Strona główna O nas Kwartalniki Rozmowy Sylwetki Słownik Archiwalia Publikacje Wydawnictwa Kontakt
ul. Piłsudskiego 27,
31-111 Kraków
info@cracovia-leopolis.pl

Facebook

KWARTALNIKI

2005 | 2004 | 2006 | 2003 | 2007 | 2001 | 2002 | 2000 | 1999 | 1998 | 1997 | 1996 | 1995 | 2008 | 2009 | 2010 | 2011 | 2012 | 2013 | 2014 | 2015 | 2016 | 2017 | 2018

Wanda Komornicka, W MIEŚCIE, NA WSI, W WIĘZIENIU

WRZESIEŃ I SOWIECI
Piękne było lato 1939 roku, toteż wakacje, które – jak co roku – spędzałyśmy w majątku stryjostwa, mijały nam w przemiłej, beztroskiej atmosferze, urozmaiconej wycieczkami, tańcami, śpiewami, wszystkim, co było przejawem młodości i radości. Lecz nagle zaczęły nas przerażać wiadomości radiowe, bo wróżyły zbliżanie się tego, co znało się tylko z opowiadań i książek – a więc wojny. Od połowy sierpnia młodzi ludzie z wioski otrzymywali wezwania do wojska. Przychodzili do dworu, do stryjostwa po błogosławieństwo na drogę i nowe doznania. My postanowiłyśmy wracać do Lwowa, nim nad naszym krajem zawiśnie jakiś kataklizm. Pożegnałyśmy nasze kochane Tyszkowice z żalem, nie wiedząc czy i kiedy je jeszcze ujrzymy.
Wybuchła wojna, zaczęły się bombardowania. Pragnęliśmy, by niebo pokryło się chmurami, co mogłoby Niemcom utrudnić naloty. Ja i moja siostra, pełne wiary w zwycięstwo polskiej armii, pełne zapału i patriotyzmu, zaczęłyśmy uczęszczać na Kursy Białego Krzyża gdzieś przy ul. Łyczakowskiej (dziś adresu nie pamiętam), obsługiwałyśmy też kantynę na Dworcu Głównym – dla powołanych do wojska. Trzeba było uważać, gdyż zaczęła się tam dywersja, mówiono o szpiegach. Należało pilnować, by nikt niepowołany nie podchodził do naszych stoisk z produktami spożywczymi. Pewnego dnia rano, gdy obie wybierałyśmy się do pracy, nasza matka stanęła w drzwiach i zabroniła nam iść. Nie pomogły nasze przekonywania o obowiązku – musiałyśmy zostać. Około 9 rano zaczęło się bombardowanie i całe tamto skrzydło dworca, gdzie pracowałyśmy, zostało zawalone. Przeczucie naszej matki uratowało nam życie.
Tymczasem wszyscy sprawni fizycznie, pod przewodnictwem wojskowych, zabrali się do budowy barykad na ulicach. Od samego początku przeszkadzali w tym Ukraińcy, którzy np. z domu przy ul. Potockiego 48 rzucali kamienie, a nawet zaczęli strzelać. Musieliśmy więc zaprzestać tam pracy i udaliśmy się na inne ulice, by budowę barykad kontynuować.
Lwów przed Niemcami bronił się krótko. Pamiętam jak mój narzeczony Adam, który brał udział w obronie Lwowa, pewnego dnia przyszedł w zakrwawionym mundurze. Pocisk trafił jego kolegę Mańkowskiego. Porwali go na ręce i tak im zmarł.
Po kilku dniach weszli do Lwowa Sowieci. Były to bezładne bandy w poszarpanych płaszczach, z przestarzałą bronią, śmierdzące dziegciem. Byliśmy świadkami rozbrajania naszych pięknie umundurowanych żołnierzy i oficerów. Widzieliśmy, jak nieraz dorośli mężczyźni płakali niczym małe dzieci, i serce się nam krajało.
