Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Andrzej Radnicki, Irena Link-Lenczowska, MALARZ LWOWSKI I KRAKOWSKI

ZYGMUNT RADNICKI, ur. w 1894 r. w Czortkowie, syn Zygmunta, płk. armii austriackiej, i Marii van Gember (z rodziny holenderskiej), artysta malarz, profesor i rektor Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie. Ukończył VIII Gimnazjum we Lwowie, rysunku uczył się w prywatnej szkole rysunkowej L. Podhorodeckiego. Studiował na krakowskiej ASP pod kierunkiem profesorów S. Dębickiego, J. Mehoffera i W. Weissa. W czasie I wojny, powołany do armii austriackiej, walczył na froncie włoskim (1918).
W latach 1921–25 należał do sekcji formistów we Lwowie (wystawiał już w 1921–22), był współzałożycielem Cechu Artystów Plastyków „Jednoróg”, głoszącego hasła solidarności i fachowości w sztuce. W latach 1925–26 przebywał w Paryżu jako stypendysta prof. J. Pankiewicza. Po powrocie osiadł we Lwowie. W roku 1921 zawarł związek małżeński z Natalią Seidler, miał dwoje dzieci: Irenę i Andrzeja.
W l. 1925–39 wystawiał swoje obrazy wielokrotnie we Lwowie i innych miastach. Przystąpił do grupy „Awangarda”, potem do „Nowej Generacji”. Był członkiem Zw. Zaw. Artystów Plastyków we Lwowie. Od 1934 r. wystawiał w stolicach europejskich i Nowym Jorku. Otrzymał szereg nagród.
Od 1945 r. w Krakowie, gdzie związał się z ASP (profesor, rektor 1951–52). Dwukrotnie był prezesem okręgu krakowskiego Związku Polskich Artystów Plastyków. Wiele malował, brał udział w kilkunastu wystawach. Zmarł w 1969 r. w Piwnicznej, pochowany na cmentarzu Rakowickim. Wystawa pośmiertna – w Krakowie na przełomie lat 1970/71.
W przyszłym roku przypada 105. rocznica urodzenia i 30. rocznica śmierci Z. Radnickiego. Syn i Córka Profesora spisali dla „Cracovia–Leopolis” swoje wspomnienia.

O śmierci Ojca dowiedziałem się w Neubrandenburgu (dawna NRD), gdzie na podstawie kontraktu wykonywałem prace projektowe. Byłem uczestnikiem grupy delegowanej tam do pracy.
Jechałem do Polski nocnym pociągiem i oka nie zmrużyłem. Przygnębiony świadomością, że już nigdy nie zamienię z Ojcem żadnego słowa, nie usłyszę Jego uwag krytycznych lub pochwał o mojej pracy zawodowej. Byłem świadom, że Jego obraz pozostanie jedynie w mej pamięci, pozostanie w uszach Jego głos, widzieć będę w wyobraźni Jego sylwetkę, ruchy i zachowanie.
Ciało wieźliśmy z mężem mojej siostry specjalnym „komunalnym” samochodem z Piwnicznej. Tam Ojciec zmarł nagle w rynku miasteczka, w drodze na pocztę, niosąc list do rodziny w Krakowie. Był listopad 1969 roku i panowała wówczas piękna, słoneczna pogoda. Do dzisiaj mam w oczach ten dzień. Ten dzień, który „siedzi” we mnie zawsze najmocniej.
