Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Ignacy Tekliński, POŻEGNANIE EWY ŻYGULSKIEJ

Ewa urodziła się we Lwowie w dniu 11 grudnia 1924. Dzieciństwo i wczesną młodość przeżyła w tym ukochanym mieście. Kiedy z początkiem stycznia 1945 r., w kończącej się najstraszliwszej wojnie, wygnana, wraz ze swym rok wcześniej poślubionym mężem Zdzisławem opuszczała Lwów, świat, w którym do tego czasu żyła, przestawał istnieć. W zetknięciu z nową rzeczywistością zmieniał się w krainę ideałów i marzeń, z niczym nieporównywalną.
Rodzina Ewy była doskonałą mieszanką różnej krwi, jak to we Lwowie bywało: niemieckiej, ormiańskiej, nawet tatarskiej, z górującą nad wszystkim krwią polską. Ojciec Ewy, Roman Voelpel, wywodził się z dawna na kresach Rzeczypospolitej osiadłej ewangelickiej rodziny niemieckiej o surowym obyczaju, nieskazitelnego charakteru, wielkiej prawdomówności, pewnej wyniosłości i wrodzonej elegancji, przy gorącym polskim patriotyzmie. Wszystkie te cechy bez reszty spłynęły na Ewę.
Roman ukończył studia politechniczne we Lwowie i w Wiedniu, ale z zamiłowania był historykiem epoki napoleońskiej. Z powodu pewnej ułomności w wojsku nie służył. Po I wojnie poświęcił się z wielkim sukcesem pracy zawodowej, projektując i oceniając prace architektoniczne, parając się również dydaktyką w lwowskiej Szkole Przemysłowej. Miał talent artystyczny i dla przyjemności malował akwarelą, a jego ulubionym tematem były konie, w tradycji Michałowskiego i Kossaka. Czuł do koni wielki sentyment i rychło zdołał założyć na Persenkówce własną stajnię wierzchową.
W szkole miał uczennicę, pełną wschodniego temperamentu, Marię Wujcikównę, znacznie od siebie młodszą. Połączyła ich miłość i pobrali się. Maria była córką zamożnego lekarza weterynarii, znawcy i kolekcjonera antyków, dra Juliana Wujcika, pochodzącego z polskich Tatarów. Jego żona, Helena z Nawrockich, nieco wcześniej wydała na świat córkę Irenę, która później wyszła za mąż za majora Stanisława Stebnickiego, również lekarza weterynarii. Irenie i Stanisławowi urodziła się córka Marta, Marii i Romanowi, o kilka miesięcy wcześniej – Ewa. Obie dziewczynki łączył afekt siostrzany, choć rodzice Marty przed wojną mieszkali w Inowrocławiu.
Lwowski dom państwa Voelplów, początkowo przy ulicy Teatyńskiej, następnie przy Supińskiego, był zawsze otwarty, gościnny, pięknie urządzony stylowymi meblami, kobiercami, antycznym srebrem, dawną bronią, polskimi obrazami i rzeźbą, z zasobną – jak zawsze w polskich domach – biblioteką. W dużej mierze były to nabytki dziadka Wujcika. Bywalcami ich salonu byli profesorowie, oficerowie, malarze, historycy sztuki i kolekcjonerzy, a między nimi Batowscy, Bruchnalscy, Kochanowscy, Kokoszyńscy, Mańkowscy i Seifertowie. Przyjacielem domu był Józef Tyszkowski z tytułem „wujka”, posiadacz mająteczku w Starym Siole, miłośnik koni arabskich, zawołany myśliwy i gawędziarz. Często grywano w brydża, rozmawiano o wypadkach wojennych, o koniach i wyścigach, o polowaniach i psach rasowych (w domu psy zawsze były), o wystawach i nabytkach kolekcjonerskich. Ewa była uczestnikiem tych przyjęć i rozmów, wykazywała wrodzony talent artystyczny, znawstwo sztuki intuicyjne, i – zadziwiające: najlepiej czuła się w swoim pięknym domu, pod opieką, na czas nieobecności rodziców, ukochanej „Babciusi”. Jej matka z zapałem poświęcała się pracy społecznej w Związku Pracy Obywatelskiej Kobiet i w „Strzelcu”. Stała się sławną hippiczką, na zawodach zbierała laury i nagrody.

