Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Joanna Halaunbrener-Lisowska, MOJE LWOWSKIE DZIECIŃSTWO na Górze św. Jacka (1939–1945)

Ulica Tarnowskiego we Lwowie odchodzi od ul. Zielonej i wije się stromo w górę do rozwidlenia przed kamienicą o numerze 74. Tam się rozdziela. W lewo odchodzi ul. Krasińskiego, w prawo niewybrukowana droga biegnąca w dół na tzw. „dolną cegielnię”. Od tego miejsca nosiła ona potoczną nazwę Tarnowskiego górnej. Stały przy niej wille oraz jedno- i dwupiętrowe kamieniczki ze spadającymi w dół ogrodami. Tam upłynęło moje lwowskie dzieciństwo.

Rodzice: Michał i Jadwiga z Klonowieckich ukończyli studia matematyczno-fizyczne na Uniwersytecie Jana Kazimierza i następnie uczyli w lwowskich gimnazjach. Ojciec w VIII przy ul. Dwernickiego, matka u ss. Urszulanek przy ul. św. Jacka.
Urodziłam się w roku 1935 w lecznicy „Salus”. Rodzice wynajmowali wówczas mieszkanie w kamienicy p. Zofii Basdghen przy ul. Tarnowskiego 90. Z mieszkania tego zapamiętałam tylko wpadnięcie szrapnela do jadalni w 1939 r. Wylądował na kredensie, wynieśli go saperzy. Na samym początku wojny przenieśliśmy się do własnego, świeżo ukończonego domu przy ul. Tarnowskiego 76. Do specjalnie dla nas zbudowanego mieszkania na drugim piętrze, 4-pokojowego, z wielkim balkonem i widokiem na park Stryjski nie wprowadziliśmy się nigdy, choć wniesiono tam już meble jadalni z różanym fornirem. Zawsze zajmowali je okupanci. Pierwsze wspomnienia z nowego domu to pobyt w schronie (przed samą wojną był obowiązek ich budowania) oraz bombardowania. Córeczka znajomych z Tarnowskiego 98 Jasia Konopacka uczyła się chodzić pod stołem, bo dookoła byli stłoczeni ludzie.
Moje dzieciństwo do wyjazdu ze Lwowa w 1945 r. upłynęło właśnie w tym domu i mimo wojny wspominam je jako dobry okres w moim życiu. Przede wszystkim dobrzy dla siebie byli ludzie, znali się i odwiedzali. Dzieci bawiły się razem, to w ogrodach i podwórkach, to na ulicy, na której samochody prawie się nie pojawiały, bo była bardzo stroma. Domy tonące w zieleni były zamieszkałe głównie przez inteligencję. Byli to profesorowie wyższych uczelni: Fryze, Bruchnalski, Fuliński, Chwistek, a w czasie wojny znany matematyk Hugo Steinhaus, a także inne osoby z wyższym wykształceniem. Moi mali przyjaciele z którymi się bawiłam to głównie: Jagusia Kozłowska, córka lekarza (spod nr. 105), Magda Heyda, córka inżyniera (nr 103), Jasia Konopacka, córka asystenta Politechniki (nr 98), Krzysia i Jaś Błoccy, dzieci lekarki (nr 102), sąsiad Jurek Pietrykiewicz, syn naczelnika Izby Skarbowej, oraz Marek Rećko z ul. Krasińskiego. W 1940 r. potrąciła mnie ciężarówka. Po powrocie ze szpitala chodziłam z obandażowaną głową. Co dzień przychodził mi robić opatrunki „lokator” z drugiego piętra, oficer radziecki, chirurg-laryngolog, dr Onupryjenko. Przysłano go do Lwowa z całą rodziną, z żoną lekarką i synami: 12-letnim Lonią i 17-letnim Wołodią. Gdy Wołodia skończył 18 lat, wcielono go do wojska i poległ na froncie. Za swe wizyty lekarskie dr Onupryjenko nie brał wynagrodzenia. Ponieważ przez pewien czas nie mogłam uczestniczyć w zabawach rówieśników, opiekowała się mną i bawiła w ogródku o 5 lat starsza Oleńka Koss – sierota wojenna przygarnięta przez mieszkających na parterze pp. Kryweńczyków. Po wkroczeniu Niemców do Lwowa odnalazł ją stryj z Krakowa i zabrał do siebie. Niemcy zajęli Lwów po kolejnych bombardowaniach w czerwcu 1941 r.
Kamienice przy ul. Tarnowskiego 78, 76, 74.
