Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Franciszek Jaworski, DOOKOŁA STAWU PEŁCZYŃSKIEGO

Niniejsze opowiadanie zaczerpnęliśmy z książki pt. „Lwów stary i wczorajszy” (Lwów 1910)
Jeszcze do połowy dziewiętnastego wieku był staw Pełczyński punktem środkowym krajobrazu, któremu Lwów współczesny nadawał miano wszyst­kich możliwych na świecie Arkadii i Szwajcarii, który poeci opiewali wierszem miarowym i do którego publiczność wszystkich stanów i zawodów tłumnie pielgrzymowała.
Bo wszystko było na tym miejscu, otoczonym wzgórzami cytadeli i stryjskiego gościńca: staw z tajemniczą głębią, częsty przytułek samobójców, śmiejące się i zielone wzgórza, stare aleje drzewne i słońca bezmiar ogromny.
Ale zacznijmy od Cytadeli:
Dwie wieże od Pełczyńskiego stawu, jedna od ulicy Kopernika, jedna od Gołębiej: a więc cztery krągławe wieże otaczają czerwony budynek, prze­łamany w środku w dwa skrzydła, wybrzuszony od wnętrza w kolisty bastion, a od strony placu musztry w strzelnicę dla wiwatowych armatek. Wszystkie obrazy i śpiewy militaryzmu skupiły się na tej przestrzeni: nocne hasła posterunków, wisząca bielizna na kratach okiennych, łomot komiśnych obcasów na mustrze i śpiewanie trąby na wszystkie sposoby i hasła, na czynności dzienne, od pobudki porannej aż do wieczornego snu. A gdy chwilami ucichnie gwar i klątwa koszarowa, to gdzieś z głębin dobywa się tęskniąca za uciechami miasta piosnka:

Chciałem ja raz iść do miasta
A pan kapral „antreten”* i basta
Strozaki prać, deki klopać
Ale nie do miasta... i td.

 Staw Pełczyński i okoliczne wzgórza, 1825
Chociaż bowiem cytadela w samym jest środku miasta położona, chociaż to miasto wciska się w jej korpus jak daleko tylko można, tak od ulicy Cytadelnej, Gołębiej, Supińskiego, jak od Łazarza i Wronowskiej – to przecież świat tam inny, zu­pełnie inne życie, inne nawet powietrze i inna przyroda.
Dziwna jednak rzecz, jak ta biedna, tłumiona na każdym kroku, a taka przecież bujna i piękna przyroda lwowska, wyzłocić potrafi nawet... koszary. Te pod sznur wyciągnięte mury, place musztry, to pole popisu dla donośności organów głosowych feldfebla, jakżeby smutnie, ponuro i kazamatowo wyglądało, gdyby nie bujna zieleń, figlarne wybry­ki terenu i cały krajobraz cytadeli. Wszystko się tam zbiegło z dobrym uśmiechem dla doli żołnier­skiej. Od ulicy Łazarza spocznie oko na płaskiej, przestronnej równinie, ujętej w ramy drzewne; od Cytadelnej park się roztoczy cienisty z zielonym kobiercem trawnika, spadnie od ulicy Mochnackiego stok zasiany ogrodem warzywnym, górskie złudzenie da strona od Pełczyńskiego stawu, terasy się miejskie spiętrzą od ulicy Lelewela.
Więc nie dziw, że zanim tutaj koszary stanęły, była ta okolica Arkadią lwowską, letnią siedzibą patrycjatu miejskiego. Sam król Jan Kazimierz tu mieszkał i wczasu zażywał po chorobie i klęskach swego panowania. Od ulicy Gołębiej zwłaszcza piętrzyło się od dworków i domków letnich. Tutaj „nad samym trzech pagórków pyskiem” mieszkał burmistrz, poeta i chluba Lwowa starego, Bartło­miej Zimorowicz, tu swe sielanki śpiewał on „Rozymund ucieszny”, zwabiony położeniem rozkosznym i widokiem miłym tego miejsca, skąd oko:

