Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Jerzy Wolański, Z DZIEJÓW GRZYMAŁOWA (1)

Historia naszego miasteczka jest, nie ma co ukrywać, mało znana. Niewielka mieścina, która malow­niczo rozsiadła się na łagodnym zboczu równie niewielkiej rzeki Gniły, nie od­grywała nigdy jakiejś znaczącej roli w dziejach dawnego województwa ruskiego, czy choćby tylko w dziejach Ziemi Halickiej. I jako taka nie doczekała się niestety jakiegoś poważniejszego opracowania monograficznego. Szczerze mówiąc, materiałów do takiej monografii jest niewiele. Co więcej, większość źródeł – z oczywis­tych względów – jest obecnie trudno dostępna. Stąd też podjęta tu próba omówie­nia dziejów Grzymałowa nie może pretendować do wyczerpującej i kompletnej jego historii. Jest raczej zbiorem faktów bezspornych oraz wielce prawdopodobnych, dotyczących losów tego miasteczka.

Niewiadomy jest czas powstania Grzymałowa. Stwierdza to monumentalny Słow­nik geograficzny Królestwa Polskiego, dodając jednocześnie uwagę, że początkami swymi sięga on podobno okresu panowania Władysława Jagiełły. Podobno, czyli nie na pewno. O Grzymałowie milczą zupełnie Akta Grodzkie i Ziemskie z XV i XVI wieku. Najdawniejsza wzmianka o miasteczku pochodzi z 1500 r. Jako cie­kawostkę odnotować należy fakt, że osada Bucyki, stanowiąca dziś przedmieście Grzymałowa, może poszczycić się znacznie starszą „metryką” niż samo miasteczko. Pod imieniem bowiem „Buczikov” wzmiankowana jest już w 1422 r.
Powstanie zamku w Grzymałowie większość dostępnych źródeł zgodnie na ogół wią­że ze znaczącą w Ziemi Halickiej rodziną Ludzickich herbu Grzymała i osadza na przełomie XVI i XVII wieku. Natomiast grzymałowska kronika parafialna nieco od­miennie przedstawia okoliczności budowy zamku. Spisywana w I połowie XIX wieku przez lokalnego proboszcza ks. Erazma Żyburta, kronika ta podaje, że budowę zamku miał jakoby rozpocząć w 1590 r. nieznany bliżej szlachcic o nazwisku Grzymała. Prace przy budowie zostały ponoć przerwane na skutek najazdu tatar­skiego. Być może więc Ludziccy jedynie dokończyli budowy zamku, rozpoczętą przez owego Grzymałę. Nazwa miasteczka pochodzi niemal na pewno od herbu, jakim pieczętowali się Ludziccy, a nie od owego pół-mitycznego Grzymały z kroniki parafialnej.
Współczesne losy tego ciekawego dokumentu po 1915 r. nie są znane. Dysponuję jedynie nielicznymi wypisami z Kroniki, dokonanymi przez grzymałowskiego or­ganistę, pana Wrońskiego, na prośbę mojej matki w 1943 r. Należy przyjąć, że wspomniana Kronika wraz z innymi ważnymi dokumentami parafialnymi została wywieziona z Grzyrnałowa w 1945 r. przez ówczesnego proboszcza ks. kanonika Ja­na Kruczkiewicza. Mam tu oczywiście na myśli akcję znaną pod nazwą „repatriacji”, choć bliższym chyba prawdy byłoby określenie jej mianem „ekspatriacji”. Taki to dramatyczny wyraz dla mieszkańców Grzymałowa miał ów wspomniany rok 1945. Podję­te przeze mnie przed kilku laty próby ustalenia losów grzymałowskiej Kroniki parafialnej niestety zakończyły się fiaskiem. A może przypadkiem ktoś mógłby przyczynić się do wyjaśnienia tej zagadki?

