Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Barbara Litwiniukowa, O KSIĘDZU TADEUSZU I MUZYCE

Ludzie, którzy znali księdza Tadeusza Fedorowicza, świadomi byli jego trzech „założeń życiowych”, przez niego samego określonych i później zrealizowanych, a mianowicie: służba Ojczyźnie – to lata spędzone w wojsku, studia prawnicze – to spełnienie planów rodzinnych, stan kapłański – to własna potrzeba i zadanie. Stawiam jednak pytanie: czy ktoś słyszał i wie cokolwiek o takiej zdaje się marginalnej sprawie: jak wyglądało księdza Tadeusza wykształcenie muzyczne? I choć to może brzmi niepoważnie, bo ja sama też niewiele o tym wiem, podejmuję jednak teraz ten temat z takich oto powodów.
Kiedyś w późnych latach 90. minionego stulecia na jednym z naszych kazachstańskich spotkań w Laskach, w pokoju księdza, wspominaliśmy nasze lwowskie lata szkolne i wtedy ja wymieniłam znaną mi muzyczną szkolę z ulicy 29 Listopada. A ksiądz Tadeusz radośnie wykrzyknął: Ależ ja chodziłem do tej szkoły, mieszkałem wtedy blisko, na tej samej ulicy u Babci Julii, a w ogrodzie wilii stała figura Matki Boskiej!
To było wszystko, czego się wtedy dowiedziałam. Niestety nie zadbałam potem dostatecznie o uzyskanie jakichś innych szczegółów, gubionych coraz bardziej w słabnącej pamięci naszego Jegomościa. Po latach więc, jak zwykle z dużym opóźnieniem, postanowiłam przypomnieć i naświetlić jakby tło tych faktów, bo uczestnicy i świadkowie już znikają z grona żywych.

Dom w Bukoni, w którym mieszkał Fedorowicz
Zaczynam od małego sprostowania: w książce o księdzu Alim* autorka Barbara Krzysztoń z uroczą nieznajomością topografii miasta Lwowa przemianowała ulicę 29 Listopada na ulicę 11 Listopada! – takiej we Lwowie nie było. Dwukrotnie też podała błędną numerację domu babci Fedorowiczowej – nr 28, a potem raz właściwą, to znaczy 89!
Pozwoliłam sobie na te uwagi, ponieważ tu zaczynają się moje wspólne ślady pamięci z przyszłym księdzem Tadeuszem, mimo tak dużej różnicy wieku.
Otóż rzeczywiście pamiętam taką figurę Matki Boskiej w ogrodzie willi, bo było to tuż przy przystanku tramwajowym dawnej „4”, drugim od końca ulicy, na którym właśnie wysiadałam idąc na lekcje do szkoły muzycznej pani Malwiny Reissówny przy ul. 29 Listopada pod nr 70 (telefon 272-45). I niezależnie od lat, w których się to działo, młody Tadeusz Fedorowicz musiał również z tej strony ulicy przejść na róg ulicy Dunin-
-Borkowskich, by o dwa domy dalej dojść do tej prywatnej szkoły.
Naturalnie nie udało mi się obecnie ustalić dokładnie, kiedy tam chodził, jak długo, kto go tam i czego uczył – ale czyż nie warto puścić trochę wodzy fantazji i wyobrazić sobie, jak wchodzi przez tę samą ciężką drewnianą furtkę, obrośniętą – tak jak i całe ogrodzenie z brązowych sztachet – gęstym dzikim winem, i idzie kilka kroków jasnym chodnikiem, trochę jakby pod górkę, do dużego, parterowego domu, w dużym ogrodzie.
Ale uważajmy, bo pod oknami wśród zaniedbanych klombów leży wygrzewający się nieduży jasny, ale złośliwy pies, często straszący ostrym szczekaniem wszystkie wchodzące dzieci – to stary Bemol, wierny stróż domu, z dowcipnie wybranym imieniem.