Zygmunt Radnicki, Motyw ze Lwowa, 1938Ale co było przed tym? Jakże trudno pisać wspomnienia. Są zawsze oceniane przez pryzmat naszych subiektywnych wyobrażeń, skażonych mimo wszystko ilością przeszłych lat. Jak najbardziej syntetycznie scharakteryzować sylwetkę swego Ojca, nasz wzajemny stosunek i Jego pozycję w rodzinie? Z czasów najmłodszych pamiętam, że panował w niej „ustrój patriarchalny”. Ojciec był rzeczywistą jej głową. Dla mnie wymagający, bardzo surowy i nie przyjmujący sprzeciwu. Wynikało to chyba z tego, że sam był tak wychowywany i podobny system panował również w Jego domu. Nie można się dziwić temu dzisiaj, gdyż w tamtych czasach panował w wielu szanujących się rodzinach podobny obyczaj. Obyczaj porządku, subordynacji, uczciwości i pracowitości rzetelnej. Takie cechy, łącznie z poczuciem odpowiedzialności, panowały w naszym domu i takie właśnie wiodące i narzucone przez Ojca sposoby w wychowywaniu dzieci.
Na co dzień był dla mnie i siostry Tatusiem. Nigdy nie zwracaliśmy się do Niego inaczej, jak tylko w ten sposób. Ale zwrot ten zawsze pełen był rewerencji należnej Rodzicowi. Nie było daj, zrób, chodź, ale proszę lub czy mogę itp. Zachowany był zawsze pewien niewyczuwalny dystans, naturalny i normalny, i chyba powszechny w rodzinach. Do dzisiaj w rozmowach o Nim jest nadal Tatusiem.
Sławomir Wojak w przedmowie do katalogu wystawy pośmiertnej (XII 1970 – I 1971) pisał: ...Radnicki był wymagającym w stosunku do siebie. Miał trafne i właściwe rozeznanie w sztuce, posiadał umiejętność wartościowania cudzej i własnej pracy... I dalej: ...W swej skromności utwierdzał się w wymaganiach, w konsekwentnym dążeniu do rozwijania swej drogi twórczej... Kochał świat w jego bujnym obrazie, w jego przemianach, w uroku zjawisk i wrażeń. Posiadał dar obserwacji i wyobraźnię artysty, a jednocześnie siłę rozumu, na którym opierał właściwą organizację swego dzieła... I wreszcie: ...Takim był jako człowiek – prosty, skromny, patrzący w przód, takim był jako malarz – wymagający, świadomy, konsekwentny, idący wytyczoną raz drogą, bez ulg i odstępstw, wierny jej aż do końca...
Zygmunt Radnicki, Plac Dajwór (Kraków), 1945Takim właśnie był na co dzień i takiego widzę dzisiaj z perspektywy lat. I z czystym sumieniem mogę potwierdzić w całości celność tej charakterystyki. Ale gdy byłem młody, nie zastanawiałem się nad takimi konkluzjami. Kontakty z Ojcem brałem bezpośrednio w sposób, jaki stworzyła okazja i dana chwila.
Wracał ze szkoły zawsze punktualnie. Otwarcie drzwi do mieszkania było hasłem dla Julci czy Oldzi, że wraz z wejściem Ojca do jadalni musiała „wjechać” na stół waza z gorącą zupą. Siedzieliśmy z siostrą grzecznie przy stole w oczekiwaniu, kiedy Rodzice pierwsi rozpoczną jedzenie. Oczywiście nie było mowy o jakimś wstawaniu od stołu w czasie posiłku. Po nim dopiero, po uzyskanej zgodzie Ojca, można było „lecieć” do zabawy.
Moim wychowaniem w czasach najwcześniejszych zajmowała się głównie Mamusia. Byłem z Nią zawsze i „na co dzień”. Ojciec zajęty był swoją pracą i całkowicie nią pochłonięty. Nie folgował sobie nigdy i całe popołudnia spędzał przy sztaludze, zamknięty w swoim pokoju, do którego w tym czasie nie należało wchodzić i przeszkadzać. Mieszkaliśmy wówczas we Lwowie przy ul. Grunwaldzkiej na drugim piętrze. Z tego okresu istnieje parę obrazów, przedstawiających perspektywę ul. Modrzejewskiej – widocznej wyraźnie z okien pracowni.
