Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

NOWE KSIĄŻKI

• W ostatnim roku ukazało się sporo książek, które nas szczególnie interesują i o które stale się dopominamy. Chodzi o dwa podstawowe tematy, dokumentujące polskość Małopolski Wschodniej: monografie miejscowości (lub szerzej – okolic, regionów) oraz ludzi (rodzin, lokalnych społeczności), którzy na tamtej ziemi od wieków ro­dzili się, żyli, praco­wali, tworzyli i bronili. Oba tematy chwalebnie wiąże nowa książka Tadeusza Kukiza pt. Ziemia Radziechowska i ludzie stamtąd.
Radziechów był stolicą powiatu, który leżał między granicą Wołynia od północy a powiatem złoczowskim od południa. Liczba ludności miasta wynosiła w połowie 20-lecia międzywojennego 5,5 tys., a całego powiatu prawie 70 tysięcy. Przypomnijmy, że już wcześniej dr Kukiz wydał monografię jednego z ważnieszych miasteczek powiatu – Łopatyna, z którego pochodzi (2004, patrz CL 2/05).
Autor omawia przede wszystkim kolejne ważniejsze miejscowości (ich historię, obiekty publiczne, zabytki), wzbogacając ich opisy ludźmi wszelkich stanów – zarówno postaciami i rodzinami historycznymi, jak i współczesnymi, doprowadzając koleje losów ich i ich potomnych do dnia dzisiejszego.

Otrzymujemy więc sporo wiadomości o wybitnych rodzinach ziemiańskich – najpierw o Mierach (rodzina szkocka, majątek nabyła po Łaszczach) w połowie XVIII w., potem, najszerzej, o Badenich, którzy tę ziemię po Mierach odziedziczyli w następnym wieku. Rodzina Badenich przybyła zapewne w XVII w. z Wołoszczyzny i szybko się spolszczyła przy dworze królewskim w Krakowie. Wydała – już jako właściciele dóbr radziechowskich – dwóch wybitnych polityków polsko-galicyjskich: Kazimierza, premiera Austro-Węgier i namiestnika Galicji, oraz Stanisława, marszałka krajowego. I jeszcze o paru innych rodzinach szlacheckich: Chołoniewskich, Mniszchów, Dąmbskich, Komorowskich. Po tej ostatniej poeta Kornel Ujejski odziedziczył Pawłów i tam zmarł. Został po nim piękny nagrobek. W Wolicy Baryłowej powstała znakomita galeria malarstwa europejskiego rodziny Dąmbskich, z której część trafiła w XX w. do Rzeszowa, a część lwowska rozproszyła się po muzeach sowieckich.
Z kilkudziesięciu innych rodzin – inteligenckich lub mieszczańskich – wyszło sporo wybitnych postaci naszej historii i kultury. Z samego Radziechowa: wybitny przedwojenny prawnik na UJ prof. Kazimierz W. Kumaniecki oraz znany historyk sztuki, też na UJ, lecz po II wojnie – Juliusz Ross. Z Radziechowem był przez lata związany ks. Stanisław Frankl (pisaliśmy o nim w CL). Z Łopatyna wywodzą się m.in. rodziny Kukizów i Klimowiczów (znani kwieciarze lwowscy), a z Witkowa Starego znany dziennikarz lwowski i sportowiec Rudolf Wacek. Z Dmytowa: rodzina pisarza Józefa Wittlina (w 1939 r. był kandydatem do Nagrody Nobla) oraz profesor UJK Zenon Leńko, twórca urologii polskiej (urologiem był również jego syn Jan, profesor na WAM w Łodzi i na UJ).
Takich właśnie książek nam potrzeba! To są dokumenty dla naszych potomnych. Oni muszą coś wiedzieć o Ziemi, której nas prawem kaduka pozbawiono. Dziękujemy, Panie Tadeuszu!

