Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Jadwiga Ciechanowska, WSPOMNIENIA NAFTOWCA (1)

W styczniu tego roku zmarła w Krakowie JADWIGA CIECHANOWSKA, lwowianka, aktywna członkini TMLiKPW. Urodziła się we Lwowie w 1916 r., zmarła w wieku 91 lat, pochowana w rodzinnym grobowcu na Cmentarzu Rakowickim. Poniżej prezentujemy jej wspomnienie z wielu lat pracy w instytucjach związanych z górnictwem i przemysłem naftowym i gazowniczym, na tle stosunków przed wojną i w czasie obu okupacji we Lwowie. Tekst napisany w 1982 r. został po raz pierwszy wydrukowany w czasopiśmie „Technika Poszukiwań Geologicznych Geosynoptyka i Geotermia”, nr 3–4/97.

Naftowiec – zapewne, aby nim być, trzeba mieć odpowiednie kwalifikacje. Może nim być zatem wiert­nik z dużą praktyką, chemik lub geochemik, geofizyk lub też geolog, którego prace badawcze zakończyły się sukcesem, specjalista inżynierii złożowej, a także cała rzesza zatrudnionych w górnictwie i przemyśle naftowym. Ale czy może nim być ktoś, kto tylko ocierał się o ten przemysł, w praktyce niewiele mając z nim wspólnego, kto jednak przyjęty został na członka stowarzyszenia naftowego i nawet uznany za jego rzeczoznawcę?

U mnie wszystko zaczęło się od znajomości ję­zyków. W ich uczeniu się miałam pewną łatwość, angielski zaś znałam od dzieciństwa. Pierwotnie za­mierzałam studiować na Wydziale Mechaniki Polite­chniki Lwowskiej, jednak ojciec, profesor tejże uczelni, wyperswadował mi to: A co byś zrobiła w fabryce, gdyby robotnicy nie chcieli wykonywać twoich pole­ceń? Uważał widocznie, a było to w latach trzy­dziestych, że kobieta w takiej sytuacji nie dałaby sobie rady, nie mając odpowiedniego autorytetu. Jak­kolwiek w wielu dziedzinach był bardzo postępowy, to jednak w niektórych przypadkach jego poglądy były iście XIX-wieczne. Ze studiów technicznych nic więc nie wyszło, choć do techniki pozostało mi jednak pewne zacięcie.
Tymczasem w chwili, gdy mogłam rozpocząć studia filologiczne, katedra anglistyki przy Uniwersytecie Ja­na Kazimierza we Lwowie, prowadzona przez pro­fesora Władysława Tarnawskiego, została zlikwido­wana, podobnie jak kilka innych (m.in. prof. Stanisława Ruziewicza – matematyka z UJK, później profesora na Akademii Handlu Zagranicznego, prof. Zygmunta Klemensiewicza – fizyka na Politechnice Lwowskiej, twórcy szklanej elektrody). Trzeba było zdecydować się na inny kierunek studiów. Wybrałam tzw. eksportówkę, tj. Wyższą Szkołę Handlu Zagranicznego (przemianowaną później na Akademię Handlu Zagra­nicznego), gdyż języki obce odgrywały tam dużą rolę.
Głównym językiem był francuski, którego naukę pobierałam wcześniej w Krakowie, przez cztery miesiące, u doskonałego pedagoga, pani Studnickiej, matki profesora prawa UJ Franciszka Studnickiego. Nauka szła mi dość łatwo. Wysoki poziom tego języka na AHZ zapewniały prowadzone od drugiego roku studiów wykłady wymagającego profesora Zyg­munta Czernego z UJK, m.in. w zakresie geografii gospodarczej Francji. Na pierwszym roku była jedynie korespondencja handlowa w języku francuskim. Ojciec mój uważał, że powinien mi wystarczyć słownik ety­mologiczny, posługiwałam się więc jedynie Laroussem, co było bardzo pożyteczne, gdyż zmuszało mnie to do intensywnej pracy. Co do angielskiego – byłam rozczarowana. Traktowany był jako język nado­bowiązkowy, toteż wszelkie wysiłki niezwykle sumien­nego lektora, flegmatycznego pana Charlesa lrvina niewielkie dawały rezultaty, w przeciwieństwie do lektoratu języka niemieckiego, dynamicznie i bardzo interesująco prowadzonego przez dra Aleksandra Dą­browskiego, który nauczył mnie języka nowoczesnego (po 7-letnim pobieraniu nauki tego języka w gimna­zjum). Języki stanowiły tylko małą cząstkę ogromnej liczby wykładów i ćwiczeń związanych z kierunkiem Akademii.
Studia zakończyłam dyplomem w grudniu 1938 r. Latem tego roku odbyłam praktykę zagrani­czną w Banku Estonii. Był to mój drugi wyjazd za granicę. Po raz pierwszy wyjechałam w 1935 r. do Anglii wraz z prof. Henrykiem Arctowskim i jego żoną Amerykanką Jane z d. Addy, wielką polonofilką – jako sekretarka profesora.
