Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

ZADUMA O LWOWIE

Poniższy wzruszający wiersz nadesłał do naszej redakcji Pan Edward Gil, lwowianin, zamieszkały dziś w Chełmie. Przysłano mu go z Kanady, jednak autorstwo utworu jest nieznane. Może trafi się ktoś, kto miałby na ten temat informacje? Zapewne i Pan Edward, i my bylibyśmy za to bardzo wdzięczni.
Panu Edwardowi serdecznie dziękujemy za wiersz, za obrazek i za noworoczne życzenia. Teraz my Panu składamy najlepsze życzenia z okazji Święta Zmartwychwstania Pańskiego – niestety trafią one do Pana z wielkim opóźnieniem, bo najprędzej w czerwcu. Ale nadal będą ważne!

W cichym zakątku serca mego jak w kasecie wideo
Mam zamknięte wspomnienia.
Było, przeszło, minęło...
Kiedy zasnąć nie mogę, co dość często się zdarza,
To wówczas w mej pamięci tę kasetę odtwarzam.
I wracam oczami duszy do lat, gdy byłem młody,
Do miasta, które kiedyś nazwano „Lwim Grodem”,
Którego panoramę dokładnie pamiętam,
A które kojarzy się z dumnym słowem „Orlęta”.
I słyszę sygnaturkę, tę z kościoła Marcina,
I basowy dźwięk dzwonów ojców Bernardynów,
W uszach brzmią mi kuranty starych lwowskich zegarów
Oraz znajomy bałak naszych lwowskich batiarów
I skikam do balonu na rogu Balonowej,
Aby się nie spóźnić do ciotki Bańdziuchowej,
I nucę sobie piosenkę; prosta, niewinna taka...
Jestem lwowski chłopaka i po lwowsku bałakam.
Piękny lwowski bałaku! Moja lwowska mowo,
Soczysta, dźwięczna, śpiewna, w której każde słowo
Ma swoistą melodię…
Z niej właśnie wyrasta
Miłość do tego uroczego miasta.
By tę mowę zrozumieć, należy się zgodzić,
Że najpierw lwowiakiem trzeba się urodzić.
Bo co to znaczy kinol, albo też przylepka,
Co to takiego meszty, co dla dziecka pypka,
Kto to jest Pindula, kto hojda Maryna,
Co to Łyta, łachmyta, a co kataryna?
Co to znaczy si łachować, co znaczy katulać,
Co to dać komuś facki, co to wymagulać?
Co to furdygarnia? Co to mantełepa
Co to kołotuszka, co to jest łepeta?
I już naprawdę z rzędem podaruję konia
Temu, co mi wyjaśni, co to kacamonia.
Wszystko to nagle mi we śnie ożywa,
W ustach czuję smak kwargli i lwowskiego piwa,
I smak ćmagi zwyczajnej – tej od Baczewskiego
I smak kulikowskiego chlebusia – świeżego.
Przed oczyma mam place, znajome ulice,
Kolumnę z Mickiewiczem, Szprechera kamienicę,
Cerkiew świętego Jura, kaplicę Boimów,
Kościół świętej Elżbiety, Kościół Bernardynów,
Rynek z graniastą ratuszową wieżą
I lwy, co w podcieniach kamienne kły szczerzą.
Tuż za Mickiewiczem, biała, z alabastru
Smukła postać Madonny królowała miastu.
Uwieńczona gwiazdami, oświetlona mocą...
Kiedy o tym myślę... oczy mi się pocą.
„Wesoła Lwowska fala”, gazeta „Wiek Nowy”,
Kopiec Unii Lubelskiej na wzgórzu zamkowym,
Na Wysokim Zamku kwitnące kasztany
I wróble ćwierkające na wałach nad ranem.
Ciastka od Zaleskiego, wino u Atlasa,
Flaczki u Teliczkowej, chałwa Kawurasa,
