Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

WSPOMNIENIE O JANUSZU BRUCHNALSKIM

Jedno z ostatnich zdjęć Janusza BruchnalskiegoUrodził się w 1925 r. we Lwowie, w znanej tam rodzinie. Jego dziadkiem był znakomity historyk literatury i języka polskiego, profesor Uniwersytetu Jana Kazimierza, Wilhelm Bruchnalski (1859–1938), ojcem dr Gustaw Bruchnalski, lwowski dentysta. Rodzina matki to Kleinowie, właściciele znanego browaru na Pohulance.
Swoje lata dojrzałe i twórcze po II wojnie spędził Janusz Bruchnalski w Krakowie. Tu zmarł przedwcześnie w 1980 roku.

* * *
W spotkaniu poświęconym wspomnieniom o człowieku i artyście wzięli udział: żona Lidia Bruchnalska (LB), kuzynka Zofia Łodzińska (ZŁ), kuzyn dr Kazimierz Nahlik (KN), art. grafik Bohdan Prądzyński (BP), art. grafik Leszek Przybylski (LP), art. grafik Maria Wałachowa (MW), art. plast. Anna Wajdowa (AW), prof. ASP Leszek Wajda (LW), art. grafik Janusz Wysocki (JW) oraz Barbara Czałczyńska (BC) i Andrzej Chlipalski (AC), którzy rozmowę poprowadzili i opracowali. Spotkanie odbyło się w gościnnym domu państwa Wajdów z końcem października ’98.

BP Jestem częściowo inicjatorem tego spotkania. Bardzo mi na nim zależało. Pomyślałem, że można by wykorzystać Cracovia–Leopolis do tego, by wreszcie ukazał się życiorys Janusza Bruchnalskiego, którego uważam za jednego z najwybitniejszych grafików krakowskich. Spotkałem kiedyś Jańcia w Wydawnictwie Literackim, i z miejsca się w nim po prostu zakochałem. Oczywiście jego urok osobisty miał duży wpływ na to, co potem nas łączyło, ale przede wszystkim fascynowała mnie jego praca twórcza. Była o tyle wyjątkowa, że w tamtym okresie na rynku panowała jeszcze stara grafika, bardzo niedobra. Może, powiedzmy, poza Młodzianowskim, który pracował dla Wydawnictwa Muzycznego, ale już pojawiła się nieliczna, lecz pewna grupa bardzo zdolnych grafików, którzy w jakimś sensie opanowali oba wymienione wydawnictwa. Dzięki nim pojawiła się w witrynach księgarń autentyczna sztuka. To zaskakujące: studenci, a nawet absolwenci ASP, którzy już kilka lat pracowali samodzielnie, potrafili wystawać przed oknami wystawowymi, żeby przyjrzeć się, jak może wyglądać grafika użytkowa, będąca obrazem. Było to niesłychane. Niestety nikt się tą grafiką z tamtego czasu w Krakowie nie interesuje. Wydawało mi się więc – gdy Andrzej powołał do życia Cracovia–Leopolis – że są to łamy, na których można pokazać życie fascynującego człowieka.
JW Moja przyjaźń z Januszem zaczęła się w latach sześćdziesiątych, gdy zaraz po ukończeniu Akademii zaczęłem chodzić na komisje artystyczne do Zakładów Artystycznych ARA. On był członkiem tej komisji. Znałem go wcześniej z rysunków zamieszczanych w „Zebrze”, studenckim piśmie artystycznym. Utkwiły mi w pamięci, bo były opowieściami o przywarach polskich, pijaństwie, pieniactwie, bijatykach, pojedynkach. Rubaszne i dosadne w formie.
Spotykaliśmy się często, w PWM, potem w WL, gdzie był kierownikiem artystycznym. Mieszkaliśmy niedaleko siebie, wystarczyło przejść ulicę, aby się spotkać, wyjść na spacer z Gufim, jego psem. Tematów do konwersacji było wiele – od spraw graficznych do wspomnień o Lwowie. To właśnie od Janusza mam plan Lwowa z lat dwudziestych i plakat, reklamujący Piwo Marcowe – z browaru Jana Kleina na Pohulance, litografowany przez S. Czajkowskiego. Był jowialny, ciepły, serdeczny, czasami rubaszny, opowiadacz kawałów, zawsze dobry kompan.