W dniu wkroczenia Sowietów, lecz wcześniej, bo o 5, rano zapukał do nas mąż naszej znajomej, Mit Szułdrzyński. Twierdził, że Lwów ma być oddany Sowietom. Był on oficerem sztabowym (sztab stał w hotelu George’a), ale my jego słowa uważałyśmy za defetyzm. Prosił nas o jakieś cywilne ubranie, które zaraz dostarczyłyśmy mu. Niestety – zamiast przebrać się u nas, poszedł z tym do hotelu, a tam już byli sowieci. Aresztowali wszystkich, a po paru dniach wieczorem zapukał do nas jakiś kolejarz wracający ze służby i wręczył nam świstek gazety, na którym Mit napisał: Wiozą nas na wschód. Po wojnie znalazłyśmy jego nazwisko na liście katyńskiej. Osierocił żonę i synka, który urodził się już po jego śmierci.
Przez jakiś czas pracowałam w Parku Stryjskim, gdzie zatrudnionych było wiele kobiet – żony lekarzy, adwokatów, inżynierów. Woziłyśmy na taczkach nawóz, ziemię i sadzonki. Po pracy kazano nam uczestniczyć w mitingach – na ratuszu, ku czci bat’ki Stalina. Jak automaty, na każdą wzmiankę o nim musiałyśmy wstawać. Odbywało się to bez końca.
Tymczasem stryj Adam Świeżawski, by ochronić nas wszystkich od aresztowań i wywózek, bo kto nie pracuje, ten nie je – zorganizował jadłodajnię, w której podjęło pracę parę osób z naszej rodziny. Ciotka Aniela została kasjerką, kuzynka bufetową, dwie znajome kelnerkami, a ja zajęłam się gotowaniem. Do pomocy miałam młodą, energiczną dziewczynę Martę. Mieliśmy dużo klientów – przeważnie ziemiaństwo, które zjechało do Lwowa. Aprowizacją zajęli się stryj i mój narzeczony – póki był we Lwowie. Stryj Adam Świeżawski, zaangażowany w konspiracji, polecił nam codzienne wydawanie obiadów czternastu młodym ludziom z organizacji. Wchodzili tylnym wejściem od ul. Śniadeckich – jedli i znikali. Nie trwało to zbyt długo, gdyż wkrótce zainteresowało się nami NKWD i rodzimi szpicle (pamiętam nazwisko: Czaban) – zaczęli coraz częściej wpadać do naszej jadłodajni. Musiano przestrzec chłopców, by się nie narażali i więcej nie przychodzili. Ów szpicel Czaban, gdy widział mego stryja na sali, wołał głośno: Czołem panie kapitanie! (stryj był kapitanem rezerwy, dowódcą odcinka w Obronie Lwowa w 1918 r.). W 1940 r. stryja aresztowali i wywieźli, a jadłodajnię zamknęliśmy.
W tym samym czasie w naszym domu powstał punkt pocztowy. Dostarczoną mi pocztę roznosiłam w różne miejsca, dość daleko – specjalnie pamiętam, że gdzieś za Teatr Wielki. Pocztę przynosili dwaj chłopcy, kilkunastoletnia dziewczynka i starszy człowiek. Gdy dziś patrzę z perspektywy lat na tę sprawę, wydaje mi się, że wybór naszego domu na punkt pocztowy nie był dobry, gdyż ganek, przez który trzeba było przejść, był zupełnie odkryty i widoczny z ulicy. Gdyby ktoś chciał obserwować, skojarzyłby, że zawsze o tej samej porze te same osoby odwiedzają nasze mieszkanie przy Potockiego 42.
Tymczasem zaczęły się wywózki i aresztowania. Z naszej kamienicy wywieziono żonę oficera z dwoma małymi synami (p. Latawiec). Nas to ominęło, ale na wszelki wypadek miałyśmy przygotowane podręczne rzeczy, by nie być w razie czego zaskoczonym. W tym czasie wywieźli też moją stryjenkę, żonę aresztowanego uprzednio stryja Adama, oraz wiele znajomych rodzin. Próbowałyśmy z moją siostrą i kuzynką dobrnąć na dworcu do pociągu (z bydlęcymi wagonami), by podać stryjence żywność. Niestety cały pociąg był otoczony kordonem NKWD i odpędzono nas bagnetami.