Ojciec jeździł na narty w Bieszczady lub do Brzuchowic. Lubił ten sport i turystykę zimową. Wracał odświeżony i wypoczęty psychicznie, z „naładowanymi akumulatorami” do pracy. A na wakacje letnie zaczęliśmy jeździć w latach 30. do Piwnicznej. Przyszłość pokazała, jak silny wpływ wywarła ta miejscowość na całe życie Ojca.
Lwowskimi gośćmi w naszym domu byli koledzy Ojca, malarze: Stanisław Matusiak, Władysław Krzyżanowski, i wcześniej jeszcze pan Pacewicz. Mieszkając stale w Paryżu, od czasu do czasu odwiedzał Polskę i swych przyjaciół. Jego pamiętam z lat najmłodszych, bo brał mnie na kolana i rysował mi konie – konie same lub z rycerzami na grzbiecie. Mam do dzisiaj w oczach husarzy wspaniałych, jacy powstawali na papierze, rysowanych przy mnie jego ręką. Pan Matusiak, szalenie wesoły i dowcipny człowiek, prowadził z Ojcem długie dysputy na tematy artystyczne. Nie zawsze się zgadzali, ale nigdy nie dochodziło do spięć. Lubili się wzajemnie i myślę, że uzupełniali w swoich poglądach, brali udział we wspólnie urządzanych wystawach.
Ojciec lubił chodzić do kina. W każdą niemal niedzielę zabierał ze sobą Mamusię i wędrowali na seans filmowy. Jednym z Jego ulubionych aktorów był Chevalier, znany i popularny, „śpiewający” pan w słomkowym kapeluszu. Zachwycał się także stepowaniem Freda Astaire’a i z powodzeniem próbował tych umiejętności w domu, gdy humor mu dopisał.
A jak się ubierał? Był wzorem pedanterii i dbałości o swój wygląd zewnętrzny. Uczniowie w gimnazjum we wczesnych latach 30. przezwali Go „Valentinem” – popularnym aktorem w ówczesnym świecie filmowym. Pamiętam Ojca, jak nosił na sobie czarną dopasowaną zarzutkę z aksamitnym kołnierzem. Szyja owinięta jedwabnym, białym szalikiem, a na głowie sztywny melonik. Ubranie zawsze ciemne, spodnie idealnie zaprasowane. W zimie na półbutach kamasze zapinane z boku na zatrzaski. Codziennie rano „toczył walkę” ze sztywnymi, białymi, zawsze świeżymi kołnierzykami, przypinanymi do koszuli.
Źródłem dochodów była stała praca w IV Gimnazjum. Ale działalność w tej dziedzinie rozszerzała się również na inne kierunki, a mianowicie: na cykliczne odczyty o sztuce w Lwowskim Radiu i lektorat na Uniwersytecie Jana Kazimierza. Projektował obwoluty do książek wydawanych w „Książnicy Atlas”, uczył wreszcie rysunku w prywatnym gimnazjum Sióstr Sacre-
-Coeur. Delegowany z gimnazjum, jeździł na różne kursy dla „pogłębienia wiedzy dydaktycznej”. Okrutnie ich nie lubił i zżymał się na te obowiązki, ale nie wiedział wtedy, jak bardzo przydadzą się w pedagogice na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.
Piwniczna, gdzie Rodzice wybudowali dom letni w 1932 r., była „ukochaniem” Ojca. Wybrał ją po długich wędrówkach od Czarnohory przez całe Karpaty. Urzekła go topografia tej miejscowości, szeroko otwarta, nasłoneczniona dolina Popradu i boczna, mała dolina Czercza, która, jak zawsze mawiał, przypominała Mu doliny tatrzańskie.

No i przyszła wojna. Przeżywaliśmy, jak wszyscy we Lwowie, koszmarne dwa lata ze świadomością, że możemy być w każdej chwili wywiezieni „na białe niedźwiedzie” – to okres sowiecki. W tym czasie Ojciec malował dorywczo i choć czynił w kierunku twórczym starania, to jednak praca ta nie dawała Mu pełnego zadowolenia.