MW Poznaliśmy się już po wojnie, na studiach, i od razu po akcencie zorientowaliśmy się, że oboje jesteśmy ze Lwowa. Często się odwiedzaliśmy. Ponieważ na Wolę Justowską nie było wtedy dobrej komunikacji, a na uczelni były przerwy między zajęciami, to Janusz przychodził do mnie do domu. Odrabialiśmy razem geometrię wykreślną, z którą wszyscy na Akademii mieliśmy trudności. Chodziliśmy razem na wycieczki z Lidką, żoną Janusza, i to nas bardzo zbliżyło. Potem spotykaliśmy się rzadziej, ale zawsze nasze rozmowy były długie.
B.Czałczyńska, B.Prądzyński, L.Przybylski (tyłem)LP A my poznaliśmy się na studiach w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. To była taka druga szkoła oprócz Akademii. Miała ona bardziej użytkowy charakter: wydziały grafiki, architektury, potem scenografii, którą prowadził Tadeusz Kantor. Studiowaliśmy razem w latach 1948–54, to znaczy aż do dyplomu. Z tego czasu jest Leszek Wajda, Bohdan Prądzyński, Lidka Bruchnalska. Bardzo szybko złapaliśmy kontakt. Pamiętam Janusza jako szczupłego chłopca z charakterystyczną twarzą, podobny był do matki. Na Wydziale Janusz był ulubieńcem wszystkich. Miał szaloną łatwość w kontaktach, chyba nie miał wrogów. Wydział Grafiki prowadził wtedy Karolak, stosunkowo młody, lecz już zaczął się wybijać w polskiej szkole grafiki użytkowej – Janusz był nie tyle pod jego wpływem, co najszybciej wyłapywał wszystkie kanony grafiki, wtedy modne. Janusz miał szaloną biegłość i łatwość rysowania, można powiedzieć – mistrzowską. Naszymi starszymi kolegami byli Daniel Mróz i Roman Cieślewicz, który Janusza znał jeszcze ze Lwowa. Cieślewicz ukończył Akademię krakowską, po czym przeniósł się do Warszawy, ale w krótkim czasie wyjechał do Paryża i tam zrobił błyskawiczną karierę. W czasach studiów był najbliższym przyjacielem Janusza.
Na naszym roku było dość dużo młodzieży lewicowej – głównie pochodzenia chłopskiego – należącej do ZMP. Janusz był lubiany przez wszystkich, z lewa i z prawa. Tu anegdota: było na studiach tzw. koło naukowe, a Janusz w jego ramach podjął temat: lampa naftowa. W czasach elektryfikacji niezbyt się to podobało, został więc oskarżony o... formalizm. W jakimś momencie studiów socrealizm zaczął obejmować także nas, studentów. Byliśmy wszyscy w Poznaniu na słynnym zjeździe szkół artystycznych w 1949 r., na którym Sokorski wygłosił ów pamiętny referat, gdzie właściwie zniszczył Kantora, Kisiela i jeszcze parę innych osób. To był początek. Partyjny nadzór objął też szkoły. Na terenach targowych zorganizowano dużą wystawę studencką i był nacisk, żeby pokazywać tematy partyjne.
L.Bruchnalska, l.WajdaJanusz nie krył swoich zapatrywań, zdarzało mu się często coś „chlapnąć”, ale mu to jakoś uchodziło, bo był lubiany. Wszyscy znali jego przeszłość lwowską. Ja byłem pod wielkim wpływem Janusza, jeśli chodzi o Lwów. Co prawda urodziłem się w Katowicach, rodzice pochodzili z Krakowa, ale życie inteligencji lwowskiej, kawiarnie, topografia tamtego miasta były mi dobrze znane – razem z Januszem wspominaliśmy – to „byłe życie”. Jeździłem dość często do Zaleszczyk (byłem tam 5 czy 6 razy), bo mój ojciec był radcą kolejowym, stąd nasza łatwość wyjazdów. Raz byłem w Kutach.
Janusz miał łatwość opowiadania z zabarwieniem satyrycznym, skrótowym. Pamiętam jego opowieści z czasów lwowskich. Chociażby mieszkanie – Janusz opowiadał o pokojach, gabinecie dentystycznym ojca. Później, w latach kiedy przyszli sowieci, w mieszkaniu Bruchnalskich było wielu lokatorów, także sowieccy wojskowi. Dla nich kontakt ze Lwowem to był kontakt z zachodem i stąd wynikały charakterystyczne i świadczące o prymitywizmie tych ludzi zdarzenia. Prawie czarny humor...