Jadwiga Ciechanowska w latach opisywanych we wspomnieniuOczywiście po studiach chciałam jak najprędzej rozpocząć pracę, aby mieć jakieś własne pieniądze. Nie miałam wielkich wymagań co do strojów, byłam jednak młodą dziewczyną, dla której, chociaż wycho­wanej skromnie i raczej surowo, wygląd zewnętrzny odgrywał pewną rolę, zwłaszcza, że od 15. roku życia nie miałam matki, a ojciec na sprawy ubioru zupełnie nie zwracał uwagi. Nie miałam najmniejszego rozeznania w możliwości zatrudnienia się. Wiedziałam na pewno, że w pracy czysto biurowej, bankowości, księgowości niewiele zdziałam (egzamin z tego przed­miotu był jedynym, jaki musiałam powtarzać), do handlu zaś nie miałam zamiłowania, choć wielu ów­czesnych absolwentów AHZ pociągała Gdynia jako rozwijający się ośrodek handlu zagranicznego.
Warunki domowe wiązały mnie ze Lwowem, będącym także ośrodkiem przemysłu naftowego, gdzie różne firmy naftowe miały swe placówki. A nafta to też języki, zwłaszcza angielski. Zorientowawszy się w moich planach i wahaniach, ojciec tym razem postanowił mi pomóc i ułatwić zdobycie pracy, do której tak się rwałam. Zrobił dla mnie wyjątek, nigdy bowiem nie starał się nam pomagać tam, gdzie uważał, że powin­niśmy, tj. moi bracia i ja, radzić sobie sami.
Zaprowadził mnie do inż. Brunona Szymańskiego, absolwenta Politechniki Lwowskiej, wówczas dyrektora technicznego firmy „Gazolina” SA, bardzo zdolnego i wybitnego fachowca. Centrala „Gazoliny” mieściła się przy ul. Leona Sapiehy 3, na rogu ul. Łąckiego. Zostałam przyjęta 16 maja 1939 r. na 3-miesięczny okres próbny z pensją 100 zł miesięcznie brutto. Zostałam także wezwana przed oblicze inż. Mariana Wieleżyńskiego, założyciela „Gazoliny”. Był to starszy pan o dużych niebieskich oczach pod krzaczastymi brwiami. Czułam się onieśmielona, toteż rozmowa była raczej krótka. Zapewne zachęcał mnie do solidnej pracy. Dyrektorem administracyjnym był pan Szczęsny Tarnowski. Muszę zaznaczyć, że tytuły dyrektorów nie były w „Gazolinie” oficjalnie ustalone, pracownicy stosowali je sami.
100 zł miesięcznie, to było i mało i dużo. Mało – jeśli porównać z pensją mej przyjaciółki z lat dziecinnych, Aliny Krygowskiej (córki profesora matematyki), której matka była również Angielką jak moja. Alina skończyła filologię angielską przed wojną w Poznaniu. Zaczęła pracować może rok lub dwa wcześniej ode mnie i jej pierwsza pensja w „Stomilu” wynosiła 600 zł. 100 zł znaczyło jednak dużo dla kogoś, kto tak jak ja nie miał nic poza drobnym kieszonkowym.

Inż. Marian Wieleżyński rozpoczął pracę w przemyśle naftowym w 1901 r. Wspólnie z inż. Władystawem Szaynokiem ubolewał nad niesłychanym marnotrawstwem gazu ziemnego odprowadzanego przy wydobywaniu ropy naftowej, toteż w 1912 r. pojechali razem do USA celem zapoznania się z przemysłem gazu ziemnego. Po powrocie do kraju, w 1913 r. założyli „Zakład Gazu Ziemnego M. Wieleżyński” i „Gaz Ziemny” Sp. z o.o. Zbudowali też pierwszą w Europie gazoliniarnię kompresyjną, a na­stępnie dwie gazoliniarnie absorpcyjne. Z powyższych dwóch przedsiębiorstw w 1916 r. powstała „Gazolina” Spółka z o.o., przekształcona w 1920 r. w spółkę akcyjną z siedzibą we Lwowie.
W latach 1916–22 istniała „Spółka-lnstytut Metan” przeniesiona jako Chemiczny Instytut Badawczy do Warszawy, w której m.in. pracował też Ignacy Mościcki.
Niewiele wówczas wiedziałam o „Gazolinie” poza tym, że zajmowała się eksploatacją gazu ziemnego. Miałam tam m.in. prowadzić korespodencję zagraniczną, poza tym poznać maszynopisanie, a raczej nauczyć się pisać na maszynie z przyjętym powszechnie układem czcionek. Dotychczas bowiem korzystałam z małej, tzw. walizkowej maszyny mojego ojca, której układ czcionek dostosowany był specjalnie do języka polskiego. Nie pamiętam, jakiej produkcji była ta maszyna. Ojciec uważał, że maszyna tego typu jest najlepsza dla Polaka, gdy tymczasem we wszystkich biurach używano underwoodów i remingtonów ze znanym układem czcionek, nie uwzględ­niającym specyfiki języka polskiego w zakresie czę­stotliwości występowania poszczególnych liter.