Patrząc na miasto i wydatne szczyty,
Wyssogrodu**, widząc stąd to góry nadęte
To równiny wysmukłe, to wąwozy kręte,
To pola w szachownicę kształtnie osadzone,
Coraz bierze uciechy stąd nieuprzykrzone.
Właściwie Cytadela dzisiejsza obejmuje trzy wzgórza, zwane dawniej górą Kaleczą, Pełczyńską, Szemberka, później Wronowską. Każda z tych gór miała swoich właścicieli, a wszystkie razem okryte były sadowiną, ogrodami, winnicą, gajem i pola­mi. W ich gronie Szemberkowa góra, ta od ulicy Kopernika, najwyższą była i jakimś niezwykłym się kształtem odznaczała. Na niej to znalazł w pier­wszej połowie ubiegłego stulecia*** archeolog Żegota Pauli kamienie jakieś dziwne, niby resztki pogań­skich ołtarzy i posąg starożytny, podobny nieco do tych, które lud „babami” nazywa. W późniejszych wiekach Szemberkowa góra odegrała pewną rolę w czasie oblężenia Lwowa przez Turków w r. 1672, skąd baterie tureckie grzmiały na miasto, a trady­cja lwowska dziś jeszcze to miejsce chętnie „szań­cami tureckimi” nazywa.
Na stokach góry, od strony ulicy Wronowskiej, powstał przy końcu osiemnastego wieku dworek szlachecki, zbudowany w stylu francuskim, który wraz z pięknym ogrodem, wysadzonym lipami, a spadającym aż ku stawowi Pełczyńskiemu, z „ron­dlem” zbudowanym na samym szczycie góry, sta­nowił piękną i uroczą posiadłość. Posiadłość ta była około r. 1767 własnością cześnikowej nowogrodz­kiej Marianny Wilczyńskiej, tudzież Ignacego Kockiego. Od nich nabył ją Ignacy Czosnowski za sumę 5800 złp., a od tego ostatniego Piotr Zabielski. W r. 1791 całą tę realność kupił Stanisław Wronowski, radca lwowskiego forum nobilium, czło­wiek niezwykle wykształcony, zbieracz książek i starożytności, amator sztuk pięknych, chodząca kronika Lwowa. Lubiał się zacny mecenas zabawić także – więc dworek jego rozbrzmiewał ustawi­cznie gwarem i wesołością, skupiając dokoła siebie co najinteligentniejszego Lwów wtedy posiadał.
Plan okolic Cytadeli we Lwowie wg Przewodnika F. Barańskiego, ok. 1902. Po stronie płd. Cytadeli widoczny staw Pełczyński, niewidoczny po prawej staw Panieński
Tutaj też w latach 1804–1807 znalazł przytułek i teatr polski, po wyjeździe Bogusławskiego i ustą­pieniu Kamińskiego do Kamieńca Podolskiego. Były to najsmutniejsze czasy dla sceny polskiej, właśnie wtenczas, gdy niemiecki teatr rozpierał się butnie w gmachu przerobionym z franciszkań­skiego kościoła. Wtedy Wronowski zorganizował trupę amatorów, która przez trzy lata dawała w jego pałacyku bezpłatne przedstawienia polskie, cieszące się ogromną frekwencją lwowskiej publiki. Pałacyk ten istniał aż do roku 1895 i zburzony został tak doszczętnie, że nawet fotografia jego nigdzie się nie dochowała.
Sam Wronowski umarł w roku 1829, licząc sto sześć lat życia. Posiadłość jego wraz z całą gó­rą Wronowskich otrzymała w posagu, jeszcze w roku 1806, córka Józefa, zamężna za Fabianem hr. Humieckim, która po śmierci męża poszła pod ku­ratelę. Wtedy to przyszedł w posiadanie góry Wro­nowskich zarząd wojskowy. Był mianowicie czas, kiedy rząd austriacki zamierzał opasać Lwów for­tyfikacją, która się rozpocząć miała właśnie od gó­ry Kaleczej i Wronowskich. Na nalegania ówcze­snego gubernatora Galicji arcyksięcia Ferdynanda d’Este, zdecydowała się hr. Humiecka odstąpić część swoich posiadłości, a mianowicie górę Wro­nowskich, która stanowiła wówczas miejsce wycie­czek dla Lwowian, skarbowi wojskowemu. Ponie­waż jednak nie była samowolną i miała innych jeszcze krewnych, przeto skarb wojskowy po długich ceregielach prawnych złożył podobno jakąś kwotę do depozytu sądowego. Kwota ta przepadła gdzieś bez śladu. W roku 1856 rząd budować począł cy­tadelę, a sprawa własności góry Wronowskich ucichła. Jedynie po śmierci hr. Humieckiej w ro­ku 1872 w jej nekrologach znalazła się wzmian­ka, że ona to była hojną ofiarodawczynią gruntu pod cytadelę. A byłby się jej ten grunt bardzo przydał, gdyż przed śmiercią znalazła się w niedostatku i wnosiła do tronu prośbę o wynagrodzenie za odebraną na cele wojskowe własność.
W ostatnich latach rozpoczęli jej potomkowie kroki celem rewindykacji gruntu. W ten sposób lwowska cytadela znalazła się po raz pierwszy od swego założenia w ogniu wojennym. Czy papiero­we bomby pozwów i replik zrobiły jaki wyłom w czerwonych jej murach, nie wiadomo. Nato­miast coraz częściej i natarczywiej podnosi się ze wszystkich stron żądanie, ażeby miasto, bodaj do spółki z jakimś konsorcjum finansistów, wykupiło od skarbu wojskowego cytadelę na rzecz rozszerze­nia miasta.