• O II Brygadzie Legionów Polskich nie pisano dotąd zbyt wiele, a dla nas formacja ta ma szczególne znaczenie. Pierwsze oddziały niesformowanej w pełni II Brygady zostały wysłane z Krakowa jesienią 1914 r. w Karpaty Wschodnie, dla obrony przed ofensywą rosyjską. Zaciekłe walki toczyły się pod Mołotkowem, pod Rokitną (słynna szarża ułańska), pod Rarańczą, co zyskało jednostce miano „Żelaznej Brygady”. Po tzw. kryzysie przysięgowym w 1917 r. część II Brygady pod dowództwem gen. Hallera przebiła się przez front i weszła w skład II Korpusu.
Tyle w skrócie. Książkę na ten temat napisał Stanisław Czerep pt. II Brygada Legionów Polskich (wyd. „Bellona”, Warszawa 2007).

• Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej – Okręg Wołyński przez wiele lat z uporem dążył do ujawnienia prawdy o masowej zagładzie ludności polskiej na Kresach Południowo-Wschodnich II Rzeczpospolitej. Przez kilka­dziesiąt lat temat ten był przemilczany zarówno przez polityków, jak i naukowców. W Światowym Związku ŻAK rozważano różne sposoby upublicznienia tematu i uruchomienia badań naukowych. Początkowo zakładano, że prace będą prowadzone wyłącznie siłami historyków polskich. Później okazało się, że muszą to być działania międzynarodowe polsko-ukraińskie. Pokonując wiele trudności i oporów zdecydowano się na współpracę ze Związkiem Ukraińców w Polsce w celu wspólnego zorganizowania seminariów historycznych, na których badacze z obu państw – Polski i Ukrainy – przedstawialiby swoje wyniki i gdzie byłaby możliwość dyskutowania na podstawie dokumentów. Przyjęto zasadę, że każdy temat będzie opracowywany równolegle przez historyków reprezentujących oba kraje i dla każdego tematu sporządzać się będzie protokół rozbieżności poglądów. W celu zapewnienia naukowego charakteru seminariów postanowiono dopuszczać do głosu tylko historyków z list, które wcześniej zostały zatwierdzone przez organizatorów.
Odbyło się 11 seminariów w latach 1996–2005 przemienne w Warszawie i Łucku. Wyniki seminariów opublikowano w kolejnych tomach pt.: Polska – Ukraina: trudne pytania. Sprawozdanie z przebiegu prac, omówienie poszczególnych seminariów, cytaty z protokołów lub referatów oraz korespondencji zawiera książka Andrzeja Żupańskiego pt. Tragiczne wydarzenia za Bugiem i Sanem przed ponad sześćdziesięciu laty, wydana dzięki wsparciu finansowemu Kancelarii Prezydenta RP przez Oficynę Wydawniczą RYTM w Warszawie w 2007 roku. Autor przez 11 lat był przewodniczącym środowiska Żołnierzy 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK, tym samym był organizatorem i aktywnym uczestnikiem seminariów polsko-ukraińskich.
W pesymistycznym zakończeniu autor podaje, że 10-letnia praca na seminariach historycznych nadal pozostaje nieznana politykom. W związku z uroczystościami w Porycku i Pawłokomie nastąpił krótkotrwały wybuch dyskusji w obu krajach, a potem znowu milczenie. Na znacznej części państwa ukraińskiego ludność pierwszy raz dowiedziała się o krwawych wydarzeniach na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej.
Wniosek końcowy z protokołu rozbieżności: zdaniem historyków polskich zamiarem OUN Bandery było zlikwidowanie wszystkich Polaków na Wołyniu oraz wypędzenie pod groźbą śmierci z Galicji Wschodniej. Natomiast historycy ukraińscy mówią o usunięciu ludności polskiej dla zabezpieczenia swego zaplecza. Słowa podobne, ale ile w nich groźnej treści! (DTS)