Wkrótce nabrałam wprawy w maszynopisaniu, co później okazało mi się bardzo pomocne. W pierwszej połowie 1939 r. popołudniami chodziłam na kurs stenografii, której początki opanowałam na AHZ. Otrzymywałam polecenia tłumaczenia na angielski korespondencji bieżącej. Zdarzyło mi się kiedyś, że oddałam dyrektorowi Szymańskiemu list w języku angielskim napisany przeze mnie – jak uważałam – bardzo starannie na papierze firmowym „Gazoliny”. Dyrektor Szymański wezwał mnie, pokazał mi list przysłany z Anglii czy Stanów Zjednoczonych, zwra­cając uwagę, że w tym liście nie było ani jednej pomyłki czy też śladu wytarcia błędnie napisanego znaku, podczas gdy w liście napisanym przeze mnie była jedna przetarta litera. Papier był bardzo dobry, jednak widać było przetarcie. Tak uczono mnie po­rządnie pracować. Nieraz przychodziła mi na myśl ta scena, gdy po latach trzydziestu kilku dostawałam do sygnowania pisma zawierające adres oraz jedno czy dwa krótkie zdania, w których były trzy, a nawet pięć przebić. Raz przytoczyłam moje doświadczenie – z pewnym skutkiem, muszę przyznać.
Z tegoż papieru firmowego „Gazoliny” dowiedzia­łam się o rozległej działalności firmy, jak choćby o tym, że posiadała rafinerie i gazoliniarnie w Borysławiu, kopalnie gazu w Daszawie, kopalnie ropy w Gorlicach i Dębicy, gazownię w Stryju, Gdyni i Kołomyi, hutę żelaza w Chodowicach, gazociągi Daszawa–Lwów, Borysław, Drohobycz, Chodorów, placówki sprzedaży swych produktów w Gdyni, Lwo­wie, Łodzi, Poznaniu, Toruniu, Warszawie i Wilnie.
Powoli poznawałam pracowników „Gazoliny”. Jako stenotypistka pracowała pani Irena Brulińska, uważana za bardzo dobrą siłę, a także Irena Rzewuska z d. Czeczel, żona Leona. Oboje Rzewuscy jako młode małżeństwo po rewolucji w Rosji wywieźli cały pociąg różnych dóbr z majątku na Ukrainie i w latach dwudziestych, bawiąc się szaleńczo – utracili wszystko. Pani Irena dzielnie zabrała się do pracy, utrzymując dwie córki, Lelę i Titę, a także męża, gdyż hrabia Rzewuski nie był przyzwyczajony do pracy. Zaprzyjaźniłam się z Basią Zdanowską, która od razu po maturze zaczęła pracować w księgowości „Gazoliny”, pomagając matce w utrzymaniu trojga rodzeństwa. Była ode mnie młodsza o pięć lat i już prawie rok pracowała w „Gazolinie”, gdy ja dopiero zaczynałam. Bardzo mi imponowała i była dla mnie uosobieniem szlachetności. Przyjaźń nasza przetrwała po dziś dzień. Sekretarką, a właściwie prawą ręką dyrekcji była przystojna, miła i robiąca na mnie wrażenie osoby bardzo bystrej i ener­gicznej Ela Przedrzymirska, prawnik. Pensja jej po kilku latach pracy wynosiła 600 zł. Była dla mnie przykładem możliwości, jakie „Gazolina” dawała młodym osobom.
Charakterystyczną postacią w „Gazolinie” był inży­nier Józef Kowalczewski, przystojny mężczyzna w średnim wieku, z brodą przyprószoną siwizną. O ile mogłam się zorientować, był osobą bardzo cenioną i poważaną, a prowadzone przez niego wiercenia znacznie przyczyniły się do określenia zasięgu złóż gazo­wych w Daszawie i ustalenia podstaw rozwoju „Gazo­liny”. Był kierownikiem kopalń w Daszawie i Stryju, a od 1936 r. w cen­trali lwowskiej sprawował ogólny nadzór nad gospodarką kopalnianą „Gazoliny”.
Kasjerem był Tadeusz Zagórski, dawny oficer, bardzo usłużny i miły w obejściu, po wrześniu 1939 r. wywieziony do ZSRR. Prokurentem był p. Preidl, głównym księgowym pan Marian Nowakowski, szefem personalnym pan S., były lotnik, który po odejściu ze służby czynnej w lotnictwie mógł nadal pracować „w cywilu”. U niego też zwalniałam się bez trudu, gdy wymagały tego sprawy osobiste.
