Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Stanisław S. Nicieja, LEGENDA LWOWSKICH ORLĄT

Legenda Lwowskich Orląt należy do polskich mitów patriotycznych. W mitologii narodowej czyn gimnazjalistów i studentów broniących kresowej strażnicy, będącej skarbcem kultury polskiej, funkcjonuje podobnie jak obrona Częstochowy przed Szwedami, wiktoria Sobieskiego pod Wiedniem, brawurowa szarża szwoleżerów Kozietulskiego pod Samosierrą, czyn I Brygady Piłsudskiego, „Cud nad Wisłą” i obrona Zadwórza – polskich Termopil w sierpniu 1920 roku, a w czasach nam bliższych Westerplatte, Monte Cassino, Powstanie Warszawskie, bunt i determinacja „ludzi z żelaza”.
Kiedy heroiczny wyczyn w dziejach narodu obrasta z czasem legendą, która – bazując na setkach relacji, opowieści, wspomnień uczestników, okolicznościowej poezji itp. – tworzy na ich podstawie obraz wyidealizowany? Legenda taka, strojna często w barwne wytwory fantazji, ma niezwykłą siłę przenikania do takich głębin świadomości społecznej, gdzie spokojna, trzeźwa, ścisła wiedza historyczna nigdy nie przeniknie. Historyka szczególnie winna interesować relacja między dwoma zasadniczymi czynnikami przekazującymi społeczeństwu wiedzę o przeszłości, a mianowicie między legendą a historią, baśnią a nauką historyczną.
„Jeżeli legenda jest z historią w zgodzie – pisał wybitny historyk, pierwszy kronikarz obrony Lwowa Adam Próchnik – jeżeli to, co głosi legendarna opowieść, znajduje swoje potwierdzenie w historycznej ścisłości, staje się legendą wielką, pożyteczną pomocnicą historii, wtedy bowiem legenda, snując swe piękne opowieści o wielkich bohaterach i niezwykłych wypadkach, niesie przed rydwanem historii gorejący kaganek prawdy. Baśń i nauka uzupełniają się wzajemnie w służbie głoszenia światu przeszłości dziejowej”. Rola historyka jest wówczas ułatwiona i wdzięczna.
Inaczej jednak musi przedstawiać się sytuacja, jeżeli między legendą a wynikami badań naukowych nie ma zgodności. Wtedy stosunek historyka do legendy musi być ofensywny, bezkompromisowy i nakierowany na jej przetwarzanie zgodnie z prawdą historyczną. Legenda historyczna bałamutna to szkodnik w edukacji narodowej niebezpieczny. Nie może być bowiem nauczycielką nieprawda, a jej mistrzynią utopia. Edukacja narodowa czerpać musi swe soki z podłoża prawdy dziejowej i tylko taka wielkość ostać się może, której nauka daje na to legitymację, w przeciwnym razie wychowanie narodowe staje się samołudzeniem narodowym.
Lwowskie Orlęta. Mal. Wojciech Kossak
Wyniki badań naukowych potwierdzają, iż legenda Orląt lwowskich oparta jest na autentycznym czynie patriotycznym i heroizmie nieco tylko podkoloryzowanym. Jednak przez ostatnie półwiecze w Polsce komunistycznej cenzura mniej lub bardziej skutecznie wypierała ze świadomości narodowej nie tylko nazwiska obrońców Persenkówki, Zadwórza i chłopców z lwowskiej Góry Stracenia i Placu Bema. Rugując trwałe, ale niewygodne ideologicznie bądź politycznie fakty i legendy, zastępowano je nowymi, niejednokrotnie sztucznie, ponad wszelką miarę wyolbrzymionymi (casus Janka Krasickiego, czy też gen. Świerczewskiego – „człowieka, który się kulom nie kłaniał”). Zmieniano symbole i znaki patriotyczne.