* * *

II wojna zadała tej rodzinie, jak większości rodzin polskich, okrutne ciosy. Lwów okupowany przez bolszewików od 22 września 1939 całkowicie zmienił się w ciągu kilku tygodni. Roman Voelpel, jak wielu Polaków, święcie wierzył w niezwyciężony oręż francuski. Gdy w r.1940 wojska hitlerowskie zajęły Paryż, nie wytrzymało jego serce – zmarł w czerwcu tegoż roku. Wspaniały dom pozostał na utrzymaniu trzech kobiet, z młodziutką Martą Stebnicką, którą wojna ogarnęła na wakacjach we Lwowie. Matka Ewy podjęła ciężką, fizyczną pracę w sowieckiej „bazie fruktów”, to znaczy całymi godzinami przebierała nadgniłe, przemrożone kawony, tonami przywożone z Ukrainy.
Ewa chodziła do szkoły Olgi Filippi, a następnie – przy poparciu dawnych kolegów ojca – dostała się na studia artystyczne w Szkole Przemysłowej. Pomagała w zdobywaniu pieniędzy na utrzymanie robotą sztucznych kwiatów i abażurów. W domu gospodarzyła Babciusia. Nastał dla Lwowa okres niezmiernie ciężki: głodu, zimna, aresztowań, wywózek do Kazachstanu. Nikt nie był pewien dnia ani godziny, ale lwowiaków nie opuszczała nadzieja na ostateczne zwycięstwo.
Ostatni obraz Ewy Żygulskiej (1997)
Tymczasem obracały się karty wojny i w czerwcu 1941 r. hitlerowska machina militarna uderzyła na wschód. Bolszewicy w panice uchodzili ze Lwowa błyskawicznie. Z okien i balkonów na puste lory rzucali toboły-czemodany, a ulica Łyczakowska otrzymała nazwę „dawaj nazad”. Nie było jednak powodów do radości: czerwoną dżumę zastąpiła brunatna cholera. Nowy koszmar dla Lwowa rozpoczął się odkryciem pomordowanych przez enkawude więźniów w Brygidkach i na Łąckiego, pogromem Żydów i egzekucją 44 polskich profesorów, uczonych i literatów na Wzgórzu Wuleckim. Niemcy nie mieli wyraźnej polityki na zdobytych terenach, nie ogłosili samostijnej Ukrainy, ale utworzyli ukraińską milicję, głównie skierowaną przeciw Polakom, i sformowali oddziały SS Hałyczyna. Wkrótce mieli przeciw sobie ukraińską armię powstańczą – UPA, której jednoczesnym celem było wyrugowanie Polaków z Małopolski Wschodniej.
Ale Lwów wciąż pozostawał największym na wschodzie skupiskiem Polaków, nieugiętym ośrodkiem patriotycznym. Rozpoczęta podczas bolszewickiej okupacji akcja konspiracyjnej walki pod egidą londyńskiego rządu emigracyjnego wzmogła się w okresie okupacji niemieckiej. Z wielką odwagą i poświęceniem włączyła się w nią Maria Voelplowa. Mieszkanie przy ul. Supińskiego 5 stało się miejscem kontaktowym dla członków Delegatury rządu polskiego, a nadto miejscem druku i kolportażu Biuletynu Informacyjnego oraz licznych innych działań zwróconych przeciwko wrogom. Niemcom nie udało się tego miejsca odkryć i zlikwidować, ale wszystko runęło w roku 1944, z momentem ponownego wejścia Armii Czerwonej do Lwowa.