Ks. Tadeusz Fedorowicz z uczennicami i uczniem w Bukoni, 1942
Nie mogę powstrzymać się w tej chwili od małej dygresji: kiedyś jako harcerka na obozie, gdzieś nad Dniestrem, broniłam się przed atakiem dworskich psów, też zabawnie nazwanych – Hałas i Awantura.
Ale kontynuujmy nasze poznawanie szkoły muzycznej. Wstępujemy po kilku schodkach do oszklonej werandy, potem do dość ciemnego przedpokoju z dużym zniszczonym już lustrem, skąd wybrany tylko uczeń mógł wejść na lewo do elegancko urządzonego saloniku pani Dyrektor. Może to właśnie młody uczeń Tadeusz siadał z tremą do fortepianu, czarnego playela, a poważna właścicielka tej szkoły, z małego krzesełka obok, śledziła i czasem dość ostro krytykowała jego błędy i zaniedbania w przygotowanej lekcji.
W moich już czasach na początku lat 30. pani Malwina Reissówna była starszą, poważną i budzącą duży respekt damą, zawsze na czarno ubraną, z aksamitką na szyi. Bardzo energicznie prowadziła sama całą organizację szkoły, dobierała kadrę nauczycielską, ustalała wysokość czesnego. Jej prywatnym domem był tylko sąsiedni pokój, gdzie mieszkała też jej ułomna siostra, prowadząca gospodarstwo, zawsze bardzo dyskretna i mało widoczna. Obok była ciemna mała łazienka, z której wszyscy­śmy korzystali.
Z przedpokoju można było pobiec schodkami na tak zwaną „górkę”, gdzie w 2 mansardowych pokojach przy pianinach odbywały się codziennie lekcje, a czasem można było samemu poćwiczyć. I trochę przeszkadzaliśmy sobie tym bliskim graniem.
Wracamy na parter i na prawo wchodzimy znów do dużego pokoju z kominkiem i fortepianem, gdzie całymi dniami
i godzinami uczyły się dzieci i młodzież pod kierunkiem kilku pań nauczycielek. Pamiętam panią Janinę Piątkowską, szczupłą i nerwową, panią Nusię Klimowiczównę, łagodną i wyrozumiałą, eleganckie i przystojne panie Marię Kurkiewicz i Marię Haczewską. Może młodym Tadeuszem zajmowała się pani Zofia Kruszyńska, najstarsza już wtedy, poważna i wymagająca. Prowadziła też lekcje harmonii i kontrapunktu.
Obok był następny, ciemny, bo środkowy – pokój z pianinem, a dalej bardzo duży i jasny salon z fortepianem, gdzie odbywały się co roku końcowe egzaminy gry na fortepianie, w obecności specjalnej komisji. Przewodniczyła jej zwykle siwowłosa pani Maria Krauzowa o surowej twarzy. Jej ocen i stopni wszyscy uczniowie wielce się bali. Spocone palce chłodziliśmy w malutkiej, nieużywanej kuchence za salą.
W tymże salonie, na ładnym parkiecie, miały swe miejsce lekcje rytmiki. Chłopców na nich nie pamiętam. Myśmy ćwiczyły w specjalnych ciemnych tunikach i w lekkich pantoflach. Zaczynało się od najprostszego chodzenia w takt muzyki, aż po skomplikowane figury i skoki w dużym kole i w różnych układach. Zajęcia te cieszyły się wielką popularnością, z różnych stron miasta matki posyłały tu dzieci, by wyrobiły sobie wdzięczną postawę i lekki sposób chodzenia. Rytmikę prowadziła bardzo lubiana, smukła i giętka pani Janina Strzemboszówna, ze znanej po wojnie w Warszawie rodziny Adama i Tomasza Strzemboszów.
Coraz mi trudniej w tym wszystkim znaleźć jakieś miejsca czy współudział dla młodego przedstawiciela rodziny Fedorowiczów – równocześnie ucznia IV klasycznego gimnazjum o bardzo dobrej opinii, gdzie złożył egzamin dojrzałości w 1925 roku.
Ale czyż nie byłoby mu miło czuć się także, choć na krótko, uczniem takiej szkoły muzycznej, która potrafiła urządzać coroczne popisy swoich uczniów aż w Wielkim Teatrze we Lwowie, na tej wspaniałej scenie i w tym słynnym wnętrzu, z piękniejszą od krakowskiej kurtyną Henryka Siemiradzkiego, jak twierdzili zawsze lwowiacy!
Miałam zaszczyt dwukrotnie występować na tych deskach w wieku lat 8 i 10, jako kwiatek i wojownik z tarczą, w kostiumach domowej produkcji. Jeszcze więc trochę pamiętam, ile w tym było starań, a potem radości i satysfakcji dla wszystkich.
Teraz, wyjdźmy je­szcze przez mały taras z salonu do ogrodu. Młody, radosny i wygimnastykowany Tadeusz na pewno pobiegłby zaraz do huśtawki, dużej i mocnej, na której można było i na stojąco wysoko się unosić. Panienki zaś lubiły zajadać rosnące obok rajskie jabłuszka, kiedyś wieszane w grudniu na drzewku – czyli choince. Ściana pachnącego bzu zasłaniała ogród warzywny, ale obok znajdował się jeszcze drugi dom, zwany z francuska Chomierą. Był własnością trzeciej siostry, pani Sochowej. Bardzo przystojna, wysoka, zawsze miła i uśmiechnięta, również z aksamitką na szyi – prowadziła też grupkę swoich muzycznych uczniów. Jej córka Hanka Soszanka, z dużą grzywą blond włosów, tolerowała przyjaźnie naszą obecność w pobliżu.
Do ich domu z szeroką sienią zaglądałam czasem – głównie dla niezwykłej kolekcji cudownie barwnych południowoamerykańskich motyli. Przywiózł ją stamtąd po jakichś swoich wędrówkach syn Leszek, kolega z Politechniki mego brata. Obaj byli rówieśnikami Tadeusza Fedorowicza, więc w tamtych latach dwudziestych jeszcze tych motyli tam nie było – a szkoda, bo na pewno bardzo by mu się podobały.
Wiadomo też ogólnie, że młodzi ludzie owych czasów wiele godzin spędzali na kortach, grając z zapałem w powszechnie wówczas modny tenis. Również młody Tadeusz często o tym wspomina w swoich listach do przyjaciół. Przypuszczać więc można, że już dawno wtedy zmienił lekcje gry na fortepianie na towarzyskie zabawy z rakietą.
Wybuch wojny w 1939 roku i kolejne okupacje zniszczyły obraz tamtego świata. W mieście naszej młodości nie istnieje już wspólna parafia w kościele św. Marii Magdaleny, gdzie ksiądz Tadeusz Fedorowicz – po studiach prawniczych, po służbie wojskowej i teologii, odprawił 29 czerwca 1936 roku swoją prymicyjną mszę świętą.
Nie istnieje już Zakład św. Łazarza dla ubogich przy ulicy Kopernika, nad którym krótko sprawował opiekę w roku 1940, po usunięciu z niego przez okupacyjne władze zasłużonego księdza Michała Rękasa, wieloletniego wcześniej proboszcza na Kulparkowie, a zaprzyjaźnionego serdecznie z moją rodziną. Wspominaliśmy go potem wspólnie i miło w Kazachstanie.
Nie jest też już świątynią rzymskokatolicką niewielki kościółek św. Józefa na ulicy Dunin-Borkowskich, dokąd chodziła prawdopodobnie rodzina Fedorowiczów z pobliskiej ulicy 29 Listopada. Nigdy też nie zapomnę tej wielkanocnej w nim rezurekcji – ostatniej dla mnie we Lwowie, gdy ogólny, straszny szloch utrudniał wyśpiewanie pieśni Wesoły nam dziś dzień nastał.

