z majątkiem Sapiehów w Zapałowie, dosyć daleko na zachód od Krakowca. Przyjazd następował oczywiście powozem. Podobnie bywało także z wizytą wuja Feliksa Nowakowskiego, bratanka mego pradziadka, który był wtedy członkiem zarządu uzdrowiska Niemirów, na północ od Jaworowa. Wuj był ojcem znanego przed wojną aktora teatralnego i filmowego Zbyszka Sawana, którego żoną była także znana aktorka Maria Malicka. Wuj żył przed I wojną światową na carskiej Ukrainie, tak jak znaczna część mojej rodziny z tzw. linii warszawskiej. Wszyscy pracowali wówczas na odpowiedzialnych stanowiskach w tamtejszych dobrach ziemskich wielkich posiadaczy.
W sąsiedztwie wuja mieszkała rodzina Jarosława Iwaszkiewicza, który w swych wspomnieniach opisuje wspólne zabawy ze Zbyszkiem. Wizyty w Kochanówce były jednodniowe i należy podziwiać sprawność fizyczną gości, którzy pokonywali pojazdami wielogodzinne przejazdy.
Były w Kochanówce także wizyty niespodziewane, które zapamiętałem ze względu na ich niezwykłość. Tak więc pewnego dnia zajechał przed dwór wspaniały samochód, z którego wysiadł grubiutki płk. Rudolf Kawiński. Był to dawny znajomy rodziców, aktualnie znajdujący się w okolicy, podczas podróży służbowej z ramienia DOK Przemyśl. Przybycie jego wniosło wiele radości i humoru w spokojne, zwykłe życie dworu. Nikt z nas nie przypuszczał wtedy, że stosunkowo niedługo odwiedzi nas we Lwowie, na Kwiatkówce, już po porażającym wkroczeniu bolszewików do naszego miasta. Pojawił się wtedy w luźnym płaszczu wojskowym, bez pasa, pozbawionym oczywiście dystynkcji, oraz w komicznych saperkach; obraz nędzy i rozpaczy. Prosił o doraźną pomoc, zanim podejmie dalsze decyzje. Jakie one były, nigdy się nie dowiedzieliśmy. Można sobie jednak wyobrazić jego dalsze losy.
Inną niespodziewaną wizytą, a było to w sierpniu przed wybuchem wojny, była ta, która dosłownie spadła z nieba. Na pokrytym kretowiskami pastwisku wylądował w podskokach cywilny samolot RDW-8, a w ślad za nim spłynął dostojnie przepiękny szybowiec wyczynowy PWS-101 „Rekin”. Okazało się, że była to ekipa związana z lwowskim aeroklubem, a przymusowe lądowanie spowodował jakiś defekt silnika. Trudno sobie wyobrazić nasze zaskoczenie. Dla większości widzów, tych z dworu, była to pierwsza okazja zobaczenia płatowców na ziemi. Obaj piloci zostali przyjęci gościnnie we dworze, stanowiąc niemałą sensację. Po drobnej naprawie silnika, w kilka godzin później nastąpił start szybowca na holu. Przez jakiś czas biegłem przy szybowcu, podtrzymując w poziomie jego wydłużone skrzydło, aż wreszcie nastąpiło szczęśliwe oderwanie od trudnego terenu i oba płatowce zniknęły, kierując się w stronę Lwowa. Przekonany jestem, że obaj piloci znaleźli się już po kilku dniach na placówkach przewidywanych planem mobilizacyjnym, zwłaszcza że jeden z nich, ten od RWD, był w mundurze wojskowego lotnika.
Ostatnie dni sierpnia spędziłem w Kochanówce, bez rodziców, którzy przygotowywali się we Lwowie na ewentualną wojnę, którą ojciec awizował stwierdzeniem, że trzeba „ostrzyć szabelkę”. Czynione zapasy miały wystarczyć na kilka dni, gdyż tak szybko miała się ona skończyć. Jaką inną stała się rzeczywistość i to już wkrótce.
Podczas wojny, z końcem września, przeszły przez Kochanówkę m.in. oddziały Nowogródzkiej Brygady Kawalerii pod wodzą gen. Andersa, w tym 25, 26 i 27 pułk kawalerii, usiłujące po bitwach pod Mińskiem Mazowieckim oraz Tomaszowem dołączyć do wycofujących się w stronę Lwowa resztek armii gen. Sosnkowskiego, a więc wtedy gdy Lwów był już w rękach bolszewików, stoczyły bitwę pod Broszkami, przekraczając szosę Jaworów–Krakowiec. Wzięto wtedy do niewoli ok. 50 jeńców niemieckich, z którymi nie było co zrobić.
Zbyszek Żurowski znalazł się z początkiem września, wraz z macierzystym 14 Pułkiem Ułanów Jazłowieckich w Podolskiej Brygadzie Kawalerii pod dowództwem płk. L. Strzeleckiego, w Wielkopolsce. Z innymi pułkami, które należały do Grupy Operacyjnej Kawalerii z gen. Romanem Abrahamem na czele, 14 Pułk Ułanów cofał się systematycznie od okolic Poznania w kierunku Warszawy, staczając szereg bitew oraz potyczek. Wraz z innymi związkami znalazł się w Grupie Armii „Poznań” oraz „Pomorze” z gen. T. Kutrzebą na czele. W sytuacji okrążenia po bitwie nad Bzurą padł rozkaz przebicia się do stolicy, w którym istotna rola przypadła 14. pułkowi. Zbyszek, już jako porucznik, został mianowany w międzyczasie dowódcą 2.  szwadronu w miejsce rannego rotmistrza R. Dzierżanowskiego. Wraz z innymi szwadronami wziął udział w słynnej szarży pod Górką Węglową, w której zginęło ok. 100 ułanów i oficerów. Szarża otworzyła dojście do Warszawy, gdzie 28 września nastąpiła kapitulacja. W kampanii zginęło 9 oficerów tego pułku, w tym aż trzech spośród czterech dowódców szwadronów. Okres wojny przeżył Zbyszek w kilku obozach jenieckich, a po wyzwoleniu zdążył jeszcze włączyć się do armii gen. Andersa w Bolonii. Za postawę w kampanii wrześniowej został odznaczny orderem wojennym Virtuti Militari oraz Krzyżem Walecznych. Resztę życia spędził w bardzo trudnych warunkach w Londynie, gdzie zmarł w 1990 roku jako rotmistrz.
