Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Franciszek Jaworski, WAŁY HETMAŃSKIE

Niniejsze opowiadanie zaczerpnęliśmy z książki pt. „Lwów stary i wczorajszy” (Lwów 1910).

[...] Są Wały Hetmańskie i wielkie, i ładne, i imponujące do tego stopnia, że nikt by nie pomy­ślał, że przed niecałymi stu laty spacerowała sobie tędy koza Mechla Arona, że krowy szczypały tutaj trawę i obskubywały ­liście z drzew, a już wcale nieprawdopodobnym się wyda, aby ktoś mógł sobie tutaj rozpiąć sznur od drzewa do drze­wa, a na tym sznurze suszyć mokre koszule i inne sekretne części ludzkiej garderoby.
Wały Hetmańskie w czasach przedrozbiorowych. W obrębie murów widoczne (prawdopodobnie) wieża kościoła Jezuitów i kościółek św. Ducha
A jednak koza Mechla Arona jest faktem hi­storycznym i krowy pasące się, i bielizna jednego z obywateli lwowskich. Magistracko-austriacki Bauamt przy końcu osiemnastego wieku ciągle się spo­tykał z takimi niespodziankami, urządzanymi mu przez patriarchalne zwyczaje obywateli lwowskich, a chociaż praszczurowie dzisiejszych dygnitarzy podatkowych umieli już wyzyskać tego rodzaju fakty dla celów fiskalnych, okładając właścicieli kóz, krów i mokrej bielizny karami „konwencjonalnymi”, to przecież zdarzały się i takie fakty, które mogły być co najwyżej tylko zanotowane w protokole. Do tych należy tradycyjna złośliwość pauprów lwowskich, którzy ze świeżo urządzonych i splantowanych Wałów wyrywali z korzeniem do­piero co zasadzone i z Zimnej Wody sprowadzone drzewa, burzyli nocami ławki kamienne, niszczyli trawniki i w inny jeszcze sposób zanieczyszczali „Haupt-promenade”, jedyne rendez vous eleganckiego Lwowa przy końcu wieku osiemnastego.
Około roku 1776 rozpoczęto na gruzach daw­nych fortyfikacji miejskich urządzać miejsce spa­cerowe, dzisiejsze Hetmańskie Wały, i w ten sposób zniszczono krajobraz, który przez kilka wieków du­mą napełniał serce lwowianina. Wał miejski – wyso­ki, obronny, odgraniczony z jednej strony czystym jeszcze naonczas strumieniem Pełtwi, a z drugiej strony od ulicy Hetmańskiej fosą miejską. Za nią mur warowny, przerwany w jednym tylko miejscu, gdzieś na linii głównego wchodu do Dyrekcji Skar­bowej furtą jezuicką z kopulastym szczytem, a od niej most zwodzony, prowadzący ku jezuickiemu folwarkowi, na błota i łąki zaścielające obecną ulicę Jagiellońską i staw na miejscu, gdzie dzisiejszy pasaż Hausmana. Był bowiem kraj­obraz w okolicach Wałów Hetmańskich zgoła różny od dzisiejszej pryncypalności ulic Karola Ludwika, Jagiellońskiej, Ko­pernika, Sykstuskiej, placu Mariackiego. Już w ro­ku 1840 pewien „gość z prowincji”, przyjechawszy po 60 latach na nowo do Lwowa, dziwił się bar­dzo ogromowi kamienic Hausnera, Penthera, Dreznera, Hofmana, które pokrywały plac Mariacki od dzisiejszego Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego po hotel Żorża. Wielka część tych kamienic prze­obraziła się dziś w prawdziwie wielkomiejskie gmachy. Około zaś roku 1780 na całej ulicy Karola Ludwika „nic innego nie było tylko bagna i trzę­sawiska. Kilka domków rozrzuconych tu i ówdzie na ulicy Jezuickiej (dziś Jagiellońska), dwa domki na Sykstuskiej, a jak cała Szeroka ulica (dziś Kopernika) – wszystko było błotniste, same moczary, trzęsawiska zarosłe trzciną – tam na kaczki wyśmienicie polowano”.