Okupacja niemiecka i utworzenie Generalnego Gubernatorstwa pozwoliło Ojcu na wyjazd ze Lwowa do Piwnicznej. W trosce o dom przeniósł się tam i samotnie spędzał ten ciężki okres. Mieszkał wśród przesiedleńców ze wszystkich stron Polski, którzy dostali kwatery w naszym domu. Z trudnością odzyskał dla siebie locum. Prowadził w tym czasie bardzo trudne i ciężkie życie. Musiał być z konieczności samowystarczalny, bo przy sobie nie miał nikogo bliskiego. Rzeczywistość zmusiła Go do zupełnie odmiennego trybu i sposobu życia niż we Lwowie. Wstawał przed piątą rano, by zdążyć na pociąg robotniczy do Nowego Sącza, gdzie uczył w Szkole Przemysłowej. Wracał późno i musiał wszystko oporządzić koło siebie, domu i w ogrodzie. Stał się wówczas z konieczności ogrodnikiem wszechstronnym, bo liczył, że posadzone rośliny będą mu w następnym roku dawały możliwość bogatszego jedzenia. Wszystko było przecież na kartki. Nawet na ten potrzebny Mu sprzęt ogrodniczy trzeba było starać się o bezugschein. Nie miał oczywiście czasu na malowanie i ten okres stanowił „dziurę” w Jego twórczości. Odwiedziłem Ojca jeden raz i naocznie przekonałem się, jak skromnie musiał żyć.
I znów Piwniczna stała się dla nas wszystkich ostoją, gdy w 1944 r. uciekliśmy ze Lwowa. Rodzina się połączyła i szczęśliwie przetrwała ucieczkę Niemców. Natomiast zaraz w 1945 r., gdy powstały możliwości, wyjechaliśmy z Ojcem i siostrą do Krakowa. Ojciec rozpoczął pracę pedagogiczną na ASP, a ja dostałem się na studia architektoniczne. Zamieszkaliśmy po pewnym czasie w mieszkaniu profesora E. Eibischa, który przeniósł się do Warszawy. On to właśnie ściągnął Ojca do pracy w Akademii.
Nastąpił czas ogromnej pracy i odrabiania zaległości okupacyjnych. Ojciec zajęty był bez reszty uczelnią i własną pracą twórczą. Wreszcie mógł swobodnie malować i poświęcić temu maksimum swego czasu.
Rozpoczął się równocześnie okres piwniczański. Ojciec czuł się tam znakomicie, spędzał w Piwnicznej każdą wolną chwilę, tam tworzył, tam kontaktował się z przyrodą, przeżywał ją. Stanowiła dla Niego miejsce, gdzie mógł uciec od trudów życia i zamykać się w malarstwie. Piwniczna była Jego natchnieniem i twórczym napięciem. Ale mogło się to dziać dopiero po wojnie, gdy jako profesor ASP miał więcej możliwości czasowych, by tam jeździć z Krakowa.
Z upodobaniem zaczął uprawiać ogród, zwykle z nieodłączną fajką w zębach. Sadził i pielęgnował kwiaty i dążył do tego, by trawnik przypominał murawę angielską. Zawsze były jednak trudności z jej koszeniem i ten problem sprawiał Ojcu szczególny kłopot.
To „ogrodnictwo” stwarzało Mu klimat do zastanowienia się nad kwestiami związanymi z twórczością artystyczną. Było drugim rozmiłowaniem w Jego życiu, nierozłącznie związanym z tym pierwszym – ze sztuką. W Piwnicznej powstało bardzo wiele pejzaży i martwych natur. Były to motywy w twórczości Ojca, które najchętniej wybierał, pociągał Go bowiem polski krajobraz i żywe polne kwiaty. Wędrował po okolicznych wzgórzach, lasach i łąkach. Stamtąd obserwował krajobrazy, przeżywał je, dzielił się wrażeniami z towarzyszącymi Mu osobami. Przy sobie miał zawsze nieodłączną laskę z prawdziwego wiśniowego drewna, z półokrągło wygiętym uchwytem i mocno okutym końcem. [...]