Zamek w Grzymałowie. Zdjęcie sprzed II wojny


Zamek, położony w północnej części miasteczka na wzgórzu nad stawem na rzece Gniłej, był murowanym budyn­kiem cztero­skrzydłowym. Zbudowany był z kamienia i cegły na rzucie prostokąta zbliżonego do kwadratu, z sześciobocznymi basztami na narożach i mostem zwodzo­nym od strony wschodniej. W baszcie południowo-wschodniej mieściła się zbrojow­nia, a w południowo-zachodniej – kaplica. W tej kaplicy w roku 1520 pochowana zosta­ła Barbara z Kopystyńskich Ludzicka, urodzona ok. 1540, wdowa po Mikołaju Ludzickim, wojskim halickim. Fundatorem nagrobka był syn zmarłej Olbracht Ludzicki, wojski trembowelski, który po bezpotomnej śmierci brata Macieja został w 1627 r. kolejnym dziedzicem Grzymałowa.
Z owym Olbrachtem Ludzickim zaciętą wojnę sąsiedzką prowadziła słynna z gwał­townego charakteru i licznych „zajazdów” Anna z Łahodowskich Małyńska, dziedziczka niedalekiej Kałaharówki nad Zbruczem. Mając jakieś pretensje majątkowe do Olbrachta, skorzystała z jego nieobecności, osobiście „zajechała” dobra Ludzickiego i przemocą wtargnęła do zamku grzymałowskiego. Wywiązała się, mówiąc językiem młodzieżowym, ostra „zadyma”, w której śmierć poniósł jeden ze sług zamkowych. Nie poprzestając na tym, krewka niewiasta wyrządziła jeszcze, niejako przy okazji, poważne spustoszenia nie tylko w samym miasteczku, lecz również w innych pobliskich włościach Ludzickiego: Kucykach, Hlibowie i Ostapiu.
Ale na miasteczko spadać miały nieporównanie większe klęski i nieszczęś­cia niż te spowodowane wojowniczymi poczynaniami dziedziczki Kałaharówki. Nad Grzymałowem, tak jak i nad innymi miastami i siołami Rusi Czerwonej, wisiała bo­wiem stale, jak „miecz Damoklesa”, groźba ze strony nieprzyjaciół Rzeczypospoli­tej różnej maści: Turków, formalnie podporządkowanych im Tatarów czy wreszcie – Kozaków.

Wojny tureckie ciągnęły się z przerwami przez XVI, a zwłaszcza XVII wiek, do­prowadzając w wyniku haniebnego „traktatu buczackiego” z 1572 r. do trwającej nie­mal przez 30 lat okupacji znacznych obszarów Rzeczypospolitej wraz z Kamieńcem Podolskim. Między innymi pod okupacją otomańską znalazły się tereny, odpowiadające południowo-wschodniej części województwa tarnopolskiego sprzed 1939 r., a konkretnie powiaty: borszczowski, zaleszczycki, czortkowski, a częściowo także buczacki i kopyczyniecki. A zatem Grzymałów uniknął jarzma tureckiego.
Nas najbardziej interesuje wyprawa z 1675 r., kiedy to ogromna armia turecka pod wodzą zięcia samego sułtana, Ibrahima Szyszmana paszy, wspierana przez liczne czam­buły tatarskie, wkroczyła na ziemie czerwonoruskie. Kolejno pada szereg zamków, a mianowicie: Toki, Skałat, Grzymałów, Budzanów, Janów, Tarnopol, Mikulińce, Zbaraż, Podhajce, Zawałów. Ibrahim Szyszman zamierzał zakończyć wyprawę „mocnym akcentem” w postaci zdobycia twierdzy w Trembowli. Na szczęście los pokrzyżował mu plany. Sprzymierzeni Tatarzy ponieśli dotkliwą klęskę w okolicach Lwowa. Co więcej, po 14 dniach niezwykle zaciętych ataków tureckich stosunkowo szczupła załoga zamku trembowelskiego, wprawdzie ostatkiem już sił, ale nadal mężny stawiała opór. Zniechęcony prze­dłużającym się oblężeniem, a na domiar zagrożony manewrem oskrzydlającym wojsk koronnych i litewskich, dumny pasza pośpiesznie zwinął obóz i wraz z całą armią uszedł na tereny wcześniej już okupowane przez Portę Otomańską.