Wały Hetmańskie w 1840 r. (Pełtew przed skanalizowaniem). Po prawej widoczny kościół Jezuitów (już po rozebraniu wieży)
Most prowadzący na folwark jezuicki, czyli do dzisiejszego Ogrodu Pojezuickiego, bywał wielo­krotnie przyczyną niemiłych wypadków. Raz panny lwowskie, wystrojone z bajecznym przepychem i śpieszące na uroczystość obłóczyn pewnej swojej koleżanki w klasztorze Marii Magdaleny, załamały się tutaj, spadły do Pełtwi i musiały wrócić do domu „z większym wstydem niż bólem”. Bywało także, że w czasie trwogi wojennej most się łamał pod naporem chroniących się do miasta, a furta jezuicka zapchana tłumem gnanym paniką, z trudnością przed wrogiem zamknąć się dawała.
Rząd austriacki użył rumowiska z murów miejskich do częściowego usypania fosy i wyrównania terenu pod przyszłą promenadę. Była zaś ta promenada początkowo podobna zupełnie do wału wzniesionego na przeszło 4 stopy ponad oko­liczny poziom. Na tym wzniesieniu zasadzono aleję drzewną, lecz korzystanie z przechadzki po niej by­ło o tyle utrudnione, iż w wale znajdowało się kilka przerw, niepokrytych pomostem, a służących do przepędu bydła. Dwie śluzy u wylotu ulicy Aka­demickiej i Karola Ludwika utrzymywały wodę w odpowiedniej wysokości,
Później fosę od strony ulicy Hetmańskiej za­sypano, a na samych wałach stanęły rzędem kio­ski z lemoniadą, które przerodziły się później w „budki sodowe” znajdujące się dziś jedynie w szcząt­kowych okazach na Wałach Gubernatorskich. Pawi­lon letni cukierni Wolfa był punktem zbornym złotej młodzieży, a drewniane szalety kawiarniane były targowicą interesów, na których określenie dzien­nikarstwo dzisiejsze używa terminu „handel żywym towarem”. Jeżeli mamy wierzyć takiemu na przykład Kratterowi, który przy końcu osiemnastego wie­ku wrażenia swoje lwowskie i galicyjskie spisał w dwu tomach, to handel ten, dzisiaj tak słusznie tępiony, znajdował się wówczas we Lwowie w peł­nym rozkwicie, cieszył się protekcją ówczesnego dyrektora policji, a cnota niewieścia należała wte­dy do największych i wyjątkowych rzadkości.
Wały Hetmańskie na przełomie XIX i XX w. Na pierwszym planie tramwaj konny
Ze względu jednak na to, że szalety owe kawiarniane należą już do przeszłości, nie warto rozpisywać się i o cnocie niewieściej, na którą one by­ły tak bardzo zażarte, wspomnieć jednak wypada o tej publiczności, która nad niewonnym brzegiem Pełtwi szukała świeżego powietrza i wytchnienia, a znachodziła ponadto bardzo dogodny teren do wzajemnych obserwacji, do krytycznych uwag i flirtu. Wspomiany już wyżej szlagon z prowincji tak opisuje to pierwsze pokolenie lwowian, które zalegało Wały Hetmańskie przy końcu osiemnastego wieku:
„Wtenczas panie chodziły w kusych i opię­tych szlafrokach, wygorsowane jak na kulik, ma­jąc fryzury na głowie jakby pudła, a na onych fryzu­rach pełno kwiatów, jak na jakiej mogile, pod któ­rą parę szkieletów ludzkich spoczywało. A to by­ło a la mode! Gdybyś mopanku widział staniki aż na plecach, suknię u dołu ze szlarkami, trzewiki żółte lub czerwone, albo lilla, z różą na środku, rękawiczki poza łokcie, pończoszkowej roboty a la dziur – tak ci zabawne jak lalki w katarynce. – Chłopcy zaczęli się przebierać z francuska, nosili kamizelki po kolana, fraczki do połowy piersi i wą­ziutki ogonek, jakby na opędzenie much, a stanik pra­wie na środku pleców, fryzury dziwaczne i kapelusze z wielkimi kryzami, lecz chociaż słońce świeciło – zawsze pod pachą: noszone. W takiej gali zdybywałem ich w dnie świąteczne na Wałach lub po Rynku spacerujących, starzy tylko nosili kapoty i kontusze. Żydów zaś widziałeś wszędy co niemiara, a wszyscy jakby kruki czarne, w racimorowych kapotach, z wierzchu mantel, nie przymierzając z dłu­gimi rękawami, Żydówki nosiły złotem naszywane napierśniki i bogate bindy na głowie, ubierały się w szuby lub jupki jedwabne, wyszyte różnymi kwiatami, a tak to jest mi dziś śmieszne, jak gdybym się patrzał na komediantów”.
