Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019

Helena Żołnierzowa, WYPĘDZENIE ZE WSCHODU (1939–1945)

we wspomnieniach Polaków, Niemców i innych wydziedziczonych

Przez ponad 200 lat moi przodkowie mieszkali w miejscowości Obydów, powiat Kamionka Strumiłowa, w Ziemi Lwowskiej. Mieszkali też w jednym miejscu, bo stary dom zastępowali nowym, budowanym obok, gdyż ogrody ciągnęły się wzdłuż drogi ponad pół kilometra. Ostatni dom budował już mój ojciec w latach 1928–32. Był to dom – jak na tamte czasy – dość duży, murowany, kryty blachą. Przed samą wojną wybudował ojciec też murowane stajnie kryte blachą. Stodoła, chlewnie i spichlerz były stare, ale w dobrym stanie. W roku 1940 w lecie spłonęły od pioruna stodoła, spichlerz i chlewnie. Na początku okupacji niemieckiej ojciec otrzymał pozwolenie na wyrąb budulca we własnym lesie i zbudował dużą stodołę. Szkoda było wydatków i pracy, bo służyła nam tylko rok. W kwietniu 1944 musieliśmy opuścić dom, zostawić cały majątek i wyjechać w nieznane.

Już w lecie 1943 dochodziły wieści o pożarach i mordowaniu Polaków na Wołyniu. Jak grom spadła na moich krewnych wiadomość, że w Stojanowie (na dawnej granicy zaborów rosyjskiego i austriackiego) Ukraińcy spalili w stodole całą rodzinę Karstów. Moja kuzynka była ich synową. Zginęła ona, jej piętnastoletnia siostra, która spędzała tam wakacje, teściowie i sługa.
Łuny pożarów zbliżały się do Kamionki, coraz więcej pożarów i coraz więcej mordów. Wiele rodzin z Wołynia uciekało z tym, co zdołali zabrać. U nas, w pustym domu po babci, zamieszkała rodzina Dobrzańskich. Przerażeni zbliżaniem się frontu i nauczeni doświadczeniem, wyjechali oni wczesną wiosną 1944 wozem w kierunku Przemyśla, co i nam radzili zrobić.
Na powzięcie ostatecznej decyzji wpłynęły wypadki z pierwszych dni kwietnia 1944. Otóż Ukraińcy mordowali wpierw leśniczych, gajowych, nauczycieli wiejskich, których nie zdążyli wywieźć na Sybir Sowieci. Na wsi pod Radziechowem zamordowano rodzinę Antonickich – matkę, ojczyma i dwóch braci mojej koleżanki z gimnazjum. Zbliżał się front rosyjsko-niemiecki, ale zatrzymał się w Równem, około 50 km od Kamionki. Bardzo nasiliły się nocne napady Ukraińców na polskie wsie. Na początku kwietnia ograbiono i spalono polskie wsie Berbeki i Budki Nieznanowskie. W Berbekach zamordowano kilka osób. W Budkach Ukraińcy rozpoczęli akcję w czasie rezurekcji. Polacy, przygotowani przez proboszcza – byłego kapelana wojskowego – odparli atak. Wtedy wkroczyli do akcji Niemcy, powiadomieni przez Ukraińców, że Polacy mają broń. Wszystkich mieszkańców wsi przetransportowano do Kamionki, część wywieziono do Niemiec, a kobiety z dziećmi zwolniono. W czasie akcji kilka osób zginęło, wieś wraz z kościołem spalono.
Po tych zdarzeniach mieszkańcy mojej wsi chronili się w Kamionce. Moi rodzice, mimo że mieli własny dom w Kamionce, postanowili wyjechać do Łańcuta. Liczyliśmy na jakieś oparcie w rodzinie, gdyż ciocia była tam nauczycielką. Załatwiałam szybko świadectwa zdrowia dla krów i koni u znajomego lekarza weterynarii. W ostatniej chwili zmełliśmy kilka metrów pszenicy. Nie wiem, czy należało podziwiać sprawność organizacyjną Niemców, bo w ciągu dwóch dni podstawiali wagon każdemu na określoną godzinę, a przecież był to już teren przyfrontowy. Zdaje się, że była to raczej cicha pomoc Ukraińcom w oczyszczeniu terenu z Polaków.