Przyszedł czas, gdy trzeba było zapisać mnie do szkoły. Szkoła rejonowa była daleko od naszego domu – przy Sakramentek. Dlatego gdy zorganizowano tajne nauczanie, już od II klasy chodziłam na „komplet” do ss. Urszulanek przy ul. św. Jacka. Rodzice też brali udział w tajnym nauczaniu, do mieszkania przychodzili uczniowie… W domu powodziło się trochę lepiej, bo przyjaciel ojca, filozof prof. Kazimierz Ajdukiewicz, załatwił mu posadę w rzeźni, gdzie sam pracował. Co miesiąc ojciec przynosił przydziałowe ochłapy, mama gotowała fasolkę po bretońsku i przychodzili goście na kolację oraz na rozmowy o polityce: prof. Stefan Banach – matematyk, prof. Kazimierz Ajdukiewicz – filozof, poeta Kazimierz Brończyk i inni. Okno było zasłonięte kocem, bo naprzeciw w willi „Herta” był sztab niemiecki.
Zaczęłam też chodzić na lekcje gry na fortepianie do zaprzyjaźnionej z rodzicami p. Marii Jędrzejewskiej. Była to córka gen. Władysława Jędrzejewskiego, dowódcy obrony Lwowa w 1920 r. i obrony cywilnej Lwowa w 1939 r., zamordowanego przez sowietów w 1939 r. Mieszkała ona w willi przy ul. Czereśniowej (tzw. Domki oficerskie) z matką, siostrą Walerią – śpiewaczką i ciotką. Trzecia siostra, Gabriela, była pianistką, żoną dyrektora Lwowskiego Konserwatorium Adama Sołtysa. Cała willa rozbrzmiewała muzyką, w każdym pokoju stał fortepian. Pani generałowa chodziła we wdowim czepku z czarnej koronki, zawsze ubrana na czarno, z czarnym ratlerkiem Miją. Czasem przez otwarte drzwi widziałam, jak gra na fortepianie. Razem ze mną chodził na lekcje gry do pani Jędrzejewskiej mój sąsiad z parteru, rówieśnik i kolega Jurek Przetrzkiewicz. O ile ja wymigiwałam się od ćwiczenia gam i palcówek, on robił to z całym oddaniem.
Jak mogłam, wyrywałam się z domu i z zaprzyjaźnionymi dziećmi wędrowaliśmy po okolicy. Biegnąca na „dolną cegielnię” droga stanowiła wspaniały tor saneczkowy. W lecie chodziliśmy tamtędy nad strumień obok ul. Snopkowskiej, gdzie łowiliśmy traszki i trytony, to znowu wyprawialiśmy się nad Zielone Oko – stawek obok ul. Zielonej, lub Piaskową Górę. Chłopcy chodzili na ryby nad Jezioro Reisa… Z braku nowych zabawek musieliśmy je tworzyć sami, uzupełniając wyobraźnią. W czasie okupacji niemieckiej najważniejszym miejscem naszych poszukiwań było rozległe wysypisko śmieci na końcu ul. Tarnowskiego. Grzebiąc w nim przy pomocy patyków, wynajdywaliśmy różne skarby. Najbardziej cenione były fajansowe kubki produkcji niemieckiej, ozdobione główkami chłopca i dziewczynki w strojach tyrolskich. Główki te wokół obtłukiwaliśmy kamieniami i tak powstawały „portreciki” i z nich organizowaliśmy klasy szkolne. Wartościowe też były korki od butelek. Po wbiciu pięciu szpilek powstawał koń. Ponieważ marzyłam o lalce, raz na urodziny dostałam aż trzy, dwie szmaciane i od malarki p. Heleny Lang XIX-wieczną, porcelanową. Mam ją do dziś. Pod koniec drugiej klasy już płynnie czytałam. Ojciec przynosił mi od pp. Ajdukiewiczów książki po ich dzieciach Marysi i Bronku i roczniki „Mojego Pisemka”, które pochłaniałam.
W drugiej klasie wraz z czwórką dzieci z kompletu poszłam do I Komunii św. Uroczystość odbyła się w „dolnym” kościele oo. Misjonarzy przy ul. Dwernickiego (potem był tam skład ziemniaków). Sukienkę komunijną uszyła mi mama z firanki. W skróconej i ufarbowanej na czerwono zadawałam szyku jeszcze po wyjeździe ze Lwowa. Już za drugiej okupacji sowieckiej należałam tam do krucjaty eucharystycznej prowadzonej przez ks. Wiszniowskiego, jedynej polskiej organizacji dla dzieci. Tego księdza wspominam jako gorliwego wychowawcę i kapłana. Przez całą wojnę rodzice chodzili w niedzielę do kościoła św. Mikołaja na godz.10. Spotykali się potem z grupką znajomych i szli na spacer na ulicę Akademicką.