Fenomen legendy Orląt lwowskich przejawia się choćby w fakcie, iż mimo upływu tylu dziesięcioleci polscy turyści we Lwowie nadal uparcie poszukują cmentarza Orląt i pomstują nad profanacją tego miejsca, chociaż z reguły mają dość mgliste pojęcie, kiedy i w jakich okolicznościach padli ci, którym wzniesiono tak niezwykły panteon. Legenda przetrwała w rodzinach (nie tylko lwowiaków) głównie dzięki przekazom ustnym.
W wydanej w Paryżu w 1985 r. książce „Budowanie niepodległej” Wojciech Giełżyński napisał: Lwowskie Orlęta pełniły w międzywojennej Polsce rolę kamieni na szaniec, jaka w ćwierć wieku później przypadła chłopcom z Zośki i Parasola. Naród, który by nie otaczał czcią swych bohaterów, ich heroizmu nie czynił wzorcem wychowawczym – byłby mówiącą tym samym językiem populacją tutejszych, nie duchową wspólnotą [...] Legenda Orląt, tak jak i ta o chłopcach spod Parasola nie jest sztucznie wyolbrzymiona, czego się nie da powiedzieć o wielu innych legendach – zwłaszcza tych, co mają urzędowy stempel. Lwów rzeczywiście obroniły wyrostki. Nawet dzieci miały udział w zwycięstwie. Akurat to nie jest mitem – gdy mowa o obronie Lwowa.
Dziś termin „obrona Lwowa” używany przez Polaków budzi w niektórych kręgach ukraińskich irytację, dlatego wymaga on pewnych wyjaśnień, szczególnie młodemu pokoleniu.
U zarania II Rzeczypospolitej, gdy Lwów był wielkim centrum kultury polskiej i przez Polaków administrowanym, termin „obrona” był oczywisty. Jego sens rozumiało każde dziecko. Sytuacja zmieniła się, gdy na mocy układów jałtańskich i poczdamskich, po ogromnych przemieszczeniach ludności, Lwów przestał być politycznie miastem polskim.
Jako Polacy, mamy jednak prawo mówić o obronie Lwowa w listopadzie 1918 roku, gdyż nasi rodacy wystąpili wówczas przeciw ukraińskiemu wojskowemu zamachowi stanu. To nie oni zaatakowali, ale zmuszeni zostali do obrony. Nie sięgali po cudzą własność, lecz bronili swej ojcowizny, swych domów, ulic, szkół, uczelni, fabryk i warsztatów. Powstali do walki na początku wręcz z gołymi rękami: z szablami, strzelbami i pistoletami wyciągniętymi z lamusa, zdobywając z czasem nowoczesną broń maszynową na zawodowym wojsku przeciwnika.
Początkowo bronili się samotnie, bez żadnej pomocy, której Polska, ledwo do życia powstała, dać nie mogła. Zanurzeni w mrokach długich listopadowych nocy, okrążeni, pozbawieni światła, wody i żywności, wykazywali częstokroć krańcową desperację. Wśród obrońców byli robotnicy i urzędnicy, księża i batiarzy – słynni lwowscy ulicznicy, kobiety, dzieci i starcy oraz ci najbardziej patriotyczni i ofiarni – gimnazjaliści i studenci. Im to właśnie nadano przydomek „Orlęta Lwowskie”, w którym jest wiele pieszczotliwości rodzicielskiej.