Tak więc 13 kwietnia 1944 załadowaliśmy do wagonu dwa konie, dwie krowy, kojec z kurami, karmę dla zwierząt, wory mąki, pobite i nasolone gęsi i kury. W drugiej części wagonu niezbędne meble, kufry z rzeczami i trochę miejsca na słomie dla rodziców, nas czworga dzieci i staruszki cioci. Reszta krów, źrebaków, świń i drobiu została na pastwisku, bo dni były już bardzo ciepłe.
Jakże ciężko było opuszczać tę małą ojczyznę – ziemię, dom i groby. Nikt z nas nie przypuszczał, że na zawsze. O tym dowiedzieliśmy się dopiero w Łańcucie z prasy podziemnej. Już wcześniej, zaraz po spotkaniu „wielkiej trójki” w Teheranie, pół roku po zwycięstwie Sowietów pod Stalingradem, słuchając podziemnego radia domyślaliśmy się, że alianci nami handlują.
Tak więc wyjechaliśmy wagonem ciężarowym przez Lwów, Przemyśl do Łańcuta. Rankiem 15 kwietnia kolejarze odłączyli nasz wagon w Łańcucie, gdzie na bocznym torze stało już kilka wagonów wysiedleńców z Buczacza, Złoczowa i Kołomyi. Na drugim torze ładowano do wagonów rzeczy hrabiego Potockiego. Było tam dużo skrzyń oraz stare bryczki, sanie i różnego rodzaju starocie. Przypatrujący się temu ludzie ­kpili, że takie próchno wiozą do Europy. Były to jednak jakieś unikaty o dużej wartości kulturowej.
Wyładowaliśmy wszystko z wagonów i zwieźliśmy cały nasz dobytek na przedmieście Łańcuta, gdzie wynajęliśmy pokój i pomieszczenie dla bydła. Gnieździliśmy się w jednym pokoju – rodzice i czworo dzieci w wieku od 15 do 23 lat.
Front stał wciąż w miejscu – za Równem na Wołyniu. Postanowiłam więc z ojcem pojechać jeszcze raz do domu. Matka z młodszym rodzeństwem została w Łańcucie. Przybyliśmy do Kamionki pod koniec kwietnia, odwiedziliśmy nasz dom w mieście – mieszkali w nim ludzie ze wsi czekający na wagon. Poszliśmy do domu w Obydowie. Był już ograbiony z mebli, znikły też zwierzęta z pastwiska. Tylko w jednym pokoju znaleźliśmy porozwalane książki. Były to pięknie oprawione tomy: Historia powszechna Schlossera, Historia Anglii Macaulaya i wiele tomów „Biblioteki Warszawskiej” od 1841 roku. Książki te kupił na licytacji mój dziadek – wielki bibliofil. Złożyliśmy to do skrzyni i zabraliśmy się wozem z naszą ciocią, która właśnie ładowała się w Kamionce do wagonu i jechała też do Łańcuta.
Wieczorem 30 kwietnia przybyliśmy na dworzec towarowy Kleparów we Lwowie. Za chwilę nad miastem pokazały się ogniste kule – znak, że zaraz będzie bombardowanie. Wybiegliśmy z wagonów i położyliśmy się na łące, która z jednej strony była zastawiona beczkami z benzyną, a z drugiej ograniczona rowem z wodą. Bombardowanie trwało trzy godziny. Odłamki pluskały w wodzie, cud, że nikt z nas nie został ranny i że nie wybuchła benzyna. Centrum działania było bliżej Dworca Głównego. Dziś jeszcze widzę, jak moja kuzynka przykryła sobą dwoje małych dzieci, a ja skuliłam ręce i nogi pod siebie, żeby nie zostać kaleką – jeśli zginąć, to od razu. Tak to Sowieci uczcili 1 maja 1944 we Lwowie.
Rano poszliśmy na Dworzec Główny i tu widok był przerażający. Tory porwane, na torach zabite, puchnące konie, pogięte żelastwo. Zebrano już rannych i zabitych, zostały tylko ślady krwi. Nie było nadziei na szybki wyjazd ze Lwowa, a wszyscy spodziewali się następnego nalotu wieczorem. Gdy tak staliśmy zmartwieni przy wagonie, zbliżył się do mnie oficer niemiecki, przywitał się po polsku i przedstawił. Nazywał się Rilling, został wysiedlony z niemieckiej kolonii pod Kamionką do Łodzi w roku 1940, gdy Sowieci byli jeszcze w dobrych stosunkach z Niemcami. Poznał mnie, bo był bratem mojego starszego kolegi z gimnazjum. Prosiłam, aby nam umożliwił wyjazd ze Lwowa. I rzeczywiście, po naprawie torów doczepili nasz wagon do pierwszego transportu wojskowego i wieczorem byliśmy już w Przemyślu. Stąd widzieliśmy łuny nad Lwowem, było to następne bombardowanie.
Zaraz po powrocie z Kamionki do Łańcuta przeprowadziliśmy się do wsi Czarna, odległej 4 kilometry od miasta. Nasz gospodarz w Łańcucie okradał nas, nawet w dniu wyprowadzki skradł nam dużą walizę z rzeczami. Byliśmy już zresztą ostrzegani przez sąsiadów, że jest to nie tylko złodziej, ale i bandyta.
W Czarnej było duże gminne pastwisko, na którym mogły się paść nasze krowy i konie. Mieszkało tu też kilka rodzin z Obydowa i Kamionki. Nasz gospodarz odstąpił nam pokój, gotowaliśmy we wspólnej kuchni i zżyliśmy się z piątką jego dzieci, bo były w naszym wieku. W tej wsi przeżyliśmy przejście frontu w lipcu 1944.