Zgodnie z rozkazem Naczelnego Wodza, Delegatura i podlegająca jej Armia Krajowa zostały zdekonspirowane, ale natychmiast doznały pogromu ze strony nowych okupantów. Nastąpiły zbiorowe aresztowania, wywózki, parodie sądów, wysokie wyroki i kary gułagów. Brat męża Ewy, Kazimierz Żygulski, mocno zaangażowany w Delegaturze, aresztowany, dostał wyrok 25 lat więzienia i wywieziony został do gułagu w Incie, republiki Komi. Jej mąż, Zdzisław, zresztą należący wraz z nią do Armii Krajowej, był ścigany przez enkawude. W bardzo ciężkich warunkach ukrywali się u przyjaciół przez trzy miesiące, wreszcie z początkiem 1945 r. udało się im wyjechać ze Lwowa, zatrzymać w Rzeszowie, a następnie – już na stałe w Krakowie. Mąż ukończył studia rozpoczęte we Lwowie, najpierw na Akademii Handlowej, a następnie na Uniwersytecie Jagiellońskim. W r. 1951 urodził się im syn, któremu nadali po dziadku imię Roman.

* * *
Ewa zajęła się pracą artystyczną. Przez pewien czas zatrudniona była na Wawelu przy konserwacji zabytkowych kafli. Następnie zawiązała, wraz z Janiną Kluziewicz i Barbarą Żątowską, artystyczną spółkę wytwarzania ceramiki, dorabiając się pracowni z potężnym piecem. Ewę interesowały naczynia ze szlachetną polewą oraz wielkie formy ceramiczne do dekoracji architektonicznej. Miała w tym niemałe osiągnięcia. Mozaiką ceramiczną przyozdobiła Dom Kultury w Chrzanowie, statek „Kraków”, zakład „Petroinform” w Krakowie, a przede wszystkim budynki krakowskiego Sądu Wojewódzkiego. Monumentalnymi mozaikami i witrażami wzbogaciła wiele kościołów. Szczególnie piękne mozaiki klasyczne, z kamyków sprowadzonych z Murano, z postaciami Matki Boskiej, św. Józefa i Dwunastu Apostołów, wykonała dla kościoła Zgromadzenia Salwatorianów w Krakowie.
We współpracy z architektem Januszem Gaworem wykonała projekty serii witraży dla kościołów w Jaworniku, w Kobiernicach i w Płazie. Dla sanktuarium „New Harmony” w Stanach Zjednoczonych wykonała glazurowaną i złoconą rzeźbę „Trójca Święta”.
Ewa rozwijała bardzo szeroką działalność. Jej zainteresowania historycznym kostiumem, mundurem i bronią wyraziły się w znakomitych ilustracjach rysunkowych do różnych prac naukowych jej męża, Zdzisława. Porzuciwszy twórczość ceramiczną, głównie ze względów zdrowotnych, zajęła się malarstwem pejzażowym i malarstwem kwiatów. Miała kilka wystaw indywidualnych w kraju i za granicą, także w Stanach Zjednoczonych; otrzymała szereg nagród i wyróżnień.
Pośród tych zajęć, kontynuując tradycję swej matki, oddawała się pracy społecznej. Przez kilkanaście lat była sekretarzem, a następnie wiceprezesem okręgu krakowskiego Związku Polskich Artystów Plastyków. Dla kolegów zawsze życzliwa i pomocna, zdobywała stypendia, zamówienia dzieł, pracownie. Przyjaźniła się z Wacławem Taranczewskim i Piotrem Potworowskim, a obaj ci mistrzowie wywarli wpływ na jej wyczucie malarstwa, które zawsze uważała za najszlachetniejszy rodzaj sztuki. Kończącymi się siłami namalowała obraz św. Andrzeja, ofiarowany do kościoła w Niedzicy, gdzie zawsze spędzała najmilsze wakacje.
Z biegiem lat nasilała się jej tęsknota za Lwowem, za szczęśliwym okresem młodości. Podjęła pracę w Towarzystwie Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Rozpoczęła gromadzenie lwowskich pamiątek, przeznaczonych dla Muzeum Lwowskiego. Marzyła o tym, aby odchodzące pokolenie lwowiaków przyczyniło się do tej idei i ocaliło przedmioty, dokumenty i fotografie, choć w drobnej części świadczące o wielkości i znaczeniu tego miasta dla Polski i dla Polaków.
Z niezmierną dzielnością i niezłomną nadzieją walczyła z ciężką chorobą. Zmarła 15 lipca 1997, kiedy Polskę nawiedziła wielka powódź. Jej salwatorski grób pokryło mnóstwo kwiatów, przyniesionych przez przyjaciół. Miała ich bardzo wielu.