Na zakończenie jeszcze jednym wspomnieniem wrócę do muzycznej szkoły pani Malwiny Reissówny. Otóż w kwietniu 1940 roku, po wywozie ze Lwowa, znaleźliśmy się całą rodziną w tymże Bukoniu, dokąd 2 lala później dojechał ksiądz Tadeusz, kapitan Armii Andersa, w mundurze, ten przyszły duszpasterz Sybiraków, jak go potem nazwał papież Jan Paweł II.
Była tam mała poczta, dzięki której docierał do nas ratunek z kraju – to później pięknie opisała w swoich wierszach Ludka Kownacka – ale nie doszedł tam wyczekiwany przez księdza Tadeusza wyzew ze sztabu w Jangii Julu, po którego otrzymaniu jego Drogi Opatrzności** potoczyłyby się zgoła inaczej.
Na tej samej poczcie odebrałam kiedyś na moje imię i nazwisko adresowany przekaz na sumę 100 rubli od dawnej pani Dyrektor szkoły muzycznej z ulicy 29 Listopada. Widać dowiedziała się o naszych losach i tak zareagowała. Pamiętam swoje zaskoczenie i wielką radość. Ten czerwony, okropny banknot długo broniłam jak jakiś skarb przed rozmienieniem go na prozaiczne codzienne potrzeby.
I to był ostatni mój kontakt z tą szkołą i jej właścicielką. Niestety dalsze ich dzieje są mi zupełnie nieznane. Może gdzieś, kiedyś znajdzie się jeszcze jakieś „umuzykalnione” lwowskie dziecko i dopisze smutne zakończenie tych wojennych lat.
Proszę mi darować, że ośmieliłam się przedstawić te dowolne ciągi skojarzeń, pomysłów i przypuszczeń, tak jak i nadmiar osobistych wątków i wspomnień, ale pragnęłam choć trochę ocalić od zapomnienia to, cośmy wtedy i tam przeżywali, rzeczy przeszłe i przepadłe, czyli po prostu naszą młodość, która dawno minęła.
Ksiądz Tadeusz wielokrotnie namawiał mnie do spisania moich wspomnień – naturalnie myślał o Kazachstanie – sam zrobił to, jak wiemy, najlepiej – więc ja teraz wolałam przypomnieć te wcześniejsze, mgliste już nasze dzieje, tę przekreśloną naszą „lwowską szczęśliwość”.
I na koniec posłużę się jeszcze tytułem książki dobrze znanego Laskom czcigodnego autora pana Michała Żółtowskiego To wszystko działo się naprawdę – tylko kto o tym jeszcze choć trochę pamięta?