Jako najstarsza z dzieci, w styczniu 1945 podjęłam pracę w Izbie Rolniczej w Rzeszowie i tu też zastał mnie koniec wojny. Ileż to było radości, że wreszcie koniec cierpień. Dla nas jednak, ludzi ze Wschodu, prysła nadzieja powrotu do domu. Mówiono o krótkiej przerwie i nowej wojnie z Sowietami, ale tego wszyscy się bali.
Pracując w Izbie Rolniczej dowiedziałam się, że Urząd Osiedleńczy wysiedla Ukraińców, a ich domy przydziela Polakom ze Wschodu. Pojechałam do Jarosławia i tu załatwiłam dla rodziców przydział domu z dużym ogrodem i kawałkiem pola na przedmieściu Jarosławia. Z ładnego trzypokojowego domu wyprowadzała się właśnie rodzina ukraińska i wyjeżdżała do Kołomyi.
Nasz dobytek z Czarnej woził ojciec ze starszym bratem wozem, matka zaś z młodszym bratem prowadziła bocznymi drogami krowy – 35 km. Przez dwie noce spali pod gołym niebem, jedzenie mieli w koszu, mleko od krów. Siostra w tym czasie już wysprzątała dom. Był to okres pierwszych czereśni, które dojrzewały w ogrodzie. Jakież to było szczęście być znów na swoim po przeszło rocznej tułaczce. Spiesznie zabraliśmy się do pracy w ogrodzie i w polu.
W tym czasie była istna wędrówka ludów. Wszyscy się wzajemnie szukali, szczególnie rodziny ze Wschodu. Rodzice moi, łudząc się wizją powrotu do domu, zostali z moją młodszą siostrą i jej rodziną w Jarosławiu do końca życia. Bracia wyjechali do szkół i na studia.
Ja wyszłam za mąż i przez dwa lata mieszkałam w Bystrzycy Kłodzkiej, gdzie pracowaliśmy z mężem w starostwie.
Pracując tu, byliśmy świadkami współżycia Polaków z Niemcami jeszcze przed ich wysiedleniem. W dziale geodezji pracowało w tym czasie jeszcze trzech Niemców. Byli bardzo sumienni w pracy, doskonali fachowcy. Jeden o nazwisku Szopa (taka pisownia) mówił dość dobrze po polsku i z nim często tłumaczyłam potrzebne teksty z archiwum. Niebawem wyszło zarządzenie o wysiedlaniu Niemców i szef geodezji zaproponował panu Szopie pozostanie i pracę, ale ów ostro odmówił.
W tym czasie mieszkaliśmy u Niemca Krugera, byłego właściciela sklepu żelaznego. Niemcy byli wysiedlani wiosną 1947 i mogli ze sobą zabrać tyle, ile udźwigną. Przed naszym zamieszkaniem u Krugerów dom ich i sklep zostały splądrowane przez nowego właściciela sklepu, Polaka z Kielc. Podobną sytuację przeżyliśmy w poprzednim mieszkaniu, u Niemki Scholz. Wyjechałam z mężem na dwa dni do teściowej, a po powrocie stwierdziliśmy, że nasze ubrania z szafy i pościel zostały skradzione. Gospodyni Niemka powiedziała, że mieszkający obok nas dwaj Polacy ze Starachowic splądrowali jej mieszkanie i nasz pokój. Mąż interweniował na milicji. Złodzieje zwrócili wszystko, bo nie zdążyli jeszcze sprzedać, i przeprosili. Ciekawe, że grabieży dokonywali przeważnie ludzie z Polski centralnej, a nie przesiedleńcy ze Wschodu. Ci doświadczyli sami krzywd i nieszczęść i nie chcieli rewanżować się tym samym wobec często niewinnych ludzi.
Rodzina Krugerów składała się z pięciu osób – rodziców i trzech córek. Najstarszy syn zginął na froncie wschodnim. Dzień przed wyjazdem spakowali kilka walizek. To wszystko zapakowali na czterokołowy wózek ręczny. Pociąg dla wysiedlanych był podstawiony w Starej Bystrzycy, 2 km od miasta. Cała rodzina była rano w kościele, na ostatniej mszy, którą odprawił niemiecki kapłan. Po śniadaniu pożegnali się z nami i z płaczem ruszyli w drogę. Ponieważ padał deszcz, mąż mój przykrył ich wózek swoim celtowym płaszczem i pomógł zaciągnąć na stację. Żal nam ich było, tak samo całowali drzwi domu, jak my niecałe dwa lata wcześniej, żegnając nasz dom rodzinny.