ZA NIEMCÓW
Gdy inwazja niemiecka zagroziła Sowietom, opuścili Lwów, uprzednio mordując wszystkich więźniów na Łąckiego, na Zamarstynowie i w Brygidkach. Gdy wczesnym rankiem Niemcy weszli do Lwowa, zaczął się sądny dzień. Co prawda wkraczająca armia tak bardzo różniła się od sowieckiej: porządne mundury, nowa broń, zegarki na rękach, dużo czołgów itd., ale to co się zaczęło – przypominało jakieś apokaliptyczne koszmary. Niemcy zaczęli wyłapywać Żydów, którym kazali wyciągać pomordowanych z cel i układać na podwórzu więziennym. Wszystkie te trupy miały potwornie opuchnięte nogi, a ponieważ leżały prawie tydzień od wycofania się Sowietów – w czerwcowej temperaturze – unosił się nad nimi przeraźliwy odór i niesamowite ilości olbrzymich much.
Z ciotką Stefanią starałyśmy się znaleźć mojego stryja, gdyż nie wiedziałyśmy, gdzie był. Nie znalazłyśmy go. Z nami było moc ludzi – płacze i rozpacz, gdy znajdowali swych najbliższych tak okrutnie pomordowanych. Nasze szukanie skończyło się w momencie, gdy spostrzegłam w jednej z cel moją koleżankę Kazię J., z którą podczas mszy wielkanocnej śpiewałyśmy w chórze w katedrze ormiańskiej. Była do połowy rozebrana, miała siną twarz i szyję, i wywalony język. Potem nie byłyśmy już w stanie kontynuować poszukiwań.
Przez pewien okres pracowałam w RGO wraz z wieloma innymi kobietami, kleiłyśmy koperty i torebki. Praca była łatwa, chociaż nudna, ale dawała odpowiednie zaświadczenie, a o to chodziło.
Pod koniec maja wyjechałam do Krakowa, do rodziców mego narzeczonego i tam w kościele św. Szczepana wzięliśmy ślub. Były wtedy łapanki na ulicach, więc nasza „podróż poślubna” ograniczyła się do przejścia paru ulic. Przez pewien okres mieszkaliśmy w Krakowie, ale w jesieni wróciliśmy do Lwowa i tam mąż z ramienia Liegenschaftu otrzymał pracę kierownika w majątku Taurów k. Brzeżan. Nie przebywaliśmy tam długo, gdyż zaczęły się ukraińskie mordowania Polaków i zrobiło się niebezpiecznie. Przenieśliśmy się bliżej Lwowa – majątek Poluchów z klucza dóbr Potockich. Obsada była polsko-ukraińska, ale dość zgrana, mieliśmy z ludźmi bardzo dobre stosunki. Pewnej nocy obudził nas jakiś trzask czy stukot, więc zerwaliśmy się z łóżka, nie rozumiejąc, co się dzieje. Po chwili ktoś zapukał do okna. Okazało się, że to nasz nocny stróż Petko – Rosjanin z pochodzenia, ale spolszczony. Przypełzł na kolanach przez całe podwórze folwarczne, by sprawdzić, czy żyjemy, gdyż podobno ktoś do nas strzelał. Na szczęście nic się nie stało.
W dworku oprócz nas mieszkał księgowy – gestapowiec, i młody księgowy – Polak, który pewnego dnia wybrał się służbowo do sąsiedniego majątku i nigdy nie wrócił. Podobno zamordowali go Ukraińcy. Księgowym głównym całego klucza – o ile pamiętam – był pan Dziduszko, bardzo zaangażowany w działalność konspiracyjną, tak jak i weterynarz dr Grzyb, z którym byliśmy w wielkiej przyjaźni.
Tymczasem zaczęły dochodzić do nas różne groźne wieści z sąsiednich wsi o masowych mordach Polaków. Pewnego dnia Adam powiedział mojej matce i mnie, że musimy szybko się pakować, zlikwidować gospodarstwo i natychmiast wracać do Lwowa. Musimy to jednak załatwić dyskretnie, by nikt nie spostrzegł. Sam – do późnego wieczora wykonywał swe zwykłe czynności, jak rozdzielanie prac na dzień następny itp. My tymczasem, mając pełną piwnicę owoców i jarzyn, wiele drobiu – starałyśmy się porozdawać wszystko zaufanym ludziom. Dowiedziałyśmy się, iż fornale przestrzegli mego męża, że Ukraińcy postanowili nas około drugiej w nocy zamordować. Zaraz po dwunastej ci dobrzy ludzie przyprowadzili nam wóz z parą koni pod sam dom. Konie miały nogi owinięte szmatami – chodziło o to, by nasz sąsiad gestapowiec nic nie usłyszał. I tak w ciszy tej groźnej dla nas nocy, we trójkę, z resztą zapasów, wyruszyliśmy do Lwowa, pełni wdzięczności dla tych ludzi, którzy uratowali nam życie. Mąż, gdy ruszyliśmy, prawie z miejsca zasnął ze zmęczenia, więc wzięłam lejce i powoziłam aż do miejsca, gdy nas już blisko Lwowa zatrzymał patrol ukraiński. Zamarłam ze strachu, ale mój mąż natychmiast oprzytomniał i na pytanie gdzie jedziemy – powiedział, że wiezie mnie na poród do szpitala. Co prawda, byłam dopiero w siódmym miesiącu ciąży, ale jakoś, przy Boskiej pomocy, przepuścili nas.