Zgoła inny charakter miały najazdy tatarskie. Odznaczały się one daleko większą częstotliwością, rozleglejszym zasięgiem i – choć powodowały niewyobrażalne wprost straty w ludziach i mieniu – nie prowadziły do okupacji kraju. Były wyprawami prze­de wszystkim łupieskimi, nastawionymi na zagrabienie jak największej ilości łupów, a także na pojmanie i uprowadzenie w łykach jak największej liczby ludzi. Że ów jasyr był dla tatarskiego łupieżcy intratnym procederem, widzimy na przykładzie osobistego dramatu znanego już nam Olbrachta Ludzickiego, dziedzica grzymałowskiego. Otóż dowiadujemy się, że z uwagi na zasługi Ludzickiego dla kraju – Sejm Rzeczypos­politej wyasygnował znaczną na owe czasy, a zwłaszcza na świecący pustkami skarb państwa, sumę 2500 złotych węgierskich (czyli dukatów) na wykup jego żony i dzieci z rąk Ordyńców.
Na przełomie XVI i XVII wieku historycy doliczyli się niemal 170 łupieskich najazdów o zróżnicowanym potencjale i zasięgu. Nieustannie powtarzanymi wy­prawami Tatarzy zdołali „wydeptać” sobie 3 tradycyjne szlaki, którymi zwykli wdzie­rać się w głąb Rzeczypospolitej. Jeden z nich, zwany szlakiem kuczmańskim, wiódł na Lwów m.in. przez Grzymałów, Trembowlę, Zborów i Złoczów. Nikt już nie zliczy, ile tym szlakiem przetoczyło się hord spod znaku Półksiężyca ani ile grabieży, po­żóg, gwałtów, mordów czy też uprowadzeń ludności w jasyr widownią były miejscowości położone na szlaku. Na każdym niemal kroku historia miałaby co opowiadać. Nie potrzeba daleko szukać. Pamiętam, że w najbliższym sąsiedztwie Grzymałowa, we wsi Hlibów, widziałem przed 1939 r. niewielki kamienny krzyż. Czytelny jeszcze napis na nim głosił: Dnia 20 April 1507. Tu leży Jakub Kozielski z dziewicą swą Dorotą. Lokalna ustna tradycja głosiła, że Jakub i Dorota byli nowożeńca­mi, zabitymi przez ordyńców, gdy wracali ze ślubu. Czy ów pamiątkowy krzyż z Hlibowa jeszcze istnieje, nie wiem.
W XVII wieku częstotliwość najazdów tatarskich, pustoszących ziemie wschodnie Rzeczypospolitej, dramatycznie wzrasta. Dochodzi do tego, że zdarza się ich kil­ka w ciągu jednego roku. Zrozumiałą reakcją na ten stan rzeczy był wzmożony wysiłek fortyfikacyjny na zagrożonych terenach. W okresie tym powstaje bardzo wiele nowych zamków i zameczków obronnych, w ich liczbie Grzymałów, Skałat, Touste czy Husiatyn. Ponadto Polacy umacniają i fortyfikują różne obiekty: miasta, a nawet wsie, magnackie siedziby i skromne szlacheckie dwory, wreszcie kościoły, cerkwie, klasztory, a także bóżnice. Fortyfikacje te, mimo że często dość prymitywne, speł­niały na ogół swe zadanie i zniechęcały ordyńców do podejmowania prób zdobywania chronionych przez nie ­obiektów.
Obwarowany był również Grzymałów. Istniał jakiś trudny dziś do odtworzenia system wałów ziemnych, rowów, palisad, wreszcie murów, który miał chronić miasteczko przed nieprzyjacielem. O istnieniu murów świadczy choćby nazwa Zamurze, którą nosi jedna z „dzielnic” miasteczka. Mogły to być mury z łamanego kamie­nia z sąsiednich Miodoborów, podobne do tego, który do ostatniej wojny otaczał kościół dookoła.