Pisane VIII–IX 2007

* Ksiądz Ali – Aleksander Fedorowicz, brat ks. Tadeusza, kandydat do chwały ołtarza.
** Omówienie książki ks. Tadeusza Fedorowicza Drogi Opatrzności zamieścimy w następnym numerze.

BARBARA BÖHM, zam. LITWINIUKOWA, ur. 1921 we Lwowie. Tamże ukończyła szkołę powsz. im. Żółkiewskiego oraz gimnazjum i liceum im. Królowej Jadwigi. Równocześnie uczęszczała do szkoły muzycznej M. Reissówny.
13 kwietnia 1940 wywieziona wraz z rodziną do Kazachstanu. W miejscowości Bolszaja Bukoń (Semipałatyńska obł.) przebywała do 1945. Jej ojciec tam zmarł, brat zginął w Charkowie. W szkółce utworzonej przez zesłańców po układzie Sikorski–Majski uczyła polskie dzieci. W 1943 została uwięziona na 6 miesięcy za odmowę przyjęcia paszportu sowieckiego.
Po powrocie do kraju zdała maturę w Toruniu oraz ukończyła studia historyczne i etnograficzne na tamt. uniwersytecie. 1950–52 pracowała w bibliotece w Gdańsku, a po zamążpójściu w Bibliotece Uniwersyteckiej w Warszawie 1956–87.
Przez ponad 20 lat organizowała w Laskach k. Warszawy spotkania bukoniaków z ks. Tadeuszem Fedorowiczem, który od 1942 przebywał w Bukoni.