I śmiałby się zapewne nasz poczciwy szlagon jeszcze bardziej, gdyby mu było dane doczekać krynoliny, która w pękatych swych kształtach przez długie lata królowała na Wałach Hetmańskich, lub też dzisiejszych olbrzymich kapeluszy.
Aź do szóstego dziesiątka lat ubiegłego stulecia stanowiły Wały Hetmańskie rendez vous dla ele­ganckiego świata lwowskiego, który wyparty stąd został dopiero przez tak zwaną „czarną giełdę”, co na długie lata stała się klątwą tego miejsca. Już w r. 1874 biadał korespondent warszawskich „Kłosów”: „Wały, zwłaszcza w części przytykającej do placu Mariackiego, stały się targowicą giełdową, rojącą się grupami finansistów wyznania mojżeszo­wego, które tu całe dnie przepędzają w oczekiwaniu na telegramy giełdowe, oddani załatwianiu operacji finan­sowych. Wszelkie protesty i usiłowa­nia, aby oczyścić przechadzkę publiczną z tego na­tłoku, tamującego cyrkulację, były bezskuteczne. Forowana wielokrotnie rozkazami władzy policyj­nej giełda uliczna powraca tutaj zawsze, drepcąc z wolna w jednym kółku, aby tym sposobem wy­łamać się pozornie spod zakazu tamowania przej­ścia publicznego nieruchomym pozostawaniem w miejscu. Tak tedy najpiękniejsza część Wałów od świtu do późnego wieczora jest prawie nie do przebycia”.
Czarne chałaty żydowskie zabarwiały Wa­ły Hetmańskie na charakterystyczny kolor ziemi obiecanej. Na straży krzykliwych giełdziarzy stał po­sąg świętego Michała, starożytne, przepiękne dzieło odlewnictwa lwowskiego, zniesione tutaj ze szczytu arsenału królewskiego obok Dominikanów. Święty Michał przechodził na Wałach najczarniejsze chwile swego istnienia, gdyż złodzieje lwowscy skradli mu nawet skrzydła złocone, a zabójcza woń Pełtwi do tego stopnia odebrała mu wrażliwość, że pozostał nieczuły nawet na inwokację lwowskiego wieszcza, który na widok „czarnej giełdy” wołał w natch­nieniu:

Ty potężny, wielki Michale,
Co z łaski ojców na piedestale
Stoisz, uczyń prosimy, cud,
Rozpędź Twą dzidą Izraela lud!
Dopiero zamurowanie Pełtwi, wycięcie starych drzew i nadanie Wałom nowożytnego wielkomiej­skiego wyglądu rozproszyło „czarną giełdę”. Po raz ostatni można było widzieć ten obrazek z nie­dawnej przeszłości Lwowa wtenczas, gdy „czarna sobota” na giełdzie wiedeńskiej doprowadziła do ruiny wielu spekulantów i graczy lwowskich. Wówczas na Wałach Hetmańskich rozgrywały się dantejskie sceny rozpaczy, z akompaniamentem wy­dzierania sobie włosów z brody i głowy i piekiel­nego krzyku.
W ostatnich czasach, dzięki wzmożonemu ru­chowi tramwajowemu, zatraciły Wały Hetmańskie prawie zupełnie charakter miejsca spacerowego. Powydzierano z nich całe szmaty dla przepuszczenia linii elektrycznych, a te, rozbiegłszy się na wszyst­kie strony, dzwonią, skrzypią, piszczą piekielną wrzawą wielkiego miasta, które w tym miejscu jest naprawdę wielkie, imponujące, a poczyna być czteropiętrowe, nocami jasne jak w dzień i ludzkiego pełne mrowiska.