AC Wróćmy jednak do czasów wcześniejszych, do jego korzeni, rodziny, dzieciństwa, lat młodzieńczych.
KN Janusza znałem od urodzenia, bo jego matka była cioteczną siostrą mojej matki, ale ja byłem od niego starszy o 12 lat. Bywaliśmy często na Pohulance, gdzie mieszkali Kleinowie, w pięknie urządzonym domu z ogrodem, przy browarze (któż nie znał piwa Kleina!). Janusz narysował kiedyś dla mnie plan całej posesji. Z tych czasów pamiętam, że dziadek Janusza, prof. Wilhelm Bruchnalski, bardzo nie lubił Piłsudskiego, a mały Januszek, przychodząc do dziadka z wizytą, nigdy nie zapominał zakrzyknąć: Niech żyje Marszałek Piełsucki! [sic!]
Ojciec Janusza, zwany Gutkiem, był majorem Wojsk Polskich, lekarzem wojskowym. Trochę też traktował swoich pacjentów jak żołnierzy. Byłem bardzo blisko z jego żoną, ciotką Halunią. Z nią byłem w czasie okupacji bolszewickiej na ostatniej rozprawie sądowej Gustawa Bruchnalskiego, która odbywała się w gmachu Hotelu Krakowskiego we Lwowie. Gutek był już bezsilny, nogi go nie niosły, musiano go prowadzić i ciocia Halunia nigdy go już potem nie zobaczyła. Starała się go ratować, robiła co mogła, ale został zakatowany.
BC Kiedy Gustaw Bruchnalski został zaaresztowany?
LB 29 lutego 1940 roku.
W czasie okupacji mieszkałam u Bruchnalskich we Lwowie przy ul. Zyblikiewicza 5 (moja matka z domu Bruchnalska była stryjeczną siostrą Gutka. Przed wojną mieszkałam z rodzicami w Warszawie). Do wuja Gutka przychodzili oficerowie na spotkania. Jego aresztowanie tak wyglądało: kiedy przyszło NKWD go aresztować, nie było go w domu. Umówił się z ciocią Halą, że gdyby było jakieś niebezpieczeństwo, story w oknach będą spuszczone do połowy. Wtedy było w mieszkaniu kilku polskich wojskowych. Siostra cioci Hali, Stasia Kleinówna, bardzo przytomnie wypuściła ich tylnym wyjściem na podwórze, a enkawudziści weszli od frontu. Nie zastawszy go, siedli i powiedzieli, że będą czekać. Po prostu kocioł. Wujek nadszedł i zobaczył, że story są opuszczone, ale tak się nastraszył o ciocię i Janusza, że jednak wszedł do domu. W ten sposób wpadł. Ciocia została sama z Januszem.
LP Była tam też jakaś rodzina sowiecka, jakiś enkawudzista?
Major ruski z żoną i pięcioletnim synkiem Igorkiem. Zdarzyła się zabawna historia: ciocia Hala robiła obiad w kuchni, a chaziajka też sobie coś gotowała w wielkim garze, który zestawiła na podłogę. Igorek przyszedł do kuchni i pod nieobecność mamaszy nasiusiał do tego gara. Ciocia oczywiście go odpędziła, a kiedy wróciła Rosjanka, opowiedziała jej to, na co ta spokojnie odrzekła: niczewo, niczewo, Igorek takij zbytocznyj! Potem, jak major się wyprowadził, nie mieszkali już żadni ruscy.
LP Janusz opowiadał, że Sowieci kręcili we Lwowie film z polskich czasów, mający ukazać przedwojenny reżim. Na którejś ulicy pozrywano bruki, żeby pokazać, jakim nędznym miastem był Lwów.
BC A jak sobie radziła pani Bruchnalska w czasie wojny?
Było bardzo ciężko. Mieszkało u niej parę osób: jeden pokój zajmował dr Kielanowski, drugi pan Procajło z żoną, ja mieszkałam w saloniku. Było skromniutko, ale „po polsku”. Przychodził do nas śpiewak Hiolski, ciocia Ada Dymnicka i ciocia Hala pięknie grały na fortepianie. Odbywały się więc w domu koncerty.