Tablica pamiątkowa, odsłonięta w 1993 r. w kościele św. Jadwigi Królowej na Krowodrzy w Krakowie
Setki z nich padło, broniąc swej ojcowizny, torując drogę odsieczy z głębi Polski. Legli później pospołu na cmentarzu, który był jedną z największych świętości Polski i jedną z najciekawszych osobliwości w świecie. Za ich to czyn m.in. państwo polskie odznaczyło Lwów – jako jedyne miasto polskie – Krzyżem Virtuti Militari. Uzasadniając tę decyzję marszałek Józef Piłsudski powiedział: Tu (we Lwowie – S.S.N.) codziennie walczyć trzeba o nadzieję, codziennie walczyć o siłę wytrwania. Ludność stawała się wojskiem, wojsko stawało się ludnością. I kiedym ja, jako sędzia wojskowy dający nagrody, odznaczający ludzi, myślał nad kampanią pod Lwowem, to wielkie zasługi waszego miasta oceniłem tak, jak gdybym miał jednego zbiorowego żołnierza, dobrego żołnierza, i ozdobiłem Lwów Krzyżem Orderu Virtuti Militari, tak, że wy jesteście jedynym miastem w Polsce, które z mojej ręki, jako Naczelnego Wodza, za pracę wojenną, za wytrzymałość otrzymało ten order.
Czyn lwowskich Orląt stał się sławny, uwieńczono go laurem zwycięstwa i legendy. Wszedł do podręczników szkolnych, przyjmując formę wzorcowej postawy patriotycznej. Podniecał wyobraźnię twórców sztuki, poetów, malarzy, muzyków, rzeźbiarzy i powieściopisarzy. Skupiał też uwagę cudzoziemców. Był argumentem koronnym na rzecz przynależności państwowej miasta. Marszałek Francji Ferdynand Foch – jeden ze zwycięskich wodzów w pierwszej wojnie światowej – przemawiając w 1923 r. na Uniwersytecie Lwowskim w czasie uroczystości nadania mu honorowego doktoratu, oświadczył: W chwili, kiedy wykreślano granice Europy, biedząc się nad pytaniem, jakie są granice Polski, Lwów wielkim głosem odpowiedział: Polska jest tutaj. A bezpośredni świadek wydarzeń, obserwujący drugie oblężenie Lwowa w 1919 r., francuski generał Barthelemy, oddając hołd męstwu kobiet i dzieci lwowskich, powiedział: Skłaniam nisko głowę przed kobietami szlachetnymi i bohaterskimi dziećmi, znoszącymi tyle cierpień i krew przelewającymi, by głośno stwierdzić, by krzyczeć na cały świat, że chcą do Polski należeć.
Czyn lwowskich Orląt począł podlegać procesom narodowej sakralizacji oraz mitologizacji już od pierwszych godzin po zwycięskiej odsieczy i ustąpieniu 22 listopada 1918 r. wojsk ukraińskich ze Lwowa. Następnego dnia w porannym wydaniu „Kuriera Lwowskiego” jego redaktor naczelny Bolesław Wysłouch, jeden z twórców polskiego ruchu ludowego, pisał: W chwili powszechnego entuzjazmu wszystkich myśli i uczucia zwracają się z wdzięcznością ku tym bohaterom, którzy krwią zapisali jedną z najpiękniejszych kart historii Lwowa i Ojczyzny. Było ich nasamprzód 30 młodziutkich szermierzy wolności, zamkniętych w szkole im. Sienkiewicza, potem rosły ich hufce, przeważnie ze studentów gimnazjalnych i niedorostków od warsztatów, zdobywając oręż i wypierając wroga z ulicy w ulicę, a ścieląc gęsto pole walki swymi ciałami, poszarpanymi od pocisków.
Cześć Polskiej Młodzieży!
Cześć Polskiej Dziatwie Lwowa!
Wśród huraganu granatów, poświstów szrapneli, wśród gradu kul stał młodzieniaszek polski po parę dni i nocy z rzędu na placówce i o głodzie i chłodzie walczył za Polskę z męstwem prawdziwie bohaterskim. Wielu z nich wymknęło się z domu bez wiedzy i zezwolenia rodziców. Dla tych młodocianych obrońców Lwowa należałoby założyć złotą księgę ku wiecznej pamięci i chlubie miasta.