Autorka z rodzicami, Lwów 1937.
W lipcu 1944 roku, po bombardowaniu Lwowa i okolic, Niemcy wycofali się. Patrzyliśmy z balkonu, jak niebo pokrywa czerwona łuna. To płonęły szyby naftowe w Borysławiu. Przez 3 dni na ratuszu wisiał biało-czerwony sztandar, potem zastąpił go czerwony, sowiecki. Skończyłam uczyć się na tajnych kompletach. Wszystkie dzieci zostały objęte obowiązkiem szkolnym. Od 1 IX 1944 rozpoczęłam naukę w szkole państwowej z polskim językiem nauczania, w klasie ­4. Lekcji – jak dla 10-letnich dzieci – było bardzo dużo, 6–8 godzin dziennie. Oprócz języka polskiego były jeszcze lekcje języka rosyjskiego i ukraińskiego, zaś w klasie 5 doszedł język francuski. Obszerny był program z matematyki. Oprócz historii Rosji, z której zapamiętałam walki książąt Rurykowiczów, oddzielny przedmiot lekcyjny stanowiła historia WKPb – ponoć dzieło samego Stalina. Były też lekcje ideologiczne z „pionier-ważatiel”. Po jednym z wykładów zdjęłam z szyi medalik na łańcuszku i usiłowałam go wsadzić jej przez głowę na szyję, czemu dała stanowczy odpór. Potem bardzo bałam się konsekwencji, ale – może ze względu na to, że moja mama uczyła w tej samej szkole – wszystko uszło mi na sucho. Przed 1 maja zaprowadzono całą szkołę do Pałacu Pionierów mieszczącego się w Pałacu Potockich. Na poczęstunek było kakao i babka drożdżowa, ale prawie wszystkie dzieci odmówiły przyjęcia… Okres przed 1 maja był też okresem wytężonej pracy mojej mamy, w domu. Jak wszyscy nauczyciele musiała zrobić z bibuły masę kwiatów na długich łodygach, które potem dzieci niosły w pochodzie. Na lekcjach uczono nas piosenek na pochód:

Hejże, dzisiaj pierwszy maj /
hej, cieszy się cały kraj.
Mieliśmy już około 10 lat i dzieci zaczęły organizować się w „bandy”. Dziewczynkom przewodziła Jagusia Kozłowska, chłopcom Marek Rećko z ul. Krasińskiego. Chłopcy ci zakradali się do cudzych sadów, pisali na murach niecenzuralne słowa. Ojciec Marka gdzieś zaginął na wojnie, matka i babcia nie bardzo sobie radziły z niesfornym chłopcem, który idąc na czele szeregu rówieśników, z kijem w ręku, śpiewał:

Kto si z naszy wiary śmieji /
niech go nagła krew zaleji
a kto z nami trzyma sztamy /
temu lepij jak u mamy.
Wtedy myślałam, że to utwór Marka, dziś wiem, że to oryginalna piosenka batiarska. Pierwsza banda pod wodzą syna miejscowego folksdojcza powstała za okupacji niemieckiej. Był on chłopcem agresywnym i okrutnym. Bił młodsze dzieci, znęcał się nad zwierzętami. Po ponownym przyjściu sowieci wywieźli tę rodzinę jako folksdojczów, choć było widać przez okno umieszczoną na choince czerwoną pięcioramienną gwiazdę i portret Stalina.

Zimy były we Lwowie mroźne i śnieżne. Gdy pewnego roku temperatura spadła do minus 28 stopni, zamknięto szkoły. Na niebie pojawiło się światło przypominające tęczowe słupy. Podobno była to zorza polarna. Właściciele domów musieli co dzień odśnieżać chodniki przed 6 rano, tj. wykopać w śniegu tunel, inaczej musieli płacić karę. Już po godzinie 5 rodzice wychodzili na ulicę z łopatą i baniakiem na bieliznę ustawionym na moich sankach. Ładowali do niego śnieg i wywozili na drogę za domem.