Od Cytadeli spadzista a zielona ściana i wśród drzew starych, stroma prowadzi drożyna wprost nad resztki stawu Pełczyńskiego. Nazwa stara, zagadko­wego pochodzenia, powtarza się w aktach archiwalnych od bardzo dawnych czasów, zawsze jednak w łączności z mąką, kamieniami i młyńskimi potokami. Jedyna ta bowiem większa woda we Lwowie obracała kilka kół młyńskich, które zawsze dostar­czały sporo przyczyn do procesów i gwałtów, a tym samym do wielkiej pisaniny sądowej. Zresztą cała okolica stawu Pełczyńskiego przedstawiała aż do początku ubiegłego stulecia dziką i romantyczną pustkę, którą otaczał wieniec poszarpanych a na­gich wzgórz. Z pośrodka nich dymiły bagniste opa­ry. Starzy Lwowianie woleli raczej nakładać drogi, aniżeli przejeżdżać lub przechodzić koło strasznych urwisk. Nawet pastuszek, z kóz płochych trzodą, obawiał się piąć po tych górach, będących tylko siedliskiem gadów, os i szerszeni.
Dopiero około roku 1820 generał kawalerii austriackiej Jan Karol hr. Henequin von Fresnel und Curel zwrócił uwagę na to romantyczne ustronie, być może dlatego że i sam, mimo siwych włosów, był bardzo romantycznego usposobienia. Już bowiem w czasie gdy miał za sobą wiele przebytych kampanii, a na piersiach całe rzędy orderów, zdarzyło mu się, że się zakochał na śmierć w całkiem mło­dej panience Zuzannie Strzemboszównie, a co cie­kawsze, zyskał u niej również dośmiertną wzajem­ność. Niezwykły ten figiel amora wywołał w ca­łym Lwowie olbrzymią sensację, tak że był czas, kiedy o niczym innym nie mówiono, jak tylko o sta­rym piecu, w którym... diabeł pali.
Zakochany jednak generał i rozgorzała pa­nienka nie robili sobie wiele z głosów ludzkich i miłość była między nimi gorąca, sielankowa i pa­sterska, pełna wzdychań, czułych biletów, pełna kwiatów i woni. Dopiero stary Strzembosz, wpadł­szy przypadkowo na trop, zrobił piekielną awantu­rę, z akompaniamentem szlochów panieńskich, wy­znań, że generał jest czymś takim, bez czego żyć nie można i w braku czego najlepiej się zamknąć w klasztorze. Stary Strzembosz także wolał klasztor niż zięcia w generalskich szlifach, toteż po długich ceregielach panna poszła do klasztoru.
Ale klauzura klasztorna nie była znowu tak silną twierdzą, ażeby jej waleczny generał siłą lub podstępem nie potrafił zdobyć. Nie wiadomo, jakiego środka zastosował kochanek w mundurze, najpra­wdopodobniej jednak osiołka ze złotem, o którym już Filip Macedoński powiedział, że przelezie kaźdy mur forteczny. Ostatecznie stanęło na tem, że rozmównica klasztorna okazała się również dobrym miejscem do schadzek miłosnych, jak każde inne ustronie.
I wówczas kiedy stary Strzembosz żył w bło­giej nadzieii, że na pannę przyjdzie wreszcie ref­leksja i opamiętanie, ta ostatnia romansowała zza kraty klasztornej w najlepsze, nie myśląc o żadneji refleksji. Co gorsza opamiętanie i refleksja przy­szły na samego Strzembosza, który sobie wreszcie pomyślał, że nie warto walczyć z wiatrakami miło­ści i dał żądane przyzwolenie na ślub.
W tym wypadku Strzembosz całkiem dobrze i mądrze sobie postąpił, bo niedobrana para żyła bardzo szczęśliwie aż do śmierci jenerała, po któ­rej młoda wdowa znalazła sobie znacznie młodszego amanta w osobie hr. Ożarowskiego.
Dzisiaj stary Fresnel i Strzemboszówna śpią snem spokojnym i wiecznym w mauzoleum rodzinnym na wysokim a pięknym wzgórzu w Łąckiem koło Złoczowa, a zieleń ich otacza, drzewa szumią wokoło i zboża i sinawe dymy chat wiejskich pną się ku kaplicy wspomnieniem miłosnych szeptów i zaklęć.
We Lwowie została po Fresnelu pamiątka w formie pływalni wojskowej nad stawem Pełczyńskim i zasługa uporządkowania całej okolicy. Na­pis na niskim pękatym budynku z kolumnadą strzeżoną przez dwa lwy świadczy, że lwowski gar­nizon wdzięcznym sercem wspominał inicjatora pły­walni. Mniej natomiast wdzięcznie myślał o tym wszystkim lwowski magistrat w piętnaście lat potem, gdy przyszło wielkim kosztem czyścić staw, a potem jeszcze kosztowniejszy prowadzić z wojsko­wością proces o odszkodowanie.
Ostatecznie proces zakończy! się polubownie, tak że wojskowość przyznała magistratowi, wyko­nywane po dziś dzień, prawo prezenty piętnastu uczniów na bezpłatną naukę pływania, a mieszkań­cy Lwowa zyskali piękne miejsce spacerowe, które przez długie lata cieszyło się wielką frekwencją publiczności i względami lwowskich poetów.
Jeden z nich, Rafał Wężyk, napisał nawet ca­ły poemat pod tytułem Spacer do Pływalni we Lwowie i obroty wojskowe tamże. W poemacie tym idąc za tłumem ludu, któremu dzień zabawy słodzi sześć dni trudu zaszedł poeta aż na dzisiej­szą ulicę Pełczyńską, która wówczas była drogą wygodną, a nią jak w zawody spieszą w powozach panie prześlicznej urody i młodzież hoża na rumakach dzielnych wyściga się na przemian wśród śpie­wów weselnych.
Lecz przede wszystkim zachwycił się poeta wojskową pływalnią i z całym entuzjazmem opisał; jak tam ktoś się z góry rzucał niby z wieży, jak inny na pasach uczył się sztuki pływania, a tamten znowu po schodach pierwszy wstręt do wody prze­zwyciężał, inny znowu wód kryształy szybkim męci biegiem itd.
Na wzgórzach z drugiej strony stawu, na których wojskowość położyła most kamienny z napisem: Militare aedificavit – civitati donavit (wojsko zbudowałło – miastu darowało) odbywały się popisy wojskowe przy tłumnym udziale żądnej wrażeń gawiedzi. Sądząc z poetycznego opisu wspomnianego już Rafała Wężyka, manewry te wojskowe były prawdziwym festynem dla lwowskiej publiki. Dla dystyngowanych gości wystawiano namiot, skąd najlepiej widać było obroty i gdzie przede wszystkim zasiadały panie. Nasz poeta już z góry obli­zywał się na samą myśl, jak to jego wzrok „się po­krzepi” wyborem wszelakich piękności. Jakoż rze­czywistość przeszła oczekiwanie, bo