W laboratorium chemicznym kierowanym przez inż. M. Wieleżyńskiego pracowali specjaliści, m.in. dr inż. Bolesław Manasterski, nad zbadaniem i wy­zyskaniem gazu ziemnego jako surowca w przemyśle chemicznym. Było też kilku techników, m.in. Antoni Sabatowski (syn lekarza reumatologa), później też młody Śliwiński, syn jednego z woźnych. W 1930 r. labo­ratorium to zostało przekształcone w Instytut Gazowy.
W „Gazolinie” zatrudniani byli też studenci, głównie Politechniki Lwowskiej, do obliczania z tarcz zareje­strowanego zużycia gazu. Za swą pracę otrzymywali swego rodzaju stypendium w wysokości 100 zł (potem 200 zł, gdy mieli dobre wyniki na studiach).
Możliwości, jakie „Gazolina” dawała swoim pra­cownikom, były rozliczne. Wspomnę o tych, które mnie, nowemu pracownikowi, pierwsze rzucały się w oczy. Przede wszystkim w „Gazolinie” obowiązywał 6-godzinny dzień pracy – od 8 rano do 14, co przy powszechnie obowiązującym wówczas 8-godzinnym, tylko niekiedy 7-godzinnym dniu pracy, stanowiło wyjątek i duże udogodnienie dla pracują­cego, które bardzo sobie ceniłam. Każdy pracownik – a więc i ten na okresie próbnym – dostawał co miesiąc bon na 5 l benzyny, które w dowolnym czasie mógł zrealizować w stacji benzynowej lub opłacić nim przejazd taksówką. Po trzech miesiącach, mając trzy bony, pojechałam ze znajomymi na małą wycieczkę do Mikotajowa nad Dniestrem.
Każdy pra­cownik po roku z pracownika prowizorycznego prze­chodził na pracownika stałego, co było zastrzeżone w umowie, a tym samym otrzymywał możliwość nabycia akcji imiennych przedsiębiorstwa i korzystania z remuneracji rozdzielanej corocznie w wysokości co najmniej równej tantiemom Rady Zawiadowczej. Te i inne prerogatywy i obowiązki określał statut nazwany umową z pracownikami stałymi. Toteż robotnicy, wier­tacze (np. bracia Jedynacy) i inni specjaliści byli bardzo dobrze sytuowani, doskonale ubrani, mieli własne samochody, co w tamtych czasach nie było tak powszechne jak dziś.
„Gazolina” – co podkreślano z naciskiem – była firmą pracującą w oparciu o kapitał polski. Stanowiła pod tym względem wyjątek, gdyż inne firmy naftowe opanowane były przez kapitał obcy. Zatrudniała niemal wyłącznie Polaków, z wyjątkiem bodajże dwóch Ukra­ińców. Dążeniem i marzeniem – w dużej mierze speł­nionym – inż. Mariana Wieleżyńskiego było utworzenie w wolnej Polsce firmy naftowej z kapitałem polskim i pracownikami polskimi, co konsekwentnie realizował, opierając organizację firmy na solidaryzmie, czyli na idei uwłaszczenia pracowników. Wykorzystanie i za­trudnianie polskich inżynierów i techników było hasłem Zjazdów Naftowych odbywających się corocznie, po­cząwszy od roku 1928. Lata międzywojenne stały się okresem dynamicznego rozwoju firmy. Swą różnorodną działalność opierała w owym czasie na gazie ziemnym wydobywanym w Zagłębiu Daszawskim, którego obfitość – w przeciwieństwie do malejącego wydobycia ropy naftowej – zapewniła jej trwały rozwój i pozwalała skutecznie bronić polskiego stanu posiadania w tym Zagłębiu.
Po trzech miesiącach, przełamawszy nieśmiałość, za namową koleżanki poszłam do dyr. Tarnowskiego i poprosiłam o podwyżkę. Otrzymałam 150 zł. Niedługo się nią jednak nacieszyłam, bo 28 sierpnia zostałam zmobilizowana i skierowana na 15-dniową praktykę do Szpitala Wojskowego przy ul. Łyczakowskiej. Jak wiele młodych kobiet przeszłam w czasie studiów szkolenie Czerwonego Krzyża, a także uczestniczyłam w kursie i odprawach Obrony Przeciwpożarowej i Lotniczej. Woj­na zbliżała się wszak nieuchronnie, chociaż nie w pełni zdawałam sobie z tego sprawę. Były jednak różne niepokojące sygnały. Chyba jeszcze w czerwcu na pierwszej stronie „IKC-a” ukazała się enigmatyczna, groźnie brzmiąca notatka, z której wynikało, że na bocznych torach w jakiejś miejscowości w Czechosło­wacji, zajętej już częściowo przez Niemcy, od tygodni stoją odstawione wagony bydlęce z zakratowanymi okienkami, z których wyzierają blade twarze. Bez żad­nych komentarzy. W biurach i urzędach wydane zostały polecenia robienia zapasów żywności na trzy miesiące czy pół roku. „Gazolina” ułatwiła to swoim pracownikom.