• Józef Wyspiański, mieszkaniec Dolnego Śląska, ale urodzony w Świrze, zainteresowawszy się historią miejsca swego pochodzenia napisał książkę pt. Żołnierze ze świrskiego lasu, którą wydał w Lublinie w 2007 roku.
Książka zawiera – jak pisze we wstępie prof. Jerzy Węgierski – historię kresowego miasteczka Świrz w powiecie przemyślańskim na zachodnim skraju byłego województwa tarnopolskiego, a głównie – historię utworzonego tam wiosną 1944 roku pod okupacją niemiecką oddziału leśnego (partyzanckiego) 1 kompanii 40 pułku piechoty AK, jego udział w samoobronie Świrza przed atakami Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA) i walki przeciw Niemcom. Na terenie działania oddziału znajdowała się polska wieś Hanaczów, która dwukrotnie broniła się w nocy przed przeważającymi siłami UPA, a potem została całkowicie zniszczona przez Niemców.
Historię kilku miesięcy 1944 roku autor poprzedza krótkimi dziejami Świrza oraz omówieniem sytuacji na froncie niemiecko-sowieckim i na przemyślańskim zapleczu. Później opisuje formy represji w stosunku do ludności polskiej ze strony władz sowieckich: aresztowania, deportacje lutowa i kwietniowa w 1940 roku, pobór do Armii Czerwonej, oraz ze strony władz niemieckich: aresztowania, pacyfikacje i wywózki do prac przymusowych do Rzeszy i Austrii. Następnie przedstawia czystki etniczne w wykonaniu nacjonalistów ukraińskich, okrutne mordy na Polakach ze strony ukraińskich sąsiadów opętanych złowrogą doktryną Doncowa.
Autor pracowicie zebrał wspomnienia kilkudziesięciu osób – szeregowych żołnierzy lub ich krewnych – dając w ten sposób pełny obraz życia oddziału partyzanckiego pod dowództwem kapitana Fryderyka Stauba „Procha”.
Publikacja jest starannie opracowana, zawiera liczne zdjęcia żołnierzy AK związanych z oddziałem oraz omówienia ich sylwetek. Dołączono indeksy nazwisk, pseudonimów, kryptonimów, nazw geograficznych oraz dwadzieścia kilka stron przypisów.
W recenzjach stanowiących zakończenie książki podkreślono, że publikacja, wzbogacona coraz obszerniejszą biblioteką wspomnieniową z czasów II wojny światowej, wyróżnia się niesłychaną drobiazgowością opisów z dnia codziennego w oddziale leśnym oraz akcjach zbrojnych. (DTS)

• Ta książka zbyt długo czekała na omówienie i polecenie Czytelnikom. Wyszła dokładnie przed 10 laty i nie wiadomo, czy jest jeszcze do nabycia – może u oo. Redemptorystów w Tuchowie? Jej tytuł: Szlakiem zesłańców. Szesnaście trudnych lat w ZSRR 1944–1959 (Kraków 1998) nie w pełni jednak oddaje różnorodne bogactwo informacji zawartych w tej książce, informacji odnoszących się do dwóch wątków. Chronologicznie tytuł wspomnień dotyczy wątku drugiego, późniejszego: smutnych, lecz godnie przeżytych przez autora, redem­ptorystę o. Marcina Karasia, siedmiu lat w łagrze na Uralu, po aresztowaniu i deportacji (wraz z o. Kazimierzem Lendzionem) w 1952 roku.
Natomiast czasowo pierwszy wątek odnosi się do wczes­nego okresu drugiej okupacji sowieckiej (od 1944), spędzonego przez o. Marcina w Mościskach, Lwowie, Samborze, Droho­byczu, a najdłużej – do czasu aresztowania – w Stryju. W tej części wspomnień dowiadujemy się wielu rzeczy, których niedosyt niezmiennie odczuwamy. Większość ekspatriantów, którzy wcześniej czy później opuścili Lwów i Małopolskę Wschodnią, ciągle niewiele wie i rozumie, co działo się pod sowiecko-ukraińską władzą. Mało wiemy o wspaniałych ludziach, których odważna i mądra postawa pomagała pozostałym Polakom na trwanie w szczególnej, beznadziejnej sytuacji bolszewickiego reżimu.
Książka nieżyjącego już ojca Karasia rzuca wiele światła na to, co się tam działo. Pozwalamy sobie w tym numerze przedrukować fragment rozdziału III, w którym czytamy m.in. o niezwykłej postaci p. Adama Głażewskiego, zaś w następnym numerze – o prof. Wilhelmie Mozerze.