Tak przedstawiała się pierwsza, publicystyczna próba kreacji legendy Orląt lwowskich. Później przyszły następne, coraz bardziej sugestywne i dojrzałe literacko. Największy wpływ na kształtowanie legendy Orląt lwowskich mieli Kornel Makuszyński, Adam Grzymała-Siedlecki, Jan Parandowski, Aleksander Baumgarten, Artur Schroeder, Ferdynand Neumauer ps. Mirosław Bezłuda, Józef Białynia-Chołodecki, Stanisław Obrzud, Jan Gella, Adam Próchnik, Wacław Lipiński, Witold Hupert, Aleksander Kron, Jerzy Dunin-Wąsowicz i Stanisław Łapiński-Nilski.
W poszczególne rocznice regularnie ukazywały się jednodniówki i różnego typu broszury oraz albumy sławiące czyn Orląt. Przez prasę, nie tylko lwowską, przetaczała się fala artykułów okolicznościowych oraz relacji z obchodów „Święta Obrony Lwowa”. Odbywały się wiece, capstrzyki, msze patriotyczne, na których wygłaszano płomienne przemówienia. Najbardziej spektakularne obchody zorganizowano w listopadzie 1938 r., w 20. rocznicę walk o Lwów. Pochód, który uformował się po nabożeństwie patriotycznym w kościele Jezuitów i zmierzał na cmentarz Obrońców Lwowa, liczył kilka kilometrów. [...]
Specjalną rolę w upowszechnianiu legendy Orląt odegrała poezja. Tematowi obrony Miasta Semper Fidelis wiersze poświęcili m.in. Henryk Zbierzchowski, Adam Cehak-
-Stodor, Rudolf Arend, Maryla Wolska, Witold Bunikiewicz, Ludwik Szczepański, ks. Tadeusz Karyłowski, Marian Grzegorczyk, Józefa Rogosz-Pieńkowska, Artur Schroeder, Maria Kazecka, Mieczysław Lisiewicz, Maciej Szukiewicz, Stefania Tatarówna, Janina Mogiła-Stankiewiczówna. Początkowo dominowała poezja przygodna, wiersze-reportaże tworzone na linii frontu, na barykadzie, bez pretensji do wieczności, jak choćby napisany już 4 listopada 1918 r. wiersz „Ostatnie liście” Marii Kazeckiej, dedykowany dzieciom-bohaterom z Ogrodu Jezuickiego. Poetka mieszkała przy ulicy Kraszewskiego, przy samym parku.

Widzę z okien, jak w mojej padacie ulicy.
W jakichż bolesnych gwiazdach będziemy
was chować!
Noc późna, delikatnej pełna tajemnicy.
Lecą liście i zdają się za śmierć dziękować.

Orlęta lwowskie Mal. Wojciech KossakChwałę Orląt głosili nie tylko poeci lwowscy, jak choćby Henryk Zbierzchowski, ale również warszawscy, krakowscy, wileńscy. Jeden z najgłośniejszych wierszy poświęconych Orlętom lwowskim pt. „Przyśniła się dzieciom Polska” napisał w styczniu 1919 r. Edward Słoński, poeta znany z utworów melodyjnych, prostych w formie, nawiązujących do tradycji piosenki ludowej, żołnierskiej, wyrażający powszechne w czasie pierwszej wojny światowej nastroje oczekiwania.
Nie mniej popularny był wiersz pt. „Orlątko” Artura Oppmana, poety Warszawy, bajkopisarza, epigona romantyzmu. Jest to poetycki monolog umierającego syna do matki. Oto jego fragment:

O mamo, otrzyj oczy,
Z uśmiechem do mnie mów –
Ta krew, co z piersi broczy,
Ta krew – to za nasz Lwów!...
Ja biłem się tak samo
Jak starsi – mamo, chwal!...
Tylko mi ciebie, mamo,
Tylko mi Polski żal!...

Z wierszy późniejszych bodaj najpopularniejszy wyszedł spod pióra Mariana Hemara:

Matka płakała: czyś ty zwariował?