W kilka dni po wybuchu wojny, 4 września 1939, Szpital Wojskowy, gdzie zostałam odkomenderowana jako pielęgniarka, przeniesiono do nowoczesnego szpitala przy ul. Kurkowej, nadając mu numer 604. Wraz z koleżanką ze studiów Anną Zagajewską zo­stałam przydzielona do lżej rannych.
Naloty na miasto zaczęły się od pierwszego dnia. O godz.11.30 zbombardowano fabrykę części samolotowych w okolicy Dworca przy ul. Krótkiej. Zginął tam wówczas ojczym mojej szkolnej koleżanki. Dez­organizacja życia codziennego spowodowana nalota­mi była ogromna. Niedaleko szpitala na wzgórzu było stanowisko artylerii przeciwlotniczej. Gdy ogła­szano alarm lub gdy zbliżały się samoloty nieprzy­jacielskie i artyleria zaczynała je ostrzeliwać, ranni żołnierze, którzy jeszcze nie otrząsnęli się z pier­wszych okropnych przeżyć na polu bitwy, schodzili tłumnie wąskimi schodami do schronu, jak kto mógł – o kulach i bez kul. Był to przykry widok ludzi przerażonych i bezbronnych. Opanowując strach zo­stawałam na górze przy tych, którzy nie mogli czy nie chcieli się ruszyć i zosta­wali w łóżkach. Asysto­wałam przy mniejszych zabiegach. W szpitalu spot­kałam znaną mi z gimnazjum i harcerstwa Danusię Nowicką, zawodową pielęgniarkę z prawdziwego po­wołania, która teraz z ogromnym oddaniem opieko­wała się ciężej rannymi.

7 września zjawił się mój brat Wiktor z kolegą. Ich szkoła w Warszawie przy ul. Puławskiej (Szkoła Podchorążych Lotnictwa, Grupa Techniczna) w pier­wszym dniu wojny została zbombardowana, a młodych oficerów i podchorążych rozpuszczono, kazano im jechać na południe Polski i przejść do Rumunii. Zawartość dwóch waliz, które mój brat z kolegą zostawili u nas w domu, ratowała nas w późniejszych czasach. Brat zatrzymał się w domu na jedną noc i ruszył dalej. Przed granicą rumuńską spotkał dwóch pozostałych braci, Artura i Kazimierza, którzy również, jak większość młodych, wyszli ze Lwowa. Wiktor prosił swego zwierzchnika, aby pozwolił im jechać razem z nim, ten jednak odmówił.
Przez dom nasz przewinęło się wielu ludzi. 9 września zjawił się u nas wyższy rangą oficer zawodowy w na pół cywilnym ubraniu i powoławszy się na jakieś koneksje, poprosił ojca o parę cywilnych butów. Dostał nową parę butów Artura, któremu potem – gdy w półtora roku później szedł do więzienia – bardzo by się przydały.
Kulminacją naszych ówczesnych przeżyć był dzień 17 września, gdy przez radio usłyszeliśmy przemó­wienie Mołotowa, że Związek Radziecki idzie na pomoc braciom Białorusinom i Ukraińcom na zie­miach polskich. Oznaczało to przekroczenie naszych granic wschodnich przez Armię Radziecką i płynące stąd konsekwencje. 22 września Lwów został oddany. 27 września padła Warszawa.
W szpitalu przebywałam dwa miesiące, nie orien­tując się, że wśród rannych byli wysokiej rangi woj­skowi, m.in. gen. Anders, których czekały ciężkie przejścia. Kto mógł, przedzierzgał się w cywila. Po dwóch miesiącach wezwał Ankę Z. i mnie naczelny lekarz (płk. Sadliński?), który okazał się ojcem na­szego kolegi z AHZ, w kilku zdaniach podziękował nam za dobrą służbę i zostałyśmy zwolnione.
Wróciłam na ul. Leona Sapiehy 3. Uprzednio, 25 września, w „Gazolinie” wypłacono nam 2,5-miesięczne pobory z góry. Zdołałam jeszcze kupić sobie parę solidnych półbucików i kilogram włóczki popu­larnego gatunku, która potem okazała się skarbem.
W „Gazolinie” zastałam duże zmiany. W sierpniu powołano do wojska inż. Zygmunta Butlera. Na kilka tygodni zostałam przydzielona do pracy w konsumie zorganizowanym na miejscu w „Gazolinie”, prowa­dzonym przez nowo przyjętego inż. rolnika Romualda Namysła. Każdy starał się gdzieś zaczepić. Było mnóstwo uciekinierów z zachodniej i centralnej części Polski. Inżynier Namysł energicznie zdobywał różne produkty, które rozdzielane były między pracowników.