Niestety, pomimo tych umocnień nie uszedł Grzymałów smutnemu losowi w latach straszliwej kozackiej zawieruchy, czy jak kto woli – „powstania Chmielnickiego”. Wojny kozackie sprowadziły na Rzecz­pospolitą katastrofę o niewyobrażalnych roz­miarach. W okresie tym Grzymałów, zarówno miasteczko, jak i sam zamek co najmniej dwukrotnie został złupiony i spalony, ulegając srogiemu spustoszeniu. Miało to miejsce kolejno w latach 1643 i 1651. Szczegóły tych kozacko-tatarskich oblę­żeń nie są niestety bliżej znane.

Salon w pałacu grzymałowskim. Zdjęcie sprzed 1914 r.


Czas pożegnać już wiek XVII, który przyniósł naszemu miasteczku tyle nieszczęść i katastrof. Gdzieś u schyłku tego wieku lub na początku następnego Grzymałów wraz z przyległościami, na mocy jakichś układów z domem Ludzickich, przeszedł na włas­ność Adama Mikołaja Sieniawskiego herbu Leliwa. Dokładna data transakcji nie jest znana, wiadomo jedynie, że nowy dziedzic władał już Grzymałowem w 1715 r. Sieniawski należał do czołówki polskiej magnaterii. Był hetmanem wielkim koronnym, a jako kasztelan krakowski był też pierwszym senatorem Rzeczypospolitej. Przymierzał się nawet swego czasu do wakującego tronu elekcyjnego polskiego. Ponadto był panem niezwykle rozległych dóbr, a Grzymałów wiele mu zawdzięczał. Przede wszystkim, nie szczędząc kosztów, hetman gruntownie odrestaurował miejscowy zamek, którego stan po licznych zniszczeniach i doraźnych remontach pozostawiał zapewne wiele do życzenia.
Co więcej, w trosce o podźwignięcie miasteczka, zrujnowanego i wyludnionego wskutek powtarzających się napadów nieprzyjacielskich i częstych pożarów, nadał mu Sieniawski dnia 27 czerwca 1720 r. przywilej na prawo magdeburskie. Przywilej ten dla Grzymałowa jest przykładem tego ograniczonego samorządu, jaki otrzymywały miasta prywatne. Nasze miasteczko wyposażone zostało w burmistrza i radę, jako za­rząd miasta, oraz w wójta i ławę, jako sąd miejski. Na mieszczan nałożony został m.in. obowiązek obrony miasteczka. Odnośny arty­kuł przywileju ma tak charakterystyczne brzmienie, że warto zacytować go do­słownie:
... A iż to miasto w takim kraju i miejscu jest osadzone, gdzie nieprzyjaciel Krzyża świętego czyni insulty, tedy powinni wszyscy mieszczanie, tak chrześcijanie jako i żydzi, na każdy czas niebezpieczny dla potrzeby mieć rusznicę, każdy dwa funty prochu, kul dwie kopy... Nade wszystko starać się mają, aby wały, palisa­dy, mury, parkany, strzelnice około miasta jak najporządniej oprawowali, także
armata do obrony zwyczajna, hakownicami, śmigownicami, prochami, ołowiami opatrzy­li i taki porządek na obronę powszechną raz na zawsze trzymali i zachowali...
Dla ożywienia miasteczka ­przywilej ustanawia 8 jarmarków rocznie: 5 w święta grecko­katolickiego, a 3 w święta rzymsko­katolickiego obrządku. Te ostatnie przy­padały na św. Stanisława, św. Jana Chrzciciela i św. Marcina. Ponadto przywilej utrzymuje dotychczasowe coniedzielne targi.
Pieczęć miejska z herbem miasteczka przedstawia ukoronowanego gryfa, to jest fantastycznego lwa o orlej głowie i orlich skrzydłach, trzymającego w przednich łapach półksiężyc z gwiazdą, czyli Leliwę – herb Sieniawskich. Dodać tu wypada, że oryginalny tłok pieczętny przechowywany był pieczołowicie w grzymałowskim zamku do września 1939 r. Dalsze losy cennej pamiątki nie są znane.
