Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa
Kontakt

ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
cracovialeopolis@gmail.com

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018 | 2019 | 2020

Piotr Marek Stański, POMNIKI ALEKSANDRA FREDRY...

 

Pod lwowskim niebem szczególnie rozwijały się talenty komediowe. Znaczną część życia spędzili w tym mieście
(i zmarli) Aleksander Fredro oraz Gabriela Zapolska – jej Moralność pani Dulskiej w swej podstawowej wersji rozgrywa się pod Wysokim Zamkiem, na który spacerował dookoła stołu pan Felicjan, choć wersja krakowska z Kopcem Kościuszki była przez pisarkę również autoryzowana. W bliższych nam czasach z grodu nad Pełtwią rozbrzmiewała na cały kraj popularna „Wesoła Fala” ze Szczepciem
i Tońciem, czyli Kazimierzem Wajdą i Henrykiem Vogelfangerem.

Teatr Skarbkowski przez długi czas pozostawał domem artystycznym Fredry, którego komedie przeżywały tam chrzest sceniczny, dopóki ich miażdżąca krytyka ze strony Seweryna Goszczyńskiego – powodująca się różnicami na tle polityki – nie sprawiła, że pisarz zamilkł w 1835 roku, pisząc później swe utwory wyłącznie do szuflady, z której zostaną wydobyte i ujrzą światła rampy dopiero po jego śmierci. Po upływie kilku dziesięcioleci podobna nagonka dotknie
w Krakowie innego komediopisarza – Micha­ła Bałuckiego, przybierając wszakże bardziej tragiczny obrót, albowiem ten, w którego została wymierzona, popełnił samobójstwo.

W przypadku Fredry ironia losu sprawiła,  że pod koniec życia S. Goszczyński zamieszkał we Lwowie naprzeciw swego dawnego adwersarza, umierając na cztery miesiące przed nim. Dodatkowo po śmierci połączyła ich twórczość Leonarda Marconie­go, który w 1882 roku wyrzeźbił nagrobek Go­szczyńskiego na Cmentarzu Łyczakowskim, a w przyszłości miał zostać autorem pomnika Fredry, który ostatecznie 14 października 1897 r. o godzinie 8 rano zasiadł pośrodku placu Akademickiego, w miejscu gdzie wcześniej znajdowała się studnia. Lokalizację tę wybrano nie przypadkiem, gdyż o rzut kamieniem, przy ulicy noszącej jego imię, stał jeszcze wtedy tak zwany pałacyk Fredrów, w cieniu starych drzew, gdzie poeta pracował i dokonał ­zasłużonego żywota. W tę też zwrócona jest twarz posągu1.

Z inicjatywą uczczenia w ten sposób Fredry w związku z przypadającym 20 czerwca 1893 stuleciem jego urodzin wystąpił Romuald Bobin na zebraniu Koła literacko-artystycznego dwa lata wcześniej.
W tym celu rozpisano konkurs wyłącznie pomiędzy polskimi rzeźbiarzami. Jego regulamin zakładał nadanie przyszłemu obiektowi renesansowych cech stylowych, przy czym postać pisarza uchwycona być miała w pozycji siedzącej, a przyodziana w czamarę. Nadesłano trzynaście modeli, na ogół glinianych, a nie jak tego wymagano – gipsowych. Zgodnie z ówczesnym zwyczajem,
w czerwcu 1892, urządzono pokonkursową wystawę na balkonie gmachu teatralnego ponad głównym wejściem, obitym dywanami i draperią, wśród zieleni kwiatów egzotycznych2. Ze szczególnie życzliwym przyjęciem spotkał się projekt Tadeusza Barącza (przyszłego twórcy pomnika Sobieskiego), który jako jedyny przedstawił autora Zemsty (takie też obrał godło) w kontuszu. Przy okazji naśmiewano się, że nazwiska autorów, acz utajnione pod różnymi godłami, znane są powszechnie... Stąd cały konkurs sprawia wrażenie balu maskowego w bardzo ścisłym i zaufanym kółku3. Zebrany 23 czerwca komitet znawców przyznał I nagrodę, polegającą na skierowaniu projektu do realizacji – Leonardowi Marconiemu, obligując go zarazem do wprowadzenia pewnych poprawek (zrezygnowano m.in. z kamiennych ławek, okalających cokół). Postanowiono ponadto, że sama figura wykonana zostanie z brązu zamiast z marmuru. Dwie następne nagrody wysokości 100 złotych reńskich otrzymali Tadeusz Wiśniowiecki i Mieczysław Zawiejski. Praca tego ostatniego wyróżniała się pochyleniem postaci do przodu, z brodą opartą na dłoni, ale – jak pisano – nadaje się do ustawienia w jakiejś niszy lub foyer4.