Ojciec się gniewał: czyś ty się wściekł?
Zamknął go w domu. Czapkę mu schował,
Kolega gwizdnął i – chłopiec znikł...
Kto go tak uczył? Kto go tak skusił?
Jaka muzyka? – Do jakich słów?
Kto go opętał? – Kto go przymusił?
Żeby on zginął – za co – za Lwów!!!
Kto mu wyszeptał słowa nadziei,
Że on na zawsze, na wszystkie dni
Do Polskiej Mapy ten Lwów przykleił
Gumą arabską – kropelką krwi!

W 1919 r. dr Jan Niemiec, znany lwowski pedagog, prowadzący wzorową szkołę przy ul. Pełczyńskiej, napisał sztukę pt. „Obrona Lwowa”, którą wystawił Teatr Wielki. Później utwór ten często wprowadzały do swego repertuaru amatorskie teatrzyki szkolne. Bohaterem sztuki jest 14-letni Antoś Nieborski, postać fikcyjna, ale kojarząca się bardzo wyraźnie z historią życia i śmierci legendarnego Jurka Bitschana, rozsławionego w znanej powszechnie przed wojną balladzie Anny Fischerówny.
Znaczący udział w kreowaniu legendy lwowskich Orląt mieli również malarze, rysownicy, ilustratorzy książek. Bodaj najbardziej znany obraz pt. „Orlęta w walce” namalował Wojciech Kossak. Wykorzystał tam scenerię cmentarza Łyczakowskiego, gdzie za pomnikami i nagrobkami broni się grupa młodzieży. Obraz ten upowszechniano w tysiącach widokówek. Równie sławny był tryptyk Stanisława Kaczora-Batowskiego „Bój o Persenkówkę”.
W latach 1919-1920 Janina Mogiła-Stankiewiczówna namalowała cykl pt. „Obrona Lwowa”, w którym najbardziej znane były obrazy „Cmentarzyk Politechniki w listopadzie 1918 r.”, „Duchy cmentarza” i „Pogrzeb lotnika”. Artystka, mieszkająca w pobliżu głównego gmachu Politechniki, z okien swej pracowni patrzyła na dramaty, jakie rozgrywały się na małym, prowizorycznym cmentarzyku umieszczonym w ogrodzie Politechniki. Często – pisała w komentarzu do wystawy swych obrazów – łzy przesłaniały mi widok, gdyż do uszu moich dolatywały jęki i cichy płacz żon, matek, sióstr, które grzebały swoich najdroższych. W oczach moich matka bohatera, wśród gradu kul i błysków szrapneli pękających w powietrzu, odgrzebywała zmarzniętą ziemię – dla syna – na wieczny spoczynek. Nigdy nie zapomnę chwil męki, rozpaczy i dumy z ofiar tych najmłodszych. Obraz ten jest częścią całego cyklu.
Popularnością cieszyły się również ilustracje książkowe Kamila Mackiewicza do opowiadań z tomu „Orlęta” Artura Schroedera i Michała Sozańskiego, zwłaszcza „Wypad z Kadeckiej Szkoły”.