W domu była bieda. Brakowało odzieży i żywności. Przydziałowe suszone rybki „kilki” nie bardzo nadawały się do jedzenia. Jedliśmy szpinak z lebiody, pili herbatę z obierzyn z jabłek. Profesor Politechniki Stanisław Fryze zbudował w ogrodzie swej willi oborę, kupił 2 krowy i sprzedawał okolicznym mieszkańcom mleko. Krowy te nazywano powszechnie „krowy Fryzówny”. Co drugi dzień chodziłam z kubkiem i kupowałam ½ litra mleka. Wracając do domu zawsze trochę upiłam. Od ciasnych butów miałam odmrożone nogi. Państwo Banachowie przywieźli mi z Moskwy walonki, ale wstydziłam się w nich chodzić.
 I Komunia we Lwowie, 1943.  Autorka trzecia od lewej.
Mój ojciec, człowiek pogodny i optymistyczny, bywał zapraszany na różne przyjęcia, czasem zabierał i mnie. Takie przyjęcia odbywały się u dr. Riedla w pięknie urządzonej antykami willi przy ul. Dwernickiego. Jego młodszy syn Tadeusz, zwany w domu Krzysiem, pokazywał mi swoje zbiory motyli – został potem światowej sławy entomologiem. Kiedyś pokazał mi śpiące na strychu nietoperze. Na I piętrze mieszkał tam „umieszczony” przez mojego ojca prof. Banach z rodziną.
Innym rodzajem przyjęć były przyjęcia ogrodowe u p. Mieczysławy Sichulskiej, wdowy po zmarłym w 1941 r. malarzu Kazimierzu Sichulskim, w jego willi z ogrodem na Zofiówce. Ich ozdobą były śliczne panny Sichulskie: Krzysia i Dzidzia. Goście siedzieli na trawie i jedli owoce… Kiedyś zabrał mnie ojciec do Brzuchowic na przyjęcie do dr Csali… Czasem rodzice brali mnie z wizytą do swoich krewnych – ojciec do swej siostry cioci Jabłońskiej mieszkającej z dorosłymi już dziećmi Władziem i Marysią przy Gródeckiej. Marysia dostała pracę na poczcie, natomiast Władzio chorował na gruźlicę i zmarł w 1946 r. Ciocia starała się coś dorobić do mizernej pensji Marysi, lepiła więc pierogi i gorące sprzedawała na placu. Również przy ul. Gródeckiej mieszkał stryj Jan. Jego syn Zbyszek, student Politechniki Lwowskiej, podchorąży, zginął w 1942 r. na storpedowanym przez Niemców statku „Laconia”. Z kolei z mamą chodziłam do jej ciotki Marii Osieńskiej, mieszkającej przy ul. Senatorskiej. Malowała ona obrazy i hodowała koty. W czasie obrony Lwowa w 1919 r. zasłużyła się jako komendantka Sokolic i harcerek. Z jej ówczesnym dowódcą prof. Cieszyńskim połączyła ją potem wieloletnia przyjaźń. Został on rozstrzelany wraz z innymi lwowskimi profesorami na Wzgórzach Wuleckich, podobnie jak i obaj leczący mnie profesorowie pediatrii: Progulski i Meisels.
Któregoś lata w czasie okupacji niemieckiej, matka Magdy Heydy zabrała nas na cały dzień „na owoce” do sadu inż. Wacława Meibauma na Zamarstynowie. Początkowo jechałyśmy tramwajem, potem szły brzegiem Pełtwi. W czerwono zabarwionej ściekami z rzeźni wodzie płynął człowiek, co chwila wynurzając głowę. Pani Heydzina powiedziała, że to zapewne zbieg z getta. Dom inż. Mei­bauma stał w pobliżu Pełtwi otoczony sadem i wysokim parkanem z desek. Zastałyśmy tam gospodarzy i ich córkę Wandę, a po pewnym czasie z pełnej siana stodoły wyszedł młody mężczyzna. Powiedziano nam, że jest to pan Jurek, który ukrywa się przed Niemcami i nie wolno o tym nikomu mówić. Młodzieniec ten – Jerzy Katzenellenbogen był pochodzenia żydowskiego i rodzina Meibaumów ukrywała go przez całą okupację niemiecką. Po ekspatriacji wszyscy osiedlili się we Wrocławiu, gdzie Jerzy, który został lekarzem, ożenił się z Wandą, późniejszym profesorem chemii Uniwersytetu Wrocławskiego.