Koszerny gęsi pipek u Jojny na rynku,
I szczupak po żydowsku w każdym lwowskim szynku.
I te lwowskie binie – to znaczy dziewczęta –
Wesołe i zalotne. Każda uśmiechnięta,
A nogi? Nogi długie aż po samą szyję –
Takich nóg nie widziałem, tak jak długo żyję.
Ślepa Mińcia na stołku koło Sobieskiego
Szpilała na harmonii marsza Radeckiego,
A obok Mińci w policyjnym czaku
Lolu – wariat wymyślał ludziom od „Żydłaków”.
Jakaś krasna małanka w cieniu pod kasztanem
Kręci na koromyśle romans ze swym ułanem.
Baba z koszykiem w ręku, a na tym koszyku
Precle nanizane na gładkim „patyku”.
No i powietrze czyste. Takie mahoniowe,
Woniejące, pachnące. Czym? – po prostu Lwowem.
Wszyscy mieszkańcy miasta czuli się związani
Z tym miastem, zwyczajni, z jego tradycjami.
Polacy, Żydzi, Niemcy, Rusini, Ormianie,
Cała ta mieszanina – to byli lwowianie.
Rusinów było mało, za to Żydów wielu,
Dziś nie ma takich Żydów... może w Izraelu?
Lisie lub kunie czapki, pejsate, brodate,
Białe szkarpetki, mycki, klotowe chałaty,
A w szabas lub w żydowskie święta
Połowa wszystkich sklepów była zamknięta.
Położony w kotlinie, na niewielkich wzgórzach
Lwów wśród zielonych lasów po prostu się nurzał...
Tylko rzeki nie było. Była Pełtew mała,
Lecz niestety, ta rzeczka fatalnie waniała.
Za to był Kajzerwald i Czartowska Skała,
Białohorskie lasy, były Lesienice,
I ze swą Gorgonową słynne Brzuchowice.
A woda? Kałabania, Stawki za Zamarstynowem
I bardzo duże stawy, ale pod Janowem.
I tak się we śnie przez cały czas łudzę
Aż do momentu, w którym wreszcie się obudzę,
By uświadomić sobie, że tam Ukraina,
Że miast biało-czerwonej – flaga żółto-sina...
I kiedy o tym myślę: łza się w oku kręci.
Bo nigdy nie wykreślę Lwowa z mej pamięci.
Gdzie te lwowskie batiary – gdzie lwowskie dzieci?
Ich kości rozrzucone są po całym świecie.
Na Kołymie, Sybirze, w stepach Kazachstanu,
Na bezdrożach Iranu, wśród cedrów Libanu,
Pod Narwikiem, w Tobruku, pod Monte Casino,
Pod Arnheim, pod Berlinem i pod wsią Lenino.
Za Lwów płacili życiem. Taka była cena,
A na ich grobie często krzyża nie ma...
Katyń, Twer i Miednoje – ta droga krzyżowa
Tych najlepszych z najlepszych, także tych ze Lwowa.
A Żydzi? Wszystkich Żydów lwowskich
Wymordowali Niemcy w Lasach Podjanowskich.
Resztę mieszkańców Lwowa, którzy pozostali
Ruscy z ich rodzinnego miasta po prostu wygnali.
Pardon. Nie wygnali, lecz repatriowali.
Myślę, że kiedy umrę, wówczas moja dusza
Jak gołąb przycupnie na gzymsie ratusza
I na Lwów z góry będzie spoglądała
I będzie czekała, czekała, czekała...
Aż do momentu, w którym byśmy chcieli.
By Lwów znów był polski, znów Semper Fidelis.
I wyobrażam sobie, że wtedy w try miga
W mej duszy się odezwie lwowski batiaryga.
I może wtedy moja dusza biedna
U Pana Boga to sobie wyjedna,
I że dobra Bozia, być może się zgodzi,
Żebym lwowiakiem znowu się urodził.