... Czemuż tak nagle zadumnionym stajesz?
Widzę, że tylu wdziękom hołd w sercu oddajesz.
Lecz daremnie mnie pytasz, jak się która zowie
Sam stopień każdej wdzięków jej imię ci powie.
Szczęśliwym bowiem zbiegiem Lwów widzi
w tym czasie,
Iż dobroć, grzeczność, zacność wdziękiem
odznacza się.

Biedne kobiety, którym tacy straszni poeci śpiewali, biedna piękność i biedna sama poezja by­ła, takich mając adeptów!
Całe szczęście pięknych niewiast współ­cze­snych, że niewielką zwracały uwagę na wieszczów głos lutni rozstrojony, ale zabawiały się flirtem, oczkowaniem i podobną zabawą, za którą je jednak nowe pokaranie spotkało, w formie następującego wylewu uczuć poetycznych:

Te radosne uśmiechy, poufne szeptania,
Spoczynek osób starszych i dzieci pląsania,
Wszystko bardzo przyjemną mieszaninę robi,
I niewymownym wdziękiem okolicę zdobi.

W popisach brały udział wszystkie gatunki broni, nawet artyleria z armatami. Była to praw­dziwie dziecinna zabawa wojenna, jakiś, dziś już dla nas niezrozumniały, festyn wojskowy, z obrotami wojskowymi i musztrą, z atakami, zasadzkami, hukiem moździerzy itp.
Patrząc na to wszystko, przypomniał sobie nasz poeta coś zgoła innego, a przypomnienie jego takie ciche, nieśmiałe, w powijaki słów owinięte. Oto na widok żołnierskich obrotów snuć począł dziejów ojczyslych wspomnienie i czynów wielkich, które jak diament zakopany w skale skruszą cie­niów siedlisko i wrócą się chwale. Dziejów Lwo­wa i Polski przypomniał sobie poeta rycerskie epi­zody. Wszak to samo miejsce „tureckim szańcem” się nazywa...
I umilkł, bo mu zaraz czarna zmora cenzury policyjnej przed oczy stanęła – ale za to jedno wspomnienie niech mu będzie wybaczony cały po­emat, bo nie tylko czytelnicy, ale biedny był i po­eta w tych czasach, około roku 1825.