Gdy jesienią czy zimową porą nie można było jeździć do Piwnicznej, w niedzielne popołudnia odbywały się u nas aranżowane przez Ojca spotkania z przyjaciółmi i koleżeństwem ze środowiska malarskiego. Bywali u nas państwo Eibischowie, pani Rudzka Cybisowa, pan Fedkowicz, czasem Rzepiński, Marczyński, Zbigniew Pronaszko, Gardowscy i inni. Towarzyszyła im zawsze Helena Blumówna – historyk sztuki i krytyk. Była z naszą rodziną bardzo zaprzyjaźniona. Ogromnie ceniła Ojca i często odwiedzała również Mamusię. W tych spotkaniach nie brałem udziału – jak zwykle „latałem” poza domem i siedziałem na jakimś brydżu lub innej wizycie czy prywatce. Ale gdy wracałem, gwar w domu trwał jeszcze spory i nie kończące się dyskusje o sztuce i polityce długo w noc rozlegały się na II piętrze przy ulicy Garbarskiej 12.
W 1951 r. założyłem rodzinę, zrobiłem dyplom i „wyfrunąłem” z gniazda, zmieniając miejsce „postoju”. Siłą rzeczy nasze kontakty z Rodzicami i siostrą uległy rozluźnieniu. Nie byliśmy ze sobą na co dzień i chociaż wspólne odwiedziny odbywały się stosunkowo często, to jednak wszyscy zaczęli żyć mocniej swoimi sprawami.
Ojciec nie zmienił stylu i trybu życia, nadal jeździł do Piwnicznej, uprawiał kwiaty. Zaczął zajmować się fotografowaniem. Chętnie i z przyjemnością przyjmował z Mamusią moje zaproszenia na małe wyprawy samochodowe „Syrenką” z Piwnicznej, gdy czasem tam zjechałem. Lubił jeździć autem, a ja byłem dumny, że mogłem przewieźć Rodziców własnym samochodem.
Ojciec pozostał nadal skromny i wręcz nieśmiały. Pisał Wojak: ...Wyrażało się to na co dzień w obcowaniu z ludźmi, z uczniami, w twórczości, w wymaganiach w stosunku do siebie, w ciągłym niedosycie swych możliwości, w zwiększonym poczuciu odpowiedzialności. Malował dużo i na ogół nie psuł i nie chował obrazów, ale je żmudnie i długo dopracowywał i wykańczał, zanim nie nadał im formy wymaganej, zamkniętej, zamierzonej...
Tak było istotnie. Świadczy o tym liczba i ranga wystaw, w jakich brał udział, i kolosalny rozrzut ich miejsc na mapie Polski i poza jej granicami. Świadczy o tym cała biografia, cały szereg opinii i krytyk, a przede wszystkim ilość obrazów, znajdujących się w wielu renomowanych muzeach.
grudzień 1996
Andrzej Radnicki


* * *

Nagłe i jakże niespodziewane odejście naszego Ojca w 75. roku Jego życia, o którym już pisał mój brat Andrzej, zamknęło pewien etap w mojej egzystencji. Byłam już dojrzałą kobietą, mocno tkwiącą w swoim zawodzie lekarza stomatologa, mającą własną rodzinę. Jego śmierć, pierwsza śmierć, z którą zetknęłam się w życiu, uświadomiła mi, jak wielkie, puste miejsce pozostawił po sobie ten skromny, surowy, wstrzemięźliwy w okazywaniu uczuć człowiek. Potrafił jednak jednym spojrzeniem, jednym słowem czy dotknięciem ręki, przelać całe bogactwo nagromadzonych w sobie uczuć. I to wystarczało.