Wiele osób usiłowało przedostać się na zachód. Mówiono, że dyrektor Tarnowski i Ela Przedrzymirska także postanowili dostać się na zachód przez San. O Eli dowiedziałam się po latach, że znalazła się w Anglii, obecnie jest wdową, panią Rei­chert. Wielu z tych, którzy przeszli rewolucję 1917 r. i lata po niej, ogarnął paniczny strach. Za wszelką cenę chcieli uciec. Należała do nich Irena Rzewuska. Córki jej wyjechały już wcześniej z pierwszą falą uciekinierów. Pani Rzewuska zlikwidowała mieszkanie i z jedną walizką postanowiła przekroczyć granicę na Sanie. Udało się jej to i po wojnie zamieszkała w Krakowie, aby wreszcie na kilka ostatnich lat swego życia wyjechać do Anglii do jednej z córek, gdzie zmarła.
Dowiedziałam się, że inż. Szymański został are­sztowany przez NKWD. Nigdy go więcej nie widzia­łam, a los jego pozostał nieznany. Inż. M. Wieleżyński ukrywał się, choć nadal pracował w swoim labora­torium. Jako założycielowi i współwłaścicielowi firmy groziło mu stale niebezpieczeństwo. Za młodu był członkiem PPS (po jej rozłamie nawiązał współpracę z Józefem Piłsudskim). Przed l wojną światową znany był wśród działaczy lewicy, podobnie jak jego żona Jadwiga z d. Siedlecka, która w latach 1904–05 była kurierką PPS między Galicją a Kongre­sówką. M. Wieleżyński współpracował z Konem, spo­tykał się z Leninem w Zakopanem i – jak dowiedziałam się później od mgr Gruszeckiego, byłego pracownika „Gazoliny” – dzięki interwencji żony Kona pozostał w swoim laboratorium.
„Gazolina” została przejęta przez władze radziec­kie. Pierwszym Rosjaninem, z którym się zetknęłam, był lejtnant Lewickij, oficer NKWD w mundurze i w czapce z niebieskim otokiem. Podczas jednego z licznych zebrań czy szkoleń, które tym razem odbywało się na wolnym powietrzu, stałam wraz z kilkoma osobami z biura. Nieoczekiwanie dołączył do nas lejtnant Lewickij, który zapytał mnie – zdawało mi się przyjaźnie – „Kak wasza familia”. Nie znając jeszcze rosyjskiego, słowo „familia” zrozumiałam jako „rodzina” i zaczęłam mu uprzejmie opowiadać o mo­ich czterech braciach – ku konsternacji obecnych, gdyż do pewnych spraw nie należało się przyznawać lub mówić o nich jak najmniej.
7 listopada, w rocznicę wybuchu rewolucji październikowej według starego kalendarza, odbył się wielki pochód, na którym obecność była obowiązkowa. Zbiórka miała miejsce o godz. 6.30 rano, po czym przeganiano nas z jednej ulicy na drugą. Nie pamiętam, gdzie się odbył i jak wyglądał punkt kulminacyjny tego święta. Po jedenastu godzinach przechodzenia z ulicy na ulicę, zdawało nam się bez celu, zmarzniętym i przemoczonym pozwolono nam pójść do domów.
23 listopada odbyła się rejestracja pracowników w „Gazolinie”. 4 grudnia zebrano nas ponownie, gdyż w grudniu mieliśmy głosować za przyłączeniem ziem polskich od tzw. linii Curzona na wschód – wówczas zresztą nie mówiono o linii Curzona – do ZSRR i mieliśmy stanowić część Ukrainy. Przedtem odbywały się w „Gazolinie” liczne zebrania, na których przemawiali niektórzy pracownicy. Do pracy przyjmowano różnych specjalistów. Administrację rozbudowano. Przyjęto m.in. niejakiego Jakuba Feinera, byłego przedsiębior­cę budowlanego, z pochodzenia zdaje się Żyda, dobrze ubranego, niezbyt postawnego, koleżeńskiego. Jego sytuacja nie była łatwa ze względu na status przedwojennego przedsiębiorcy. Jakież było nasze zdziwienie, gdy przemawiając na którymś z zebrań przedwyborczych zaczął używać zwrotów nasze sło­neczko Stalin. Gdy przyszli Niemcy, zastrzelili go na progu jego domu na Pohulance.