Wzgórza pełczyńskie były jednak nie tylko widownią sprawności armii austriackiej w przysto­sowaniu do festynów. Także i staw bywał polem popisu, ale już dla marynarki. Ponieważ we Lwo­wie nie ma żadnego morza, a bitwa morska w r. 1843 odbyć się musiała – przeto nic dziwnego, że musiano do tego celu użyć stawu Pełczyńskiego. Jakoż ku wielkiej uciesze arcyksięcia gubernatora Ferdynanda d’Este, całej generalicji i całego Lwo­wa odbywały się w dniu 30 sierpnia tegoż roku ewolucje wodne wychowanków pływalni, a na za­kończenie oddziały... piechoty i kawalerii przedsta­wiły bitwę morską w ten sposób, że w pełnym ryn­sztunku rzucały się w wodę.
Ot i nieśmiertelny gust lwowskiej publiki, cieszącej się widokiem zmokłych żołnierzy – albo walką potworów, która w parę lat potem odbyła się na tym samym stawie Pełczyńskim.
Jaskrawy efekt, krzycząca barwa, przesada i upodobanie choćby w najtrywialniejszej niezwyczajności było zawsze zasadniczą cechą gustu lwowian. Lwów ubierał się jaskrawo i stwarzał jaskra­we objawy życia gwoli własnej rozrywce i uciesze. Kobiety jego już za czasów Sobieskiego nosiły się z francuska, a przedtem wyglądały w złocie, srebrze, perłach i barwnych kamykach jak bizantyńskie madonny. Uroczystości religijne pełne były ogłuszającego huku armat, radość zaślepiała się w błyszczącym ogniu sztucznym. Panegiryczna przesada dochodziła we Lwowie do trywialności, wesele czy pogrzeb przeciągały się w tygodnie. W stroju, w życiu, w upodobaniach, do pewnego stopnia na­wet w sztuce, przewija się ten rys przesady coraz wyraźniej – im było bliżej ku końcowi Rzeczypospo­litej. To, co ongi miało swoje uzasadnienie w bogactwie, w sąsiedztwie ze Wschodem, a wreszcie w pewnej wybujałości przy zetknięciu się różnych ras i narodów – to później stawało się szychem i blichtrem. Lwów łaknął płaskiej rozrywki, a z za­sadzonych na jego bruku obcych pomysłów czy mody prawie zawsze wyrastała karykatura.
Suknie kobiet lwowskich z czasów Dyrektor­iatu przewyższały swoje pierwowzory francuskie o całą skalę wyzywającej nieprzyzwoitości, młodzie­niec modny przechodził od razu w karykaturę, zwaną w różnych czasach to fanfaronem, to gogiem, a wreszcie ananasem. Niemiecka dobroduszność przeflancowana po zaborze z Wiednia do Lwowa wyrosła w knajpiarstwo i bohemę, biedermajerowski sentyment utopił się w potokach piwa, a kata­rynka i czeska arfa do snu mu grały.
Na bruku lwowskim sparodiowało się wiele godziwych rozrywek. Wycieczka za miasto złączy­ła się z pojęciem żółkiewskiego drąga i solennym „mordobiciem”, sielanka zapachła kwarglami, ruch uliczny ogniskował się koło zaczepiania kobiet. Nigdzie indziej tylko we Lwowie reduta stała się miejscem publicznym, festyn blagą, akcja publiczna karotażem, loteria liczbowa dźwignią ekonomiczną, dobroczynność naciąganiem.