Kolejna zasługa hetmana dla Grzymałowa wiąże się z przeniesieniem do miastecz­ka w 1716 r. parafii obrządku łacińskiego z sąsiedniej wsi Hlibów. W tym miejscu cofnijmy się o lat po­nad sto. A konkretnie do dnia 23 sierpnia 1609, kiedy to ówczesny dziedzic Hlibowa Olbracht Ludzicki erygował w swej wiosce parafię łacińską, wznosząc i wypo­sażając drewniany kościółek pod wezwaniem Trójcy Świętej. W tymże roku, za zezwoleniem arcybiskupa lwowskiego Jana Zamoyskiego, zaczęto odprawiać nabożeństwa.
Czasy były jednak niespokojne. Najazdy tatarskie w latach 1513–1521 w sa­mym tylko dekanacie trembowelskim zamieniły w zgliszcza 12 kościołów i ów kościółek w Hlibowie. Z ustaniem burzy wojennej hetman Sieniawski, bę­dąc już dziedzicem zarówno Grzymałowa, jak i Hlibowa, powziął zamiar wybudowania w miasteczku kościoła. Dokonawszy więc odpowiedniej donacji na rzecz nieistnieją­cego jeszcze kościoła, wyrobił u arcybiskupa lwowskiego Jana Skarbka indult na budowę świątyni w Grzymałowie. Jednocześnie uzyskał Sieniawski zezwolenie arcybis­kupa na odprawianie parafialnych nabożeństw w kaplicy zamkowej, a to do czasu rea­lizacji tej budowy. Do kaplicy został przydzielony proboszcz w osobie ks. Józefa Antoniego Zakrzewskiego.
Ale jak to często w życiu bywa, rozwiązania pomyślane jako prowizorium okazują się nadspodziewanie długotrwałe. Tak też było i z grzymałowską kaplicą zamkową, której przyszło pełnić funkcje kościoła parafialnego przez bez mała 40 lat, a to w związku ze śmiercią hetmana Sieniawskiego w 1725 r. Na nim wygasł ród wielce zasłużony dla Rzeczypospolitej. Jedyna jego córka i spadkobierczyni, Maria Zofia, poślubiając w 1731 r. Augusta Czartoryskiego, wojewodę ruskiego, wniosła kolosalne dziedzictwo Sieniawskich w dom książąt Czartoryskich, panów stosunkowo skromnej dotąd fortuny. Skrupulatni historycy obliczyli, że owe dziedzic­two składało się, ni mniej, ni więcej, z około 30 miast i 700 wsi! Niebagatelnym elementem tej fortuny był klucz grzymałowski, obejmujący 2 miasteczka (w tym Touste) oraz około 30 wsi o najlepszej glebie, słynnym podolskim czarnoziemie.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że pomimo owych bogactw właścicielom naszego miasteczka niespieszno jakoś było do realizacji obietnicy budowy kościoła. Dopiero wnuczka hetmana Sieniawskiego, Izabella z Czartoryskich Stanisławowa Lubomirska, słynna księżna marszałkowa, jak ją współcześni powszechnie nazywali z racji godnoś­ci jej męża, będąc po matce kolejną dziedziczką Grzymałowa, ufundowała w 1752 r. od dawna przyrzeczony kościół pod wezwaniem Trójcy Świętej.
Tragicznie w dziejach Grzymałowa zapisał się dzień 9 maja 1703 r., kiedy to w miasteczku wszczął się fatalny w skutkach pożar. Strawił on wiele domów, zgorzały też 2 cerkwie: św. Praksedy Męczenniczki i św. Pokrowy. Żywioł nie oszczędził i zamku, którego górna kondygnacja uległa ruinie. W czasie restaura­cji obiektu, dokonanej w tym samym roku, zlikwidowano kaplicę w południowo-zachod­niej baszcie. Basztę tę w dolnej kondygnacji przeznaczono teraz na stajnię, w gór­nej zaś – na kuchnię. Ołtarz ze zlikwidowanej kaplicy przeniesiony został do ufun­dowanego przez księżnę marszałkową w 1795 r. kościoła w Kaczanówce, wsi należą­cej do klucza grzymałowskiago. Wkrótce po katastrofie, jaka dotknęła miastecz­ko, bo już w 1805 r., stanęła jej sumptem nowa cerkiew pod wezwaniem Przemienienia Pańskiego. Cerkiew ta zachowała się do dziś.