W „Gazolinie” zaczęto mówić o związku zawodo­wym i wkrótce miały się odbyć wybory do władz związkowych. Przygotowywał nas do tego lejtnant Lewickij. 11 grudnia zebraliśmy się, aby przeprowadzić te wybory do Komitetu Zakładowego. Na przewodni­czącego Komitetu miał być wybrany kolega Brylak. Był zdenerwowany i przestraszony, widocznie nie czując się na siłach do podjęcia narzuconej mu roli. Tymczasem z sali padały inne kandydatury. Trudno się dziwić, że dawni pracownicy „Gazoliny” chcieli wybrać do Komitetu Zakładowego osoby, o których wiedzieli, że sprostają temu zadaniu i będą bronić ich praw. Po tajnym głosowaniu okazało się, że Brylak, kandydat lejtnanta Lewickiego, i jego lista przepadła. Teraz dopiero dowiedzieliśmy się, co to znaczy wolne wybory. Wściekły lejtnant Lewickij wstą­pił na podium i waląc pięścią w stół uznał nasze wybory za nieważne, po czym z wrzaskiem zaczął nam klarować, jak mamy głosować i kogo wybrać. Słuchaliśmy tego przerażeni. Głosowanie odbyło się po raz drugi i Brylak został jednomyślnie wybrany na przewodniczącego Komitetu Zakładowego. Wra­caliśmy do domu po północy.
Z dniem 1 stycznia 1940 r. „Gazolina” SA została przemianowana na trest „Ukrgaz” i zorganizowana na nowych zasadach. Przyjechał nowy dyrektor, Bog­danow. Niskiej postury, łysy, w przeciwieństwie do innych Rosjan chodzących po cywilnemu, ubierał się z ukraińska, w czarną koszulę z krajką wokół szyi i zapięcia, wyrzuconą na spodnie wsunięte w czarne buty. W „Ukrgazie” językiem urzędowym był rosyjski, inaczej niż w przedsiębiorstwach podlega­jących administracji miejskiej, gdzie obowiązywał język ukraiński. Podlegaliśmy ministerstwu w Moskwie (Narkomnieft SSSR). Wprowadzono 6-dniówki w miejsce dotychczasowego
7-dniowego tygodnia pracy, przy utrzymaniu powszechnego wówczas 8-godzinnego dnia pracy. Do tego dochodziły codziennie 2-godzinne obowiązkowe lekcje języka rosyjskiego, którego wię­kszość pracowników nie znała. Uczono nas z ele­mentarzy (chleb da kasza piszcza nasza), których było pod dostatkiem. Uczono nas również pieśni rosyjskich, które miały nam wpoić przywiązanie do nowej ojczyzny – (ja drugoj takoj strany nie znaju, gdie tak wolno diszit czełowiek). Dnie mieliśmy całkowicie wypełnione, nie mówiąc o tym, że sześciodniówki zupełnie wywróciły dotychczasowy tryb życia z niedzielnym wypoczynkiem – teraz wolny był co szósty dzień. O Soborze Watykańskim jeszcze się nie śniło, msze święte odprawiane były tylko rano i nie było możliwości wysłuchania jej wieczorem, gdy niedziela była dniem roboczym. Pierwsze święta Bożego Narodzenia też były dniami pracy.
Wszelkie spóźnienia były wykluczone. Dyr. Bogdanow okazał się służbistą, wszystko musiało być zgodne z przepisami i wykonywane „po płanu”. Gdy komuś spóźnienie zdarzyło się po raz pierwszy, dostawał wygawor (naganę), za drugim razem wygawor z predupreżdieniem (nagana z ostrzeżeniem), a za trzecim razem szedł do więzienia odprowadzany pod karabinami przez sowieckich żołnierzy. Podobnie, gdy ktoś nie przyszedł do pracy. W razie choroby musiał przedłożyć zwolnienie lekarskie w ciągu 24 go­dzin. Przedtem, za „Gazoliny”, wystarczyło zgłosić chorobę; tylko przy dłuższej, poważniejszej chorobie trzeba było to udokumentować zaświadczeniem le­karza, choćby domowego. Nikt nie nadużywał zwol­nień lekarskich, każdemu bowiem zależało na pracy. Pracownicy sami przestrzegali dyscypliny. Wprowadzone obecnie zmiany wydawały się drakońskie. W ciągu zimy kilkakrotnie przeszłam grypę. Za każ­dym razem drżałam, czy dostanę się do lekarza i otrzymam zwolnienie, aby je przedłożyć w terminie. Widziałam, jak różnych progulszczikow odprowadza­no pod strażą. Utworzono komisje z pracowników, które miały odwiedzać chorego, aby w razie potrzeby służyć pomocą, a zarazem sprawdzać, czy chory rzeczywiście leży.

