Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Krystyna Kosiba, ZE LWOWA DO WALII

Autorka w latach lwowskich na Żelaznej WodzieZ wielkim wzruszeniem przeczytałam Moje dzieciństwo we Lwowie p. Joanny Halaunbrenner-Lisowskiej w kwartalniku „Cracovia–Leopolis” 2/2009. Od trzech lat mieszkam w północnej Walii, koło Pwllheli w Penrhos, polskim osiedlu dla emerytów. Nie jestem rodowitą lwowianką, ale ostatnie dwa lata mojego polskiego dzieciństwa (1938–1939) mieszkałam we Lwowie w dzielnicy opisanej przez p. Lisowską.

Mój lwowski adres to ul. Karpacka 11A, boczna ul. Sobińskiego (boczna Zielonej, równoległa do ul. Tarnowskiego). Zakończenie tej krótkiej ul. Karpackiej wychodziło u podnóża Góry św. Jacka. Wzgórze Jacka, tak wtedy przez nas nazywane, w zimie było zjazdem narciarskim i torem saneczkowym dla dzieci naszych pobliskich ulic.
Z Sobińskiego, przez górki, na skróty, chodziło się na Żelazną Wodę (basen pływacki) i na koniec ul. Tarnowskiego, gdzie pod nr 101 mieszkał brat mojej mamy kapitan Norbert Kluszczyński z żoną i dwojgiem dzieci, Staszkiem i Ewą. Z Ewą, moją rówieśnicą (ur. 1930) chodziłyśmy razem do drugiej i trzeciej klasy państwowej szkoły im. św. Zofii przy ul. Stelmacha 4.
Wuj Norbert przez Rumunię dołączył do polskiego wojska we Francji. Po kapitulacji Francji wzięty do niewoli niemieckiej. Zginął od bomby alianckiej, zrzuconej przez pomyłkę na obóz jeniecki parę dni przed zakończeniem wojny.
Ciotkę Kluszczyńską z dziećmi Rosjanie wywieźli na Syberię pierwszym transportem w lutym 1940. Po amnestii z armią gen. Andersa wydostali się z Rosji. Staszek zgłosił się do szkoły junackiej w Palestynie, a ciocię z Ewą przetransportowali do Afryki, z rodzinami i szkołami. Cała trójka wróciła do Polski po otrzymaniu wiadomości o śmierci ojca. Dziś już tylko pozostały z tej rodziny wnuki i prawnuki w Warszawie i Zielonej Górze.
O parę kamienic od naszej przy ul. Karpackiej mieszkała rodzina Krogulskich z trójką dzieci: Krysią, Dzidką i Stefanem. Z Krysią chodziłyśmy do tej samej szkoły. Ona do piątej, a ja do trzeciej klasy. Od września 1939 byłam zapisana do Urszulanek, co oczywiście nie spełniło się. Krysię po latach spotkałam w Londynie. Do dnia dzisiejszego nie tracimy kontaktu. Wyszła za Andrzeja Chwalibogowskiego, architekta, też ze Lwowa, który przedwcześnie umarł na serce, przed 50. rokiem życia. Dzidka, siostra Krysi, wyszła za dyplomatę hiszpańskiego i stale mieszka w Hiszpanii. Stefan Rosji nie przeżył.
Na rogu ul. Karpackiej i Sobińskiego mieszkał również dr Falkiewicz, znany neurolog, z synami – Andrzejem i Rafałem. Wywiezieni do Rosji w kwietniu 1940. Andrzeja Falkiewicza spotkałam na początku lat 50. przypadkiem na zabawie w polskim lokalu w Londynie. Wyemigrowali później do USA. Rafał tragicznie zginął w wypadku samolotowym. Andrzej pracował w dyplomacji amerykańskiej, był tłumaczem prezydenta Nixona na jakiejś konferencji w Moskwie.
Losy mojej rodziny potoczyły się inaczej. Mój ojciec Aleksander Bernakiewicz był zawodowym oficerem, kapitanem 40. pułku piechoty (w 1918 roku brał udział w obronie Lwowa). Dyplom – jego „Orlęta”, który w latach 70. przekazał mi ojca brat, oddałam do archiwum Instytutu gen. Sikorskiego w Londynie. 3 września z 40. pułkiem ojciec wyruszył na front pod Warszawę. Po kapitulacji Warszawy pułk został wzięty do niewoli niemieckiej. Z późniejszych relacji rodzinnych dowiedziałam się, ze uciekł z Warszawy i piechotą wrócił do Lwowa, gdzie dołączył do armii podziemnej. W 1944 roku został aresztowany i uwięziony w Brygidkach, a potem słuch o nim zaginął.
Mama, Aleksandra Bernakiewicz, ja i ­5-letni brat nie ruszaliśmy się z domu od wyjazdu ojca. 13 września w nocy zjawił się u nas major Józef Bińkowski, mąż siostry mamy, i namówił ją, abyśmy razem z nim natychmiast opuścili Lwów, bo Niemcy są prawie na wszystkich rogatkach. Wyjazd może nam się udać tylko nocą w kierunku na Brody. W samochodzie oprócz wuja było już dwóch szoferów i kapitan Tomicki. Nie wiem jakim cudem naszą trójkę ­upchnęli i o 5 rano byliśmy w Brodach. Całym naszym majątkiem była teczka, którą przygotował dla nas ojciec, a w niej pieniądze, wszystkie dokumenty, duża tabliczka czekolady i rewolwer dla mamy do obrony. Dzięki tej teczce mam do dzisiaj swoją metrykę urodzenia i świadectwa szkolne.
W Brodach czekał na wuja kapitan Robak z drugim samochodem, którym, zabierając jednego szofera, wyruszyli pod Równe, gdzie czekało poprzednio wyewakuowane biuro „dwójki” z pałacu Mycielskich na ul. Poniatowskiego we Lwowie. My pojechaliśmy na południe: Tarnopol, Czortków, gdzie zatrzymaliśmy się trzy dni, a mama kupowała nam coś do ubrania. 17 września wkroczyli Rosjanie, a my z Czortkowa ruszyliśmy dalej na Kołomyję, Kosów i Kuty. Tu 19 września wczesnym rankiem przekroczyliśmy granicę rumuńską. Po paru miesiącach pobytu w Rumunii, przez Jugosławię, Włochy, Alpy, pociągiem z Bukaresztu dotarliśmy do Paryża.
Po niedługim czasie Niemcy podeszli pod Paryż, a nam znowu udało się wyjechać, prawie ostatnim pociągiem, na południe do Biarritz. Za parę tygodni Niemcy zbliżyli się do Bordeaux. W małym porcie St. Jean de Luz czekały dwa polskie statki – „Sobieski” i „Batory”, aby załadować resztki wojska polskiego i ludności cywilnej i przewieźć do Anglii.
Dzięki Opatrzności Boskiej, zaradności mojej mamy i znajomościom, na „Sobieskim” dopłynęliśmy do Plymouth, portu angielskiego. Był to czerwiec 1940 roku. Tak zaczęło się nasze życie w Anglii.


Bardzo Pani dziękujemy za ten list, który jest dokumentem dramatycznych losów lwowian w czasie II wojny i tragedii bezpowrotnego rozproszenia wspaniałej społeczności naszego Miasta – miasta wielowiekowej polskiej historii i kultury.