BC Czy pani Bruchnalska miała wykształcenie muzyczne?
AW Tak, skończyła konserwatorium i uczyła w szkole muzycznej, dawała lekcje fortepianu. Po wojnie do końca życia była akompaniatorką w Szkole Muzycznej w Krakowie. Janusz miał też zdolności muzyczne. Był o 3 lata starszy ode mnie i mojej bliźniaczej siostry. W latach przedwojennych trochę nas lekceważył, dopiero w czasie wojny różnica się zatarła i bardzo się zaprzyjaźniliśmy. Do domu Janusza przychodziliśmy na koncerty. Drugie takie koncerty odbywały się u naszej babki przy ul. Jabłonowskich, gdzie wtedy mieszkaliśmy. Na zmianę występował Hiolski, Monasterska. Mieliśmy też łączność z teatrem Bronisława Dąbrowskiego – było więc trochę muzyki, trochę literatury. Deklamowali Młodnicki, Surowa, na fortepianie grała pani Bruchnalska, Jerzy Broszkiewicz. Janusz doskonale grał szlagiery na fortepianie.
AC Czy w tamtych czasach dziecinnych, chłopięcych, które Państwo pamiętają, Janusz Bruchnalski objawiał jakieś zdolności artystyczne, czy już się czuło, jaka będzie jego droga życia?
KN Owszem, wiem, że dużo rysował, ale ja się tym specjalnie nie interesowałem. Różnica wieku między nami była zbyt duża. A potem, kiedy wybuchła wojna, nie było mnie we Lwowie. Pracowałem w Środzie, w Poznańskiem.
LB Janusz bardzo wcześnie zaczął rysować. Te wszystkie rysuneczki, z piątego–szóstego roku życia, jego mama przywiozła do Krakowa. Zachowały się też jego rysunki z czasów ruskich we Lwowie i kotła w mieszkaniu na Zyblikiewicza.
Pamiętam, że w roku 1945, gdy Janusz był w wojsku w Legnicy, pisał do mnie listy, a w nich były bardzo zabawne rysunki.
KN Przypomniało mi się, że w czasie wojny Janusz robił piękne modele samochodów i czołgów.
BC A jak było za okupacji niemieckiej? I jeszcze później?
Byliśmy bardzo ze sobą zżyci w czasach okupacji. Mieliśmy paczkę, do której należało parę osób. Janusz na pewno był w AK, ale już pod koniec, i nie wiem, w jakiej formacji. Ja też należałam, ale w innej komórce, od 1942 r. Dopiero w ’44 roku zobaczyłam go z opaską biało-czerwoną na ramieniu.
Kiedy po okupacji Janusza wcielono do wojska, ciocia była zrozpaczona. Nie można się było dowiedzieć, gdzie przebywa, więc ja wyruszyłam na poszukiwania – przez zieloną granicę. Znalazłam go pod Lublinem – był w strasznym stanie: zawszony, rozpaczliwie chudy, biedny. Jakoś mu wtedy pomogłam, ogarnęłam.
LW On był na pewno w KBW, ale nie z własnej woli. Został tam wcielony.
LB Po prostu świetnie rysował, włączyli go więc do sekcji plastycznej. To była jedyna przyczyna jego przydziału do KBW. Do wojska polskiego jednak zgłosił się świadomie, żeby się ratować – relacjonowała mi to jego matka. Miał bowiem taki przypadek, że całą grupą z karabinami zostali złapani przez patrol sowiecki, i byliby ich rozstrzelali – wprowadzili ich już na podwórko jakiegoś rozwalonego domu. Szczęśliwie na widok przejeżdżającego jeepa z polskimi oficerami zaczęli krzyczeć: Tu jesteśmy, ratujcie nas! To też było powodem, że dr Kielanowski z miejsca nakłonił Janusza do usunięcia wyrostka robaczkowego, ażeby był pretekst do jego przetrzymania w szpitalu. Rodzina wtedy zadecydowała, żeby Janusz dobrowolnie zgłosił się do wojska polskiego, bo to go uchroni przed konsekwencjami tego wydarzenia.
AW Po tym wojsku musiał nadrabiać wykształcenie, zdać maturę. Dlatego na grafice był o rok niżej niż ja.