Rok 1772 zapoczątkował nowy, trudny okres w życiu kraju. Pierw­szy rozbiór odcina na rzecz Austrii ogromne obszary na południu Polski. Zabór austriacki otrzymuje nazwę Królestwa Galicji i Lodomerii, powstałą z przekręconej nazwy dawnego księstwa halicko-włodzimierskiego. Pojawia się nowy podział ad­ministracyjny Galicji, oparty o jednostkę terytorialną, zwaną cyrkułem. Teren od­powiadający województwu tarnopolskiemu sprzed 1939 r. podzielono na 4 cyrkuły: tarnopolski, zaleszczycki, brzeżański i złoczowski. Grzymałów otrzymuje przydział administracyjny do cyrkułu tarnopolskiego.
Traktat pokojowy między Napoleonem a Austrią z 1809 r. przyznał cyrkuły tarno­polski i zaleszczycki Rosji. Tereny te, jako tzw. Kraj Tarnopolski, utworzyły odrębną rosyjską jednostkę administracyjną. Ale okupacja rosyjska tego obszaru nie trwała długo. Już w 1815 r. Kongres Wiedeński przywrócił go Austrii.
Z okresem rosyjskich rządów w Kraju Tarnopolskim wiąże się pewien dramatycz­ny wypadek, który zdarzył się w Grzymałowie. Otóż w 1815 r., gdy w tutejszym zamku kwaterował rosyjski generał, zawaliło się sklepienie w byłej kaplicy i ubiło ludzi służących u generała. O incydencie tym wspomina grzymałowska Kronika para­fialna.
Gdy w 1815 r. zmarła księżna marszałkowa, działu rozległych jej dóbr między sukce­sorów dokonano w roku następnym w Raju pod Brzeżanami. Klucz grzymałowski, prócz innych dóbr, przypadł w udziale słynnej z rozrzutności i olbrzymich długów Konstancji z Lubomirskich hetmanowej Rzewuskiej. Wkrótce lekkomyślna pani Konstan­cja doprowadza swą ogromną fortunę do katastrofy finansowej. Jeszcze w przededniu tej katastrofy snuła hetmanowa plany przebudowy zamku grzymałowskiego w duchu modnego wówczas neogotyku, według planu znanego architekta Jakuba Hempla. Projekt ten nie został zrealizowany, bo już w 1820 r. dobra hetmanowej zostały objęte sekwestrem, a klucz grzymałowski w 1823 r. wystawiony na publiczną licytację. Przy okazji doszło do wielu nadużyć, np. adwokat likwidujący masę upadłościową wziął tytułem honorarium miasteczko Touste i 3 wsie. Ośrodek klucza, czyli sam Grzyma­łów z przyległościami, nabył w 1823 r., podobno znacznie poniżej wartości, bankier wiedeński Leopold Elkan de Skansberg. Pozostawił po sobie pamiątkę w postaci folwarku, który założył na stepie między Grzymałowern a Kluwińcami i od imienia swej córki Eleonory nazwał Eleonorówką.

Ale wiedeński bankier nie czuł się chyba dobrze w roli galicyjskiego ziemiani­na. W marcu 1831 r., Grzymałów wraz z Zamurzem, Mazurówką, Podlesiem, Bucykami i Popławami odkupił od niego Antym Nikorowicz, dziedzic Krzywczyc pod Lwowem, powstaniec 1830 r. Nowy właściciel musiał pomyśleć o siedzibie dla siebie i swej rodziny. Restauracja 4 skrzydeł grzymałowskiego zamku, mocno sfatygowanego i pozbawionego dachu, wydawała się zbyt kosztowna. Stąd też, niestety, zniesiono skrzydła i 2 baszty, pozostawiając skrzydło północne z 2 basztami. Jednocześnie ok. 1840 r. dobudowano od strony wschodniej neogotycką „wie­żę zegarową”, mieszczącą kręcone schody służbowe oraz dużą portykową ga­lerię. W miejsce zniwelowanych wałów i fos Nikorowicz założył park krajobra­zowy. Tak więc surowa warownia przekształciła się w wygodny pałac, który mi­mo to tradycyjnie nadal nazywano zamkiem.