O. MARCIN KARAŚ CSsR (1910–2003) ur. w Borku k. Bochni. Ukończył gimnazjum oo. Redemptorystów w Tuchowie, a po maturze w 1929 rozpo­czął nowicjat w Mościskach (tamtejszy klasztor oo. Redemptorystów, założony przez Sługę Bożego o. Bernarda Łubieńskiego, stanowił macierzystą siedzibę tego zakonu na ziemiach polskich). Śluby zakonne złożył w 1930, a po studiach w Seminarium w Tuchowie otrzymał święcenia kapłańskie. Jego pierwszą placówką był Zamość (1937), ale w czasie wojny, w 1942 został skierowany do Mościsk, skąd w 1944 deportowany do łagru na Uralu. Po powrocie do kraju w 1959 pełnił służbę kapłańską w Elblągu i Głogowie, a następnie przez 16 lat był wicerektorem klasztoru Redemptorystów w Zamościu. Od 1980 do śmierci mieszkał w klasztorze w Krakowie.

• Pożyteczną i piękną książeczkę wydali Mariusz Olbromski i Bożena Rafalska o pomnikach pisarzy i poetów polskich na Kresach Południowych, zatytułowaną Śladami słów skrzydlatych. Pierwszy z autorów – przypomnijmy – jest dyrektorem Muzeum Narodowego Ziemi Przemyskiej w Przemyślu (które omawianą książkę wydało, 2005), druga – redaktorem naczelnym miesięcznika „Lwowskie Spotkania” (Lwów).
Książka-album dotyczy w istocie nie tylko istniejących na miejscu pomników lub tablic pamiątkowych oraz nagrobków (na Łyczakowie, w Krzemieńcu, Rudkach), ale i innego typu pomników. Są to współczesne wydawnictwa (nie wszystkie, oczywiście), omawiające systematycznie polską kulturę o korzeniach wschodniomałopolskich i wołyńskich, a także z ziem ukrainnych – książek, albumów, czasopism. M. Olbromski opisał ten ważny wątek w zawartym w książce (wyczerpującym, choć skrótowo potraktowanym) Zarysie dziejów literatury polskiej na Kresach Południowych dawnej Rzeczypospolitej. B. Rafalska jest natomiast autorką prawie 40 (z dwoma wyjątkami) pięknych zdjęć, głównie omawianych obiektów, ale są też domy i krajobrazy, w których żyli i pracowali nasi wielcy twórcy.

• Niezwykle aktywne Wydawnictwo „Wołanie z Wołynia” (Biały Dunajec–Ostróg, 2007) opublikowało kolejną książkę (tom 55): Biskupi kamienieccy od średniowiecza do współczesności, napisany przez Krzysztofa Rafała Prokopa. Przypomnijmy, że ten młody historyk w początkach swej drogi naukowej zamieścił w naszym kwartaliku dwa artykuły (2 i 4/98).
Biskupstwo rzymskokatolickie w Kamieńcu Podolskim powstało z końcem XIV wieku. Miało do dziś 54 ordynariuszy, w tym kilka postaci wybitnych (J.A. Próchnicki 1607–14, St. J. Hozjusz 1722–33, a w naszych czasach Jan Olszański 1991–2002). Do czasu rozbiorów kadencje biskupów były w miarę regularne, ale po roku 1800 do 1991 było zaledwie pięciu ordynariuszy. Przykładowo – za czasów sowieckich przerwa taka trwała od 1926 r. do 1991, a więc 65 lat! Od 1991 r. mamy dziś w Kamieńcu drugiego biskupa (po J. Olszańskim) – Leona M. Dubrawskiego (od 2002).
Katedra kamieniecka pw. śś. Piotra i Pawła powstała na początku XVI w. i jest najdalej wysuniętą na wschód świątynią gotycką na kontynencie europejskim (przypomnijmy, że w tych stronach styl gotycki panował o wiele dłużej niż na Zachodzie Europy, a nawet w Polsce centralnej, gdzie wtedy panował już renesans). Turcy, którzy panowali tu w latach 1672–1699, zamienili katedrę na meczet, dobudowując przed nim minaret, który dotrwał do dziś.