AC No więc dotarliśmy do czasu studiów.
LW Z Januszem poznałem się na pierwszym roku studiów. Skończyłem wcześniej, bo architektura wnętrz trwała krócej, a grafikom dodano jeszcze rok. Stąd Janusz ukończył studia w ’54 roku. Spotykaliśmy się wtedy często, także z tej racji, że był przyjacielem mojej żony z lat młodzieńczych, ale to w ogóle były czasy życia grupowego. Stale gdzieś czeredą jeździliśmy. Z tego życia wyłoniły się takie osobowości, jak Daniel Mróz, Józek Szajna, Janusz Bruchnalski, z czego wynika, że życie grupowe nie wpłynęło na osłabienie indywidualności, raczej – twierdzę – je wzmacniało. Razem przeżywaliśmy wzloty i upadki. Leszek Przybylski wspomniał o ważnej dacie – roku 1949, a były wtedy też zjazdy literatów w Szczecinie i plastykow w Katowicach – to był zły przełom w kierunku realizmu socjalistycznego. Był to schemat oczywisty, a wszelkie dyskusje wcześniejsze, to były tylko dyskusje. Np. Andrzej Wróblewski i mój brat [Andrzej Wajda – przyp.red.] zmajstrowali grupę samokształceniową w ZMP na Akademii i przy okazji obalili rektora prof. Eibischa i kilka takich rzeczy, ale po ’49, a zwłaszcza po ’51 roku – roku pierwszej ogólnopolskiej wystawy – było już wiadomo, jak trzeba malować, i żadne formy poszukiwania, żadne dawne marzenia o realiźmie typu meksykańskiego nie wchodziły w grę. Miała to być sztuka taka jak radziecka, tzn. dokładny naturalizm i absolutnie polityczne podporządkowanie wszystkiego. Lata 1951–53 to okres największego dokręcania śruby, dopiero ’54 rok to wystawa w Arsenale i w ’56 – odwilż.
W 1953 r. pojechaliśmy całą grupą, wytypowaną z ASP jako przodownicy pracy, na słynny krajowy zlot młodzieży w Warszawie. Otwierano wtedy MDM (mój brat wstawił to nawet do Człowieka z marmuru), odbyła się ogromna defilada. Walił tłum młodzieży, rzekomo uśmiechniętej, wszyscy nieśli portrety, flagi itp. Ponieważ nie byliśmy zdeklarowani politycznie i do partii ani ZMP nie należeliśmy, ubrano nas w ubrania robocze i kazano nieść czterometrowy portret Stalina. Było nas czterech: ja, Jańcio Bruchnalski, Tadzio Brzozowski i ktoś czwarty – nie pamiętam. Wszyscy wierni katolicy. Janusz był wściekły, Tadzio Brzozowski chichotał nerwowo. Takie było śmieszne i zarazem straszne życie na Akademii.
Janusza na Akademii wszyscy znali i lubili. Dlaczego? Wydaje mi się dlatego, że on po prostu lubił ludzi, był wszystkim przyjazny i z wszystkimi miał łatwe kontakty. Z pedagogami i ze studentami, gdy sam prowadził już (przez 12 lat) pracownię projektowania graficznego. To, co pozwalało mu być na luzie, to ogromne poczucie humoru i przyjazne spojrzenie na życie. Przeszedł przecież w życiu różne niedobre sprawy wojenne i powojenne, ale zawsze był uśmiechnięty, wszystko przyjmował z wiarą w życie – to z niego promieniowało i to mu zjednywało ludzi.
LP Janusz już jako student złapał kontakt z wydawcami. Nam się o tym jeszcze nie śniło, ale o jego biegłości i łatości rysowania już mówiliśmy – miał talent. Zaczął od PWM, bardzo dużo tam rysował, dobrze zarabiał. Razem z Cieślewiczem znajdowali sobie jakieś fuchy. Po jakimś czasie zaczęła tam pracować Lidka. Potem zaczęło się Wydawnictwo Literackie, jeszcze za dyrektora Słapy, potem Skórnickiego, i w końcu za Kurza. W jakimś momencie Janusz ściągnął tam mnie, zostałem drugim grafikiem. Otaczał mnie opieką, to była pełna przyjaźń. Był też ceniony w Związku Plastyków. O jego działalności w ARA mówił już Janusz Wysocki – jako naczelny, miał bardzo dobrą opinię wśród kolegów.