Od 1946 roku, kiedy Ojciec został powołany na katedrę malarstwa w ASP, zamieszkaliśmy w Krakowie. Stanowiliśmy rodzinę trzypokoleniową, mieszkającą we wspólnym mieszkaniu: moi Rodzice oraz ja z mężem i dwoma synami. Wówczas mój jedyny brat Andrzej założył własną rodzinę i zamieszkał osobno.
Na co dzień ocieraliśmy się o swoje kłopoty, niepowodzenia życiowe, wzloty i upadki, czy nieporozumienia. Byliśmy przecież trzema pokoleniami. Ojciec, żyjąc pomiędzy swoją sztuką, która pochłaniała Go bez reszty, a swoją rodziną, którą kochał, był autorytetem, nadawał ton i kształt naszemu wspólnemu życiu. Robił to w sposób sobie właściwy, delikatny, nie narzucający się i nie ingerujący w życie swojej rodziny.
Pozostał mi w pamięci obraz, kiedy to w dzień mojego ślubu w 1947 r. Ojciec, wzruszony bardziej niż ja, doprowadził mnie do ołtarza. I drugi obraz, gdy niósł swojego najstarszego wnuka, a mojego syna Krzysztofa, do chrztu.
W czasie malowania karmił się dosłownie muzyką poważną. Gramofon i czarne płyty niemal bez przerwy były w użyciu. Do dziś dźwięczy mi w uszach ta muzyka. Ojciec dużo pisał – wolał pisać niż mówić. Pozostawił wiele notatek, wniosków i spostrzeżeń na temat sztuki. Przechowujemy je w zbiorach rodzinnych do dziś. Sprecyzował je na dwa lata przed śmiercią następująco: Sądzę, że rozwiązanie moich problemów polegałoby przede wszystkim na kilku postulatach:
1. Oprzeć się na wyobraźni, rozwijającej się na podstawie przeżyć i obserwacji zjawisk otaczającego świata.
2. Bardziej konstrukcyjnie podchodzić do formy [...] wzajemnie ją uzależniać, zestawiać, przeciwstawiać, a więc deformować [...] nie dla mody i kokieterii, ale z konieczności wewnętrznej logiki konstrukcyjnej.
3. W malowaniu iść bardziej w kierunku dekoracyjnego działania przez żywe zestawienie kolorów.
4. Wzmocnić technikę uderzeniową pędzla, który powinien być wyrazem temperamentu i żywiołowo – szybko po sobie następującej inspiracji i konstrukcji.
Odnalazłam też wiele listów do nas, pełnych przeżywanych nastrojów, w tak bliskim u Ojca kontakcie z przyrodą i tak rozbudowaną wrażliwością na jej wciąż zmieniającą się barwę. Na pół roku przed swoją śmiercią pisze więc Ojciec w liście do nas: Trzeba wzmocnić ciało i ducha pokrzepić, kiedy się przebywa na łonie natury, wśród takich zieloności jak obecnie, kiedy się im napatrzeć nie można – i owym zachodom słońca, zmierzchom i ciszy, która mnie otacza w moim ogrodzie w Piwnicznej.
Znajduję też listy do mnie, z czasów gdy byłam na studiach w Poznaniu. Takie zwyczajne listy do córki, z radami na życie dobre i złe. Listy człowieka nieskończenie wrażliwego i pełnego miłości, ukrytej przed światem w głębokich zakamarkach serca. Listy człowieka poszukującego spraw nieprzemijających.