DO WIĘZIENIA
We Lwowie zajechaliśmy na ul. Świętokrzyską, do willi naszych krewnych Żurowskich. Do domu baliśmy się jechać, spodziewając się, że tam nas będą szukać. Mąż zaraz rano odwiózł konie i wóz na targ, by znaleźć kogoś z Poluchowa, ktoby je odwiózł do majątku i udało mu się to. Parę nocy spędziliśmy w tej willi, potem wróciłam z matką do domu, mój mąż zaś pozostał na Świętokrzyskiej. Po paru dniach przyszedł do domu, bo chciał być z nami. Myśleliśmy, że już nic nam nie grozi.
Niestety – zaraz następnego wieczoru, gdy pogrążeni byliśmy w lekturze, rozległo się walenie do drzwi. Matka otworzyła je i ujrzeliśmy siedmiu ukraińskich milicjantów wraz z naszym dozorcą. Od razu rozbiegli się po mieszkaniu, a widząc nas w łóżku spytali mnie – wskazując na męża – kto to jest, i zażądali jego kenkarty. Uprzednio przez organizację wystaraliśmy się o dokument na nazwiski Warnicki. Oni, widząc to nazwisko, tak mi rzekli: Tu oto wisi obraz Matki Boskiej, a ty śpisz nie z mężem, tylko z obcym mężczyzną! Co mogłam im odpowiedzieć? Zaczęłam prosić, by go nie zabierali, ale nie odniosło to żadnego skutku. Po jego zabraniu ogarnęły mnie najgorsze myśli. Nazajutrz rano poszłam na milicję ukraińską z moim kuzynem Danielem i przyjacielem Gabrielem, gdzie dowiedzieliśmy się, że trzyma go nie gestapo, lecz kripo. Po jakimś czasie ktoś nas poinformował, że wywieźli go na roboty. W tydzień potem przyszło do naszego mieszkania paru Ukraińców, kazali mi się ubrać i zabrali mnie, chodziło rzekomo o przekupstwo. Zaprowadzili mnie naprzód na komisariat przy ul. Potockiego, a potem na komendę przy ul. Mickiewicza. Tam się długo wysiedziałam, o co mnie pytali – nie pamiętam. Następnie zaprowadzili mnie na gestapo na ul. Pełczyńską. Tam znów mnie przepytywali o męża, do jakiej organizacji należymy, co robimy itd. Efektem było zaprowadzenie mnie przez jednego z gestapowców (który okazał się grzeczny – podejrzewałam nawet, że to wtyczka naszej organizacji w gestapo) do więzienia na Łąckiego. Nie ma chyba gorszego uczucia nad to, gdy się za tobą zamykają drzwi więzienne. Na furcie urzędniczka więzienia, Ukrainka, odebrała mi torebkę, papiery, pieniądze i biżuterię.
    (Ciąg dalszy w następnym numerze)

Za udostępnienie powyższego tekstu dziękujemy kuzynce Autorki, pani Zofii ze Świeżawskich Gądzińskiej.
WANDA KOMORNICKA, z domu Świeżawska (1917–99), ur. w Lubaczowie jako córka Włodzimierza, starosty. Od 1923 mieszkała z rodzicami we Lwowie, tam uczęszczała do gimnazjum ss. Sacre Coeur, potem ukończyła Szkołę Gospodarczą na Snopkowie. W okresie I okupacji sowieckiej zaangażowana w konspiracji. W czasie okupacji niemieckiej przebywała poza Lwowem wraz z mężem Adamem, kierownikiem kolejnych ligenschaftów. Członek AK, aresztowana przez gestapo, przebywała w więzieniu przy ul. Łąckiego. Po wojnie wyjechała z rodziną do Ameryki. Wychowała 5 dzieci, doczekała się kilkanaściorga wnuków i kilkorga prawnuków. Mimo oddali, interesowała się losem kraju ojczystego i Lwowa. Była członkiem oddziału krakowskiego TMLiKPW, prenumerowała kwartalnik CL. Zmarła w lutym br.