BP Leszek wspomniał o Cieślewiczu i jego przyjaźni z Bruchnalskim. To nie było bez znaczenia. Cieślewicz był fenomenem na wielką miarę, ale oni obaj byli właściwie równymi partnerami. To, że Jańcio został w Krakowie, wynikało z jakichś innych względów. Romek nigdy nie zapomniał Janusza. Przysyłał mu z Paryża bardzo oryginalne pocztówki, np. druk welwetem, albo XIX-wieczne pocztówki, wyszukiwane u bukinistów. Nie wiem, jak mu się Janusz rewanżował, ale te przesyłki od Cieślewicza dawały mu największą satysfakcję.
LP To była kwestia jego znajomości lwowskich w czasach krakowskich. Takich znakomitych znajomości było wiele: Żygulscy, Łabinowicz (który był pracownikiem Muzeum Narodowego, bardzo barwna postać), prof. Helena Blumówna, która Janusza bardzo lubiła, prof. Mściwujewski [ojciec Anny Wajdowej – przyp. red.], prof. Stanisław Nahlik.
Wróćmy jeszcze do wspomnianej na początku Zebry. Było to pismo liczące się, nawet Warszawa nie miała tak dobrego. W redakcji byli Stefan Papp, Eugeniusz Olsza, Wiesław Dymny, a także Janusz Budzyński – syn Budzyńskiego z Radia Lwowskiego. Ja miałem w Zebrze rysunki polityczne w związku z wydarzeniami na Węgrzech w 1956 roku.
LW Wrócę jeszcze do Akademii. W latach 50. pojawiła się czereda studentów, którzy rysować nie umieli, byli od nas starsi i po prostu nasłani przez UB. Próbowaliśmy jakoś z tym żyć, ale przede wszystkim odbyć studia w owocny sposób. Chyba nam się to udało. Ale kiedy w 1968 r. zostałem kierownikiem Katedry Projektowania Wystaw na Wydziale Architektury Wnętrz, postanowiłem – modyfikując program – że naszym studentom potrzebna jest także grafika i fotografia. Pomyślałem natychmiast o Januszu, który po pewnych oporach zgodził się na prowadzenie kursu grafiki projektowej. Bardzo ładnie to ułożył, powymyślał ciekawe ćwiczenia i miał dobre rezultaty. Studenci to lubili, a dzięki poczuciu humoru Janusza, w koncepcjach plakatów, ilustracji, czy nawet ilustracjach literniczych, pojawiały się elementy humoru, inteligentnego dowcipu, czasem kpiarskiego spojrzenia na tematy. To była ważna cecha jego dydaktyki. Godzin tej grafiki było niewiele, a mimo to wykształcił parę osób, które robiły ciekawe projekty w WL.
Janusz zrobił potem przewód 2. stopnia, czyli habilitację. Został docentem, ale niestety pracował tylko do ’80 roku. Trudno było znaleźć następcę, bo zawsze wydawało mi się, że takiego jak Jańcio już nie będę miał.
Mówiąc o rodzinie Bruchnalskich, trzeba powiedzieć o psie. On był czwartym domownikiem na takich samych prawach jak Janusz, Lidka i Marcin. Był to nie szkolony ogar, i jak kiedyś dogonił w polu zająca, to tak się przestraszył, że zając zdążył uciec. Janusz był z niego niesłychanie dumny.
LP Byłem częstym gościem w domu Januszów, począwszy od Woli Justowskiej. Była to ładna willa w ogrodzie nad Rudawą, w której mieszkały mama, ciotka, Janusz, a potem i Lidka, kiedy została jego żoną. Odbywały się tam przyjęcia niedzielne, zawsze dużo gości. Było zabawnie, słodkie wódki. Janusz robił orzechówkę...
Potem przenieśli się na Solskiego [św. Tomasza – przyp.red.], róg św. Krzyża. Był to taki pałacyk mieszczański, mieli tam dwa pokoje.