Antym Nikorowicz zmarł młodo w 1852 r. W roku następnym jego córka Julia poślubiając Leonarda Pinińskiego, właściciela Rokietnicy w Przemyskiem, wnios­ła w posagu część Grzymałowa, zwaną Eleonorówką. Pragnąc scalić w swym ręku cały obszar majątku, odstąpił Piniński w 1855 r. swą Rokietnicę szwagrowi Ka­rolowi Nikorowiczowi w zamian za należącą do niego resztę Grzymałowa wraz z zam­kiem. Osiadłszy w scalonym już Grzymałowie na stałe, zasłynął Leonard Piniń­ski jako znakomity gospodarz. Chcąc uprzemysłowić majątek, zbudował duży jak na owe czasy młyn parowy. Po przemyskim, był to pierwszy młyn te­go typu w ówczesnej Galicji Wschodniej. Młyn posiadał składy mąki w Grzyma­łowie, Tarnopolu i we Lwowie. Wkrótce Leonard Piniński stał się też właścicie­lem wsi Iwanówka z folwarkami Zapustem i Ostrą Mogiłą.
Z czterech synów Pinińskich nas interesują dwaj starsi, a to Stanisław, poseł do Rady Państwa w Wiedniu, a następnie marszałek powiatu skałackiego, oraz Leon, wszechstronny humanista, profesor prawa rzymskiego, namiestnik Galicji w latach 1893–1903, znawca i kolekcjoner sztuki, ofiarodawca cennego zbioru dzieł sta­rych mistrzów dla ozdoby wnętrz zamku królewskiego na Wawelu. Po śmierci ojca bracia Stanisław i Leon zostali współwłaścicielami Grzymałowa i Iwanówki. W 1911 r. zmarł Stanisław, pozostawiając jako swą spadkobierczynię jedyną córkę Julię (moją matkę).
W 1919 r. moja matka poślubiła Władysława Wolańskiego, ziemianina spod Buczacza, wówczas jeszcze w czynnej służbie wojskowej. Gdy w 1921 r. ojciec mój wrócił z wojska, osiadł wraz z żoną w Grzymałowie, którym zaczął administrować. Wojna (1914–
–18), walki z Ukraińcami (1918–19) wreszcie najazd bolszewicki (1920) spowodowały tu ogromne spustoszenia. Wszystkie budynki gospodarcze uległy zniszczeniu niemal do fundamentów. Młyn parowy wysadziły w powietrze cofające się wojska rosyjskie w 1915 r. Z pożogi wojennej ocalał szczęśliwym trafem jedynie zamek. Straszliwie zdewastowany i z dachem jak rzeszoto, wymagał pil­nie gruntownej restauracji. Ukończono ją dopiero w 1927 r. Do tego czasu moi rodzice mieszkali w świeżo odbudowanej „rządcówce” na folwarku.
Odnowa zniszczonego warsztatu rolnego wymagała wielkich nakładów kapitału, którego brakowało. Dla uzyskania potrzebnych środków niezbędna okazała się parcelacja. Objęto nią dwa majątki mego ojca w Buczackiem. W tym stanie rzeczy decyzja o podziale współwłasności Grzymałowa i Iwanówki stała się niezbędna. Do podziału między moją matką a jej stryjem Leonem doszło w 1920 r. w drodze losowania. Grzymałów przypadł mojej matce, obszarowo większa Iwanówka – Leono­wi Pinińskiemu. Kiedy środków na dalszą odbudowę brakowało, parcelacja dotknę­ła Eleonorówkę, a także należący do mojej matki majątek Zarubińce koło Skałatu.
W ciągu kilkunastu lat wytrwałej pracy moi rodzice zbudowali w Grzymałowie nowe budynki gospodarcze, murowane i kryte materiałami ogniotrwałymi. Postawi­li też duży młyn handlowy o zdolności przemiałowej 2 wagonów ziarna na dobę.