W 1934 r. profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza Stanisław Łempicki wystąpił z propozycją, aby miasto zamówiło u Wojciecha Kossaka „Panoramę Orląt Lwowskich”, i wspólnie z prof. Tadeuszem Obmińskim sugerował, aby umieścić ją w Baszcie Prochowej. Miały to być nowe lwowskie Racławice. Sens takiego dzieła – pisał Łempicki – będzie na wskroś pozytywny. Bo nie chodzi tutaj o poruszanie starych ran walki bratobójczej dwóch bliskich sobie narodów, nie chodzi o odbliźnianie starych blizn polsko-ukraińskich ani o drażnienie ambicji narodowych Ukraińców, od czego jesteśmy jak najdalsi. Duszy dzisiejszego Polaka-państwowca powinna być obca wszelka negacja, wszelkie uczucie nienawiści. Czyn Orląt lwowskich jest dla nas – bez względu na partnera krwawych acz nieszczęsnych walk – przejawem najpiękniejszym czystego bohaterstwa i heroicznego poświęcenia dla Ojczyzny. Przejdzie on do ideowej historii polskiej w tej samej jasnej, prawie legendarnej aureoli, jak niegdyś obrona Jasnej Góry: wszakże mówiąc o tamtej obronie widzimy dzisiaj tylko Cudowny Obraz Częstochowski, i Kordeckiego, i obrońców, i nawet herosów Sienkiewiczowskiego „Potopu” – a nie pamiętamy prawie o Szwedach, nie czujemy do nich żadnej dziejowej abominacji. Czyn Orląt – to niesłychanie ważny moment wychowawczy, pedagogiczny dla całych pokoleń dzisiejszej i przyszłej młodzieży, to wielki przykład, wielkie exemplum historyczne, które ma nauczać patriotyzmu i poświęcenia idealnego i żołnierskiego hartu, które – jak przepiękny rozdział z polskiego Plutarcha i z polskiego Amicisa – ma porywać ku naśladowaniu.
Pomysłu tego nie zrealizowano. W Baszcie Prochowej władze miejskie skłonne były umieścić plastyczną panoramę Lwowa, wykonywaną przez Janusza Witwickiego.
Zmierzając do ogólnej konkluzji, można stwierdzić, iż legenda Orląt lwowskich, czerpiąca swą siłę z autentyzmu wydarzeń historycznych, miała niezwykłą, magnetyzującą moc i znakomicie służyła wychowaniu patriotycznemu nie tylko w mieście, które uchodziło za kresową strażnicę. Ostatniemu pokoleniu, zrodzonemu w niewoli, marzyły się bohaterskie boje Kmicica, Wołodyjowskiego, Podbipięty, Kozietulskiego, Sułkowskiego, Ordona, Sowińskiego. Młodzież kształcona na tych ideałach w chwili gwałtownego, zaskakującego zagrożenia dla polskości Lwowa postanowiła w naturalny sposób odwołać się do tradycji obrony Częstochowy, Zbaraża, Kamieńca, i błyskawicznie zmieniła się w żołnierzy sprawy narodowej, skandujących Nie damy ziemi, skąd nasz ród.
I oto kilkunastoletni gimnazjalista, który jeszcze niedawno bał się ciemnego pokoju, „dwójek pana profesora”, przepadał za łakociami, z niechęcią opuszczał ciepły pokój w jesienno-zimowe chłody, decydował się na udział w prawdziwym boju, gdzie płaci się krwią i bólem. Nocami na przenikliwym wietrze, w listopadowej zadymce, w kałuży błota, głodny, zziębnięty, trwał na placówce zasypywanej pociskami. Na Cytadeli i Górze Stracenia, w Ogrodzie Pojezuickim i przy szkole Sienkiewicza, pod Sejmem i przed Politechniką, na ulicy Bema i pod Pocztą plamił bruk swą krwią, był nieustępliwy, ofiarny i wielki duchem. Początkowo niemal gołymi rękoma, potem karabinem często wyższym od siebie i bardzo ciężkim, zdobywał kulomioty, automobile, działa, amunicję, i walczył nierzadko pod oknami rodziców, których chciał wyzwolić.
Legendę Orląt lwowskich w niezwykły sposób utrwalił też słynny cmentarz na zboczu Pohulanki – unikat w skali europejskiej, panteon pamięci narodowej o młodocianych bohaterach, pełen zadziwiających budowli i pomników oraz fantazyjnej roślinności, cmentarz-park – polskie Campo Santo. Jego profanacja rozciągnięta na dziesięciolecia – prawem paradoksu – wbrew pragnieniom profanów, ugruntowała mit o czynie kolegów Jurka Bitschana.