BP Pewnego dnia założono na tym pałacyku ogromną reklamę świetlną. Noc zamieniła się w dzień. Nie pomogło zasłanianie okien. Trzeba było jakoś temu zaradzić. Janusz wpadł na prosty, choć ryzykowny pomysł. Gumową gruszkę napełnił wodą, a gdy neon zaświecił, pstryknął wodą. Neon zachował się jak powinien, zgasł z hukiem, pogrążając ulicę w ciemności. A nie była to byle jak ulica – w pobliżu znajdował się budynek KW PZPR.
LP Było tam moc przezabawnych sytuacji z sąsiadami, robiliśmy różne psoty. Życie kawiarniane: chodziliśmy albo do Sukiennic od strony Mickiewicza [kawiarnia Noworolskiego, wtedy upaństwowiona – przyp. red.], albo do piwnicy w Krzysztoforach.
Z Solskiego Januszowie przeprowadzili się na Wrocławską, a pod koniec życia Janusza na Racławicką. To był już smutny okres. Zdawaliśmy sobie sprawę, że jego czas jest policzony. Dla mnie ogromny szok. Sprawa śmierci w ogóle nie dochodziła do jego świadomości.

 Okładka książeczki Ulubione nutkiAC Usłyszeliśmy od Państwa wiele pochlebnych, więcej – pełnych podziwu opinii o Człowieku i Artyście. My jednak, nieprofesjonaliści, oczekiwalibyśmy scharakteryzowania jego Sztuki. Na czym polegała jej specyfika?
LW Jako dziekan, musiałem Januszowi pisać jakieś recenzje, obserwowałem jego twórczość artystyczną. Sądzę, że wartość Janusza jako projektanta – zwłaszcza w dziedzinie książki, która była jego główną i ukochaną dziedziną, a przecież tworzył też plakaty, grafikę wystawową, rysunek satyryczny – polegała na dbałości o spójność treści i formy, czytelności, prostocie. Wykazywał się inwencją i pomysłowością, dowcipem, perfekcyjnością w rysunku, kompozycji, liternictwie, nawiązywaniu do współczesnej grafiki światowej. W rysunku satyrycznym był to bystry obserwator i „przyjazny szyderca”. Bardzo ciekawe były jego okładki książkowe z kompozycji literniczych, zwłaszcza w seriach wydawniczych (przykładem: LEM w Wydawnictwie Literackim).
W wydawnictwach krakowskich Janusz Bruchnalski zaznaczył swoją indywidualność i odegrał niepoślednią rolę: wpłynął na ogólny ton i dobór projektantów. Nie tylko dlatego, żeby był człowiekiem nie uznającym konkurencji. On tylko wiedział, że w sztuce zbyt wielkiej demokracji nie ma.
JW Janusz rysował lekko, swobodnie, mocno określając przedstawiane postacie. Były one zawsze pokraczne, w berecikach, takie z marginesu. Ale zwierzęta, psiaki, zawsze zabawne, ciepłe i sympatyczne. Rysował kiedyś ilustracje w obecności zamawiającego redaktora K., sprawnie i mistrzowsko, a ten zobaczywszy, jak mu to łatwo idzie, skomentował: – Panie Januszu, tak szybko panu to idzie, że muszę obniżyć stawki cennikowe! Projektował okładki, które rozpoznawało się z daleka. Były syntetyczne, lapidarne, o wyszukanym liternictwie. To był jego styl. Kiedyś wygrał konkurs na okładkę pierwszomajową „Przekroju” – były to lekko namalowane motyle.
Do dzisiaj koledzy graficy z naszego pokolenia jego pismo ręczne, szeryfowe, wykonane jak czcionka maszynowa, nazywają żartobliwie bruchnalką. Wygrywał konkursy na plakaty i na opracowania książek, dostawał nagrody za najpiękniejsze książki roku.
Gdybym miał opowiedzieć, na czym polegało nowatorstwo stylu Janusza – powiedziałbym, że na lekkości wykonania, na niebanalnych motywach, na wprowadzeniu fotografii, często kolorowanej, na dosadnym opisie ludzi i ich przywar i na ciepłym stosunku do zwierząt. Kończąc, chciałbym – jak zwykle to robię rozmawiając o Januszu – przypomnieć, że najwyższy czas zrobić mu wystawę w Krakowie. Należy on do tych postaci środowiska krakowskiego, o których należy pamiętać, a dorobek jego przedstawić młodszemu pokoleniu.

BC i AC Dziękujemy Państwu za te niezwykle interesujące i serdeczne wypowiedzi.