Choroba Marconiego sprawiła,  że mijały kolejne terminy inauguracji pomnika (np.
w lipcu 1894, z okazji Wystawy Krajowej),
a ustawiony na placu cokół z czerwonego kamienia trembowelskiego pozostawał pusty. Do odsłonięcia doszło dopiero w niedzielę 24 października 1897. Tak opisywało ten dzień „Słowo Polskie”5: Nadeszła uroczysta niedziela wśród jesieni figlarnej jak humor Fredry ojca (żywa wtedy była jeszcze pamięć syna Aleksandra, też komediopisarza, stąd zaznaczenie – przyp. P.M.St.). Niepokoiły Lwów te figle jesieni już od dni kilku: zdawało się nawet, że wśród deszczu odsłonimy nowy pomnik. To śmiało się do nas słońce, wesołe jak pogodna twarz starego Jowialskiego, to znów chmurzyło się nad nami jak czoło rejenta Milczka, to wreszcie ciął nas wiatr jesienny z deszczem ostrym jak satyryczny dowcip twórcy „Geldhaba”. W niedzielę wreszcie od rana panowało zimno dotkliwe, a na horyzoncie kłębiły się chmury coraz gęstsze. Ale snadź stary Fredro musi być w łaskach niebiańskich, skoro w chwili, gdy miała się rozpocząć uroczystość odsłonięcia pomnika, nagle spośród chmur wyjrzało słońce, uśmiechając się do tłumów. Od dawna wypełniały już one niewielki placyk i przylegające doń ulice, na których wstrzymano ruch kołowy. Wszystkie stany i warstwy, ludzi wszystkich zawodów i rodzajów pracy – wyliczała w swym sprawozdaniu „Gazeta Lwowska”6. A zatem aktorzy z weteranką lwowskiej sceny Anielą Aszpergerową, grającą w sztukach Fredry za jego życia, oraz przedstawiciele wszystkich trzech wyznań katolickich (łacińskiego, unickiego oraz ormiańskiego, z jego arcybiskupem Issakowiczem). Odnotowano natomiast, że „koła arystokratyczne” i finansowe oraz inteligencja żydowska słabo były reprezentowane7. Według „Dziennika Polskiego”8 Las cylindrów i szapoklaków falował (...) ze wszystkich okien i balkonów okolicznych, ciekawe główki kobiece, uzbrojone w binokle, śledziły przebieg uroczystości. Zajęto nawet oparkanienie budującego się gmachu, zasłoniętego na dzień uroczystości całym gajem choinek. Pewna część publiczności skorzystała z rusztowań tej budowli na wysokości pierwszego piętra i znalazła na nich (...) niejako improwizowane trybuny9. Aparaty fotograficzne wycelowane swoimi szkiełkami w posąg ukryty za zasłoną
z czerwonego sukna z draperiami niebieskimi, rozpiętą na czterech drążkach również czerwonych. Tuż przy pomniku wzniesiono mównicę, przystrojoną materią o tych samych barwach miejskich
– można było przeczytać w relacjach prasowych. O godzinie wpół do dwunastej z wieży ratusza wywieszono lwowską chorągiew, a na placu zagrano hejnał. Na trybunę wstępowali kolejno mówcy: Albert Wilczyński we fraku, z głową odkrytą, zabierający głos w imieniu tych, którzy rzucili hasło postawienia pomnika; August Balasits we fraku, z głową nakrytą, jako reprezentant aktualnych władz Koła literacko-artystycznego – dał hasło do odsłonięcia. Prezydent miasta Godzimir Małachowski w kontuszu, z łańcuchem burmistrzowskim na piersiach, w kołpaku i przy karabeli apelował do mieszkańców Lwowa o pieczę nad monumentem, co uczynił nie bez kozery, gdyż trzy dni wcześniej chuligani uszkodzili postument. A gdy pojawił się potomek pisarza – jego wnuk, Andrzej –
w czarnym kontuszu
(mimo że po rozstrzygnięciu konkursu zabiegał o rezygnację
z przybrania dziadka w czamarę – przyp. P.M.St.), z kołpakiem w dłoni szmer przeszedł. Kiedy bowiem mówca odwrócił głowę w prawo, jak u postaci na pomniku, uderzyło wszystkich niepospolite, chwytające podobieństwo wnuka do dziadka. Jedynie czoło starego Fredry więcej zmarszczkami poorane, czupryna bujniejsza i inaczej zaczesana10. On też wydał następnie  w Ka­synie miejskim bankiet na 120 nakryć. Reporter „Gazety Narodowej” odnotował, że ogólną uwagę zwracał ks. Szeptycki, bazylianin, któremu powszechnie wróżą osiągnięcie w niedługim czasie wyższych dostojeństw w hierarchii gr.-kat. kościoła11. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że przyszły władyka świętojurski był za sprawą swej matki wnukiem Fredry. Nie zabrakło więc toastów na cześć tego rodu.