• Album budujący i tragiczny zarazem: Kresy na nowo odkryte – budujący, bo pokazuje piękno i wspaniałość naszej architektury i sztuki, tworzonej przez wieki na wschodnich ziemiach Rzeczypospolitej; tragiczny, bo przedstawia obraz jej zniszczenia, za sprawą barbarzyńców XX wieku, w ciągu kilkudziesięciu lat po II wojnie światowej (co gorsza – proces destrukcji jeszcze nie zakończony!).
Piękny album z 300 zdjęciami z obszaru Małopolski Wschodniej, Wołynia i ziem ukrainnych przygotowali Łukasz Galusek i Michał Jurecki (wyd. Międzynarodowe Centrum Kultury, Kraków 2007) na podstawie kilkuletnich badań zespołu pracowników naukowych i studentów Instytutu Historii Sztuki UJ w Krakowie. Fragmenty dokumentacji tych prac pokazano na wystawie pod takim samym tytułem: Kresy na nowo odkryte na przełomie lat 2005/06 w Galerii MCK w Krakowie. Na tej bazie powstał omawiany tu album.
Album, podobnie jak wspomniana wystawa, pokazuje w zasadzie budownictwo sakralne – kościoły, budowle klasztorne, wnętrza, rzeźbę i malarstwo, detale architektoniczne. I te, które przetrwały, i te, które przedstawiają stan zniszczenia, nawet doszczętny. Ta sama problematyka jest tematem kolejnych tomów Materiałów do dziejów sztuki sakralnej na Ziemiach Wschodnich dawnej Rzeczypospolitej, wydawanych przez prof. Jana Ostrowskiego (tomy te każdorazowo po ukazaniu się omawiamy w naszym kwartalniku), a zebrało się ich już 14. Są tam liczne zdjęcia, lecz czarno-białe, natomiast w omawianym albumie otrzymujemy piękny zestaw kolorowych fotografii, nierzadko – same dla siebie – o dużej wartości artystycznej.
Tyle o zasadniczej części albumu. Jest jeszcze część tekstowa, gdzie – obok objaśnienia strony dokumentacyjnej (historia, historia sztuki, analiza dzieł sztuki) – natrafiamy na... dawkę filozofii historii. Dotyczy to używania (czy nadużywania) słowa mit – przykładem tytuł wstępu: Mit Kresów, mit twierdzy kresowej itd. Dodajmy, że słowo to nie tylko tu się znalazło, bo jest dziś chętnie – z rozmysłem czy bezwiednie – używane w Polsce centralnej, jako „poprawne politycznie” (w szczególnym rozumieniu), chyba dla bezsensownego pomniejszenia znaczenia Kresów, a nawet Ziem Wschodnich II RP (ze strachu?). Związki Polski z Kresami – poza faktem historycznym – są wielorakie; zwróćmy uwagę, że niemała grupa największych Polaków nie tylko ma swoje korzenie na Kresach, ale legitymuje się ich... ruskością. Nie można nie zwrócić uwagi, że nazwiska Mickiewicz, Sienkiewicz, Moniuszko, Kościuszko czy Wańkowicz, a nawet Giniatowicz – Piłsudski, to wspaniałe dokumenty wielowiekowej wspólnoty polsko-ruskiej w ramach Rzeczypospolitej – zburzone wtedy, gdy nie stało nam już energii. Czy to są mity, czy akurat odwrotnie? I dlaczego podrozdziały Pola wielkich bitew czy Sanktuaria muszą się mieścić w rozdziale Mit Kresów? Czy jest coś dziwnego w tym, że na tej bogatej (zbyt bogatej!) historii narosła cała romantyka Okopów Świętej Trójcy?
Stanowczo wolimy część fotograficzną albumu i za nią serdecznie dziękujemy Autorom i Wydawcom.