* * *
Od 1947 roku mieszkamy we Wrocławiu. Mąż mój skończył studia prawnicze jeszcze na Uniwersytecie Lwowskim, ja i nasze dzieci kończyliśmy studia we Wrocławiu, tu wszyscy mieszkają i pracują.
Dzieci są ciekawe tamtych ziem i tamtych czasów. Napisałam więc dla nich wspomnienia z lat mojej młodości wraz z genealogią rodziny.
Pierwszy raz odwiedziłam moje strony i mój dom rodzinny prawie 30 lat po wyjeździe, w roku 1973. Smutne to było spotkanie, te same ulice, te same domy, a obcy ludzie. Budynki szkoły, gimnazjum, domy wydały mi się małe, odległości krótkie, wszystko skupione. No i wszystko stare, zaniedbane – to już nie tylko brak starania, ale i sam upływ czasu. Spotkałam tylko jednego kolegę i jedną koleżankę z gimnazjum – Ukraińców, oboje z rodzin mieszanych, polsko‑ukraińskich. Byli bardzo mili i serdecznie mnie przyjęli.
Chociaż w domu rodzinnym był ośrodek zdrowia, to wokół rosły chwasty, nie było żadnego ogrodzenia. Wszędzie obcy ludzie, przesiedleńcy z przemyskiego.
Drugi raz odwiedziłam rodzinne strony w 1995 roku. Zastałam nasz dom odnowiony, ogrodzony, ogrody uprawione. Kupił go nasz znajomy Ukrainiec, który wrócił z Syberii. Przyjął nas z wielką radością. Jego żona, Polka, serdecznie nas ugościła. Tak samo miło przyjęli moją córkę i wnuczkę w ubiegłym roku i zapraszali na przyszłość. My też zostawiliśmy im adres, zaprosiliśmy do nas i czekamy na odwiedziny.
Przeżyłam ciekawy, choć trudny czas. Okres wschodni to zaledwie 23 lata mojego życia, a jednak to czas intensywnych przeżyć, przyjaźni, i dziś na stare lata coraz częściej wracam myślami do tych czasów, ludzi i okolic. I to już tylko wspomnienia, bo robi się wokół nas pusto, ludzie odchodzą, nasz czas się spełnił.
Notka biograficzna Autorki – patrz CL 2/06