Wieczorem odegrano „Śluby panieńskie” w  Teatrze Skarbkowskim, którego widownia dekorowana bardzo gustownie herbami województw, ziem i miast polskich oraz kolorami narodowymi, była wypełniona inteligentną publicznością12. To pewnie a propos wcześniejszych obaw dyrekcji, że na przedstawieniach z powodów świąt narodowych zazwyczaj bywają w teatrze pustki, tak że miasto musiało wykupić większą część biletów, aby w dniu, kiedy naród wznosi pomnik Fredrze, w polskim teatrze nie śpiewano „Pięknej Heleny” lub tańczono sprośnego kankana. Właściwą sztukę poprzedził okolicznościowy prolog, ułożony przez Adolfa Walewskiego, pod koniec którego uniosła się kurtyna i przy dźwiękach hymnuJeszcze Polska nie zginęła” ukazał się żywy obraz, skomponowany z postaci fredrowskich, upozowanych wokół jego popiersia.

Podobna apoteoza, którą współtworzyli m.in. rejent Milczek i cześnik Raptusiewicz podający sobie ręce do zgody, Geldhab zgarniający worki ze złotem, kapelan z „Dam
i huzarów”
13, pojawiła się 8 listopada 1900 w Krakowie, tyle że na zakończenie „Ślubów panieńskich”, dawanych z okazji ufundowania krakowskiego pomnika Fredry. Przybrał on znacznie skromniejsze rozmiary, w rzeczy samej popiersia, choć dwukrotnie większego od naturalnego, a wyrzeźbionego przez Cypriana Godebskiego, twórcę pomników: Mickiewicza w Warszawie
i Kopernika w Krakowie. Był on darem ówczesnego filantropa Konstantego Wołodkowicza i może dlatego bez większego rozgłosu stanął 19 października na gazonie przed Teatrem Miejskim (Rada Miejska ograniczyła się jedynie do wyrażenia swego podziękowania). Aby zrekompensować brak oficjalnego odsłonięcia, dyrektor krakowskiego teatru Józef Kotarbiński ogłosił 8 listopada dniem fredrowskim. W jego ramach odprawiona została poranna msza w pobliskim kościele św. Krzyża, w której wzięli udział: prezydent Krakowa Józef Friedlein, dyrektor Biblioteki Jagiellońskiej Karol Estreicher oraz zastęp literatów i przyjaciół sceny14, po czym udano się po posąg, u stóp którego dyrektor Kotarbiński złożył wieniec laurowy. Podczas wieczornego spektaklu wygłosił zaś specjalnie na tę okazję napisany przez Kazimierza Przerwę-Tetmajera wiersz, po którym nastąpił wspomniany już żywy obraz, przygotowany – jak we Lwowie – przez Adolfa Walewskiego przy współpracy Piotra Stachiewicza. Recenzent „Głosu Narodu”15 ubolewał jedynie, że publiczność powinna przyjść w odświętnych szatach, niestety tylko kilku mężczyzn w pierwszych rzędach foteli uznało za stosowne przybrać fraki, wyrażając zarazem życzenie, aby sztuki Fredry na stałe weszły do repertuaru teatru, za czym przemawiać miały wybuchy wesołości, burze oklasków, płynące głównie
z górnych warstw teatru
. Ponadto wraz
z zapadnięciem zmroku iluminowano pomnik światłem, rzucanym z dwóch przeciwległych reflektorów.

[...]*

Na zakończenie warto napomknąć, że twórca lwowskiego Fredry – Leonard Marconi – wpisał się również w pejzaż krakowski konnym pomnikiem Tadeusza Kościuszki, ustawionym na bastionie wawelskiego wzgórza.

1 „Tygodnik Ilustrowany” nr 44 z 30 X 1897, s. 870–872.

2 „Gazeta Lwowska nr 132 z 11 VI.

3 jw.

4 „Gazeta Narodowa” nr 144 z 16 VI.

5 nr 250 z 25 X.

6 nr 244 z 26 X.

7 „Tygodnik Ilustrowany”, jw.

8 nr 297 z 26 X.

9 „Słowo Polskie”, jw.

10 „Kurier Lwowski” – dodatek nr 297 z 25 X.

11 nr 297 z 26 X.

12 „Dziennik Polski”, jw.

13 „Nowa Reforma” nr 257 z 10 XI 1900.

14 „Czas” nr 274 z 8 XI.

15 nr 256 z 9 XI.

* Autor opisał w tym miejscu pomnik M. Hruszewskiego, jaki postawiła ukraińska administracja Lwowa w latach 90. w miejscu ­pomnika Fredry, usuniętego po II wojnie (jak większość pomników lwowskich) i odesłanego do Wrocła­wia. Z fragmentu tego zrezygnowaliśmy (red.).

 

W przyszłym roku przypada 130. rocznica śmierci naszego największego komediopisarza, Aleksandra Fredry (1793–1876). Jego podobizna zdobi okładkę niniejszego numeru CL.