W „Ukrgazie” zaprowadzono nową organizację. Został utworzony i rozbudowany dział planowania, dotychczas nie istniejący. W „Gazolinie” pewne dzia­łania zakładano z góry i postępując według określo­nych założeń, osiągano należyte rezultaty. Obecnie „Ukrgaz” objął gospodarkę gazem ziemnym na całym obszarze przyłączonym do Ukrainy i jego zadania były większe. Do Działu Technicznego, do którego zostałam przy­dzielona, został skierowany również jeden planirowczik w osobie towarzyszki Barysze­wy. Była to pier­wsza Rosjanka, z którą zetknęliśmy się bezpośrednio, gdyż jakiś czas siedziała z nami w jednym pokoju. Stale z ołówkiem w ręku coś pilnie obliczała. Była to młoda osoba, skromnie ubrana, która stale nas pouczała. Raz ktoś niebacznie zażartował z NKWD, a lwowiacy, wiadomo, chętnie żartowali, nawet gdy „nie było im do śmiechu”. Zareagowała natychmiast: z NKWD nieIzja smiejatsia, wy nie znajetie, szto to NKWD – powiedziała ostro. Rzeczywiście nie wie­dzieliśmy, wkrótce jednak mieliśmy się przekonać.
W „Ukrgazie” utworzony został tajemniczy Specotdieł (oddział specjalny). Była to już kompletna nowość. Mieścił się w osobnym pokoju z zakrato­wanym oknem, drzwiami obitymi grubą żelazną blachą z małym okienkiem, przez które załatwiał strony Rosjanin, pochodzący z Leningradu tow. Elbert, wy­glądający na inteligentnego Żyda. Prawdopodobnie przechowywano tam materiały znane dzisiaj jako ściśle tajne lub poufne, jednak nauczeni doświad­czeniem, nie pytaliśmy się o nic i raczej omijaliśmy ten pokój. Wszystkie te metody działania były nam nieznane, toteż napawały nas one lękiem,
W księgowości szefem został dotychczasowy pra­cownik „Gazoliny”, Polak o nazwisku Roman Trusz (syn malarza), bardzo koleżeński i biegły w swej specjalności. Ponadto pracowały tam Basia Zdanowska i Hanka Lachs-Kulowa (po wojnie w Sopocie). U Hanki właśnie lejtnant Lewickij zauważył w szu­fladzie obrazek Matki Boskiej, który stał się przed­miotem jego naigrywań i pytań w rodzaju co to i na co to. Na sekretarkę dyr. Bogdanowa zaangażowano Polkę, Irenę Kucką, której nazwisko wymawiano z ro­syjska Kuckaja. Przyjęto również p. Jadwigę Jasińską władającą biegle rosyjskim i obznajomioną z maszyną z rosyjskim alfabetem. Była zdaje się z zawodu śpiewaczką i na uroczystościach popisy­wała się śpiewem. Po wojnie zamieszkała w Krakowie.
Prowadzenie biblioteki i archiwum powierzono Pol­ce, nowo przyjętej Jadwidze Schwarz. Jadwiżka, jak ją nazwaliśmy, bardzo życiowo wyrobiona, doskonale potrafiła współżyć w nowych warunkach z nowymi towarzyszami pracy, była taktowna i koleżeńska. Po wojnie przeniosła się do Poznania i tam założyła rodzinę. Biblioteka zgromadziła dotychczasowe zbiory „Gazoliny”, stale uzupełniane nabywanymi dziełami rosyjskimi. Poza księgozbiorem Jadwiżka sprawowała pieczę nad kalkami rysunków technicznych, doskonale zinwentaryzowanymi i przechowywanymi w specjal­nych szufladach w biurach byłej „Gazoliny”. Rysunki stale uzupełniane były nowymi, a w razie potrzeby udostępniane. Dział Techniczny często z nich korzy­stał i praca w nim przebiegała według dawnej praktyki i metod wypracowanych w „Gazolinie”. Nie dublowano pracy raz wykonanej.
Naczelnikiem Działu Technicznego, którego pełna nazwa brzmiała Lwowski Oddział Eksploatacyjny trestu „Ukrgaz”, był Polak, inż. Wiktor Wiśniewski, a jego prawą ręką był inż. Franciszek Bourdon, obaj dawni pracownicy „Gazoliny”. Trafiłam na dobrych szefów. Mieli oni w swej pieczy wszelkie instalacje gazu zie­mnego w mieście. Gaz ziemny – w odróżnieniu od gazu miejskiego, dostarczanego z Gazowni Miejskiej – miał inne własności fizykochemiczne, toteż wymagał odrębnych instalacji, dysz pomiarowych, zaworów, pal­ników itp. We Lwowie został on doprowadzony na obrzeża miasta, podczas gdy w śródmieściu był gaz miejski. Ideą byłego dyrektora i założyciela „Gazoliny” inż. Wieteźyńskiego było jak najszersze zastosowanie gazu ziemnego jako taniego paliwa w przemyśle i go­spodarce energetycznej, toteż szereg zakładów prze­mysłowych, które znajdowały się poza śródmieściem, stosowało jako paliwo gaz ziemny. Również gospodar­stwa domowe pozostające w zasięgu sieci gazu zie­mnego mogły go stosować. Było to paliwo bardzo ekonomiczne i w porównaniu z węglem czy koksem bardzo czyste, nie było problemów związanych z wy­noszeniem czy wywożeniem żużla.

Dokończenie w następnym numerze