• Ukazała się nowa książka Lwowska szkoła matematyczna, autorstwa Romana Dudy (Wrocław 2007). Autor omawia tę słynną znaną na całym świecie szkołę z punktu widzenia zarówno historiografii Lwowa, jak i historii nauki. Osiągnięcia nauki lwowskiej były przez długie lata ze względów politycznych celowo przemilczane, obecnie pojawia się coraz więcej prac dotyczących życia naukowego, politycznego, społecznego Lwowa oraz osiągnięć polskich naukowców. W przypadku lwowskiej szkoły matematycznej jednym z celów opracowania stała się również próba oceny wpływu, jaki wywarła ona na matematykę w Polsce i na świecie.
Omawiana w książce tematyka nie została jeszcze w pełni przebadana i opracowana w formie zwartej monografii, praca ta jest więc próbą wypełnienia owej luki. W oparciu o wydane dotychczas wspomnienia, opracowania oraz prace matematyków, autor zrekonstruował dzieje szkoły z lat 1920–40. Prześledził je od momentu powstania katedry matematyki na Uniwersytecie Lwowskim w 1744 r., poprzez rok 1871, kiedy katedrę objął Wawrzyniec Żurka, po nim Józef Puzyna, a następnie Wacław Sierpiński, aż do jej upadku z wybuchem II wojny światowej.
Książka podzielona jest na siedem części. W pierwszej autor omawia kontekst historyczny, w jakim pojawiła się szkoła, w drugiej i trzeciej jej rozkwit i osiągnięcia – na ten okres „złotych lat” szkoły położył największy nacisk; w czwartej – upadek i zagładę, w piątej – jej znaczenie. Opisał proces formowania się środowiska matematycznego po I wojnie, studia i studentów matematyki, prace wydawnicze (czasopisma, monografie), powstanie Polskiego Towarzystwa Matematycznego, a także życie towarzyskie, związane głównie z Kawiarnią Szkocką. Nakreślił barwny obraz życia lwowskich matematyków, przedstawił ich pracę naukową, dydaktyczną, życie codzienne, przeplatając wspomnieniami i anegdotami. Szczególnie zaakcentowane zostały takie postacie, jak Stefan Banach, Hugo Steinhaus, Stanisław Mazur, Wacław Sierpiński.
Książka napisana jest prostym, przystępnym i zrozumiałym językiem, nie analizuje dokładnie zawiłości matematycznych, lecz koncentruje się na historycznym aspekcie nauki rozwijanej we Lwowie. Stanowi więc interesującą lekturę zarówno dla miłośników tematyki lwowskiej o humanistycznych inklinacjach, jak też umysłów ścisłych, zainteresowanych dziejami nauki. (KC)

• Dwaj profesorowie, Zbigniew Olesiak (Warszawa) i Zbigniew Engel (Kraków) wydali książkę o wybitnym profesorze, którego życie i działalność związały się w dużej mierze ze Lwowem, choć z urodzenia lwowianinem nie był, a późniejsze lata związał głównie z Warszawą: Maksymilian Tytus Huber (Wydawnictwo Instytutu Technologii Eksploatacji PIB, Radom 2006). Bogato ilustrowany życiorys Profesora, opowiedziany na tle rodzinnym i naukowym – głównie z czasów lwowskich – zamieszczamy w dziale Sylwetki. Drugą połowę książki zajmuje spis niemal 250 prac naukowych Hubera, a następnie reprinty jego najważniejszych dzieł.

• Maria Jolanta Szczepańska spisała wspomnienia Michała Fiałkowskiego rodem z podlwowskiej Biłki Szlacheckiej pt. Zawiła droga z Biłki Szlacheckiej do Strzelec Opolskich – wspomnienia (Opole 2006). Szersze omówienie tej książki zawarte jest w artykule Jerzego Dudy w tym numerze CL, pt. O Biłce Szlacheckiej i Biłczanach.

Warto przy okazji przypomnieć, że w 1996 r. ukazała się monografia „bliźniaczej” wsi – Biłki Królewskiej, napisanej przez Władysława Łukaszyńskiego. Może p. Szczepańska – dobrze, jak sądzimy, wprowadzona w problematykę Biłki Szlacheckiej, zechciałaby analogiczną monografię o niej napisać? A może już pisze?