Po ukończeniu 4 klasy szkoły pourszulańskiej wprowadzono tam język wykładowy ukraiński i musiałam przejść do szkoły przy ul. Stelmacha, ale chodziłam tam krótko, bo trzeba się było zbierać do opuszczenia Lwowa, o czym dowiedzieliśmy się w lutym 1945 roku. W drodze do szkoły przechodziłam koło obozu otoczonego drutami kolczastymi, gdzie przebywali jacyś żołnierze – podobno jeńcy francuscy. Wołali do nas i wyciągali ręce, a my próbowaliśmy im rzucić nasze drugie śniadania, ale strażnicy odpędzali nas. Również do naszego domu przyjechała na kilka dni „kontrazwiedka” (kontrwywiad), przywiozła w furgonetce jakichś uwięzionych cywili i zamknęła ich w piwnicy. Wysuwali oni ręce poprzez kraty okienka, my usiłowaliśmy wrzucić im jedzenie, ale i tu strażnicy nas odpędzali. Po kilku dniach samochód kontrazwiedki z więźniami odjechał.

U państwa Kryweńczyków zamieszkała nowa wychowanka, Jadzia Jedynak. W kamienicy pojawiły się też 2 siostry Liepert: 14-letnia Wandzia i 6-letnia Basia. Pewnego dnia mama po powrocie ze szkoły oświadczyła, że zamieszkają u nas, w mieszkaniu po dozorcy, 2 siostry z ul. Krasińskiego. Ojciec ich zaginął na wojnie, a matkę aresztowano. Wanda z płaczem opowiedziała o tym w szkole i moja mama kazała im przyjść do nas, dała im opał i konserwy. Wanda dzielnie sobie radziła w tej sytuacji. Gdy nastała wiosna, zaczęła wynosić na „krakidały” i sprzedawać różne rzeczy przyniesione z domu, m.in. obraz przestawiający duchy siedzące na skałach. Z okładek zeszytów i sznurków robiła sandały dla siostry, które niestety szybko się darły… Opiekujący się trochę dziewczynkami dr Adam ze szpitala zakaźnego postanowił je zapisać na transport do Domu Dziecka w Polsce, ale stał się cud, bo wypuszczono z więzienia ich matkę. Uszczęśliwiona, że odnalazła córki, żałowała obrazu z duchami. Wielkimi wydarzeniami jednoczącymi mieszkańców ul. Tarnowskiego górnej było uczestnictwo w 2 pogrzebach: abp. Bolesława Twardowskiego w 1944 r. i prof. Stefana Banacha w 1945 r.
I tak nadszedł dzień naszego wyjazdu ze Lwowa, 28 września 1945 roku. Przyjechaliśmy na dworzec z pakami zbitymi z desek, w których znajdował się cały nasz dobytek. Na jeden wagon towarowy przypadały 4 rodziny. Niestety okazało się, że bok wagonu jest już zastawiony jakąś zniszczoną otomaną i nasze paki nie zmieszczą się obok. Ojciec zaczął szukać właściciela otomany, niestety bezskutecznie… Wtedy wpadł na pomysł, żeby wystawić otomanę z wagonu, wstawić paki, a potem otomanę ustawić na wierzchu. Kazał tragarzom wynieść otomanę i wnosić paki i wtedy nadbiegł jej właściciel, wołając „gdzie moja kanapa”. Gdy ojciec wytłumaczył mu, co zrobił, i wskazał stojącą na peronie otomanę, właściciel pobiegł do niej i po chwili powiedział: „straciłem wszystko, co miałem”. Bok otomany był na całej długości przecięty. Co w niej przewoził – nie wiadomo. Właścicielem nieszczęsnej kanapy okazał się ks. Jan Stepa – profesor filozofii Wydziału Teologii UJK. Z filozoficznym spokojem nie powiedział ani słowa wyrzutu. Kiedy po pewnym czasie został biskupem tarnowskim, mój ojciec mówił: „Pan Bóg go wynagrodził za to, że tak się zachował”. I tak w deszczu i kłopotach odjechaliśmy ze Lwowa – miasta przyjaznych ludzi i zielonych wzgórz.
Co stało się z dziećmi z ul. Tarnowskiego górnej – małym batiarem Markiem Rećko i z dziewczynkami szukającymi „zabawek” na wysypisku śmieci? Wszyscy uzyskali wyższe wykształcenie. Marka spotkałam, gdy przygotowywał się do rozprawy habilitacyjnej. Przez około 10 lat po przyjeździe ze Lwowa prof. Marian Konopacki organizował wspólne wakacje lwowiaków, gdzie się spotykaliśmy. I choć czasem spotkania następują po wielu latach (jak np. z Oleńką Koss po 68), zawsze jesteśmy sobie bliscy. Ucieszyłam się, gdy słuchając w TV sprawozdania z obchodów 60. rocznicy obrony Murmańska, dowiedziałam się, że odznaczony został dr Onupryjenko – komendant szpitala polowego w Murmańsku, nasz „lokator” z 2 piętra.