Typowym przykładem tego gustu był festyn urządzony w roku 1845 na dochód powodzian na stawie Pełczyńskim, na którym miała być przed­stawiona walka potworów morskich [...]. Potwory te, puszczone na staw, miały być naturalnie tekturowe. Wieloryby, krokodyle, latające smoki, nawet sympatyczna meluzyna, czyli syrena, o której rozczulające historie przynosiła współczesna litera­tura popularna, wszystko to w dniu 14 września 1845 miało dać sobie rendez vous na wodach stawu Pełczyńskiego ku uciesze lwowian, a na wspomo­żenie dotkniętych powodzią.
Afisz pięknie litogratowany, dziś wielką rzad­kość stanowiący, zrobił swoje. W oznaczonym dniu dosłownie całe miasto wyruszyło nad staw Pełczyński. Przedsiębiorcy urządzali trybuny, bo zwy­czajem lwowskim jeden chciał widzieć lepiej i do­kładniej aniżeli drugi, tłok panował olbrzymi, wy­myślanie na nieporządek było ogólne, a najbardziej psioczyli na owczy pęd publiczności ci, którzy tło­czyli się najbardziej, pragnąc koniecznie stanąć w pierwszych szeregach.
Jeżeli mamy wierzyć współczesnym relacjom, walka tekturowych potworów na stawie Pełczyńskim wywarła na umysłach mieszkańców Lwowa niezatarte wrażenie. Krążące po stawie sztuczne wieloryby, krokodyle, syreny, budziły głośne okrzy­ki zachwytu i grozy, tak samo jak łodzie napeł­nione murzynami, Turkami, majtkami, a na zakoń­czenie miała się odbyć rzecz dotychczas we Lwo­wie niewidziana, to jest połów wieloryba!
Podobno jednak nie wszystko się odbyło ści­śle według zapowiadanego programu. Publiczność, jak na każdym zresztą festynie, wziętą została na kawał, ale że lwowianin lubi być czasem naciąg­nięty, więc skończyło się wszystko na lekkim wymyślaniu, po czym ta sama publiczność chodziła jeszcze wielo­krotnie oglądać ulubione sztuki ma­giczne i eskamoterskie, łamańce cyrkowe, szybko­biegaczy i linoskoczków, tak samo jak dziś chodzi na kinematograf, do koloseum, a czasem także do teatru na operetkę.
Zresztą był staw Pełczyński od dawna rendez vous wszystkich prawie lwowskich samobójców i nie­dzielnych rybołowców. Co do samobójców, to do dni naszych nie upłynie żaden rok, żeby czasami nawet kilku zniechęconych życiem nie poszukało w nurtach jego śmierci, a z nią razem ukojenia. Rybołowcy natomiast, którzy dawnymi latami obsiadali wszystkie brzegi stawu z wędkami, znikli jakoś w ostatnich czasach zupełnie.
Dziś staw Pełczyński do połowy osuszony, na jego wzgórzach komin dymi fabryczny i wille się wznoszą jedna po drugiej****.

PRZYPISY REDAKCJI
* antreten = wstąpić [do szeregu] (niem.)
** Wysokiego Zamku.
*** tzn. XIX wieku.
**** Staw Pełczyński został ostatecznie zlikwidowany przed rokiem 1930, kiedy to wprowadzono nową linię tramwajową przez ulice Na Bajkach, Nabielaka, Lenartowicza, Pełczyńską – do pl. Prusa (przez pl. Prusa przebiegała linia od czasu Wystawy Krajowej 1894 r.). Ulicę Pełczyńską wyprostowano, a śladem po stawie jest wygięcie muru Cytadeli, przy którym biegła dawna ulica, omijająca staw.