• Do serii opowieści o miejscowościach, które znikły z powierzchni ziemi po zbrodniczych akcjach UPA, dołączyła ostatnio (brak roku wydania, można się jedynie domyślać, że po 2004 r.) książeczka pt. Stanisłówka. Wspomnienie o rodzinnej ziemi, składająca się z kilku wspomnień dawnych mieszkańców wsi, a zebranych przez ks. Władysława Szeremeta.
Polska wieś Stanisłówka leżała w gminie Mosty Wielkie (powiat żółkiewski), nad rzeczką Świnią. Na marginesie: w pobliżu Stanisłówki leży wieś Strzemień, w której urodził się o. Adam Studziński.
Z opowiadań dowiadujemy się o dramatycznych przejściach mieszkańców Stanisłówki. Część została wywieziona przez sowietów do Kazachstanu. W czasie okupacji niemieckiej Ukraińcy parokrotnie podchodzili pod wieś, największa jednak akcja miała miejsce 16 kwietnia 1944 r. Szczęśliwie doszło do obrony ludności przez oddział AK, nie udało się jednak uratować zabudowań wsi, które spłonęły do szczętu.
Niektóre opowiadania dają opisy tragicznych losów wywiezionych na „nieludzką ziemię”, inne relacjonują wyjazd ze wsi i osiedlenie na ziemiach zachodnich (nie pomijając goryczy przeżywanej w nowym „miejscu na ziemi”, wśród mało życzliwej ludności autochtonicznej).
Na koniec – odwiedziny w opuszczonej ziemi, postawienie krzyża na miejscu pochówku zabitych mieszkańców i poległych żołnierzy AK. Okazały pomnik udało się wystawić w Warszowicach na Górnym Śląsku, gdzie trafiła część ekspatriantów ze Stanisłówki.
Krzysztof Chachaj (KC), Stefan S. Łukowski, Danuta Trylska-Siekańska (DTS)


Z górnej półki
Przypominamy Czytelnikom, że jako tytuły „z górnej półki” traktujemy książki dawno wydane – przed kilkudziesięciu laty, a jeśli dostępne, to rzadko – w antykwariatach. Celem ich omówienia na naszych łamach jest utrwalenie ich w naszej pamięci oraz zwrócenie uwagi na ciekawe treści lub fragmenty.