W odpowiedzi na jeden z moich listów imieninowych do Ojca w maju 1969 r. (rok śmierci) pisze mi tak: Życzysz mi, droga Irenko pogodnych myśli i ciepła w moim schorowanym sercu. To podobno jest właśnie „Łaska Boża”, z którą Pan nasz wchodzi do naszych serc – niestety to nie często się zdarza. Ten Twój passus jest piękny i prawdziwy. W nim odnajduję ciepło Twojego serca. Powtarzała mi to Matka moja za młodych lat. A kiedy wyszedłem z domu, owe złote myśli zostawiłem na gościńcu mego życia i zapomniałem o nich zajęty ambicjami życiowych spraw. Dobroć serca, to chyba największy skarb, jaki człowiek może zdobyć tu na ziemi, a zarazem tak trudny do osiągnięcia... I dzieje się z naszym sercem jak z rośliną, której nie podlewamy, nie plewimy – kwiat więdnie, a czasem marnieje.
Taki był mój Ojciec. Takim ja Go wciąż czuję i pamiętam. W kontaktach z ludźmi – surowy, bezkompromisowy, wydawał się nieprzystępny. Nie umiał zadbać o swoją spuściznę artystyczną, a był to niebagatelny dorobek. Konsekwentnie kroczył raz obraną drogą, swoją osobowością związany z tym, co robił i tworzył. Przyjaciele mówili Mu: Zygmuncie, jesteś sam sobie wrogiem.
Ignacy Witz z katalogu wystawy malarstwa i rysunku Zygmunta Radnickiego (1960): ...W ciągu czterdziestoletniej twórczej działalności Radnickiego – Cezanne był dlań tym mistrzem, którego dziełu i naukom przysłuchiwał się szczególnie wnikliwie...
Sławomir Wojak (katalog z wystawy pośmiertnej 1970–71): ...Znajomość z malarstwem Cezanne’a zawarł artysta już od pierwszych lat studenckich, z fotografii i reprodukcji... Radnicki, jako jedyny z uczniów Pankiewicza (w Paryżu) przyjął twórczość Cezanne’a najpełniej i najczyściej. W malarstwie Cezanne’a bliskie było mu wszystko – jego logika, precyzja, racjonalizm, konstruktywność... Bliski był mu nawet typ wyobraźni... umiłowanie natury.

grudzień 1996
Irena Link-Lenczowska


ANDRZEJ RADNICKI, ur.1925 we Lwowie. Uczył się w Szkole Powszechnej im. Marii Magdaleny i XI Gimnazjum we Lwowie, a w czasie wojny na tajnych kompletach (wraz z maturą), pracując równocześnie jako monter oraz laborant w Istytucie Behringa. W latach 1945–1950 studia na Wydz. Architektury Politechniki Krakowskiej, tamże pierwsza praca jako asystent. Po krótkim okresie służby (z poboru) w Zarządzie Budownictwa Wojskowego, przez kilkadziesiąt lat pracował w Miastoprojekcie jako ceniony architekt, projektując wiele ważnych inwestycji w Krakowie i regionie oraz Niemczech Wschodnich (NRD). Jego obiekty dwukrotnie uzyskały tytuły „Mister Krakowa”.
IRENA LINK-LENCZOWSKA z RADNICKICH, ur. 1922 we Lwowie. Ukończyła Szkołę Powszechną im. Marii Magdaleny oraz Gimnazjum Sacre-Coeur we Lwowie. W czasie wojny zdała konspiracyjną maturę oraz pracowała jako karmicielka wszy w Instytucie prof. Weigla. Studia lekarskie rozpoczęte we Lwowie ukończyła w Poznaniu. Praca zawodowa od 1950 r. w Zakładzie Chirurgii Stomatologicznej AM w Krakowie jako st. asystent, później w przychodniach, aż do 1995 r.

Andrzej Radnicki nie doczekał druku wspomnień o swoim Ojcu na łamach naszego kwartalnika, a bardzo Mu na tym zależało. Ze smutkiem pożegnaliśmy go na krakowskich Rakowicach. Zmarł w ostatnich dniach września w Zakopanem, gdzie przez ostatnie lata mieszkał.
Dzieciom, Siostrze i całej Rodzinie Zmarłego składamy bardzo serdeczne wyrazy współczucia.

Redakcja CRACOVIA–LEOPOLIS