Mój ojciec zwykł był mówić, że posiadanie majątku ziemskiego to nie tyle źródło przywilejów, ile przede wszystkim odpowiedzialności. Mimo licznych obo­wiązków nie szczędził zatem czasu na pracę społeczną. W okresie międzywojen­nym był wieloletnim prezesem wojewódzkiego oddziału Towarzystwa Szkoły Lu­dowej w Tarnopolu. Angażował się również w różne akcje charytatywne w ramach Wojewódzkiego Zarządu Obywatelskiego Komitetu Pomocy Zimowej Bezrobotnym w Tar­nopolu, którego był członkiem. Uczestniczył też jako radny w posiedzeniach grzymałowskiej Rady Miejskiej.
Również moja matka poświęcała wiele czasu pracy społecznej. Corocznie przekazywała miejscowej Ochronce ss. Służebniczek po kilkanaście sztuk ciepłej odzieży dziecięcej z przeznaczeniem dla najuboższych rodzin. Odzież tę, wielkim nakładem pracy, sama szyła w miesiącach zimowych.
Z chwilą wybuchu wojny w 1939 r. Władysławowie Wolańscy postanowili urządzić w domu szpital dla rannych żołnierzy. Większość pokojów pierwszego piętra zamku została odpowiednio przygotowana i w miarę możliwości wyposażona. Zanim jednak zdążył przybyć pierwszy transport rannych, nadszedł feralny dzień 17 września 1939 r. Aresztowany przez NKWD dnia 23 września mój ojciec, więziony był początkowo w Skałacie, potem w Tarnopolu, wreszcie w Kijowie, gdzie został stra­cony prawdopodobnie w kwietniu 1940 r. Szczegóły tej zbrodni nie są znane.
Kil­ka godzin po aresztowaniu ojca moja matka otrzymała nakaz natychmiastowego opuszczenia domu wraz z czworgiem dzieci. Schronienia udzieliły jej ss. Służeb­niczki w Ochronce, gdzie spędziliśmy około 5 tygodni. Dziś, z perspektywy nie­mal 70 lat, wspominam ten okres jako tragiczne, pełne grozy i niepokoju chwile, rozświetlone jedynie bezinteresowną i serdeczną pomocą miejscowych ludzi. Nie zważając na groźbę represji, przychodzili oni do Ochronki nie tylko przyno­sząc żywność, której sami przecież nie mieli w nadmiarze, ale przede wszystkim wspierając nas moralnie dobrym słowem i życzliwością. Niestety po latach nazwiska tych przyjaciół i dobroczyńców zatarły mi się w większości w pamięci. Miałem wówczas 12 lat. Moja matka, gdyby żyła, mogłaby dużo więcej powiedzieć o tych wspaniałych ludziach. Zawdzięczymy im może nawet i życie, bo dzięki ich ostrzeżeniu przed dalszymi represjami wyjechaliśmy wszyscy do Lwowa w połowie listopada 1939 r. w warunkach pełnej konspiracji. I tu znów wdzięczność należy się anonimowym dzisiaj przyjaciołom z Grzymałowa, którzy pomogli w organizacji tego skomplikowanego wówczas przedsięwzięcia. Nawet do Lwowa, mimo pogarszają­cej się wciąż sytuacji, docierała pomoc żywnościowa z Grzymałowa.
Wobec masowych deportacji na Syberię w maju 1940 wyjechaliśmy ze Lwowa do krewnych na teren tzw. Generalnej Guberni. Po wojnie moja matka mieszkała początkowo w Krakowie, potem w Zabrzu, wreszcie w Warszawie, gdzie zmarła w 1975 r. Znając wielkie przy­wiązanie ostatniej właścicielki Grzymałowa do rodzinnego gniazda, dzieci zad­bały o to, aby do jej trumny przed zamknięciem wsunąć niewielki pojemnik z ziemią z rodzinnej miejscowości.
Tyle na temat wątku rodzinnego.