Licząca 32 strony broszurka autorstwa Aleksandra Czołowskiego pt. Jan III i miasto Lwów (wyd. Gmina Król. Stoł. Miasta Lwowa, Lwów 1929) ukazała się w 300. rocznicę urodzin króla (17 sierpnia 1629). Na początku przedstawiono w skrócie życiorys króla, mającego w żyłach krew bohaterów, obrońcy, a zarazem mściciela swego kraju i narodu. Już jako dwudziestoletni młodzieniec odznaczył się w wojnach kozackich, w r. 1652 utracił brata Marka w bitwie pod Batohem. Walczył pod dowództwem Czarnieckiego, a po jego śmierci (1665) został hetmanem polnym i wielkim marszałkiem koronnym. Genialny wódz, zwycięzca licznych wojen z potęgą turecką, oswobodziciel Wiednia przed niechybną zagładą.
Pod koniec życia doznaje gorzkiego zawodu od tych, którzy mu swój los i ocalenie zawdzięczali – Austrii i Świętego Przymierza, traci Smoleńsk i Kijów, wschodnie bastiony Rzeczypospolitej.
Jednak do dziś jego postać pozostaje ozdobą historii Polski.
Postać ta posiada liczne związki ze Lwowem. Już ojciec Jana, kasztelan krakowski, miał tutaj swój dwór i był popularny wśród mieszczaństwa lwowskiego. Przebywając we Lwowie mieszkał we własnej kamienicy i – gdy stąd pisał – używał zwrotu u nas we Lwowie. Kościoły lwowskie otrzymywały od niego wota za wyleczenia z chorób i obrażeń.
Król Jan Sobieski jako wódz wiązał swe myśli i działania ze Lwowem. W r. 1672, kiedy nawała turecko-tatarska ciągnęła na Lwów, znalazł jeszcze czas, by wpaść do miasta i udzielić rad odnośnie do obrony. Po chocimskim zwycięstwie w 1673 r. wkroczył uroczyście do miasta, witany przemowami przez burmistrza i radnego. Pięć miesięcy później, wybrany na króla, uwalnia miasto od podatków królewskich na lat 10 za okazaną wierność, mężność i dzielną obronę.
Układając plany wojenne, zwracał szczególną uwagę na strategiczne położenie Lwowa i pilnował osobiście, by wznoszono tu najbardziej nowoczesne fortyfikacje, wedle stanu wiedzy wojennej z końca XVII wieku Po utracie Kamieńca Podolskiego Lwów miał przejąć jego strategiczną rolę.
I tak pod murami Lwowa 24 sierpnia 1675 dokonano największego pogromu licznych wojsk tatarskich, wzmacnianych przez tureckie. 180-tysięczna armia turecko-tatarska została pokonana przez wielokrotnie mniej liczną armię polską. Opisy tej nieprawdopodobnej bitwy rozeszły się po całej Europie (grupa Francuzów walczyła po stronie polskiej), wywołując zachwyt.
Lwów był ocalony i obdarowany łaskami królewskimi. Sejm koronacyjny w 1676 r. potwierdził wszystkie przywileje miasta od najdawniejszych czasów, pisząc, że miasto zasłużyło na wiekopomną sławę i szczególniejszą łaskę.
We wszystkich wyprawach wojennych Jana III, odbywających się – jak wiadomo – na wschodzie, Lwów jest ośrodkiem działań. Dla rannych i chorych żołnierzy król utrzymuje własnym kosztem szpital na Łyczakowskim Przedmieściu. Szpital ten, z herbem królewskim nad bramą, istniał jeszcze w 1929 r.
Osoba króla miała duże znaczenie w życiu miasta, w godzeniu sporów, rozpoznawaniu trudnych spraw, opiece nad wdowami i sierotami. Także szkolenie wojskowe miało tu specjalny wymiar, w tym ćwiczenie w strzelaniu z muszkietów i dział.
Dwór królewski wszelkie swoje sprawy załatwiał we Lwowie, dotyczyło to także opieki lekarskiej.
We Lwowie mieszkali liczni przyjaciele króla z wypraw wojennych i ze sfery duchowej, w tym zakonnice: rodzona siostra Anna i ciotka Dorota Daniłowiczówna, które często odwiedzał.
Lwów często spełniał w czasie panowania Sobieskiego obowiązki stolicy Polski, goszcząc polityków swoich i obcych. M.in. tutaj odbyło się w r. 1686, w imię postanowień politycznych europejskiego Świętego Przymierza, zaprzysiężenie oddania Moskwie ziem zadnieprzańskich z Kijowem i Smoleńskiem w zamian za obiecywaną (a niespełnioną) pomoc w zniszczeniu Turcji. Sprawa ta stała się ościeniem w sercu króla.
Po raz ostatni przebywał król we Lwowie z rodziną i dworem w r. 1694, później – osłabiony chorobą i gnębiony niepomyślnym obrotem spraw politycznych, zamieszkiwał tylko w Wilanowie. Stamtąd śledził w 1695 r. odparcie od granic Lwowa wielkiego najazdu tatarskiego. Kazał sobie opisać szczegółowo przebieg walki.
Utrzymywał też korespondencję ze wszystkimi swymi przyjaciółmi we Lwowie, gdzie też modlono się gorąco o jego zdrowie. Zmarł w 1696 r. w wieku 67 lat, pozostawiając we Lwowie na ponad 200 lat pamięć o sobie, żywioną przez wiele pokoleń.

Jeszcze dziś w zabranym Polsce Lwowie szanowanym zabytkiem jest Kamienica Królewska z wieloma pamiątkami. Pomnik króla, wzniesiony w 1898 r., przewieziony został po II wojnie światowej najpierw do Wilanowa, potem do Gdańska.
Jacek Walczewski