Wujostwo po wkroczeniu bolszewików zostali wysiedleni, dwór rozgrabiono. Przyjął ich do siebie były główny stangret dworski Mychajło. U niego przebywali kilka miesięcy, pozbawieni praktycznie środków materialnych. Podczas drugiej wywózki w 1940 r. zostali zesłani do Kazachstanu. Tam przebywali na stepie w obwodzie aktiubińskim, przy sowchozowym wypasie bydła. Wuj Ludwik zamarzł tam na stepie i został pochowany w niewiadomym miejscu. Ciocia Ela wraz z Zosią wróciły po wojnie do kraju i zamieszkały w Dusznikach. Zosia zmarła tam na skutek wycieńczenia i nabytej gruźlicy w 1951 roku. Ciocia wyjechała do Zbyszka do Londynu, gdzie zmarła w 1976 roku.
Tak to zakończyły się losy mieszkańców dworu w ukochanej przeze mnie Kochanówce.

*  *  *
Przed paroma laty odwiedziłem tamtejsze strony. We wsi dopytywałem się o kogoś najstarszego, by porozmawiać z kimś pamiętającym jeszcze czasy dworskie. Skierowano mnie do jednej z chat, a tam przedstawili mi się dwaj starcy jako synowie wspomnianego polowego Michajła Łozy: starszy z nich, także Michajło, drugi zaś Hrihoryj. Usiedliśmy na ławie pod stodołą i wtedy zaczęły się niekończące, obustronne wspomnienia. Ja, niezdarnym ruskim, który mimo kilku lat nauki w szkole powszechnej prawie całkiem zapomniałem i uzupełniałem rosyjskim. Oni mówili tylko po rusku, gdyż zapomnieli z kolei polski, który uzupełniali także rosyjskim. Pamiętali doskonale wszystko we dworze, wymieniali imiona poszczególnych ludzi, a nawet nazwy koni. Los wujostwa był im znany, a dopytywali się o Zbyszka i twierdzili, że się ze mną niegdyś bawili. Ja sobie tego nie przypominałem, ale to pewne, że szukałem wtedy do zabaw równych sobie wiekiem, a nie stanem, aczkolwiek dla tamtejszych byłem „panycz”. Wspominali z wdzięcznością, jak wuj Ludwik namawiał ich ojca podczas rozpadu dworu, by zabrał sobie ze dworu dwie krowy, zanim inni je rozkradną.
Kompletnym zaskoczeniem stało się, gdy jeden z nich zaśpiewał najpoprawniej językowo i melodycznie Warczą karabiny i błyszczą pałasze, a drugi Ułani, ułani... oraz kilka innych typowych przedwojennych piosenek. W oczach stanęły mi łzy wzruszenia w tej nadzwyczajnej sytuacji. Na moje dopytywania, skąd je znają, zareago­wali najpierw deklamując na przemian jakieś drobne wierszyki Konopnickiej i bodajże Lenartowicza. Na postawione pytanie oraz mój podziw dla ich umiejętności powiedzieli mi, że nauczył ich tego wszystkiego nauczyciel tamtejszej wiejskiej szkoły. Nie wiedziałem, kogo więcej podziwiać, ich jako uczniów czy nauczyciela w tej zapadłej wsi.
Na pożegnanie uściskaliśmy się wzajemnie, a ze względu na mój oraz ich wiek odczuwałem, że przeżywam wspólnie ostatnie pożegnanie czasów przedwojennych, Polski, matki wielu narodów.
Podczas odjazdu, w perspektywie pozbawionej lip drogi, nie ukazała mi się wtedy znajoma sylwetka dworu. Po prostu znikły jego wszelkie ślady, podobnie jak i wszystkich budynków gospodarczych. Z parku nie pozostało ani jedno drzewo. Pamiętając, że w jego stronę teren opadał od dworu swoistym przegięciem, mogłem sobie odtworzyć, gdzie kiedyś istniał. Cały ten teren zarosły trawska i chaszcze. Pozostały dwa, charakterystyczne stawy, nad którymi już nie szumiały topole.
Podawano mi wtedy w rozmowach mylne informacje dotyczące zniszczenia dworu. Twierdzono, że dwór spłonął w 1939 roku podczas działań wojennych, inni zaś twierdzili, że został zniszczony podczas odwrotu bolszewików. Fakt faktem, że zupełnie przestał istnieć. Niewiele pozostało także z późniejszych budynków tamtejszego kołchozu hodowlanego, które zostały rozebrane do ostatnich cegieł przez lokalnych mieszkańców. Z dawnych czasów pozostała cerkiew oraz cmentarz i poszczególne stare budynki we wsi. Dawne trakty piaszczyste są nadal jedynym połączeniem z okolicą, tylko teraz jeszcze szersze i bardziej rozjechane.
Wsi spokojna, jakże już inna!